Rozdział 828

 Morwenna 

 

Jej uczucia nie są gwałtowne ani chaotyczne. Są ciężkie i gęste, jak powietrze w katakumbach, w których od dawna nikt nie oddychał z własnej woli. Patrzy na iluzję Żelaznej Kurtyny z chłodną satysfakcją. Wie, że to, co widzą jej wrogowie, nie jest prawdziwe, a jednak działa. Wizje są utkane z ich własnych lęków, z win, których nigdy nie odpokutowali i z myśli, które nocą wracają jak drżące dłonie. Ona jedynie nadała im kształt. Resztę wykonuje strach. 

Czuje, jak ten strach do niej wraca. Nie jako dźwięk ani obraz lecz jako subtelne drżenie w duszy - znajome, niemal intymne. Karmi się nim powoli, z rozmysłem. Każdy krzyk uwięziony w iluzji, jest jak kolejna nić w gobelinie jej potęgi. Każde załamanie woli przeciwnika to obietnica: jeszcze więcej. Pragnę jeszcze więcej i tak bez końca.

Nie odczuwa litości. Litość jest luksusem słabych. Zamiast niej czuje głód: spokojny, wyrafinowany, nienasycony. Władza nie jest dla niej celem samym w sobie lecz procesem, ruchem ku czemuś większemu, ciemniejszemu, doskonalszemu. Każda dusza, która drży za Żelazną Kurtyną, przypomina jej, że stoi ponad życiem i śmiercią i że to wciąż za mało. Morwenna pragnęła być życiem i śmiercią, pragnęła nieskończoności w potędze. 

A więc patrzy dalej. I słucha. Bo strach ma wiele głosów, a ona chce poznać je wszystkie.

Strach, którym się karmi, nie jest jednorodny. Ona to czuje i rozróżnia go jak sommelier wino. Jest strach ostry, paniczny, krótki jak urwany oddech, i jest strach głęboki, lepki, taki, który zapuszcza korzenie i zaczyna żyć własnym życiem. Ten drugi smakuje najlepiej. Żelazna Kurtyna pulsuje pod jej spojrzeniem. Zaklęcie nie jest statyczne, reaguje na nią, na jej wolę. Gdy skupia myśli, wizje po drugiej stronie stają się gorsze. Ciemniejsze. Bardziej osobiste. Widzą twarze bliskich, które rozpadają się w proch. Słyszą głosy zmarłych, oskarżające szeptem. Czasem widzą samych siebie i nie mogą tego widoku znieść. 

W jej wnętrzu rodzi się ciche uniesienie. Nie euforia, bo ona dawno ją porzuciła. To poczucie absolutnej kontroli. To uczucie, jest jak powolne zaciskanie dłoni na czyimś sercu. Wie, że mogłaby przerwać zaklęcie. Wie też, że nie zrobi tego jeszcze długo. Cierpienie jest procesem. Dojrzewa. Czasem przez ułamek chwili pojawia się wspomnienie tego, kim była, zanim nauczyła się słuchać umarłych i łamać wolę żywych. To wspomnienie jest blade, bezbarwne, niemal obce. Nie budzi żalu, a raczej ciekawość. Jak patrzenie na starą kość i zastanawianie się, do kogo należała. Jej głód rośnie, ale ona się nie spieszy. Prawdziwa potęga nie polega na niszczeniu, polega na tym, że można zniszczyć w dowolnym momencie. Że każdy oddech wrogów trwa tylko dlatego, że ona na to pozwala.

I właśnie to smakuje najpełniej.

Bo w ciszy pomiędzy jednym krzykiem, a następnym, nekromantka uśmiecha się lekko, niemal czule, wiedząc, że strach nie jest już jej narzędziem.

Strach jest jej królestwem.

Ten uśmiech znika szybko, zastąpiony skupieniem ostrym jak ostrze rytualnego noża. Teraz nie tylko obserwuje, ale też słucha magii. Żelazna Kurtyna szepcze do niej językiem, który rozumieją tylko ci, którzy długo obcowali ze śmiercią. Każde pęknięcie w psychice ofiar brzmi jak nuta w pieśni, którą sama komponuje. Czuje, jak strach zaczyna ich zmieniać. Niektórzy próbują się modlić, a ich wiara kruszy się pierwsza. Inni wpadają w gniew, uderzają w iluzję jak zwierzęta w klatkę, aż zrozumieją, że klatka jest w nich. Są też tacy, którzy milkną. Właśnie ich obserwuje najdłużej. Cisza oznacza akceptację. A akceptacja to próg, który dzieli ich od ostatecznego pojednania się z własnym strachem. Za tym progiem nie ma już niczego, a co najważniejsze, gdy się go przekroczy, powrót jest niemożliwy. 

W jej wnętrzu rodzi się coś na kształt czułości. Spaczonej, mrocznej, ale szczerej. To ona ich tu doprowadziła. To ona odsłoniła prawdę, której unikali całe życie: że są mali i krusi. Że w obliczu prawdziwej potęgi ich wybory nie miały znaczenia. Ta myśl ogrzewa ją bardziej niż jakiekolwiek dawne uczucia. Jej głód władzy nie jest już pragnieniem, a stał się częścią tożsamości. Nie wyobraża sobie istnienia bez niego. Władza jest rytmem jej serca, ciężarem w kościach, chłodem, który koi. Każda chwila kontroli utwierdza ją w przekonaniu, że świat tak powinien wyglądać: podzielony na tych, którzy się boją, i tę, która nadaje kształt ich strachu.

A jednak, gdzieś głęboko, bardzo głęboko, pojawia się cień jeszcze jednego uczucia. Nie słabości. Ambicji. Przebłysk myśli, że to, co widzi teraz, to zaledwie początek. Że Żelazna Kurtyna mogłaby objąć miasta, królestwa. Samą granicę między życiem a śmiercią.

Jej palce poruszają się nieznacznie, jakby już tkały nowe zaklęcie.

Bo jeśli lęk potrafi tak pięknie łamać ludzi, to jaką potęgę da rozpacz?

- Rozmowa - powtórzyła cicho, a echo tego słowa zdawało się zawisnąć nad polaną. - Jakie to ludzkie.

Daniel McKenzie drgnął obok niej, jakby chciał coś powiedzieć, ale jedno spojrzenie Morwenny wystarczyło, by znów zastygł. Nie był tu po to, by mówić. Nekromantka już go nie potrzebowała, a przynajmniej nie w tym momencie. Nie mogła jednak zbyt ostro podchodzić do jego osoby i musiała zachować pozory tego, że jego zdanie cokolwiek znaczy. 

- Wiesz, co widzą teraz twoi ludzie? - zapytała łagodnie. - Nie demony. Nie potwory. Siebie samych, bez kłamstw, bez wygodnych narracji. Kurtyna nie tworzy strachu. Ona go wydobywa.

Zrobiła krok w jego stronę. Ziemia pod jej stopą była martwa, wysuszona, jakby życie cofnęło się instynktownie.

- Mówisz: „zdejmij wizje”, jakby były zasłoną. A one są lustrem. Gdybym je cofnęła, odebrałabym im prawdę. A prawda… - uśmiechnęła się nieco szerzej - …jest zawsze bolesna przy pierwszym spotkaniu.

Wysłannik nie drgnął, ale Morwenna poczuła w nim napięcie. Nie strach, jeszcze nie, lecz determinację. To ją zaciekawiło.

- Nie atakujemy się, bo nie musimy - ciągnęła. - Ty wiesz, że nie zdołasz mnie zmusić. Ja wiem, że mógłbyś spróbować. To wystarczy, by rozmowa miała sens.

Uniósł się delikatny, niemal niewidoczny puls magii. Kurtyna odpowiedziała jak żywy organizm, drgając gdzieś na granicy percepcji.

- Więc porozmawiajmy - powiedziała spokojnie. - Ale nie o zdejmowaniu czegokolwiek.

- Porozmawiajmy o tym, dlaczego tak bardzo zależy ci, by twoi ludzie przestali się bać.

Jej oczy błysnęły. Nie drapieżnie. Z zainteresowaniem.

- Bo jeśli boisz się ich strachu - dodała ciszej - to być może Kurtyna już zaczęła działać także na ciebie.

Do rozmowy wtrącił się ktoś jeszcze, ktoś kogo ona słuchać nie chciała. Odniosła wrażenie, że był to ktoś podobny do Daniela, ale pozbawiony większości emocji. Wyczuwała od niego dziwne wibracje, ale nie brała go za godnego siebie przeciwnika. Mężczyzna, który nazywał siebie Wysłannikiem Dis Patre, był o wiele bardziej ciekawy. 

Morwenna nie odpowiedziała od razu. Jej spojrzenie przesunęło się z drugiego mężczyzny z powrotem na Wysłannika, jakby ważyła ich obydwu i uznała jednego za znacznie cięższego od drugiego. Uśmiech, który pojawił się na jej ustach, nie był już tylko uprzejmy. Był prawdziwy.

- Dobra wola - powtórzyła wolno. - To interesujące słowa, jak na kogoś, kto przybywa w imieniu boga liczącego dusze jak monety.

Kurtyna zadrżała ledwie dostrzegalnie. Nie wzmocniła wizji, ale też ich nie osłabiła, jakby nasłuchiwała.

- Zaginione dusze… — Morwenna zamyśliła się teatralnie. - Zawsze mnie bawi to określenie. Dusze się nie gubią. One odchodzą. Albo są zabierane. Czasem po prostu wybierają ciszę zamiast waszych sądów.

 - Jeśli wasz Dis Patre jest sprawiedliwy - ciągnęła -  to doskonale wie, gdzie one są. A skoro wysłał ciebie, oznacza to, że nie chodzi o porządek. Chodzi o brak kontroli.

Zrobiła kolejny krok. Teraz dzieliło ich niewiele więcej niż kilka oddechów. Jej głos stał się cichszy, bardziej intymny.

- Mówisz, że możesz mnie wysłuchać. To miłe. Ja z kolei mogę powiedzieć ci prawdę, której twój pan nie chce usłyszeć. Te dusze nie zostały skradzione. Zostały ocalone przed wiecznym rachunkiem, przed młynem win i kar, który mieliście odwagę nazwać miłosierdziem.

Jej spojrzenie stwardniało na ułamek sekundy.

- Ale nie przyszliście tu po filozofię. Przyszliście po kompromis.

Kurtyna po raz pierwszy wyraźnie zareagowała: wizje po jej drugiej stronie przycichły, jakby ktoś ściszył krzyki. To był gest dobrej woli - drobny, ale celowy.

- Więc posłuchaj mnie uważnie, Wysłanniku - powiedziała. - Ja nie oddam dusz. One już do mnie należą. Ale mogę sprawić, że zniknięcie przestanie się rozszerzać. Że liczba „zaginionych” przestanie rosnąć.

Uniosła brew. 

- Ty wrócisz do swojego pana z wieścią, że równowaga została zachowana. Ja zachowam to, co już zdobyłam. A wszyscy wyjdziemy stąd bez wojny, której żadne z nas jeszcze nie potrzebuje.

Zapadła cisza.

Morwenna przyglądała się Wysłannikowi z nieukrywanym zainteresowaniem, jak ktoś, kto właśnie położył kartę na stole i czeka, czy druga strona w ogóle rozumie grę.

- Więc? - zapytała miękko. - Chciałeś rozmowy. Teraz powiedz mi, czy jesteś tylko głosem swojego boga, czy potrafisz negocjować jak istota wolna?

Wysłannik nie odpowiedział od razu. Przez chwilę wyglądał, jakby słuchał czegoś, czego inni nie mogli usłyszeć - oddechu świata, dalekiego echa boskiej uwagi albo własnych myśli, które po raz pierwszy od dawna nie były całkiem posłuszne.

- Negocjować - powtórzył w końcu. - To słowo zakłada równowagę stron.

Morwenna uśmiechnęła się ledwie zauważalnie, jakby dokładnie na to czekała.

- A więc ją dostrzegasz - odparła. - Dobrze. Wielu jej nie widzi, nawet stojąc pośrodku.

Wysłannik powiódł wzrokiem po polanie. Po ludziach, którzy wciąż dochodzili do siebie, po drgającej granicy Kurtyny, po Danielu McKenzie, który stał nieruchomo niczym relikt dawnej decyzji, spojrzał nawet na Leonarda. W końcu znów skupił się tylko na Morwennie.

- Jeśli dusze są ocalone, jak twierdzisz - powiedział powoli - to dlaczego ich brak rozrywa porządek? Dlaczego świat reaguje? Nawet teraz czuję napięcie, jakby coś było nie na miejscu.

- Bo porządek, który znasz, jest przyzwyczajeniem - odparła bez wahania. - A każde zerwanie przyzwyczajenia boli. Śmierć była przewidywalna. Po niej następował sąd. To dawało wam spokój. Ja zabrałam przewidywalność. 

Zrobiła krok w bok, odsłaniając fragment przestrzeni, gdzie Kurtyna była najcieńsza. Przez moment Wysłannik zobaczył więcej, niż powinien: nie wizje strachu, lecz coś głębszego, dusze zawieszone w bezruchu, niecierpiące, nieosądzane, jakby czas się ich nie imał.

- One nie krzyczą - dodała cicho Morwenna. - Nie błagają. Po raz pierwszy od istnienia nie są niczyją własnością.

Wysłannik zamknął oczy. To był krótki gest. Gdy je otworzył, w jego spojrzeniu było coś nowego - nie bunt, nie uległość, lecz ciężar decyzji.

- Dis Patre nie uzna tego stanu za trwały - powiedział. - Ale ja mogę uznać go za przejściowy. Za próbę. Jeśli liczba zaginionych nie wzrośnie, jeśli równowaga przestanie się pogarszać, wówczas zyskam czas.

 - A czas - podchwyciła Morwenna - jest walutą, którą oboje rozumiemy.

Kurtyna zafalowała jeszcze raz i zaczęła powoli blednąć. Wizje nie zniknęły całkiem, ale straciły ostrość, jak koszmar tuż po przebudzeniu. Ludzie na polanie padali na kolana, oddychając głęboko, jakby wrócili z bardzo daleka.

