WYSŁANNIK I
Czy wiedza na temat tego, jak działają uczucia i jak powinny na niego wpływać, mogła być tym samym, co ich odczuwanie? Skoro znał ich strukturę, skoro je rozumiał — na czym polegała ta cienka, niewyraźna różnica? Odpowiedź sama nasuwała się na usta: teoria to nie praktyka. Młody chłopiec, od zawsze marząc o byciu wielkim wojem, mógłby całymi dniami czytać książki o technikach korzystania z miecza, ale dopóki jego własne ostrze nie zasmakuje krwi na polu bitwy, nigdy owym wojownikiem nie zostanie. Zwiększało się natomiast ryzyko, że sucha teoria nie ochroni go przed śmiertelnym ciosem, przez który chłopiec nigdy się nie dowie, jak to jest zostać wojownikiem. Bo na to trzeba czasu. Bo na wcielenie teorii w praktykę zawsze trzeba czasu.
Wysłannik to rozumiał. Tak, on rozumiał. Rozumiał więc, że gdyby teraz był Elijahem, czułby bardzo wiele rzeczy. Co na przykład? Może strach? Strach przed tym, że jego przyjaciele znaleźli się w niebezpiecznej sytuacji. A może radość, że w ogóle ich ujrzał? Czy ciepło ulgi i szczęścia rozlewałoby się teraz po jego wnętrzu niczym roztopione złoto? Czy błysk owego złota wówczas lśniłby w jego ciepłych oczach? Możliwe. Możliwe, że wtedy czułby to wszystko — gdyby był Elijahem.
Ale był Wysłannikiem. A on…
Nie czuł nic.
Nie czuł. Za to wiedział. Wiedział, że tych ludzi nie powinno tam być. Wiedział, że pojawienie się Arii i Athanasiusa, ludzi znanych mu tylko z twarzy, komplikowało ich i tak bardzo kruchy plan. I wiedział też, że tak łatwo się ich nie pozbędzie, nawet jeśli jego ostatnia groźba wyraźnie odbijała się w oczach Athana. Jeśli któregokolwiek z nich miało choć odrobinę rozumu, zaraz opuszczą tę polanę i przestaną im przeszkadzać.
Z demonem, który ich tu przyprowadził, policzy się później.
Delikatny, chłodny wiatr tańczył między nimi zgrabnie, powoli, upiornie, a w jego szepcie słychać było cichy śmiech. Szarawe niebo, które wisiało nad nimi niczym groźba, zdawało się partnerować wichrowi, spoglądając na nich z jawną pogardą.
Pogarda. To słowo znał. Rozumiał, co oznaczało.
— Jeśli nie odejdziecie — swoje długie, ciężkie spojrzenie skierował ku Athanasiusowi — zabiję ją.
Nie musiał tłumaczyć, kogo miał na myśli. Wszyscy to zrozumieli. I nawet jeśli ta groźba aż ociekała mrokiem, Wysłannik, potęgując efekt, nie dał nic po sobie poznać: odwrócił się i jak gdyby nic zwrócił się do demona.
— Żelazna Kurtyna. To najpewniej tutaj została postawiona. Musimy przeszukać to miejsce. Jeśli znajdziemy jakiś przedmiot, który mógł mieć kontakt z kimś związanym z tą sprawą, być może uda mi się odczytać rys przeszłości.
PETRE
Goro coś odpowiedział. Wysłannik coś dodał, wtrąciła się także Seri. Trwał dialog, który miał wyjaśnić bardzo ważne rzeczy, ale on… zupełnie przepływał przez Petre.
Petre, który zupełnie nie wiedział, co zrobić.
Już bardzo dawno nie czuł się tak źle, jak teraz. Co było tego przyczyną? Ich było aż nadto i łatwo było je wyliczyć. Po pierwsze, tęsknił za domem i Ilarie. Oczywiście, mógł wrócić do Bukaresztu w każdej chwili, ale czuł, że to jeszcze nie był właściwy moment. I tu można było gładko przejść do drugiego punktu jego obaw: bo kiedy miał nadejść ten właściwy moment? I jak niby miałby się do niego przyczynić? Petre czuł się bezużyteczny. Miał wrażenie, że czepił się ich jak rzep psiego ogona i wędrował z nimi tylko po to, by być bliżej Seraphiny — która nawet nie była do końca Seraphiną! Ale czy to naprawdę tylko o to chodziło?