- To mój gest - powiedziała spokojnie. - Nie cofnięcie. Złagodzenie. Niech zapamiętają strach, ale niech żyją.

Wysłannik skinął głową.

- To nie jest nasze ostatnie spotkanie. Wiesz o tym, prawda? 

Morwenna spojrzała na niego uważnie, niemal z uznaniem.

— Uważaj - rzekła. - To pierwszy krok ku wolności. Bogowie nie lubią, gdy ich Wysłannicy zaczynają myśleć kategoriami „my” i „ja”.

Odwróciła się powoli, jak ktoś, kto już wygrał coś ważniejszego niż spór.

- Spotkamy się jeszcze - dodała przez ramię. - Bo równowaga, którą dziś kupiłeś, jest krucha. A ja...ja wciąż chcę więcej.

Na polanie pozostała cisza - nie pusta, lecz napięta, jak pauza w muzyce tuż przed kolejnym, nieuniknionym akordem.

 

 

Wysłannik II – Seraphina

Polana oddychała ciszą, zbyt gęstą jak na świt. Trawa była wilgotna, jakby ziemia już wiedziała, że ktoś dziś umrze. Stali tam wszyscy jej towarzysze - blisko, a jednak nieskończenie daleko. Ich twarze rozmywały się w półcieniu, jakby należeli już do innego świata. Polana była raną w lesie. Owartą, cichą, zbyt gładką, jakby ktoś wyciął ją z rzeczywistości jednym ruchem ostrza. Drzewa stały wokół niej w ciasnym kręgu, pochylone do środka, jak widzowie egzekucji. Ich pnie były ciemne, nasiąknięte wilgocią i cieniem, a liście nie szeleściły, choć wiatr powinien był tam być.

Trawa pod stopami miała nienaturalny kolor: przytłumioną zieleń przełamaną srebrzystym połyskiem rosy. Każda źdźbło uginało się ciężko, jakby nosiło w sobie pamięć dawnych śmierci. Ziemia oddychała chłodem, wilgotna, miękka, gotowa przyjąć ciało bez sprzeciwu. Powietrze było gęste. Nie pachniało lasem, lecz czymś starszym - żelazem, korą i popiołem. Każdy oddech zostawiał na języku gorzki osad, jak zapowiedź krwi. Światło świtu nie wpadało tu swobodnie; przeciskało się przez korony drzew w wąskich smugach, blade, niemal martwe. Cienie ciągnęły się nienaturalnie długo, splatając się u jej stóp jak palce. W centrum polany stał kamień. Nie ołtarz, lecz coś, co nim kiedyś było. Spękany, porośnięty mchem, nosił na sobie ślady dawnych znaków, zatartych czasem i modlitwami wypowiadanymi szeptem. To tutaj iluzja śmierci była najsilniejsza. Tutaj granica między wolą boga a ciałem człowieka stawała się cienka jak oddech. Gdzieś w głębi lasu coś pękło: sucha gałąź, może kość. Dźwięk zawisł w powietrzu i nie opadł, jakby nawet echo bało się odejść. Ptaki milczały. Owady zniknęły. Cała polana trwała w bezruchu, wstrzymana pomiędzy jeszcze, a już. Było to miejsce, w którym czas tracił znaczenie. Gdzie kroki brzmiały zbyt głośno, a myśli zbyt wyraźnie. Miejsce stworzone nie po to, by żyć, lecz by pamiętać śmierć.

Ona stała pośrodku. Nie dlatego, że wybrała centrum lecz dlatego, że świat sam ją tam ustawił. Ziemia pod jej stopami była chłodniejsza niż reszta polany, jakby rozpoznawała w niej własność kogoś innego. Nie należała już w pełni do ludzi ani do chwili, w której oddychała. Była punktem przecięcia, miejscem, gdzie wola boga dotykała ciała.

Wysłanniczka Dis Patre.

Nie kapłanka, nie prorokini, a narzędzie. Niosła w sobie ciężar decyzji podjętej dawno temu, zanim jeszcze nauczyła się bać. Bóg, który ją wybrał, nie mówił o winie ani o karze. Znał tylko konieczność. Śmierć nie była dla niego okrucieństwem lecz ruchem świata, tak naturalnym jak opadanie liści.

Na jej skórze spoczywała iluzja śmierci. Nie była znakiem widocznym dla oczu, a jednak czuła ją wszędzie: jak obcy oddech na karku, jak zimną dłoń przesuwającą się pod skórą. Czasem miała wrażenie, że jej ciało już pamięta moment, który jeszcze się nie wydarzył. Serce biło tak, jakby znało godzinę swojego zatrzymania.

Iluzja była cienka jak mgła i mogła ją niemal rozproszyć myślą, a jednocześnie ciężka jak wyrok, bo nadana boską wolą nie znała sprzeciwu. To, co miało być tylko zasłoną, zaczęło wrastać w nią jak prawda. Każdy ruch był spóźniony, każdy oddech jak pożyczony.

Ten fałszywy, złowieszczy spokój, który pojawia się wtedy, gdy strach jest już zbyt zmęczony, by krzyczeć. Serce biło równo, jakby ćwiczyło ostatni rytm. Oddychała powoli, chłonąc zapach trawy i krwi, bo krew była już obecna, zanim jeszcze popłynęła.

Petre stał niedaleko. A może był tuż przy niej?


Jej Petre.


Wampir, którego kochała nie mimo jego natury lecz razem z nią.

Widziała to.

Jak jego palce drżały. Jak szczęka była zaciśnięta zbyt mocno. Jak odwracał wzrok, jakby świat był pokusą nie do zniesienia. Walczył ze sobą i to bolało ją bardziej niż wizje śmierci. Bo w tej walce była prawda o nim. I o niej.

Bała się nie strzały. Nie momentu, w którym powietrze przeszyje cisza.

Bała się jego spojrzenia, gdyby nie zdołał się powstrzymać. Bała się, że ostatnią rzeczą, jaką zobaczy, nie będzie niebo ani znak boga lecz jego wina. Że jej śmierć stanie się jego przekleństwem.

Czuła żal, głęboki i lepki, że jej krew pachniała dla niego jak obietnica. Że ciało, które kochał, było jednocześnie jego największą próbą. Chciała podejść, dotknąć go, powiedzieć, że rozumie. Ale wysłannicy bogów nie proszą. Oni przyjmują.

Najbardziej jednak bała się tego, że w chwili śmierci nie znienawidzi go.
Że nawet wtedy, gdy jego kły zatopią się w jej skórze, poczuje ulgę. Że pozwoli mu pić, bo będzie to jedyny sposób, by umrzeć kochaną. Iluzja śmierci pulsowała na jej skórze jak obca myśl. Strzała była już napięta gdzieś poza światem.

A ona pomyślała tylko jedno: bogowie są naprawdę okrutni. Okrutni nie dlatego, że żądają śmierci lecz dlatego, że przed nią dali jej miłość. Pozwolili jej poczuć ciepło dłoni, ciężar czyjegoś spojrzenia, pragnienie, które nie było modlitwą, lecz wyborem. Nauczyli ją kochać dokładnie to, co miało ją zabić, jakby chcieli sprawdzić, ile bólu zmieści się w jednym sercu. Bo śmierć od strzały byłaby szybka. Bezosobowa. Czysta.
Ale śmierć z rąk ukochanego, nawet jeśli nieświadoma, nawet jeśli wymuszona naturą, była bluźnierstwem, którego nie dało się zmyć ani krwią, ani wiecznością.

I w tej myśli nie było już buntu.

Była tylko gorzka jasność: że bogowie nie niszczą ciał. Oni niszczą sens. A ona była ich najdoskonalszym dowodem.

Kiedy otrząsnęła się z iluzji, świat wrócił do niej jak po długim, ciężkim zanurzeniu. Najpierw poczuła ziemię pod stopami: wilgotną, chłodną, prawdziwą aż do bólu. Potem zapach trawy, zbyt intensywny, jakby polana chciała upewnić się, że nadal istnieje. Otworzyła oczy powoli, sennym, nieufnym spojrzeniem, jak ktoś, kto nie jest pewien, czy przebudzenie nie jest kolejnym kłamstwem.

Rzeczywistość nie wracała łagodnie.
Wracała falami. Jedna była miękka, rozmyta, niemal czuła. Druga ostra jak nagły strzał, który wciąż dźwięczał jej gdzieś w kościach, choć nigdy nie padł. Serce zabiło mocniej, jakby dopiero teraz przypomniało sobie o swoim obowiązku. Iluzja zniknęła, ale jej echo pozostało, przyklejone do skóry jak cień, którego nie da się już strząsnąć.

Dopiero po chwili dotarły do niej głosy.

Strzępki rozmowy, pourywane, nieskładne, przedzierały się przez zaburzoną świadomość. Głos Wysłannika był chłodny, wyprany z emocji, jakby mówił o czymś, co nie dotyczyło żywych istot. Kobieta odpowiadała mu ostrzej, z napięciem, które zdradzało, że to ona była osią tego całego zamieszania. Sprawczynią. Architektką iluzji, strachu i ciszy, która niemal ją pochłonęła.

Seri nie rozumiała wszystkich słów. Sens umykał jej jak woda między palcami. Ale jedno dotarło do niej wyraźnie, boleśnie jasno:

Wysłannik puścił ją wolno.

Bez walki.
Bez sprzeciwu.
Bez próby.

Ta myśl uderzyła mocniej niż jakakolwiek strzała.

W jej piersi coś się poruszyło. Nie ulga lecz gniew. Gorzki, ciężki, długo tłumiony. Spojrzała w jego stronę, a w jej oczach nie było wdzięczności. Było pytanie, które paliło bardziej niż strach przed śmiercią.

Dlaczego nie walczyłeś?


Dlaczego stałeś i patrzyłeś, gdy świat decydował za mnie?
Dlaczego pozwoliłeś, bym myślała, że to koniec, skoro mogłeś spróbować?

Czuła do niego pretensję nie dlatego, że się bała umrzeć. Lecz dlatego, że przez chwilę musiała pogodzić się z własną śmiercią w samotności. On, posłaniec wyższej woli, miał siłę, miał głos, miał prawo sprzeciwu, a mimo to wybrał ciszę. Wybrał konieczność.

W jej wnętrzu coś pękło.
Nie krzyk, nie łzy lecz zaufanie.

Stała tam, żywa, uwolniona, a jednocześnie boleśnie świadoma, że jej wolność nie była zwycięstwem. Była łaską rzuconą niedbale, po fakcie. I wiedziała już, że tej ciszy Wysłannika nigdy mu nie wybaczy, bo milczenie wobec śmierci bywa gorsze niż sam wyrok.

Miała żal - ciężki, lepki, narastający z każdą sekundą, w której obrazy z iluzji wciąż pulsowały jej pod powiekami. Żal nie był gwałtowny, nie wybuchał krzykiem. Był zimny i precyzyjny, jak ostrze, które tnie dokładnie tam, gdzie boli najbardziej.

Bo zamiast uderzyć pierwszy, zamiast zrobić to, co należało, on wybrał słowa. Puste, ostrożne, wygładzone negocjacje, które nie miały w sobie ani mocy, ani strachu. Stał naprzeciw kobiety jak równy z równą, jakby czas nie był napiętą cięciwą, a jej życie tylko kartą przetargową. Jakby istniała przestrzeń na kompromis tam, gdzie już dawno zapadł wyrok.

Seri nie potrafiła zrozumieć tego wyboru.
Siła była dostępna. Decyzja była oczywista. Jedno uderzenie: szybkie i bezwzględne mogło zakończyć wszystko, zanim iluzja śmierci zdążyłaby się w niej zakorzenić. Zamiast tego dostała rozmowę. Czas. Strach.

I co to właściwie dało?

Nic. Poza chwilowym odroczeniem. Poza fałszywym wrażeniem kontroli, które rozpadało się w dłoniach jak popiół. Kobieta nie ustąpiła dlatego, że została przekonana. Ustąpiła, bo znużyła się grą. A to nie było zwycięstwo, to była prowizoryczna cisza przed burzą.

Najgorsze było to, że Dis Patre widział wszystko.

Seri wiedziała to aż za dobrze. Znała gniew boga, który nie tolerował zwłoki ani słabości. Dla niego negocjacje w obliczu konieczności były obrazą. Zatrzymaniem koła, które powinno było się obracać. A gniew Dis Patre nigdy nie spadał na winnych od razu, on dojrzewał, powoli, boleśnie, aż w końcu dotykał wszystkich, którzy znaleźli się zbyt blisko.

I właśnie tego bała się najbardziej. Nie kary samej w sobie lecz jej formy. Tego, że bóg upomni się o porządek świata w sposób, który zostawi po sobie pustkę większą niż jakakolwiek śmierć na tej polanie. Że zapłacą nie za czyn, lecz za zwłokę.

Patrząc na Wysłannika, czuła, jak żal przechodzi w coś cięższego, w świadomość, że ktoś, komu powierzono władzę nad życiem i śmiercią, zawahał się dokładnie w chwili, w której nie było na to miejsca. A Dis Patre nigdy nie wybaczał wahań. Należało być posłusznym i gorliwie wykonywać powierzone przez niego zadania.

Podeszła do Wysłannika powoli, jeszcze zbyt sztywna po iluzji, z dłoniami zaciśniętymi tak mocno, że paznokcie wbijały się w skórę. Zatrzymała się przed nim, blisko, na tyle, by nie mógł udawać, że jej nie widzi.

Dlaczego? - zapytała cicho.

Podniósł na nią wzrok. W jego twarzy nie było zaskoczenia. Jakby wiedział, że to pytanie padnie.

- Tylko mi nie mów, że to nie było takie proste - odpowiedziała sama sobie zanim Wysłannik zdążył zareagować.

- Nie mów mi, czym jest siła – ciągnęła dalej, znacznie bardziej ostro niż zaczęła. Głos jej zadrżał lecz nie cofnęła się ani o krok. Zaciągnęła się powietrzem, jakby to miało ją utrzymać w całości.