Czy może po prostu chciał po raz pierwszy w życiu poczuć się przydatny?
Tylko jak on wypadał przy dwóch Wysłannikach? A w sumie to trzech, bo i Leonard nim był, nawet jeśli służył innemu bogu. Nawet Likar, który co jakiś czas pojawiał się i znikał, był znacznie bardziej doświadczony. A on? Kimże on był? Ledwie młodziutkim wampirem, który niewiele umiał, a jeszcze mniej wiedział. A mimo to, coś zabraniało mu zawracać. I dobrze wiedział, co to było.
Tamten pocałunek.
Petre westchnął ze zrezygnowaniem. A więc chodziło „po prostu” o Seraphinę.
Wampir rozejrzał się dookoła, oceniając aktualną sytuację. Rozmowa wciąż trwała, a skoro Goro wciąż był zaangażowany, Athan i Aria musieli czekać. To dobrze, bo Petre czułby się bardzo źle, gdyby nie zamienił z Arią choćby słowa. Najpierw jednak zwrócił głowę ku temu, który jak dotąd nie wypowiedział ani słowa. Przypatrywał się jedynie całemu przedstawieniu ze swoim cynicznym uśmieszkiem, którego Petre tak nie znosił. Kiedy zaś Svik zobaczył, kto się do niego powoli zbliżał, uśmiech się tylko poszerzył.
— Pyszny teatrzyk, nie? — zakpił. Sprawiał wrażenie czerpiącego szczerą przyjemność z tych scen, co przyprawiało Petre o mdłości.
Nie skomentował więc, zastanawiając się nad sformułowaniem tego, po co w ogóle podszedł do tego wyjątkowo nieprzyjemnego typa. Niestety, tylko on był choćby bliski odpowiedzi na jego pytania.
— Seraphina i ten drugi Wysłannik… — zaczął nieco nieporadnie Petre. — Oni się od siebie różnią, prawda?
— Aha.
— Jak to możliwe?
Leonard obojętnie wzruszył ramionami.
— Pewnie Bóg tak chce. Dosłownie i w przenośni.
— A-ale… ale czy to nie oznacza, że to się da jakoś… no nie wiem, modelować? Odwrócić? Modyfikować?
— Co? — zaśmiał się wrednie Leonard. — Chciałbyś, żeby twoja dziewczyna podduszała cię tylko przy seksie? Ale to nie takie proste, Młody — dodał tylko odrobinę poważniejszym tonem. — W tym gmera ten jej jebnięty bożek. Nie wiem, czy z ziemskiego poziomu da się coś z tym zrobić.
Petre zaskakująco szybko podchwycił tę maleńką wskazówkę.
— A… z nieziemskiego?
Wszak stał przed nim nieziemski byt, więc to nie mógł być przypadkowy dobór słów.
Svik uśmiechnął się przebiegle, zerkając na niego z zadowoleniem. Długo milczał, jakby się nad czymś zastanawiając.
— Proponuję układ — mruknął z tym swoim cynicznym uśmieszkiem. — Musisz pomóc mi jej pomóc. Proste, wygodne i praktyczne, prawda? Jedyna trudność polega na tym, że łowczyni mojej pomocy nie chce. Łatwo to wyjaśnić: jej mózg jest wyprany, więc nie do końca pojmuje, na czym rzeczy stoją. Ale ty masz na nią bardzo interesujący wpływ, chłopcze. Myślę, że mógłbyś przemówić jej do rozumu. Co ty na to?
Petre był co najmniej nieufny w stosunku do Leonarda, a jednak jakakolwiek możliwość pomocy Seraphinie bardzo go interesowała. I choćby nawet próbował, nie był w stanie ukryć tego ani na twarzy, ani w oczach. Widząc to, kapłan tylko prychnął z zadowoleniem, po czym kontynuował.
— Dis Patre to śmieć — rzekł bez ogródek — i miesza we łbie twojej walentynce. Na pocieszenie i w ramach zaufania zdradzę ci, że to on jej wtedy kazał cię podduszać, bo ona sama by nie dała rady skrzywdzić swojego ulubionego wampirka. A kto jest naturalnym wrogiem tego boskiego śmiecia?
Leonard zamilkł, wwiercając się intensywnym spojrzeniem w Petre, najwyraźniej oczekując od niego odpowiedzi.
— Ekhm… Batara Kala…?
— Tak — ni to szepnął, ni to syknął. — Właśnie tak. Więc układ jest prosty: trzeba go uwolnić. Gdy go uwolnimy, nakarmimy go tymi duszami, które są uwięzione, i to chyba nawet w pobliżu. One w większości i tak są do niczego, a…
Petre zadziałał jak na autopilocie, zaczynając kręcić przecząco głową.
— Nie pomogę ci — mówił ze zgrozą w głosie — uwolnić tego potwora…
— Nie rozumiesz sytuacji, dzieciaku — przerwał mu Leonard. — Chodzi tylko o to, by go zapchać tymi duszami, by zaraz poszedł spać. Ale zanim zaśnie na setki lat, na pewno zechce się zemścić na Dis Patre. I to z korzyścią dla twojej damulki. Łapiesz? Przemyśl to, Młody.
Petre odsunął się od Leonarda z rosnącą w gardle gulą. Nie spodziewał się wprawdzie jakichś wielkich efektów tej rozmowy, ale nie przypuszczał, że kapłan od razu wysunie jakąś ofertę — i to jeszcze tak absurdalną! Przecież to właśnie dlatego teraz znajdował się akurat w tym miejscu na tym etapie swojego życia — bo któregoś dnia do jego hotelu zameldował się jakiś wyjątkowo potworny bożek! Nie po to wszyscy się napocili, żeby go przymknąć, żeby teraz znowu go wypuszczać. Tym bardziej, że sam Leonard im w tym pomógł! I to ze względu Ilarie — a przynajmniej podobno. Jeśli Batara Kala zostanie uwolniony, to najpierw ich wszystkich pozabija, a wtedy to już na pewno nie pomoże Seraphinie.
Petre westchnął ciężko, czując, jak barki smętnie mu opadają.
Decyzja była bowiem absurdalna. Dlaczego więc gdzieś z tyłu głowy rosła w nim jakaś… nadzieja?
Chciał ją jednak porzucić. A w tym momencie to nawet musiał, bo oto czekała go jeszcze jedna rozmowa, tym razem jeszcze trudniejsza. Serce pękało mu na drobne kawałeczki, patrząc na zbolałą minę Arii. Można by powiedzieć, że wyglądała jak cień samej siebie, ale nie — ona w ogóle siebie nie przypominała. Zniknął ten blask w oczach, który mieścił w sobie ciepło, dobroć i determinację. Jej sylwetka, zwykle dumne wyprostowana, teraz zdawała się taka drobna i przygarbiona, jak gdyby usiłowała po prostu zniknąć, rozpłynąć się w tej panującej dookoła beznadziei. Twarz straciła wszelkie kolory, a uśmiechu próżno było szukać.
— Tak bardzo mi przykro — rzekł, gdy już do nich podszedł. Choć głównie zwracał się do Arii, na Athanasiusa tylko od czasu do czasu rzucając okiem. — Ja…
Sam nie wiedział, co powiedzieć. Zamilkł więc na moment, szukając odpowiednich słów. Wiedział jednak, że takie nie istniały.
— Przykro mi, że to nie jest wasz przyjaciel. Wiem, jak to rozdziera od środka: widzieć kogoś, kogo się znało, a kto już tym kimś nie jest. Z Seraphiną jest prawie to samo i… — Wypuścił smętnie powietrze. — I po prostu wiem, jakie to musi być trudne. A dla was nawet jeszcze trudniejsze, bo Elijah przecież zmarł. Uhonorowałaś go nawet w swoim albumie, co najlepiej pokazuje, jak…
— Zaraz!