- Mogłeś uderzyć pierwszy. Mogłeś ją zmusić. Odebrać jej wolę, złamać ją, zabrać dusze, zanim zdążyła uczynić ze mnie ofiarę. Ze mnie i ze wszystkich innych. - spojrzała mu prosto w oczy. - Dlaczego tego nie zrobiłeś?

Milczał. A to milczenie było odpowiedzią, która bolała najbardziej.

- Zamiast tego rozmawiałeś - mówiła dalej, a każde słowo miało w sobie ciężar. - Negocjowałeś, jakbyśmy mieli czas. Jakby Dis Patre znał pojęcie kompromisu.

W jego spojrzeniu pojawił się cień.

- Dusze nie mogą być odebrane bez konsekwencji - wtrącił się ktoś z boku, ale Seri nie zaprzątała sobie głowy tym, do kogo ten głos należał - Każde takie działanie...

Konsekwencje już są - weszła mu w słowo. — Nie widzicie ich, bo jeszcze nie nadeszły. Ale ja je znam. Znam gniew mojego boga. I wiem, że zapłacimy za to wszyscy.

Głos załamał się jej na moment lecz zaraz znów stwardniał.

- Pozwoliłeś jej odejść z duszami. Pozwoliłeś, by Dis Patre zobaczył wahanie tam, gdzie miała być konieczność. - uśmiechnęła się krótko, gorzko. -Wiesz, co jest w tym najgorsze?

Nie odpowiedział.

- Że przez chwilę naprawdę myślałam, że umrę. A ty stałeś obok i rozmawiałeś. Wszyscy tutaj cierpieliśmy, a ty zamiast działać zdecydowanie w takiej chwili, wolałeś grać w jej grę. Teraz ona ma przewagę, ona dyktuje warunki. 

Zapadła cisza ciężka jak ziemia na trumnie.
Seri odwróciła się pierwsza, bo wiedziała, że cokolwiek powie dalej, nie cofnie już tego.

Była przede wszystkim Wysłannikiem i tej prawdy powinna się trzymać, nawet jeśli ciążyła bardziej niż iluzja śmierci. Nie była tu po to, by osądzać ani by pozwalać sobie na gniew. Została stworzona do przyjmowania woli boga, do niesienia jej dalej bez drżenia dłoni. Emocje były luksusem, na który Wysłannicy nie powinni sobie pozwalać.

A jednak bała się.

Nie o siebie, nie wprost. Bała się konsekwencji decyzji, którą podjął Pierwszy Wysłannik. Decyzji podszytej wahaniem, rozmową tam, gdzie należało postawić kropkę. Wiedziała, że Dis Patre nie rozlicza intencji. Rozlicza skutek. A skutek był prosty i niepodważalny: dusze nie zostały oddane. Porządek został naruszony.

Gniew Dis Patre był nieunikniony.
Nie przychodził nagle, nie wybuchał chaosem. On nadchodził powoli, metodycznie, jak noc, której nie da się zatrzymać. Seri czuła go już teraz, pod skórą, w drżeniu ziemi, w ciężarze powietrza. Znała ten znak aż za dobrze. Wiedziała, że bóg nie zapomniał i nie zapomni.

I dosięgnie ich wszystkich.

Bez wyjątku.

Nie tylko Pierwszego Wysłannika, choć to jego decyzja była iskrą. Nie tylko kobietę, która igrała z duszami. Nawet nie tylko ją samą, stojącą zbyt blisko centrum wydarzeń. Gniew boga nie znał pojęcia winy indywidualnej - znał tylko bliskość. A oni wszyscy byli zbyt blisko.

Seri zacisnęła dłonie i wyprostowała plecy.
Jeśli miała być Wysłannikiem, to do końca. Przyjmie karę, gdy nadejdzie. Wypełni swoją rolę, nawet jeśli będzie musiała patrzeć, jak świat pęka pod ciężarem cudzej decyzji. Bo Dis Patre nie potrzebował wyjaśnień. Potrzebował posłuszeństwa.

A ono - w przeciwieństwie do strachu - nie miało prawa drżeć.

Gdy odwróciła się od Wysłannika, jej wzrok niemal natychmiast odnalazł Petre. Stał kilka kroków dalej, oparty o jedno z drzew, jakby tylko ono trzymało go jeszcze w pionie. Iluzja puściła go powoli -zbyt powoli — zostawiając w jego ciele napięcie, którego nie potrafił ukryć. Oddychał ciężej niż powinien, a jego spojrzenie było mętne, nieobecne, jak u kogoś, kto wrócił z miejsca, gdzie nie da się oddychać.

Seri poczuła ukłucie w piersi, ostre i znajome.

Pierwszym uczuciem nie była ulga. Był nią strach, cichy i natychmiastowy. Nie o to, że mógł ją skrzywdzić - ten strach już znała i nauczyła się z nim żyć. Bała się tego, co iluzja mogła mu pokazać. Bała się, że widział siebie pochylonego nad jej ciałem, że czuł smak jej krwi na języku, że świat kazał mu przeżyć dokładnie to, przed czym oboje uciekali.

Potem przyszła wina.
Lepka, dusząca, nieproszona. Jej krew była jego próbą. Jej obecność nieustanną pokusą. Patrząc na niego, wiedziała, że jeśli walczył ze sobą, to dlatego, że ona stała zbyt blisko. Że jej życie było dla niego polem bitwy, na którym nigdy nie miał wygrać bez strat. 

Ale ponad tym wszystkim unosiło się coś jeszcze  czułość, bolesna i nie na miejscu. Widziała, jak bardzo jest wyczerpany, jak ramiona opadły mu ciężko, jakby dźwigał winę, której jeszcze nikt mu nie przypisał. I nagle zrozumiała, że najbardziej boi się nie jego głodu lecz tego, że iluzja mogła odebrać mu resztki wiary w siebie.

Chciała do niego podejść. Dotknąć jego dłoni. Powiedzieć, że przetrwała. Że on też. Ale była Wysłannikiem Dis Patre, a wysłannicy nie szukają ukojenia - oni je odbierają innym.

Najgorsza była jednak myśl, która pojawiła się na samym końcu, cicha jak szept:
że jeśli Dis Patre upomni się o zapłatę, Petre może zostać tą, którą ona będzie musiała oddać.

I patrząc na niego po iluzji, zrozumiała, że to właśnie ta możliwość boli ją bardziej niż jakakolwiek wizja śmierci.

 

ROZDZIAŁ 827

WYSŁANNIK I

Jęk. Najpierw cichy, słabnący, urywany. Na niego być może nikt nie zwróciłby uwagi, nawet jeśli całe zebrane wokół towarzystwo miało doskonały słuch. Lecz ten niepokojący dźwięk zaczął narastać, każąc innym odwrócić głowy w poszukiwaniu jego źródła. Wtem właśnie ujrzeli Seraphinę zgiętą wpół i zwijającą się z bólu. Krew zaczęła przesiąkać przez jej ubranie i chyba dopiero wtedy reszta zauważyła grot sterczący z jej piersi. Życie uciekało z Wysłanniczki gęstą, czerwoną wstęgą, na jeden duszny, przerażający ułamek sekundy zawieszając wszystko w czasie: wszak od Czasu silniejsza była tylko Śmierć.

A może na odwrót?

Gdy upiorny ułamek minął, zapanował chaos. Petre momentalnie rzucił się w stronę Seraphiny, kucając przy niej i… i co? Nie miał pojęcia, co zrobić, bo nie znał się na pierwszej pomocy. Rana była taka duża, a grot chyba tamował krwawienie, chociaż częściowo, więc może nie powinien go wyjmować? Może nie, ale... ale nagle wyciekająca z rany krew stała się tak kusząca, tak pięknie pachnąca… Bo jak smakować mogła krew boskiego Wysłannika? Na pewno inaczej niż ludzka. A gdyby tak spróbować… Petre czuł, jak jego myśli zachodzą czerwona mgiełką. Przestał drżeć na widok konającej Seraphiny, myśląc sobie z nagłą, niespodziewaną swobodą, że mogłaby już umrzeć, a wtedy cała ta krew byłaby już jego…

Dziwnemu zachowaniu Petre przyglądała się Aria. Jej zmysły działały na pełnych obrotach, dlatego wyraźnie czuła, że działo się coś złego. Panika niczym rdza powoli pokrywała jej myśli, ale nie mogła się im poddać — wszak to nie byłby pierwszy raz, gdy w chwilach grozy przejęłaby dowodzenie, zachowując zimną krew.

Ale krew, bynajmniej nie zimna, a całkiem gorąca, zaczęła malować na czerwono już całkiem okazały brzuch Arii. Głos z szoku i paniki ugrzązł jej w gardle, ale za nich oboje wrzasnął Athan, natychmiast rzucając się w stronę żony. W jego oczach lśnił obłęd sugerujący, że wampir utracił połączenie z rzeczywistością. Cały czas wpatrywał się z rozpaczą w Arię i ich umierające dziecko, prawie nie zwracając uwagi na to, że nie mógł już nic powiedzieć, że oddychało mu się coraz gorzej, a krew wartkim strumieniem spływała na jego pierś z coraz szerszej i głębszej rany na szyi.

Leonard miał te wszystkie okoliczne śmierci kompletnie gdzieś. Z nikim z tej szalonej bandy nie łączyły go żadne zażyłości — a nawet jeśli, to miał teraz znacznie, znacznie poważniejszy problem. Czuł, jak strach miesza się w nim z radosną ekscytacją, kiedy całe wiszące nad nim niebo zasłoniły ciemne chmury. Wir, który utworzył się wewnątrz, był zbyt charakterystyczny, by go nie rozpoznać: oto jego Pan się uwolnił, oto przyszedł go nagrodzić, karząc za błędy. Z gardła wydostał się obłąkańczy, chropowaty śmiech, który ogłuszył potworny trzask, jak gdyby to samo niebo właśnie pękało, przepuszczając na ziemię potężne Bóstwo.

— Och, Panie, Panie… — szeptał z uwielbieniem, nieustannie bijąc pokłony. Nie miało znaczenia, że jego głos był ledwie słyszalny – Batara Kala na pewno go usłyszy.

ZAWIODŁEŚ MNIE.

Jego głos nie brzmiał ludzko. Brzmiał jak seria zlepionych z siebie grzmotów, które tylko intuicyjnie układały się w jakieś słowa. Ale Leonard nie miał wątpliwości, co Batara Kala powiedział, wywołując w nim lodowaty dreszcz.

— Panie… przebacz mi, o Panie, moją głupotę i ślepotę! Ukarz mnie i pozwól dalej wiernie służyć…

Mógł umrzeć. Mógł umierać dziesiątki razy. Wiedział, że sobie na to zasłużył i z ekstatyczną ochotą chciał się temu poddać.

BĘDĘ SIĘ NA TOBIE MŚCIŁ AŻ PO KRES TWOICH DNI. NIGDY JUŻ NIE BĘDZIESZ MI SŁUŻYŁ. STRACIŁEŚ GODNOŚĆ WYSŁANNIKA.

Na Leonarda opadła lodowata kurtyna martwego, cichego strachu.

— N… N-nie… P-p-panie… b-błagam…

Gardło miał zbyt ściśnięte, żeby powiedzieć coś więcej. Tylko nie to! Przecież był jego wiernym sługą, jego…

Po raz kolejny zamarł, gdy kątem oka dostrzegł eleganckie blond loki opadające gładko na idealnie obrysowane, nagie łopatki. Porcelanowa twarz teraz była wyjątkowo blada, a w przepięknych, szaroniebieskich oczach błyszczał strach…

…a potem szok, gdy poczuła, jak ostrze miecza przeszywa ją na wskroś.

— ILARIE!

To nie był wrzask Leonarda; on był zbyt oniemiały, zbyt przerażony i zawstydzony — wszak to jego wina, to on wszystko zepsuł. Krzyczał Petre, który momentalnie zerwał się z nóg i rzucił się w stronę siostry, wisząc niczym duch nad raną, z którą nic już nie dało się zrobić.

 

Chaos. Panował chaos. Jedni umierali, drudzy opłakiwali zmarłych. Wysłannik z nieukrywaną kpiną obserwował całe to widowisko. Ależ oni wszyscy byli słabi! A słabość go odpychała, brzydziła. Dlatego odsunął się znacznie od Goro, z którym jeszcze niedawno rozmawiał: próbował właśnie uspokoić mamroczącą opętańczo Wierę, która zdawała się ze strachu postradać zmysły. Ale i demon nie miał łatwo, bo tuż obok niego stał… drugi Goro. Jego ludzka powłoka we własnej osobie?, zastanawiał się Wysłannik, nie starając się nawet słuchać oskarżeń, jakie człowiek kierował do demona.

— Elijah…?

Wysłannik drgnął, odwracając się. Kilka metrów od niego stała niziutka, czarnowłosa istotka o mokrych od łez policzkach. Była… śliczna. Była piękna. On nie powinien poznawać takich wrażeń, ale coś bardzo głęboko w nim samym kazało określić ją mianem najładniejszej ze wszystkich kobiet. Bo każda inna była… miałka. Byle jaka. Nijaka. Ale ta była inna.

Marisa. Żona tego, którego ciało posiadł.

Oczywiście, to była tylko wizja. On też miał od niej postradać zmysły, dlatego musiał się odwrócić.

Musiał.

Ale coś nie zadziałało. Jakby mięśnie się zbuntowały i kazały stać zwróconym do niej. Prychnął pod nosem, przeklinając pamięć ciała, po czym wreszcie zdołał odwrócić wzrok.

I dobrze zrobił, bo na drugim końcu polany stał ktoś znacznie ciekawszy. Wysłannik nigdy jej nie widział, ale ją, całkiem obiektywnie, być może też można by nazwać ładną. Wszystko przez burzę rudych niczym lisia kita włosów. Duże, zielone oczy błyszczały bystro, a delikatne zmarszczki zalęgające się wokół ust, oczu i na czole nadały jej obliczu dojrzałej szlachetności. Odziana była dość niestandardowo, bo w długą, szeroką suknię, której fałdy oraz szerokie rękawy powiewały na lekkim wietrzyku. Kolor materiału idealnie zlewał się z krwią, która teraz tak obficie podlewała ziemię.

Obok niej stała dobrze mu już znana figura — tajemniczy klecha, niejaki Daniel McKenzie. A więc to jej służył — bo od początku jasnym było, że to nie on był mózgiem całej operacji.

— A więc to ty.

Głos Wysłannika był równy, spokojny. Dostrzegł dzięki temu krótki błysk zaskoczenia w oczach tajemniczej kobiety — widocznie nie spodziewała się aż takiej obojętności. Ale ten blask szybko zgasł.

— To ty nałożyłaś te iluzje — kontynuował Wysłannik. — Zdejmij je.

— Nie, mój drogi. To nie ja.

Jej głos był niski, pewny siebie, przyjemny dla ucha. Wybrzmiewał z nich uśmiech, który na twarzy pozostawał niemal niewidoczny. Jednak ważniejsza była treść: Jak to nie ona? Czyżby klecha? Wysłannik tylko na moment przeniósł na niego wzrok, ale zaraz tę możliwość odrzucił: ten człowiek — bo to tylko człowiek — był zdecydowanie zbyt słaby. Ale kobieta zdawała się nie kłamać. O co więc…

Urwał w połowie myśli, rozglądając się dookoła z taką uwagą, jakby dopiero teraz dostrzegł otaczający go krajobraz. Nie było w nim zupełnie nic nadzwyczajnego, ale znacznie ważniejsze było to, co nieosiągalne dla gołego oka.

— To Kurtyna.

Kobieta nie odrzekła ani słowa, ale uśmiechnęła się w odpowiedzi.

— Znajdujemy się już za Kurtyną. I to ty ją stworzyłaś.

Znowu milczenie jako znak zgody.

Ta wiedza była jednocześnie uspokajająca na swój sposób i niepokojąca. Wreszcie dowiedzieli się, kto odpowiada za kradzież dusz — nie mogło być innego wyjścia, skoro to ona stworzyła Kurtynę. Ale ten fakt jednocześnie martwił, bo sugerował jasno, że nekromantka była wyjątkowo potężna. Poza tym, jeśli znajdowali się pod jej Kurtyną, nie mieli specjalnie dużo opcji, a już na pewno nie mogli jej zabić. Ale i ona nie mogła zabić jego, dlatego rozmowa zapowiadała się co najmniej interesująco.

— Jak cię zwą?

— Morwenna. A ty jesteś szukającym nas Wysłannikiem.

Kiwnął głową.

Zapanowało milczenie, które łatwo było zinterpretować: każde z nich zastanawiało się, ile może ujawnić, a ile zachować dla siebie. Na pierwszy rzut oka byli dla siebie wrogami, którzy nie mają ze sobą nic wspólnego, to i dialog był tu zbędny. Ale Wysłannik nie podjąłby nawet słowa rozmowy, gdyby uznał to za bezcelowe. W tej kobiecie było coś, co drażniło, tym samym fascynując. Uczucie to można byłoby porównać do zbyt intensywnego drapania: łagodzi uporczywe swędzenie, choć powoduje ból; jeden dyskomfort zamieniony na drugi. Podobne, bardzo poplątane odczucia, budziła w nim Morwenna.

In luce patebit quod tenebris tegitur.

Wysłannik wykonał ledwie widoczny ruch nadgarstkiem, półszeptem wypowiadając dobrze sobie znaną frazę. Bardzo delikatny, łagodny błysk światła niczym lewitujący wąż przemknął subtelnym slalomem między zebranymi wokół ludźmi, z czasem nabierając prędkości, aż wreszcie znikając gdzieś za horyzontem. Ale to nie zepsuło efektu, a wręcz przeciwnie: wnętrza wszystkich dookoła jaśniały delikatnie, jak gdyby każde z nich połknęło żarówkę emitującą wyjątkowo silne światło. W każdym, kto motał się w złych iluzjach, drzemał ciemny kłębek przywodzący na myśl splątaną, oblepioną sadzą włóczkę. To jednak nie było ani interesujące, ani zaskakujące. Ciekawsze było to, co znalazł we wnętrzu Morwenny. Znalazł tam bowiem duszę. I owszem, każdy miał swoją, ale ona posiadała jedną dodatkową, i to wyjątkowo brudną i odrażającą.

— Aha — mruknął do siebie Wysłannik, nawet nie starając się ukryć nuty tryumfu. Poczucie wygranej jeszcze w nim wzrosło, gdy zobaczył, że wreszcie uporczywy spokój, jaki błyszczał w oczach Morwenny, zadrgał niespokojnie. Ot, morze zielonych wód, dotąd tak spokojne, wzburzył delikatny, ale wyraźny wiatr. — Chciałaś być silniejsza, zagarniając jedną dodatkową duszę?

Milczała. Ale Wysłannik nie liczył na odpowiedź.

— Cofnij wizje — zażądał ponownie. — Wtedy będziemy mogli porozmawiać. Bo skoro żadne z nas nie atakuje, każde może tą rozmową coś osiągnąć.

Vana, facessite!

Ciszę, która nastąpiła wraz z tym zaklęciem, zastąpiły po chwili głębokie dyszenia, płacz, nerwowe mamrotanie i szeptane słowa otuchy. Wysłannik nie zwracał na to uwagi, skupiając się wyłącznie na Morwennie.

— Jest w tobie dobra wola — zauważył z zadowoleniem. — Dlatego odwdzięczę się i powiem, dlaczego cię poszukujemy. Dis Patre, nasz pan…

— Twój pan.

Do rozmowy niespodziewanie włączył się Leonard, który najszybciej otrząsnął się po dręczących omamach. Morwenna z ciekawością zwróciła ku niemu swój wzrok.

— Nasz pan — kontynuował niewzruszony Wysłannik — zauważył zaginione dusze. To miłościwy Bóg, ale sprawiedliwy. Może nie zechcieć słuchać twoich tłumaczeń. Lecz chętnie wysłucham ich ja. Wierzę, że możemy sobie pomóc.

Wpatrywał się w nią łagodnie, choć oczekująco. Czuł też na sobie spojrzenia tych, którzy całkiem lub w większości oswobodzili się z krwawych wizji. O mało się nie uśmiechnął kpiąco, gdy zdał sobie sprawę, że wszyscy, którzy tam stali, mogliby wykorzystać zaginione dusze na różny, wymyślny sposób. Każdy miał wszak jakieś pragnienie, jakiś cel, jakiś zaprzysięgły zamiar. Lecz…

Lecz wygram tylko ja.  

Rozdział 826

 

Aria

Nie wiedziała, co powinna zrobić i jak się zachować. Wszystko, co czuła było dla niej nowe i nieznane. Mieszanina uczuć sprawiła, że wszystkie obawy, które dusiła w sobie tak długo, podeszły jej do gardła i zrobiło się jej niedobrze. Czy powinna próbować? Może przypadek Elijaha był tym jednym, beznadziejnym przypadkiem, tym czymś, czego nigdy nie zdoła pokonać. Aria nigdy dotąd się nie poddawała, nigdy wcześniej nie odpuszczała nawet wtedy, kiedy było bardzo źle. To uczucie nie miało jednego słowa, które potrafiłoby je opisać. To nie jest zwykły smutek ani zwykłe zmęczenie. To moment, w którym serce przestaje walczyć i nie dlatego, że już nie chce, ale dlatego, że nie ma już czym. Kobieta, która zawsze była siłą, tą która podnosiła się po każdym upadku, która z determinacją szła przez ból i strach, nagle traci grunt pod nogami. Nie krzyczy, nie płacze. Milczy. W jej oczach nie ma już tej iskry, która kiedyś rozświetlała nawet najciemniejsze dni. Została w niej tylko cisza . Ciężka, gęsta, dławiąca.

To nie była przegrana, to rezygnacja z walki, która stała się bez sensu. To zrozumienie, że siła nie zawsze oznacza trwanie. Czasem największym aktem odwagi jest odpuścić, przestać się starać, pozwolić, by coś po prostu odeszło. Z drugiej jednak strony, Aria nie chciała sobie na to pozwolić. Nie chciała, by osoba, która była jej tak druga, stała się przyczyną jej rezygnacji. Pragnęła walczyć o Elijaha ostatkami sił, przelać za niego wszystkie łzy i jeśli było to konieczne, to czekać cierpliwie aż otrząśnie się z tego koszmarnego snu i spohrzy na nią tak, jak dawniej. Chciała zobaczyć w jego oczach tą wesołość i ciepło, chciała dostrzec te drobne zmarszczki, które tak kochała i które przypominały jej o domu.

I choć została złamana, wciąż było w niej coś prawdziwego, coś z tej starej Arii. W tym złamaniu było piękno, bo ono pokazywało, jak głęboko potrafiła kochać, wierzyć, chcieć. I nawet jeśli dziś rezygnuje, choć na krótką chwilę, to nie znaczyło, że przegrała. Musiała przestać być egoistką.

Jej dłonie automatycznie przesunęły się na brzuch, który był już mocno widoczny. Zacisnęła je lekko i zamyśliłą się na dłuższą chwilę. Czy chciała pokazywać dzieciom taki świat? Świat bez wiary? Nie, oczywiście, że nie. Musiała zrobić wszystko, by odzyskać Elijaha, ale zrozumiała też, że nie działało to, jak dotknięcie magicznej różdżki i nie wystarczył jej uścisk, by przyjaciel wszystko sobie przypomniał.

Gdy podszedł do niej Petre, otrząsnęła się i skupiła na tym, co mówił. Zmarszczyła lekko brwi, wsłuchując się w słowa brata i jego propozycję, która była całkiem racjonalna i adekwatna do sytuacji, w której się znalazła. Miał rację, że Elijah nie pozwoli się im do siebie zbliżyć, więc musiała działać poprzez ręce Petre. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko, wyciągając rękę w jego stronę, by zacisnąć ją na tej należącej do niego.

- Nie mam ci niczego za złe i Athan również, choć może wydawać się inaczej. To dla nas wielki szok, wiesz, to co się tutaj dzieje. Nie dziwię się, że nikt nie chciał nam powiedzieć. Ja sama starałabym się chronić bliskich przed takim rozczarowaniem – szepnęła, by zapewnić brata, że nikt się na niego nie gniewa, zwłaszcza ona. Athanasius zazwyczaj gniewa się na wszystkich i nie potrzebuje do tego większych powodów, ale nie chciała póki co zrażać do niego nowo poznanego szwagra.

- Twoje pojawienie się w moim życiu też jest cudem. To, że znowu się odnaleźliśmy. Jestem zdania, że nic nie dzieje się bez przyczyny i to wszystko też ma jakiś powód. Powrót Seraphiny i Elijaha, w tym musi być coś więcej. Zobaczysz, jeszcze ich odzyskamy – ostatnie zdanie wypowiedziała niemal bezgłośnie, ale wiedziała, że mężczyzna ją usłyszał. Zbliżyła się do niego bardziej i objęła niespodziewanie. Chciała być teraz blisko niego, blisko kogoś. Athan był zbyt wzburzony całą tą sytuacją, więc nie mogła oczekiwać od niego, że pohamuje swoje emocje i będzie obchodził się z nią, jak z jajkiem. Zwłaszcza, że w dużej mierze, to ona była powodem jego wzburzenia.

- Pamiętam go za nas dwoje. To boli najbardziej, Petre. Moje wspomnienia są teraz ciężarem, a nie mostem. Patrzy na mnie tymi samymi oczami, ale bez cienia rozpoznania, jakby ktoś zgasił światło w pokoju, który znałam na pamięć. Mówi moje imię obco, ostrożnie, jakby było cudze. A ja stoję obok i duszę w sobie krzyk. Każde nasze kiedyś jest teraz raną, która nie chce się zamknąć. Bo jak opłakać kogoś, kto oddycha i stoi tak blisko?Boję się. Nie tej ciszy między nami, tylko myśli, że może nigdy nie wróci. Że będę musiała nauczyć się żyć z jego śmiechem, który już mnie nie pamięta, z gestami, które kiedyś były tylko moje, a teraz są puste. Czasem mam wrażenie, że jeśli puszczę jego rękę choć na sekundę, on zniknie na dobre i nie tylko z pokoju, tylko z naszej historii. A ja zostanę strażniczką wspomnień, których nikt już nie potrzebuje.- westchnęła bezgłośnie i odsunęła się od brata na kilka kroków. Popatrzyła w stronę tego, kto zwał się teraz Wysłannikiem. Rozmawiał z Seraphiną, która raz po raz spoglądała w ich kierunku. Jej oczy były inne niż te, którymi patrzył na nią Elijah. Aria miała wrażenie, że są mniej puste, że jest w nich więcej iskry. Co było tego powodem? Czyżby uczucia, które żywiła do Petre? Jeśli ona mogła okazywać choćby cień dawnej siebie, to Elijah też musi mieć taką szansę.

- Ale będę walczyć. Choćby miało mnie to złamać. Będę mu opowiadać nas od nowa: dzień po dniu, zdanie po zdaniu, łzą po łzie. Nawet jeśli nigdy nie przypomni sobie mnie, ja nie pozwolę zapomnieć jemu, że był kiedyś kimś kochanym. Bo miłość nie znika razem z pamięcią. Ona tylko boli ciszej. I zostaje. - uśmiechnęła się już z większą determinacją niż kilka chwil temu.

- Zróbmy to, Petre. Zróbmy. Odzyskajmy ich, dobra? Vasco nigdy się nie poddają, nigdy nie ustępują i nie zostawiają swoich bliskich. Oboje musimy sobie przypomnieć, jak to jest być Vasco, a to jest ku temu dobra okazja – przez jej głos przebijało się zacięcie. Wierzyła, że im się uda.

Musi, prawda?


Wysłannik II

Była w niej miłość, ale leżała jak coś kruchego, jakby każdy ruch mógł ją rozbić. Czuła ją wyraźnie, aż za bardzo, a jednocześnie nie potrafiła zrobić z nią nic sensownego. Stała w miejscu, zawieszona między „chcę” a „nie wolno mi chcieć”. Patrzyła na niego i myślała, że to niemożliwe, żeby ktoś taki mógł spojrzeć na nią z czułością, nie widząc w niej coś do naprawienia, do poprawienia, do zmiany.

Bała się uwierzyć. Bo jeśli uwierzy, to znaczy, że może stracić. A ona całe życie uczyła się nie liczyć na nic, co mogłoby zostać odebrane. Każdy jego gest był, jak pytanie, na które nie znała odpowiedzi. Każde dobre słowo brzmiało, jak obietnica, a obietnice zawsze ją przerażały. W głowie słyszała głos, który mówił: to chwilowe, zaraz przejdzie, nie przyzwyczajaj się. I choć serce rwało się do przodu, ona cofała się o krok.

Nie wie, kim ma być w tej historii. Czy może pozwolić sobie na słabość? Czy może być widziana bez wstydu? Miłość wydawała się jej czymś zbyt dużym, zbyt jasnym dla kogoś, kto całe życie stał w cieniu. Czasem miała ochotę uciec, zanim on zobaczy, jak bardzo się bała. A czasem marzyła, żeby ktoś w końcu powiedział: nie musisz nic udowadniać, wystarczy, że jesteś.

Jest zakochana. I to przerażało ją najbardziej. Bo kochać to wierzyć, a ona jeszcze nie nauczyła się wierzyć, że może być czyimś wyborem, a nie tylko przystankiem.

Czułą się jak ktoś, kto trzyma w dłoniach coś ciepłego i prawdziwego, ale nie wie, czy ma prawo tego dotykać. Zakochanie przyszło cicho, bez fajerwerków, raczej jak zmęczenie po długiej drodze, kiedy nagle ktoś proponuje, że poniesie część ciężaru. I właśnie to jest najstraszniejsze. Bo jeśli pozwoli, jeśli oprze się choć na chwilę, to co będzie, gdy ją puści?

Wciąż sprawdzała siebie. Każde słowo, każdy gest. Zastanawiała się, czy nie mówi za dużo, czy nie czuję za mocno, czy nie zajmuję zbyt wiele miejsca w jego świecie. Miłość powinna dawać spokój, a Seri czułą napięcie. jakby szczęście było egzaminem, do którego nie przygotowała się wystarczająco. W jej głowie mieszka przekonanie, że na bliskość trzeba zasłużyć, że jeśli ktoś zostaje, to tylko do czasu, aż zobaczy ją naprawdę.

Najtrudniejsze są chwile, gdy jest jej dobrze. Gdy się śmieją, gdy cisza nie boli, gdy jego obecność przestaje być pytaniem. Wtedy pojawia się strach: lepki, duszący, odpychający. Boi się, że to właśnie ten moment, w którym wszystko zacznie się kończyć. Bo nauczyła się, że to, co dobre, nie trwa. I zamiast się nim nasycić, chowa je w sobie jak sekret, który może zostać odebrany, jeśli ktoś go zauważy. Nie wie, jak kochać bez lęku. Jak być blisko i nie uciekać myślami. Jak przyjąć czyjeś uczucia bez potrzeby przepraszania za własne istnienie. Chciała uwierzyć, że nie musi być idealna, spokojna, „łatwa”. Że może być pogubiona, cicha, czasem zbyt wrażliwa i wciąż warta miłości.

Stała na granicy. Jedną stopą w uczuciu, drugą w starych obawach. I każdego dnia uczyła się małego aktu odwagi: zostać jeszcze chwilę. Nie uciec. Nie przekreślić siebie z góry. Może miłość nie jest czymś, w co trzeba wierzyć od razu. Może wystarczy nie odwracać wzroku, gdy ktoś patrzy na nią tak, jakby naprawdę chciał zostać. Petre tak na nią patrzył. Nie od razu, ale z każdym kolejnym dniem, gdy poznawał ją bardziej, gdy przyzwyczajał się do jej obecności i do tego, jak wypełniała sobą całą jego przestrzeń.

Gdy w końcu spojrzał na nią tak, jak tego pragnęła, to wszystko zostało jej odebrane. Dis Patre zakpił z niej i śmiał się teraz pewnie w głos, gdy widział, jak się miota. Wiedziała, że nie może go kochać, że nie może okazywać uczuć, choć te tak bardzo chciały wyrwać się na zewnątrz. Zalegały w jej sercu, zalegały w jej duszy i sprawiały, że odbierało jej dech w piersiach. Mogła umrzeć drugi raz, jednak nie mogła pozwolić, by coś stało się Petre. Ich pierwszy pocałunek był prawdopodobnie najbardziej beznadziejnym pocałunkiem w historii ludzkości. Pierwszy Wysłannik miał rację – lepiej było nie czuć nic i ze spuszczoną głową wykonywać polecenia boga, któremu służyli.

- Znacie magię Nekromantów? - ciszę przerwała Wiera, która była wyraźnie cicha i zamyślona od kiedy pojawili się w Bibury. Seri zbliżyła się bardziej do demona i griszki, którzy stali najbliżej drugiego Wysłannika. Łowczyni pokiwała przecząco głową.

- Nie miałam z nimi do czynienia zbyt często. Nie wchodzili nam w drogę, więc i my trzymaliśmy się z boku. A ty? Znasz ich czary mary? - zapytała młodsza Wysłanniczka, uważnie obserwując kobietę.

- Żelazna Kurtyna nie jest murem ani cieniem. Jest decyzją świata, żeby zapomnieć. Zaklęcie splata się z trzech mocy. Pierwsza to imię prawdziwe, wypowiedziane bez głosu. Mag musi znać esencję tego, co chce ukryć: nie nazwę, nie historię, lecz powód, dla którego to coś istnieje. Błąd w Imieniu sprawia, że Kurtyna rdzewieje, a świat zaczyna przeczuwać brak. Druga to czas. Nie wystarczy energia chwili. Żelazna Kurtyna wymaga ofiary z przyszłości: czar rzucający oddaje jedno „jutro”, które nigdy się nie wydarzy. Dla niektórych jest to utracona miłość, dla innych dziecko, które nigdy się nie narodzi, albo droga, której już nie da się wybrać. Świat domaga się równowagi. Trzecia moc jest najdroższa. Świadectwo. Kto tworzy Kurtynę, musi pozostać jedyną osobą, która wie. Ale wiedza ta nie jest darem. To ciężar, który nie może być przekazany. Każda próba opowiedzenia prawdy kończy się krwią pod językiem i pustką w głowie słuchacza. Mag staje się żywym kluczem do drzwi, których nie wolno już otworzyć. Ofiara jest zawsze osobista. Żelazna Kurtyna żąda tego, co najbardziej ludzkie: wspomnień, które definiują „ja”. Z czasem twórca zapomina, dlaczego chroni to, co ukrył. Pamięta tylko ból i obowiązek. I to wystarcza, by czar trwał. Mówi się, że gdy ostatnia osoba niosąca Świadectwo umrze, Kurtyna opadnie. Ale świat, który odzyska to, co było ukryte, nigdy już nie będzie taki sam. Bo Żelazna Kurtyna nie tylko chroni, ona uczy świat, jak żyć z brakiem, którego nie potrafi nazwać. - Wiera przystanęła i rozejrzała się powoli. Mówiła cicho, ale na tyle głośno, by usłyszeli ją wszyscy, których miało to interesować.

- To tylko legenda, nie wiem czy jest prawdziwa. Podobno dawniej griszowie korzystali z pomocy Marów, których można porównać trochę do Nekromantów. Nasza magia nie bierze się z niczego, to bardziej taka zaawansowana nauka. Właściwie żadna magia nie bierze się z niczego, zawsze trzeba coś poświęcić. W Bibury poświęcono wielu z bardzo błahego powodu. Podejrzewam, że wybrano to miejsce, by obejść część ze Świadectwem i by to dusze zmarłych mieszkańców stały się kluczami. - milczała przez chwilę po czym popatrzyła na Seraphinę i Wysłannika, jakby to oni znali odpowiedzi na każde nurtujące ją pytanie. Seri analizowała przez chwilę to, co powiedziała griszka i naszła ją pewna myśl. Chciała podzielić się nią z pozostałymi, bo to mogłoby pomóc Wysłannikowi dostrzec więcej niż widzieli pozostali. 

- No dobra, wiemy całkiem sporo. Może powinniśmy zo...zob...cooooo jeeeest.... - dziewczyna poczuła piekący ból w okolicach klatki piersiowej, a gdy spojrzała w dół dostrzegła, że z jej piersi wystaje strzała. Otworzyła szeroko oczy, nie do końca wiedząc, jak zareagować. Czy ktoś poza nią to zauważył? Wyglądało na to, że nie. Dlaczego nie było niczego słychać? Byli w obecności wampirów, których zmysły przecież są wyczulone, a oni, jako Wysłannicy też posiadali umiejętności, które powinny przewidzieć atak. Chwyciła się mocno za pierś i krzyknęła z bólu, który powoli rozdzierał ją na pół. Nie mogła złapać strzały, by wyciągnąć ją z piersi. Ręce ociekały jej krwią, a wystająca z jej piersi część ślizgała się między palcami. Upadła na kolana szarpiąc się w konwulsjach. Nie mogła umrzeć od takiego ciosu, choć czuła, jakby uchodziło z niej życie. Słyszała krzyki gdzieś nad sobą, dostrzegła biegnącego w jej stronę Wysłannika, ale mgła zachodząca jej na oczy rozmazała resztę obrazu.

Tak bolało życie.










ROZDZIAŁ 825

WYSŁANNIK I

Czy wiedza na temat tego, jak działają uczucia i jak powinny na niego wpływać, mogła być tym samym, co ich odczuwanie? Skoro znał ich strukturę, skoro je rozumiał — na czym polegała ta cienka, niewyraźna różnica? Odpowiedź sama nasuwała się na usta: teoria to nie praktyka. Młody chłopiec, od zawsze marząc o byciu wielkim wojem, mógłby całymi dniami czytać książki o technikach korzystania z miecza, ale dopóki jego własne ostrze nie zasmakuje krwi na polu bitwy, nigdy owym wojownikiem nie zostanie. Zwiększało się natomiast ryzyko, że sucha teoria nie ochroni go przed śmiertelnym ciosem, przez który chłopiec nigdy się nie dowie, jak to jest zostać wojownikiem. Bo na to trzeba czasu. Bo na wcielenie teorii w praktykę zawsze trzeba czasu. 

Wysłannik to rozumiał. Tak, on rozumiał. Rozumiał więc, że gdyby teraz był Elijahem, czułby bardzo wiele rzeczy. Co na przykład? Może strach? Strach przed tym, że jego przyjaciele znaleźli się w niebezpiecznej sytuacji. A może radość, że w ogóle ich ujrzał? Czy ciepło ulgi i szczęścia rozlewałoby się teraz po jego wnętrzu niczym roztopione złoto? Czy błysk owego złota wówczas lśniłby w jego ciepłych oczach? Możliwe. Możliwe, że wtedy czułby to wszystko — gdyby był Elijahem.  

Ale był Wysłannikiem. A on… 

Nie czuł nic. 

Nie czuł. Za to wiedział. Wiedział, że tych ludzi nie powinno tam być. Wiedział, że pojawienie się Arii i Athanasiusa, ludzi znanych mu tylko z twarzy, komplikowało ich i tak bardzo kruchy plan. I wiedział też, że tak łatwo się ich nie pozbędzie, nawet jeśli jego ostatnia groźba wyraźnie odbijała się w oczach Athana. Jeśli któregokolwiek z nich miało choć odrobinę rozumu, zaraz opuszczą tę polanę i przestaną im przeszkadzać. 

Z demonem, który ich tu przyprowadził, policzy się później. 

Delikatny, chłodny wiatr tańczył między nimi zgrabnie, powoli, upiornie, a w jego szepcie słychać było cichy śmiech. Szarawe niebo, które wisiało nad nimi niczym groźba, zdawało się partnerować wichrowi, spoglądając na nich z jawną pogardą. 

Pogarda. To słowo znał. Rozumiał, co oznaczało. 

— Jeśli nie odejdziecie — swoje długie, ciężkie spojrzenie skierował ku Athanasiusowi — zabiję ją. 

Nie musiał tłumaczyć, kogo miał na myśli. Wszyscy to zrozumieli. I nawet jeśli ta groźba aż ociekała mrokiem, Wysłannik, potęgując efekt, nie dał nic po sobie poznać: odwrócił się i jak gdyby nic zwrócił się do demona. 

— Żelazna Kurtyna. To najpewniej tutaj została postawiona. Musimy przeszukać to miejsce. Jeśli znajdziemy jakiś przedmiot, który mógł mieć kontakt z kimś związanym z tą sprawą, być może uda mi się odczytać rys przeszłości.  


PETRE

Goro coś odpowiedział. Wysłannik coś dodał, wtrąciła się także Seri. Trwał dialog, który miał wyjaśnić bardzo ważne rzeczy, ale on… zupełnie przepływał przez Petre. 

Petre, który zupełnie nie wiedział, co zrobić.  

Już bardzo dawno nie czuł się tak źle, jak teraz. Co było tego przyczyną? Ich było aż nadto i łatwo było je wyliczyć. Po pierwsze, tęsknił za domem i Ilarie. Oczywiście, mógł wrócić do Bukaresztu w każdej chwili, ale czuł, że to jeszcze nie był właściwy moment. I tu można było gładko przejść do drugiego punktu jego obaw: bo kiedy miał nadejść ten właściwy moment? I jak niby miałby się do niego przyczynić? Petre czuł się bezużyteczny. Miał wrażenie, że czepił się ich jak rzep psiego ogona i wędrował z nimi tylko po to, by być bliżej Seraphiny — która nawet nie była do końca Seraphiną! Ale czy to naprawdę tylko o to chodziło?  

Czy może po prostu chciał po raz pierwszy w życiu poczuć się przydatny? 

Tylko jak on wypadał przy dwóch Wysłannikach? A w sumie to trzech, bo i Leonard nim był, nawet jeśli służył innemu bogu. Nawet Likar, który co jakiś czas pojawiał się i znikał, był znacznie bardziej doświadczony. A on? Kimże on był? Ledwie młodziutkim wampirem, który niewiele umiał, a jeszcze mniej wiedział. A mimo to, coś zabraniało mu zawracać. I dobrze wiedział, co to było. 

Tamten pocałunek. 

Petre westchnął ze zrezygnowaniem. A więc chodziło „po prostu” o Seraphinę

Wampir rozejrzał się dookoła, oceniając aktualną sytuację. Rozmowa wciąż trwała, a skoro Goro wciąż był zaangażowany, Athan i Aria musieli czekać. To dobrze, bo Petre czułby się bardzo źle, gdyby nie zamienił z Arią choćby słowa. Najpierw jednak zwrócił głowę ku temu, który jak dotąd nie wypowiedział ani słowa. Przypatrywał się jedynie całemu przedstawieniu ze swoim cynicznym uśmieszkiem, którego Petre tak nie znosił. Kiedy zaś Svik zobaczył, kto się do niego powoli zbliżał, uśmiech się tylko poszerzył. 

— Pyszny teatrzyk, nie? — zakpił. Sprawiał wrażenie czerpiącego szczerą przyjemność z tych scen, co przyprawiało Petre o mdłości. 

Nie skomentował więc, zastanawiając się nad sformułowaniem tego, po co w ogóle podszedł do tego wyjątkowo nieprzyjemnego typa. Niestety, tylko on był choćby bliski odpowiedzi na jego pytania. 

— Seraphina i ten drugi Wysłannik… — zaczął nieco nieporadnie Petre. — Oni się od siebie różnią, prawda? 

— Aha.  

— Jak to możliwe? 

Leonard obojętnie wzruszył ramionami. 

— Pewnie Bóg tak chce. Dosłownie i w przenośni. 

— A-ale… ale czy to nie oznacza, że to się da jakoś… no nie wiem, modelować? Odwrócić? Modyfikować? 

— Co? — zaśmiał się wrednie Leonard. — Chciałbyś, żeby twoja dziewczyna podduszała cię tylko przy seksie? Ale to nie takie proste, Młody — dodał tylko odrobinę poważniejszym tonem. — W tym gmera ten jej jebnięty bożek. Nie wiem, czy z ziemskiego poziomu da się coś z tym zrobić. 

Petre zaskakująco szybko podchwycił tę maleńką wskazówkę. 

— A… z nieziemskiego? 

Wszak stał przed nim nieziemski byt, więc to nie mógł być przypadkowy dobór słów. 

Svik uśmiechnął się przebiegle, zerkając na niego z zadowoleniem. Długo milczał, jakby się nad czymś zastanawiając. 

— Proponuję układ — mruknął z tym swoim cynicznym uśmieszkiem. — Musisz pomóc mi jej pomóc. Proste, wygodne i praktyczne, prawda? Jedyna trudność polega na tym, że łowczyni mojej pomocy nie chce. Łatwo to wyjaśnić: jej mózg jest wyprany, więc nie do końca pojmuje, na czym rzeczy stoją. Ale ty masz na nią bardzo interesujący wpływ, chłopcze. Myślę, że mógłbyś przemówić jej do rozumu. Co ty na to?  

Petre był co najmniej nieufny w stosunku do Leonarda, a jednak jakakolwiek możliwość pomocy Seraphinie bardzo go interesowała. I choćby nawet próbował, nie był w stanie ukryć tego ani na twarzy, ani w oczach. Widząc to, kapłan tylko prychnął z zadowoleniem, po czym kontynuował. 

— Dis Patre to śmieć — rzekł bez ogródek — i miesza we łbie twojej walentynce. Na pocieszenie i w ramach zaufania zdradzę ci, że to on jej wtedy kazał cię podduszać, bo ona sama by nie dała rady skrzywdzić swojego ulubionego wampirka. A kto jest naturalnym wrogiem tego boskiego śmiecia? 

Leonard zamilkł, wwiercając się intensywnym spojrzeniem w Petre, najwyraźniej oczekując od niego odpowiedzi. 

— Ekhm… Batara Kala…? 

— Tak — ni to szepnął, ni to syknął. — Właśnie tak. Więc układ jest prosty: trzeba go uwolnić. Gdy go uwolnimy, nakarmimy go tymi duszami, które są uwięzione, i to chyba nawet w pobliżu. One w większości i tak są do niczego, a… 

Petre zadziałał jak na autopilocie, zaczynając kręcić przecząco głową. 

— Nie pomogę ci — mówił ze zgrozą w głosie — uwolnić tego potwora… 

— Nie rozumiesz sytuacji, dzieciaku — przerwał mu Leonard. — Chodzi tylko o to, by go zapchać tymi duszami, by zaraz poszedł spać. Ale zanim zaśnie na setki lat, na pewno zechce się zemścić na Dis Patre. I to z korzyścią dla twojej damulki. Łapiesz? Przemyśl to, Młody.  

Petre odsunął się od Leonarda z rosnącą w gardle gulą. Nie spodziewał się wprawdzie jakichś wielkich efektów tej rozmowy, ale nie przypuszczał, że kapłan od razu wysunie jakąś ofertę — i to jeszcze tak absurdalną! Przecież to właśnie dlatego teraz znajdował się akurat w tym miejscu na tym etapie swojego życia — bo któregoś dnia do jego hotelu zameldował się jakiś wyjątkowo potworny bożek! Nie po to wszyscy się napocili, żeby go przymknąć, żeby teraz znowu go wypuszczać. Tym bardziej, że sam Leonard im w tym pomógł! I to ze względu Ilarie — a przynajmniej podobno. Jeśli Batara Kala zostanie uwolniony, to najpierw ich wszystkich pozabija, a wtedy to już na pewno nie pomoże Seraphinie. 

Petre westchnął ciężko, czując, jak barki smętnie mu opadają.  

Decyzja była bowiem absurdalna. Dlaczego więc gdzieś z tyłu głowy rosła w nim jakaś… nadzieja? 

Chciał ją jednak porzucić. A w tym momencie to nawet musiał, bo oto czekała go jeszcze jedna rozmowa, tym razem jeszcze trudniejsza. Serce pękało mu na drobne kawałeczki, patrząc na zbolałą minę Arii. Można by powiedzieć, że wyglądała jak cień samej siebie, ale nie — ona w ogóle siebie nie przypominała. Zniknął ten blask w oczach, który mieścił w sobie ciepło, dobroć i determinację. Jej sylwetka, zwykle dumne wyprostowana, teraz zdawała się taka drobna i przygarbiona, jak gdyby usiłowała po prostu zniknąć, rozpłynąć się w tej panującej dookoła beznadziei. Twarz straciła wszelkie kolory, a uśmiechu próżno było szukać.  

— Tak bardzo mi przykro — rzekł, gdy już do nich podszedł. Choć głównie zwracał się do Arii, na Athanasiusa tylko od czasu do czasu rzucając okiem. — Ja…  

Sam nie wiedział, co powiedzieć. Zamilkł więc na moment, szukając odpowiednich słów. Wiedział jednak, że takie nie istniały. 

— Przykro mi, że to nie jest wasz przyjaciel. Wiem, jak to rozdziera od środka: widzieć kogoś, kogo się znało, a kto już tym kimś nie jest. Z Seraphiną jest prawie to samo i… — Wypuścił smętnie powietrze. — I po prostu wiem, jakie to musi być trudne. A dla was nawet jeszcze trudniejsze, bo Elijah przecież zmarł. Uhonorowałaś go nawet w swoim albumie, co najlepiej pokazuje, jak… 

— Zaraz!  

Petre z przestrachem odwrócił głowę w stronę Athana, który był czymś nagle mocno wzburzony.  

— Widziałeś portret Elijaha w bestiariuszu Arii. Więc mogłeś go rozpoznać! A jednak nic nam nie powiedziałeś? 

Petre momentalnie się w sobie skurczył. Właśnie dlatego tak bał się tej rozmowy — bo ryzyko, że jego wina wypłynie na wierzch, było bardzo wysokie.  

— Przepraszam! — jęknął. — Mi też się to nie podoba i chciałem wam o tym powiedzieć. Dlatego spytałem o to Likara, ale on… 

— Likar wiedział?! 

— N-no tak — jąkał Petre, miażdżony przez rozwścieczony wzrok Athana. — Likar go rozpoznał jeszcze u nas w hotelu. Ale kazał nic wam nie mówić, bo powiedział, że to nie jest żaden Elijah tylko puste ciało i tylko wam krzywdy narobimy. A ja was przecież jeszcze dobrze nie znałem, no a potem… potem… 

Urwał, ale najwyraźniej nie musiał nic więcej dodawać, bo Athan zaraz odszedł kilka kroków, wyjmując telefon i natychmiast wybierając jakiś numer. Łatwo było się domyślić, do kogo właśnie telefonował i Petre poczuł się bardzo źle z faktem, że Likar będzie miał przez niego kłopoty. 

Nawet jeśli najprawdopodobniej wszystko spłynie po Andriejewie jak po kaczce.  

— Naprawdę przepraszam — szepnął w stronę Arii — ale uznałem, że nie mam prawa się w to wtrącać. Likar znał was dłużej i lepiej i skoro zarządził, by was nie niepokoić, to jakie miałem prawo się temu sprzeciwiać?  

Stał chwilę w milczeniu, z zupełnie zrujnowanym nastrojem.  

— Wiem, że chciałabyś go odzyskać — mruknął, patrząc niewidzącym wzrokiem na swoje zabrudzone błotem buty. — Tak jak ja Seraphinę. Szukam na to sposobu i to chyba głównie dlatego się ich trzymam. Największe szanse to wyciągnąć coś od tego Leonarda. Ale on twierdzi, że trzeba by z powrotem uwolnić Batara Kalę, bo tylko on jest zdolny do pokonania Dis Patre, a to niby on trzyma Seri i tego waszego przyjaciela na uwięzi. Będę szukał dalej — rzekł nagle ze stalą w głosie, raźno spoglądając na Arię — i w razie czego od razu dam ci znać.  

Odwrócił na moment wzrok, przyglądając się Goro i Wysłannikom, którzy powoli kończyli rozmowę. To oznaczało jedno: już za chwilę wszyscy mieli rozejść się w swoje strony, pełni bólu, cierpienia i poczucia niesprawiedliwości. Mimo to Petre rzucił ukradkowe spojrzenie na prawo i lewo; najpierw upewnił się, że nikt im nie przeszkodzi, a Athan cały czas warczy do telefonu, po czym zbliżył się bardziej do Arii. 

— Oboje chcemy tego samego — zauważył niepodobnym do siebie, rzeczowym tonem. Oboje chcemy kogoś... odczarować. A jeśli tak, to... musimy coś z tym zrobić. Wysłannik nie pozwoli się wam do siebie zbliżać — zauważył smutno — ale mnie akceptuje. A ty masz mnóstwo znajomości i jesteś bardzo oczytana. Więc może spróbujesz coś znaleźć? A ja będę węszyć tutaj. A jeśli to nic nie da, to.... 

Jeśli to nic nie da, być może znowu będę musiał porozmawiać z Leonardem, pomyślał wyjątkowo ponuro. Zerknął w stronę Svika, który, jak się okazało, cały czas go obserwował, uśmiechając się obrzydliwie i szeroko. Petre skrzywił się, kręcąc głową. Wolałby dać się pokroić, niż znowu uwolnić Batarta Kalę, choć... 

Seraphina wyglądała naprawdę pięknie. Jak zawsze zresztą. 

Jęknął w duchu. 

— No i w co ja się wpakowałem?!

Rozdział 824

 Aria

Aria stała naprzeciw Elijaha, a każdy oddech zdawał się rwać jej płuca na strzępy. Przez długie tygodnie opłakiwała go tak, jak opłakuje się kogoś, bez kogo świat traci kolory. Myślała, że już nigdy nie zobaczy jego uśmiechu, nie usłyszy tonu jego głosu, nie poczuje w sercu tego cichego drżenia, które zawsze pojawiało się, gdy był obok. Pogodziła się z pustką, choć ta pustka bolała bardziej, niż potrafiła komukolwiek wyznać. A potem los zadrwił z niej w sposób, którego nigdy by nie przewidziała. Elijah wrócił żywy. Oddano jej go, ale odebrano wszystko, co między nimi istniało.

Patrzył na nią z obojętnością, która bolała bardziej niż sama strata. Jakby była jedynie cieniem przechodzącym obok, niegdyś ważnym, teraz zupełnie pozbawionym znaczenia. Każde jego puste spojrzenie wbijało się w Arie jak szpilka: drobna, ale zadawana raz za razem, aż do granic wytrzymałości. W jego oczach nie było nawet ciekawości, czy choćby próby odnalezienia w niej czegokolwiek znajomego. Mógłby być kimkolwiek, ona mogłaby być kimkolwiek. I nie znaczyli dla siebie nic, jakby nigdy nie połączyła ich przyjaźń i miłość. Te dwa słowa wydawały się teraz jej tak bardzo obce i niepasujące do ich relacji.

Czuła smutek tak ciężki, że zdawał się osiadać na jej ramionach jak mokry płaszcz, z którego nie da się wyzwolić. Ale pod tym smutkiem tlił się gniew. Ostry, palący, zrodzony z niesprawiedliwości. Jak to możliwe, że los kazał jej przejść przez żałobę tylko po to, by teraz oglądała obojętność w oczach człowieka, którego kiedyś nazywała najbliższym? Dlaczego musiała tracić go dwa razy. Raz z powodu śmierci, a drugi raz z powodu zapomnienia. Nagle pomyślała o Marisie i o tym, jak bardzo ją dotknęłaby obojętność ukochanego męża. Ból Arii nie byłby nawet w jednym stopniu porównywalny do tego, co ona by czuła.

Miała w sobie sprzeczność, która rozsadzała ją od środka. Chciała krzyczeć, potrząsnąć nim, zmusić do przypomnienia, do poczucia czegokolwiek. Chciała powiedzieć mu, jak bardzo bolało jej milczenie, jak bardzo ranił każdy jego dystans. A zarazem chciała otoczyć go ramionami, ochronić przed wszystkim, co uczyniło z niego pustą skorupę dawnych wspomnień. Unicestwić tych, którzy mu to zrobili i Bóg jej świadkiem, zabiłaby samą śmierć, która niegdyś odebrała im Elijaha.. Kawałek za nią stał przecież Athan, który w Elijahu miał przyjaciela i który podobnie, jak Aria, stracił bezpowrotnie.

Gdy stał tak przed nią, tak chłodny, tak daleki, Aria poczuła, że traci grunt pod nogami. To, co kiedyś budowali: każdy ich śmiech, każda rozmowa, każdy cichy gest teraz rozsypywało się w pył, a ona mogła tylko patrzeć bezradnie, jak wiatr roznosi go po świecie. W jej sercu pękała kolejna nić, cienka, ale głęboko zakorzeniona w nadziei, że może jednak coś w nim drgnie.

Ale nic nie drgnęło. Elijah nawet nie skinął jej głową, tak uprzejmie, jak robi się to wobec obcych ludzi. A Aria po raz pierwszy w życiu poczuła, że istnieje ból większy niż utrata — ból bycia zapomnianą przez kogoś, kto był jej domem.

Całe powietrze wokół niej zgęstniało. Przez moment miała wrażenie, że jeśli spróbuje zaczerpnąć oddechu, coś w niej trzaśnie niczym gałązka złamana wiatrem. Może serce, może głos, który i tak już od dawna był zbyt słaby, by wypowiedzieć to, co naprawdę ją dławiło. Bo jak opisać to uczucie? Jak znaleźć słowa na śmierć, która okazała się kłamstwem i powrót, który okazał się nową formą straty?

Kiedy Elijah przeszedł obok niej, nie zatrzymując wzroku nawet na ułamek sekundy, poczuła, jakby jego obojętność zdzierała z niej warstwę po warstwie, wszystkie wspomnienia, które próbowała w sobie chronić. To właśnie bolało najbardziej — świadomość, że pamiętała każdy szczegół jego obecności, podczas gdy on nie zachował ani jednego wspomnienia o niej. Nie wiedział, jak śmiał się, gdy nerwy puszczały mu w najmniej odpowiednich momentach. Nie pamiętał, jak trzymał jej dłoń, gdy myślał, że nikt nie patrzy. Nie wiedział, jak często jego imię ratowało ją przed samotnością.

Dla Aria to wszystko nadal było żywe. Dla niego - nie istniało.

Czuła się tak, jakby ktoś ukradł jej ukochane chwile i zwrócił je w formie popiołu. I ten gniew, narastający w niej jak sztorm, nie był skierowany wyłącznie przeciw losowi. Był też przeciw niemu , przeciw Elijahowi. Za to, że nie pamiętał. Za to, że nie próbował. Za to, że nie widział w jej oczach bólu, który niósł jego cień.

Przez chwilę chciała go znienawidzić. Naprawdę. Chciała pozwolić, by gniew spalił wszystko, co kiedyś do niego czuła.Pragnęła uwierzyć, że łatwiej będzie odejść, jeśli udowodni sobie, że nic już nie znaczy, ale kiedy tylko spróbowała wyobrazić sobie świat bez niego, poczuła, jak serce ściska się w taki sposób, że prawie zabrakło jej tchu. Żył. To powinno wystarczyć. A jednak to bolało jak rana, którą ktoś raz po raz rozrywał.

Analizowała każdy gest, każde drgnięcie rąk, każdy cień uśmiechu, szukając w nich czegokolwiek znajomego. Łudziła się, że dostrzega ślad dawnego Elijaha, ale rzeczywistość szybko sprowadzała ją na ziemię. On był inny. A może to ona została w miejscu, w którym jego już dawno nie było. Miała wrażenie, że stąpa po kruchej tafli lodu. Cienkiej, trzeszczącej, tak słabej, że każdy krok mógł oznaczać upadek w ciemność. I choć drżała, choć bała się bardziej niż kiedykolwiek, nie potrafiła przestać iść w jego stronę. Przecież kiedyś to on trzymał ją, gdy sama tonęła. Teraz chciała go odzyskać, nawet jeśli to oznacza walkę z pustką.

W końcu zrozumiała, że stoi przed człowiekiem, którego kocha i którego nie ma jednocześnie. Elijah był jak żywy duch, oddychający, realny i całkowicie poza jej zasięgiem. A Aria, ze swoim bólem, ze swoim gniewem i ze swoim sercem pełnym wspomnień, musiała nauczyć się istnieć w świecie, w którym on wrócił, ale jej już nie zna. Nie chciała, by tak to się skończyło. Nie byłaby sobą, gdyby na to pozwoliła i nie ważne ile razy by ją od siebie odpychał i ile wylałaby łez z tego powodu. Musiała go uratować, musiała mu pomóc odzyskać wspomnienia i wszystkie uczucia.

Słyszała głos męża, ale zdawało się jej, że stał gdzieś bardzo daleko, a przecież był tuż obok i ją obejmował. Spojrzenie wciąż krążyło po postaci, która niegdyś była jej przyjacielem, a która teraz usilnie starała się udowodnić, że jest inaczej.

 - Hejka! - ciężką atmosferę przerwał nagle kobiecy głos dobiegający gdzieś z boku. Drobna dziewczyna o aparycji leśnej rusałki unosiła właśnie rękę i machała nią energicznie. Na jej twarzy nie było uśmiechu, a raczej obojętność podobna do tej, którą miał na sobie Elijah. To musiała być druga Wysłanniczka, Seraphina, o której wspominał Goro i Wiera. 

- Jestem wysłannikiem boga Dis Patre – odezwała się ponownie, zmieniając ton swojego głosu, próbując naśladować Elijaha. Zaśmiała się pod nosem, jednak był to tylko pusty gest, jakby przyzwyczajenie.

- I po co tak oficjalnie? Ja jestem Seri. No wiecie, gadaliśmy na kamerce. Ten o tutaj, rzygolił od mojej ściemy. Athinasus Tismenunu? A ty musisz być Aria, prawda? Myślałam, że macie romans z Petre – słowa wypadały z je ust tak, jakby wybierała je zupełnie losowo. Wapirzyca nie zdążyła ich nawet przyswoić i spróbować odpowiedzieć, kiedy dziewczyna odezwała się ponownie. Paplała coś o ważnej misji, w między czasie pokazywała język mężczyźnie, którego wskazano im jako Leonarda i znowu coś paplała. Mogłoby to uchodzić za urocze, ale jej twarz była niczym głaz. Zero emocji. 

- Taaaak, miło mi cię poznać. - wydukała cicho Aria, zerkając przy tym na Petre, który wyglądał tak, jakby miał za chwilę zemdleć. Wydawał się spięty i nieco przestraszony, jednak nie miała pojęcia, co mogłoby go tak przestraszyć. Czy myślał, że siostra się na niego gniewa? Nonsens. 

- Przepraszam za niego. Straszny z niego sztywniak, co nie? Musicie mu wybaczyć, ale w sumie, to oboje jesteśmy …. sztywni – zachichotała i po raz pierwszy w jej głosie Aria wyczuła odrobinę prawdziwości.

- Zobaczyliście ciało Elijaha Cavendisha, a teraz możecie odejść. Nic tu po was – odezwał się Wysłannik, unosząc głowę i rozglądając się za czymś, o czym nikt z nowo przybyłych nie miał pojęcia. 

- Skoro już i tak tu jesteśmy, to może przyda wam się pomoc? - zaproponowała nagle Aria, ignorując posępne spojrzenie Elijaha. Otarła twarz z łez, zaczerpnęła głęboko powietrza i postanowiła, że będzie tą Arią, która nigdy się nie poddaje, a nie tą, która się nad sobą użala. Jeśli Elijah zapomniał, to przecież równie dobrze może sobie przypomnieć. Tej myśli chciała się trzymać. Nie chciała myśleć o tym, jak o stracie. Wiedziała, że Athan tego nie pochwali, ale nie chciała postępować wbrew sobie. Gdyby nie dała temu szansy, to nigdy by sobie nie wybaczyła, że nie zawalczyła o przyjaciela. Musiała to zrobić nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Dla Athanasiusa, dla Marisy i dla samego Elijaha. Być może uda się jej jakoś do niego dotrzeć i .... Nie zdążyła dokończyć własnych myśli, gdy echem rozniósł się tak dobrze znajomy jej głos. Znany, a zarazem zupełnie obcy. 

- Nie! - wzdrygnęła się od chłodu i mocy jego głosu, który przenikał aż do kości.  Elijah odwrócił się gwałtownie w jej stronę i spoglądał na nią dłuższą chwilę, po czym przeniósł spojrzenie na Athana stojącego nieco za nią. 

- Zabierz stąd żonę, wampirze. Dobrze ci radzę, jeśli nie chcesz później pluć sobie w brodę, że coś jej się stało - nagle zapadła grobowa cisza, którą przecinał co jakiś czas ciężki oddech Athana. Elijah dobrze wiedział, za którą niteczkę pociągnąć, aby odbiorca dotkliwie to odczuł. Drwina w jego głosie sugerowała iż uważał Tismaneanu za nieodpowiedzialnego. Aria cała napięła się niczym struna i zrobiła krok do przodu, już otwierając usta, by zacząć tłumaczyć Athanasiusa i wyjaśnić, że przecież on był wszystkiemu przeciwny, że to ona się uparła jak zwykle. Nie chciała, by ktokolwiek postrzegał go, jako tego złego. Było jej wstyd, że naraziła go na taką potwarz. 

- Lepiej będzie jeśli faktycznie odejdziemy. Nie wiemy, co się tutaj czai i lepiej tego nie sprawdzać na własnej skórze. Nie jesteśmy przygotowani do ewentualnego starcia. - odezwała się Wiera, spoglądając po kolei na Goro, Athana i Arię. Mężczyźni od razu pokiwali potwierdzająco głowami. Athan ze ściśniętą szczęką, a Goro, jak zwykle ze spokojem. Aria natomiast mogła tylko się z nimi zgodzić.  

ROZDZIAŁ 823

ATHANASIUS

Złoto od zawsze było kolorem władzy. 

Nie bez przyczyny zarówno królowie wielcy, jak i całkiem upadli nosili na swoich głowach złote, ciężkie korony. Nie bez przyczyny sztabki złota pobudzają wyobraźnię przyszłych i niedoszłych bogaczy i nie bez przyczyny tenże właśnie kolor — bo już nawet nie tylko kruszec — uchodził za symbol luksusu i przepychu. I właśnie dlatego, niby od niechcenia przyglądając się wystrojowi sali, kącik ust Athana drgnął w kpiącym uśmiechu. Bo tutaj, w zamczysku należącym do Goro, tego wszystkiego nie brakowało. Od razu w oczy rzucały się złote ornamenty na suficie, złote żyrandole, złote dekoracje — a obok tego atłasowe zasłony i jedwabne obicia malutkich, dekoracyjnych poduszeczek. Jak na kogoś, kto uchodził za tak skromnego, oddanego służbie dobru, posiadał całkiem dużo tego luksusu.  

Ale Athan, wbrew pozorom, nie był zaskoczony. Każdy prędzej czy później ulega pokusom. I nie ma od tego wyjątku. 

Jednak nie bez powodu przyglądał się tym pięknie wystrojonym, bogatym salom. Myślał bowiem, jakie to poniżające i irytujące, że to wszystko nie należało do niego. I nie chodziło tu o dosłowność, bo równie piękne pokoje miał w Blickling. Chodziło o symbol. Bo to wszystko to był symbol władzy, którą dzierżył Goro, a ten zamek był jej siedzibą. Siedzibą, która tym samym powinna należeć do niego. Któż bowiem poradziłby sobie z prowadzeniem wampirów lepiej niż on? On, który przeżył i widział już tak wiele. Ale jasne, ta klamka już zapadła, a Athan tym samym myślał sobie — jakiż on był głupi! I jakże głupie są te durne emocje, które po latach wykiełkowały w nim niby przegniły, nikomu niepotrzebny mlecz wyrastający spomiędzy kostek brukowych. Ale to one właśnie kazały Athanowi rozeźlić się na Goro za to, że śmiał wybrać kogoś innego, i na Arię, że tym kimś była właśnie ona. Ale to była rażąca krótkowzroczność, za którą Tismaneanu musiał się w duchu srogo skarcić. Bo czy on się kiedykolwiek poddawał? Nie. A jeśli nie wpuszczono go furtką, to przeskoczy nad płotem. A Aria, jego umiłowana małżonka, mu w tym pomoże. 

Ta sama, której teraz nie wierzył. Nigdy nie wierzył jej obietnicom ostrożności, bo ta cecha nie leżała w jej ognistym temperamencie. Można było więc rzec, że w pewnym sensie Aria była niedojrzała. To dziwne stwierdzenie, biorąc pod uwagę jej wiek. Dojrzała jednak tylko pod pewnym względem i tylko dla widza z boku. Dla niego zaś wciąż była tą rozemocjonowaną dziewuszką, która w strachu przed utratą życia czepiała się go z całych sił i czerpała z niego garściami. Była to rzecz godna podziwu i zazdrości, ale nie zawsze. I na pewno nie teraz, gdy na wieść o pojawieniu się jakiegoś przebierańca Aria postanowiła porzucić cały swój spokój oraz bezpieczeństwo ich dzieci i rzucić się w pogoń za duchami.  

Ale nie śmiał jej zatrzymywać. Wiedział, że to nic nie da.   

Co zaś się tyczyło przebierańca, na razie nie zamierzał nazywać go inaczej. Powodów tego było kilka, począwszy od najprostszego: Elijah Cavendish został zamordowany dokładnie 23 stycznia 2021 roku. Minęły już dwa lata, podczas których jego bliscy zdążyli się jakoś pozbierać po tej bolesnej stracie. I choć powroty ze świata zmarłych były możliwe, co udowodniła Gudrun, uczynić to mogły tylko te przeklęte demony. Toteż, jeśli nie stały za tym one, nie stał nikt inny. 

Drugi powód był zgoła inny. Athan bowiem nie mógł znieść tych błyszczących oczu Arii, gdy tylko mówiła o Elijahu. W pogoni za trupem była w stanie rzucić wszystko i pognać na złamanie karku, byle tylko go odnaleźć. Ale gdy to jego porwał Belial, nie kiwnęła nawet palcem, z góry zakładając, że skoro odszedł, to odszedł, a teraz wszyscy umyjmy ręce i siadajmy do kolacji. Musiał zacisnąć zęby, by stłumić kłującą zazdrość, która szeptała mu do ucha, że może to i lepiej, gdyby to naprawdę był przebieraniec, a nie prawdziwy Elijah. Chciałby wtedy spojrzeć na Arię i bez słów powiedzieć jej samymi oczami: „a nie mówiłem?”. To byłoby okrutne, ale Athan naprawdę nie wierzył w powrót Elijaha. 

Czy to znaczyło, że za nim nie tęsknił? Mimo tej zazdrości, tęsknił bardzo. W końcu był jego najlepszym przyjacielem, bratem. Ale on, w przeciwieństwie do Arii, nie dawał ponieść się emocjom i dopóki nie dostanie dowodu, w żaden magiczny powrót nie uwierzy.  

— Dobrze — Athan westchnął, poprawił nogawki, po czym wstał, patrząc z nieukrywaną pogardą i kpiną na Goro — więc gdzie jest ten nasz przyjaciel? Zaprowadź nas do niego. Teraz. 

 

Ekipa, której poszukiwali, była co najmniej intrygująca. Bo poza Wysłannikiem-Elijahem, na miejscu mieli znaleźć także drugą Wysłanniczkę, martwą do niedawna Seraphinę, tego całego Leonarda, którego Athan skanował swoim wewnętrznym wykrywaczem kłamstw, oraz… Petre. Nie była to dla nich niespodzianka, choć wciąż zadziwiało ich, że ten dość chuderlawy na ciele i umyśle chłopaczek postanowił dołączyć do tej cyrkowej bandy — którą, jak się okazało, dowodził przebierany Elijah. Powodem, jak zrozumiał Athan, była partnerka przebierańca, Wysłanniczka o imieniu Seraphine. Petre był w niej zadurzony i pewnie dlatego postanowił zostać. Ilarie podobno została o tym poinformowana i zgodziła się w pojedynkę poprowadzić hotel, lecz z zastrzeżeniem, że ma być to czas niedługi, a on ma się regularnie z nią kontaktować. Iście żenująco-wzruszające było to matczyne traktowanie własnego brata, ale znając Petre, nie było się czemu dziwić.  

— Wysłannicy przypuszczają — tłumaczył Goro podczas podróży — że w pobliżu tego klasztoru Little Malvern, gdzieś na południowym wschodzie od niego, dzieje się coś konkretnego. Tam ich prowadzi trop tego Daniela McKenzie, który złożył wam wizytę. Wytypowali nieistniejącą już wioskę Bibury i podejrzewają, że to tam rzucono bardzo potężne zaklęcie, tak zwaną Żelazną Kurtynę. Za nią, jak przypuszczają, ukryte są skradzione dusze. To właśnie je muszą Wysłannicy odnaleźć, by potem znowu wrócić do świata Dis Patre. Daniel McKenzie — ciągnął demon — to nazwisko duchownego, które wyśledził Leonard. Zrobił to, ponieważ z poszukiwań Wysłanników wynika, że w zniknięcia dusz zamieszany jest jakiś kapłan lub duchowny. Po zebraniu informacji i odwiedzinach w klasztorze mieliśmy dwa typy, ale wizyta tego człowieka w Blickling sama rozwiązała tę kwestię.  

Athan nie odpowiedział. Tak naprawdę mało go obchodziła cała ta sprawa i zamierzał trzymać się od niej tak daleko, jak to możliwe. Również Arię zamierzał od tego odciągać, choć to na pewno miało być znacznie trudniejsze. I być może trzymając się tej myśli, odwrócił się do swojej żony, przeszywając ją uważnym, poważnym spojrzeniem. 

— Lepiej z góry się nastaw, że to nie on — oznajmił nieco surowo. — Łatwiej znieść porażkę, gdy jest się na nią przygotowaną. A w razie czego będziesz miała przyjemną niespodziankę. Ulżysz swoim emocjom. I nam, którzy się o ciebie martwią. 

Mówił to wszystko dość mechanicznie, ale był zły na całą tę sytuację. Był zły, że znowu musiał przebywać w towarzystwie demonów. Był zły, że Aria ganiała za duchami i robiła sobie nadzieje, które za chwilę pewnie wyparują. Był zły, że znajdował się tak daleko od domu zajmując się sprawami, które nie powinny go dotyczyć. Lecz teraz pozostało mu zagryźć zęby i znieść tę męczącą podróż. 

— Niedługo będziemy na miejscu. 

Widok za oknem się zmienił. Brązowe i bladozielone pola rozlewały się po całym krajobrazie, przecinane od czasu do czasu linią niewielkiego lasu. Pojedynczo rosnące drzewa straszyły swoimi nagimi, ostrymi gałęziami, jawnie dając do zrozumienia, że nie były jeszcze gotowe na wiosnę. Krajobraz był bardzo monotonny, dlatego Athan prędko stracił nim zainteresowanie. Zamiast tego zainteresował się czymś innym. A raczej kimś: Wierą. Zrobiła się nieco bledsza, a gdy tylko machinalnie zerkała przez okno, zaraz się jakby wybudzała, lekko drgała i wbijała spojrzenie gdziekolwiek indziej. Była mocno przejęta. Tylko dlaczego? Sprawa Elijaha jej nie dotyczyła, a z resztą ekipy nie miała wiele wspólnego. Został więc tylko jeden czynnik: miejsce. Czyżby magiczka miała z tą wsią jakieś nieprzyjemne wspomnienia? Najwyraźniej. To odkrycie było póki co najciekawsze, dlatego to jemu Athan poświęcił resztę myśli — aż do czasu, gdy dotarli na miejsce. 

Bibury było niewielką, całkiem malowniczą wioseczką. Przy krętej, wąskiej drodze wylanej asfaltem wyrastały niewielkie domki, głównie zbudowane z kamienia. Niemal wzdłuż każdej dróżki wiodły niskie kamienne murki, wszędzie też było pełno zieleni, widocznej nawet późnym marcem. Wręcz trudno było uwierzyć, że ta wioska w istocie była martwa, bo wypalona ogniem; trzeba było wytężyć wzrok, by dostrzec zakryte przez upływający czas zniszczenia.  

Po jakimś czasie zjechali z głównej drogi, wjechali w jakąś wąską dróżkę i tam zaparkowali na niewielkim parkingu. Athan spodziewał się, że Goro za chwilę poprowadzi ich do jednego z niszczejących budynków otaczających parking, ale nic z tego. Zamiast tego ruszył w dół drogi, niknąc zaraz za zakrętem. Po chwili zaniknęła za nim cała reszta drużyny, zbliżając się do otwartej polany otoczonej po bokach starym drewnianym płotkiem — którego najwyraźniej ogień nie dotknął. Ale nie płotek był tu najważniejszy, ale czworo ludzi, których było widać z daleka. Wszyscy byli ustawieni tyłem, a ich głowy były delikatnie zadarte, jakby wpatrywali się w niebo wiszące nad linią majaczącego w oddali lasu. Również Athan i pozostali tam spojrzeli, ale niczego nie ujrzeli. 

Pierwszy odwrócił się Petre, który jednocześnie ucieszył się i zatrwożył na ich widok. Po chwili kątem oka zerknął na nich Leonard, ale ten nie okazał im większego zainteresowania. Pozostała dwójka ani drgnęła. 

Drgnął za to on. Serce przez moment zabiło mu szybciej, bo chociaż widział tylko plecy, tylko kark, to tyle mu wystarczyło. Arii też, widział to wyraźnie. Chwycił ją więc za dłoń i ścisnął lekko, a cel tego był dwojaki: raz, by okazać jej wsparcie, a dwa, by powstrzymać przed zbyt gwałtownym wyrwaniem się w stronę człowieka, co do którego nie mieli żadnej pewności.  

Na przód wystąpił Goro.  

— Musiało do tego dojść — zaczął i zamierzał kontynuować, ale mu przerwano. 

— Nie musiało. 

Elijah!, szepnął w myślach Athan, targnięty szokiem. Aria szarpnęła jego dłonią, chcąc się wyrwać, ale ją powstrzymał: jeszcze nie.  

— Ostrzegałem cię. Mówiłem, jak to się skończy. Popełniłeś błąd, demonie.  

— Zapłacę za niego? — spytał Goro i Tismaneanu aż się zdziwił, bo usłyszał w jego głosie rzadko spotykaną kpinę. 

— Nie. Zapłacą oni. 

Wtem człowiek, który miał być gwiazdą tego dnia, odwrócił się i znacząco spojrzał na nich. Dokładnie na nich. A był to… 

— ELIJAH! 

Nie zdołał jej powtrzymać i nim się zorientował, Aria już biegła w kierunku ich przyjaciela. Gdy tylko dotarła na miejsce, rzuciła mu się na szyję, mocno ściskając. Płakała, słyszał to wyraźnie. Coś mu szeptała, chichotała przez szloch i zaraz znowu go tuliła.  

On stał. Po prostu stał.  

Był niczym wysoka skała: zimna, martwa, niewzruszona. Ani jednym mrugnięciem powieki nie zareagował na wylew emocji Arii. Oczy miał puste i utkwione wyłącznie w Goro, najwyraźniej wciąż prowadząc z nim rozmowę — i zamierzając ją wznowić, gdy tylko Aria się od niego odklei. Bo dla tego… czegoś tym właśnie musiała być — ot, irytującą muszką latającą nad nosem. 

Na sercu osiadł mu ciężki głaz, przynosząc jednocześnie smutek i ukojenie. To nie Elijah, myślał z dziwną pustką w duszy. To nie on, tak jak myślałem. To nie mógł być on. I choć przez chwilę miał ochotę rzucić się w stronę Eli... nie, tej istoty, której ciało należało do jego przyjaciela, tak  powstrzymała go myśl o Arii. Jej łzy mieszały się z niedowierzaniem, które widniało w oczach. Z każdą sekundą coraz bardziej docierało do niego, że to, co widzą, jest tylko cieniem człowieka, którego kochali. Żelazna obręcz bólu ściskała serce, a w powietrzu zawisło nieodwracalne poczucie straty. 

W końcu pojęła to również Aria, a widok jej zmartwiałej, przestraszonej i zrozpaczonej miny łamał Athanowi serce na tysiące kawałeczków. Przez pierwszych kilka sekund nie wiedziała, co się działo, aż w końcu puściła oszusta i odsunęła się na kilka kroków, choć wciąż nie odrywała od niego wzroku. 

On nie musiał. Bo wcale na nią nie patrzył. 

Athan przyjrzał się uważnie temu, który ukradł ciało jego przyjaciela. Sylwetka pozostała niezmienna, ale z twarzy uciekły wszystkie kolory, a oczy zgubiły swój ciepły, zadziorny blask. Włosy miał nieco dłuższe i gładko zaczesane do tyłu. To była zmiana, bo Elijahowi zawsze choćby lekko dłuższe włosy przeszkadzały. Te zaś były idealnie ułożone i… polakierowane? W zaświatach mają takie kosmetyki?, prychnął w myśli. Prychnął, bo był zły. Zły na tego, kto skradł mu przyjaciela. 

— Kochanie, chodź — szepnął do Arii, gdy już do niej podszedł, chcąc odciągnąć ją od tego potwora. — To nie on, kotku. To nie on.  

To bolało. Musiało boleć. Choć przypuszczał, że Aria nie da się tak łatwo stłamsić. I po cichu, zupełnie paradoksalnie i wbrew wszystkim swoim poprzednim myślom, miał na to nadzieję. Miał nadzieję, że Aria będzie wierzyć. Za nich oboje.  

— Jestem Wysłannikiem boga Dis Patre. 

Po polanie rozniósł się upiornie zimny, upiornie pusty głos. Głos, który nie zasługiwał nawet na to miano, bo był niczym innym, jak tylko bezdusznym dźwiękiem. Postać, która przemówiła, wydała się niemal odległa, jej głos pozbawiony był uczuć, a każde słowo miało w sobie niepokojącą siłę. Athan poczuł, jak w środku rośnie w nim chłód, który odcina go od dawnego ciepła wspomnień. Aria natomiast, choć wciąż otępiała z rozpaczy, próbowała odnaleźć w oczach Wysłannika cień dawnego przyjaciela, ale nie znalazła tam nic prócz obcej pustki. 

— Nie jestem Elijahem Cavendishem i nigdy nim nie będę, stąpając po tej ziemi. Głupcami byliście, jeśli sądziliście, że zerwanie paktu ze śmiercią jest takie proste. A teraz odejdźcie. Niczego i nikogo innego tu nie znajdziecie.  

Athan milczał, obejmując mocno Arię. Sam nie wiedział, co powiedzieć, ale nie był pewien, czy cokolwiek tu było do powiedzenia. Zwłaszcza teraz, gdy patrzył na kogoś, kto był ledwie podobny do jego brata. Ledwie podobny, bo więcej było w nim różnic niż podobieństw. Można go było więc nazywać przebierańcem, a można było i nazywać kopią. Podróbą, oszustem, żywym kłamstwem. 

Cholernie bolącym kłamstwem.  
^