Petre z przestrachem odwrócił głowę w stronę Athana, który był czymś nagle mocno wzburzony.
— Widziałeś portret Elijaha w bestiariuszu Arii. Więc mogłeś go rozpoznać! A jednak nic nam nie powiedziałeś?
Petre momentalnie się w sobie skurczył. Właśnie dlatego tak bał się tej rozmowy — bo ryzyko, że jego wina wypłynie na wierzch, było bardzo wysokie.
— Przepraszam! — jęknął. — Mi też się to nie podoba i chciałem wam o tym powiedzieć. Dlatego spytałem o to Likara, ale on…
— Likar wiedział?!
— N-no tak — jąkał Petre, miażdżony przez rozwścieczony wzrok Athana. — Likar go rozpoznał jeszcze u nas w hotelu. Ale kazał nic wam nie mówić, bo powiedział, że to nie jest żaden Elijah tylko puste ciało i tylko wam krzywdy narobimy. A ja was przecież jeszcze dobrze nie znałem, no a potem… potem…
Urwał, ale najwyraźniej nie musiał nic więcej dodawać, bo Athan zaraz odszedł kilka kroków, wyjmując telefon i natychmiast wybierając jakiś numer. Łatwo było się domyślić, do kogo właśnie telefonował i Petre poczuł się bardzo źle z faktem, że Likar będzie miał przez niego kłopoty.
Nawet jeśli najprawdopodobniej wszystko spłynie po Andriejewie jak po kaczce.
— Naprawdę przepraszam — szepnął w stronę Arii — ale uznałem, że nie mam prawa się w to wtrącać. Likar znał was dłużej i lepiej i skoro zarządził, by was nie niepokoić, to jakie miałem prawo się temu sprzeciwiać?
Stał chwilę w milczeniu, z zupełnie zrujnowanym nastrojem.
— Wiem, że chciałabyś go odzyskać — mruknął, patrząc niewidzącym wzrokiem na swoje zabrudzone błotem buty. — Tak jak ja Seraphinę. Szukam na to sposobu i to chyba głównie dlatego się ich trzymam. Największe szanse to wyciągnąć coś od tego Leonarda. Ale on twierdzi, że trzeba by z powrotem uwolnić Batara Kalę, bo tylko on jest zdolny do pokonania Dis Patre, a to niby on trzyma Seri i tego waszego przyjaciela na uwięzi. Będę szukał dalej — rzekł nagle ze stalą w głosie, raźno spoglądając na Arię — i w razie czego od razu dam ci znać.
Odwrócił na moment wzrok, przyglądając się Goro i Wysłannikom, którzy powoli kończyli rozmowę. To oznaczało jedno: już za chwilę wszyscy mieli rozejść się w swoje strony, pełni bólu, cierpienia i poczucia niesprawiedliwości. Mimo to Petre rzucił ukradkowe spojrzenie na prawo i lewo; najpierw upewnił się, że nikt im nie przeszkodzi, a Athan cały czas warczy do telefonu, po czym zbliżył się bardziej do Arii.
— Oboje chcemy tego samego — zauważył niepodobnym do siebie, rzeczowym tonem. Oboje chcemy kogoś... odczarować. A jeśli tak, to... musimy coś z tym zrobić. Wysłannik nie pozwoli się wam do siebie zbliżać — zauważył smutno — ale mnie akceptuje. A ty masz mnóstwo znajomości i jesteś bardzo oczytana. Więc może spróbujesz coś znaleźć? A ja będę węszyć tutaj. A jeśli to nic nie da, to....
Jeśli to nic nie da, być może znowu będę musiał porozmawiać z Leonardem, pomyślał wyjątkowo ponuro. Zerknął w stronę Svika, który, jak się okazało, cały czas go obserwował, uśmiechając się obrzydliwie i szeroko. Petre skrzywił się, kręcąc głową. Wolałby dać się pokroić, niż znowu uwolnić Batarta Kalę, choć...
Seraphina wyglądała naprawdę pięknie. Jak zawsze zresztą.
Jęknął w duchu.
— No i w co ja się wpakowałem?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz