ROZDZIAŁ 833

GORO

Paradoks.

Słowo doskonale znane, na tyle często używane, że może zbyt często. Nadmierna częstotliwość zaś nierzadko prowadzi do mylnych interpretacji i zagubienia znaczenia. Zagubienia lub pomylenia — w zależności od inteligencji osoby lub rodzaju zjawiska, które zaszło. Tym drugim może być satiacja semantyczna — proces psychologiczny, w którym wielokrotne powtarzanie słowa w krótkim odstępie czasu sprawia, że zaczyna się je postrzegać jedynie jako ciąg nic nieznaczących dźwięków, a nie jako symbol konkretnego pojęcia. Wtedy paradoks znika, pozostając tylko słowem. Za mało, zdecydowanie za mało.

Paradoks. 

Według słownika, to „zaskakujące twierdzenie sprzeczne z przyjętą powszechnie opinią; sytuacja pozornie niemożliwa, w której współistnieją dwa wykluczające się fakty”. Mądre słowo, którym chętnie szafują głupcy. Najczęściej wtedy mylą je z ironią albo, co jeszcze śmieszniejsze, z oksymoronem. Nie rozumieją, że cała istota w tym wielkim, choć nadużywanym słowie, nie leży w sprzeczności, a w czymś zupełnie przeciwnym: współistnieniu. 

Czymże więc jest paradoks? Paradoks to cisza, która potrafi być głośniejsza niż krzyk. Paradoksem jest samotność w tłumie, coraz częstsza, jakże trudna do pojęcia i — jakże przerażająca. Paradoksem jest poczucie wolności utkwione gdzieś między ledwie widocznymi prętami schematów. Paradoksem jest…

Jest nim ciężar powietrza.

Ciężar, który utkwiony jest w drobinkach kurzu migających w iście magicznym spektaklu tańca światła. Ot, paradoks — ciężar zamknięty w lekkości pyłku kurzu. Ale nie tylko w nim — w ciszy, która osiadała na ich ramionach niczym mokry od deszczu płaszcz. W ruchach niespodziewanie sztywnych, w spojrzeniach zbyt giętkich, by mogły nie uciekać w inne strony — lub zbyt stalowych, które uciekać się nie bały nawet wtedy, kiedy powinny. 

Ten ciężar, przyniesiony ze sobą przez Wysłanników, był nieprzyjemny. Był lepki, wilgotny, pachnący metalem i strachem. Dlatego gdy wreszcie wyszli z sali, zostawiając Goro i Wierę samych, coś w pomieszczeniu uległo gwałtownej zmianie. Ciężar bowiem zniknął — ale nie całkiem, bo został zastąpiony nowym, zupełnie innym.

Paradoks.

Bo ten ciężar był… lekki. Był przyjemny. Był ciepły, pachnący słodko i słono jednocześnie — jak skóra kochanki zraszona kroplami upojnego zmęczenia. Przywodził na myśl grupy koc w zimowe wieczory; jak zwinięty w kłębek kot na kolanach właściciela. Był… wyraźny, odczuwalny, niemal namacalny. Był… cóż, ciężki. 

Lecz, paradoksalnie, był to najlżejszy i najprzyjemniejszy ciężar, jaki w życiu czuł. A to dlatego, że był jak łańcuch, który przyciągał do siebie ich dwoje. Był jak decyzje, które wisiały nad nimi niewypowiedziane, choć już podskórnie podjęte. Był jak naelektryzowane powietrze, aż tak przesycone emocjami, zamiarami i uczuciami. Napięcie, budowane z sekundy na sekundę, kumulowało się w tym ciężarze — należało je więc rozbić, zdmuchnąć, otrzepać niczym z kurzu.

Dlatego właśnie Goro tulił do siebie Wierę. Bo ta gra spojrzeń, te ukryte gesty, to odetchnięcie z ulgą, kiedy już zostali sami, mogła dać wreszcie ujście i ich wyzwolić. Teraz mogli być tylko sobą — i tylko dla siebie.

— Nie — odparł cicho, odrobinę chrapliwym głosem — nie miałem takiego miejsca. Dom nigdy nie był dla mnie pojęciem oznaczającym budynek albo miejscowość. To zawsze byli po prostu moi bliscy. To my wspólnie tworzymy dom, gdziekolwiek jesteśmy. 

I o ile on nigdy nie miał takiego jednego miejsca, do którego byłby bardziej przywiązany, a demonia przystań w Londynie nie jest od tego wyjątkiem, tak łatwo potrafił sobie wyobrazić, co musiała czuć jego ukochana. Dlatego jeszcze mocniej ją do siebie przytulił, składając lekki, kojący pocałunek na czubku jej głowy.
 
— Przykro mi, że musisz znowu przez to przechodzić — szepnął cicho. Miał wrażenie, jakby zbyt podniesiony głos mógł zniszczyć tę delikatną aurę, która między nimi powstała; aurę, która zdołała zniszczyć niedawny ciężar. — Miałem nadzieję, że Bibury stanie się dla ciebie zamkniętym rozdziałem. Dlatego mam nadzieję, że ten wątek jak najszybciej się zakończy i będziemy mogli stąd wyjechać. I już nigdy nie wracać.

Może był samolubny, podejmując takie decyzje za nich. Ale Wiera na pewno wiedziała, że gdyby tylko pomyślała inaczej, zawsze mogłaby mu to zakomunikować, a on natychmiast nałożyłby na swoje myśli i zamiary poprawkę. Był natomiast pewien tego, że jego ukochana czuła się w tym miejscu źle. A on, jako jej najbliższy, musiał zrobić wszystko, byle tylko wymazać ślady smutku i dyskomfortu z jej pięknej twarzy. 

— Z Wysłannikiami... — Goro westchnął. — To skomplikowane. Mam wrażenie, że stracili swoją pewność siebie. A przede wszystkim ten, który tu rządzi. Do tej pory był niezłomny w swoich zamiarach, ale teraz... Rozmowa z Morwenną naruszyła w nim jakąś cienką nić. Nie powinien w ogóle jej słuchać — dodał z delikatną nutką gniewu i zniecierpliwienia. — Każdy to widzi, a on jako jedyny się opiera. Mogą być z tego kłopoty. Zwłaszcza że jedyną osobą, która ma na niego wpływ, jest Seraphina. A to, sama widzisz, jeszcze dziecko. Nie ufałbym jej osądom. Ale coś zrobić trzeba. I o ile rzeczywiście jedynym sposobem jest kontakt z Morwenną, tak trzeba zrobić to rozsądnie. I, co najważniejsze, bez jednoznacznego sygnalizowania jej, że to ona jest w tym starciu górą. 

Miał silne obawy co do tych rozmów oraz całej zaistniałej sytuacji i nie zamierzał tego przed Wierą ukrywać. Jego ukochana wszak miała własny rozum; była inteligentna, przenikliwa i doskonale radziła sobie z wyciąganiem własnych, a w dodatku trafnych wniosków, toteż demon nie musiał ani nie zamierzał prowadzić jej za rączkę. Zresztą, już teraz dokonała właściwych obserwacji: między nimi wszystkimi trwała mała, cicha rywalizacja. I to na polu przeznaczonym na współpracę. Natomiast bardzo zainteresowało go to, co powiedziała o relacji obu Wysłanników. 

— Hm — mruknął na głos, na razie zdobywając się jedynie na tę mało elokwentną reakcję. — Masz rację, że ci dwoje to zupełnie różne charaktery. Ale to dziwne: bo to w ogóle nie powinny być charaktery. Rozumiesz, co mam na myśli? Oni są pozbawieni tej wewnętrznej warstwy, która czyni nas ludźmi, bez względu na reprezentowaną rasę. Człowieczeństwo to coś znacznie więcej niż różnice w wyglądzie czy umiejętnościach. W Wysłannikach człowieczeństwa niby nie ma, ale... 

Urwał i zamilkł, machinalnie zanurzając się w swoich myślach. Przeanalizował pobieżnie wszystkie swoje spotkania z tymi dziwnymi, choć jakże interesującymi istotami, starając się znaleźć jakieś rysy bądź pęknięcia. Na początku w tym, który kiedyś miał na imię Elijah, nie było żadnych choćby najmniejszych rys; żadnego śladu „ludzkiego użytkowania”. Co innego z tą, która niegdyś była Seraphiną: ona od początku wydawała się zupełnie inna, uszyta z innych materiałów, innym ściegiem i inną maszyną. Bez wątpienia interakcje z nią były dużo łatwiejsze i przyjemniejsze. Jednocześnie zaś Seraphina, jako uczennica Elijaha, miała znacznie mniej do powiedzenia... 

A przynajmniej tak się wydawało dotychczas. 

— Uważasz — podjął z nagłym zainteresowaniem — że ten wpływ Seraphiny na Elijaha będzie pozytywny? I, co równie ważne, a może i ważniejsze, dla nas też? 

Był ciekaw jej opinii, ponieważ bardzo doceniał kobiecą intuicję. Co więcej, jeśli to prawda, że Seraphina miała jakiś wpływ na swojego szefa, czy to możliwe, że można by ją w jakiś sposób... wykorzystać? Zdawał sobie sprawę, jak źle to brzmiało, lecz nie miał na myśli nic złego: jedynie dyskretne zaczerpnięcie informacji i obserwacja u źródła, dokąd ten eksperyment może ich doprowadzić. 

Kolejny temat, jaki poruszyła Wiera, wzbudziło w nim szereg być może dość zaskakujących, ale z pewnością negatywnych odczuć. Żołądek najpierw go lekko zakłuł, a następnie zawiązał się w ciasny supeł. Krew również zawrzała, a palce aż zaswędziały w chęci zaciśnięcia się w pięść. Zaraz jednak to wszystko opanował — a przynajmniej prawie. Bo o ile ciało się uspokoiło, w głowie kilka negatywnych myśli, ostrożnie wyselekcjonowanych, cały czas wolno krążyło, obijając się niemal boleśnie o ścianki czaszki. Przez to niemal nie zauważył, jak Wiera jeszcze mocniej się do niego przytuliła; zautomatyzowanym ruchem odpowiedział na jej czuły gest, delikatnie i miarowo masując ją po ramieniu. 

— Ja też się o nią martwię — rzekł głosem zaskakująco pustym. Nie wynikało to jednak z tego, że nie czuł przy tym żadnych emocji. Tych właśnie było aż za dużo i nie było możliwości pomieścić ich wszystkich w tym jednym, krótkim zdaniu. — Aria… — zawahał się chwilę. — Aria jest inteligentną i odpowiedzialną kobietą, ale czasami wyższy cel przysłania jej zdrowy rozsądek. Dlatego potrzebuje mieć przy sobie kogoś…

Kogoś… czyli kogo? W Goro znów wezbrał gniew. A mówiąc, specjalnie kluczył dookoła, aby jak najbardziej opóźnić wybuch, który już rósł wewnątrz niego.

— Proszę cię, popilnuj jej, dobrze? — poprosił łagodnie. — Miej na nią oko. I ja też będę miał. Jej delikatny stan nie pozwala nam na choćby najmniejsze ryzyko, a ta sytuacja jest aż nazbyt stresująca. Jesteśmy jej przyjaciółmi, dlatego musimy jej pomóc.

I, o dziwo, właśnie to zdanie sprawiło, że w Goro coś pękło. Tylko fakt, że obejmował Wierę, powstrzymał go od zerwania się na równe nogi w gniewie, jaki nim zawładnął. Mimo to nie podniósł głosu ani o jotę. Cały czas doskonale nad sobą panował i jedynie blask w jego oczach jakby zmętniał.

— Marzę o świecie — rzekł cicho, tylko na pozór spokojnie — w którym dobro jest wynagradzane kosztem zła. Utopia — mruknął, a przez jego twarz prześlizgnął się lekki uśmiech — wiem o tym. I sen głupca. Ale może wszyscy powinniśmy być tymi głupcami, aby masowo zacząć w tę utopię wierzyć. To wiara czyni bogów, a kłamstwo powtarzane sto razy staje się podobno prawdą. Dlaczego by nie spróbować?

Nie oczekiwał, że Wiera odpowie na ten dziwny wywód. Milczała, ale to dobrze; póki co prowadził monolog, ciesząc się, że miał tak znakomitą słuchaczkę.

— Taki idealny świat oczywiście nie istnieje i nigdy istnieć nie będzie — odpowiedział sam sobie ze smutnym uśmiechem — bo korzenie zepsucia sięgają zbyt głęboko. I zbyt wielu jest tu takich, którzy z tych korzeni czerpią swoje siły życiowe. 

Wiera mogła się zastanawiać, o kim myślał Goro. O Wysłannikach? O Bogach?

— Czy zastanawiałaś się kiedyś nad tym — pytał cicho — czy może się komuś wydawać, że potrafi kochać, choć wcale tak nie jest? Bo to nieprawda, a to, co czuje, wcale nie jest miłością? Czy wiesz, jak łatwo jest pomylić przywiązanie z miłością? Jak łatwo stworzyć mieszankę przywiązania, strachu i dumy i uznać to za miłość? Różnica między tym jest mniej więcej jak między cukrem i solą: z daleka wyglądają tak samo, ale wystarczy spróbować, by się przekonać, jak mocno pozory mogą mylić.

Goro mówił delikatnie, łagodnie. Jego myśli delikatne i łagodne nie były. Między słowami myślał bowiem: tak jak miłość nie zawsze jest dobra, tak śmierć nie zawsze jest zła. Pobolałoby tylko trochę, myślał, zadbalibyśmy o nią. Mógłby odejść spokojnie, w chorobie, to nie musiałoby być nic gwałtownego. Zdążyliby się z nim pożegnać, ale w końcu… w końcu ta ziemia oczyściłaby się z jego zepsucia. 

Czy mógłby go zabić? Tak. 

Czy chciałby to zrobić?

— Ty będziesz wspomnieniem spokoju, ja granicą — powtarzał szeptem jej słowa w głębokim zamyśleniu. — A on… 

Niespodziewanie demon uśmiechnął się delikatnie. 

— Arii nie da się tak łatwo przekonać do tego, by nie uczestniczyła w akcji. Ale będąc w takim stanie, powinna unikać stresów. Sama dobrze o tym wiesz. I on, wydawać by się mogło, też powinien to wiedzieć. Pewnie zauważyłaś — podjął — że on też uważa się za stronę w tej grze. Teraz to się dla niego bardziej liczy niż własna żona. Może przemawia przeze mnie niechęć do tego człowieka — przyznał z lekkim wzruszeniem ramion — ale uważam wprost, że to małżeństwo jest błędem. Że Aria, choć niewątpliwie jest bardzo inteligentną kobietą, popełniła krytyczny błąd…

Już chciał dopowiedzieć, że trudno będzie się z niego wyplątać — ale patrząc na jej duży brzuch, można by rzec, że na to już dawno za późno. 

— Możemy się tak umówić? — spytał cicho jeszcze zanim wyłożył propozycję. — Ty skup się na niej, dobrze? Aria musi mieć przy sobie kogoś, kto zapewni jej wsparcie, kto będzie jej świerszczem na ramieniu. Nie wątpię w jej rozsądek, ale każdy potrzebuje poczucia wsparcia. A ja postaram się jak najszybciej posprzątać ten bałagan, dobrze? Abyśmy mogli jak najszybciej zostawić Bibury za sobą. I już nigdy nie musieć tutaj wracać. 

Tak, on by się zajął tym bałaganem. 

I nadłożył odrobinę sił, środków i czasu, aby tylko jemu się nie udało. 

Rozdział 832

 

Wiera


Droga do Bibury była znajoma aż do bólu - zakręt przy starym moście, kamienie przy drodze, które zawsze liczyła jako dziecko, rytm kroków dopasowany do długości wspomnień. A jednak wszystko zdawało się przesunięte o pół tonu, jakby świat po cichu się rozstroił i zapomniał wrócić do właściwej melodii. To samo niebo wisiało nisko nad doliną lecz miało inny ciężar; nawet wiatr zdawał się poruszać ostrożniej, jakby bał się dotknąć ruin. Zatrzymała się przy murze porośniętym mchem. Pamiętała jego zapach, lato i odrobinę słońca. Teraz pachniał tylko cieniem. Dotknęła go dłonią lecz nie poczuła powrotu, a jedynie chłód, który nie należał do pogody tylko do czasu. To miejsce żyło dalej na swój własny sposób, ale bez niej. Jej obecność była już tylko przypisem, którego nikt nie czyta. I nagle uświadomiła sobie, że nie wraca do miejsca, a do wersji siebie, która tu została - małej, pewnej, że rzeczy nie odchodzą naprawdę tylko na chwilę się oddalają. Bibury nie zniknęło. To ona wysunęła się z jego pamięci tak delikatnie, że świat nie musiał nawet drgnąć, by zrobić dla niej miejsce poza sobą.

Dlatego cisza była tu najcięższa. Nie dlatego, że niczego nie było lecz dlatego, że wszystko trwało dalej bez potrzeby przypominania jej imienia.

Powietrze miało zapach wilgoci i popiołu. Gęsty, osiadający na języku, wchodzący w płuca bez pytania. Był w nim chłód poranków, które pamiętała, ale też coś obcego, gorzkiego, jak niedopowiedziane pożegnanie. Każdy oddech brzmiał jak wspomnienie spalonych dni, jak echo ognia, który dawno zgasł, a jednocześnie wciąż trwał w ścianach i ziemi. Pachniało końcem czegoś, co nie zdążyło się pożegnać: rozmów urwanych w pół zdania, drzwi zamkniętych zbyt szybko, śladów stóp, które już nigdy nie wrócą.

Im dalej szła, tym bardziej miała wrażenie, że porusza się między dwoma czasami. Przeszłość szła obok niej, cicho, niemal czule, a teraźniejszość ciągnęła za rękaw, ciężka i milcząca. Znane miejsca rozpoznawała raczej sercem niż wzrokiem, jakby oczy nie chciały jeszcze przyjąć tego, co zostało. I w tej drodze, tak dobrze znanej, kryła się zdrada: obietnica domu, która nagle przestała obowiązywać i powrót, który zamiast ulgi przynosił tylko powolne, narastające pęknięcie.

Miasto było ciszą. Nie tą kojącą, wiejską ciszą poranka, w której słychać ptaki i daleki szmer rzeki lecz ciszą po krzyku, który trwał zbyt długo i wypalił w powietrzu niewidzialne blizny. Była to cisza ciężka, lepka, osiadająca na ramionach jak popiół ,cisza, która nie uspokajała lecz zmuszała do słuchania tego, czego nie da się już usłyszeć. Wydawało się, że nawet echo boi się tu wracać.

Spalone domy stały jak otwarte rany, pozostawione bez opatrunku, wystawione na spojrzenia i deszcz. Czarne belki wystające z kamienia przypominały kości obnażone przez ogień, krzywe i kruche, jakby miasto zostało pozbawione skóry. Ściany, niegdyś ciepłe od światła i głosów, teraz były martwe i chropowate, a sadza układała się na nich w nieregularne mapy straty. Okna, które kiedyś mrugały światłem wieczorami, zapraszały do środka zapachem kolacji i obietnicą rozmów, teraz patrzyły pustym wzrokiem ślepymi oczami domów, które widziały zbyt wiele.

Szła powoli, niemal ostrożnie, jakby bała się zranić miasto samą obecnością. Każdy krok budził w niej poczucie winy: że oddycha, gdy inne oddechy tu ustały; że jej ciało nie nosi śladów ognia; że wraca cała, gdy Bibury już nie jest całe. Czuła się intruzem we własnym domu, gościem w żałobie, który nie ma prawa do komfortu. Nawet dźwięk jej kroków wydawał się zbyt głośny, zbyt żywy, nie na miejscu, jak śmiech na pogrzebie.

I w tej ciszy rodziło się pytanie, którego nie chciała wypowiedzieć: czy miasto ją jeszcze pamięta, skoro ona pamięta je aż za bardzo.

Czuła, jakby poruszała się po wspomnieniu, a nie po miejscu, jakby stąpała po cienkiej warstwie pamięci rozciągniętej nad czymś, czego już nie było. Każdy krok uruchamiał obrazy, które nakładały się na siebie, nie pasując do aktualnego kształtu świata. Tu był sklep, w którym kupowała chleb, pachnący drożdżami i ciepłem poranka; widziała w wyobraźni półki, dłonie sprzedawcy, papierową torbę przyciśniętą do piersi.

Teraz został tylko fragment ściany i drzwi, które nie prowadziły już donikąd. Tu był ogród, w którym śmiała się zbyt głośno, nie martwiąc się o ciszę ani o jutro. Pamiętała trawę pod stopami, nierówną i miękką, pamiętała słońce na skórze i to lekkie poczucie, że świat jest dokładnie tam, gdzie powinien być. Teraz ogród był plamą ziemi, wypaloną i obcą, a śmiech, który kiedyś się tu rozpraszał, wracał do niej tylko jako bolesne echo.

Tu płynęła rzeka, spokojna i cierpliwa, odbijająca niebo i jej własną twarz - zmienną wraz z porami roku lecz zawsze rozpoznawalną. Stała nad nią nieraz, ucząc się siebie w tym odbiciu. Teraz woda była mętna, przytłumiona sadzą, jakby sama rzeka wchłonęła żałobę miasta i nie potrafiła jej już oddać. Niebo w jej tafli było cięższe, a twarz ledwie zarysowana, jakby pamięć również zaczynała się rozmywać.

Próbowała przywołać dawny obraz, uporządkować go w myślach, nadać mu wyraźne kontury, ale teraźniejszość wchodziła w niego jak dym: powoli, nieubłaganie, dusząca i nieproszona. Przenikała wspomnienia, zmieniała ich zapach, barwę i ciężar. Zrozumiała, że od tej chwili żadne wspomnienie nie będzie już czyste; każde będzie nosić w sobie cień tego, co zobaczyła teraz, i że nawet pamięć, tak jak miasto, została na zawsze nadpalona.

Żal przychodził falami. Najpierw cichy, niemal wstydliwy, jakby nie miał prawa się ujawnić, jakby obawiał się, że ktoś go zobaczy i uzna za przesadę. Osadzał się w niej powoli, w gardle i pod powiekami, ciężki, ale jeszcze bez łez. Potem wracał nagle, ostry, bez ostrzeżenia, jak uderzenie zimnej wody, które odbiera oddech. Wtedy musiała się zatrzymać, oprzeć dłoń o zimny kamień, pozwolić, by ten ból przeszedł przez nią do końca.

Opłakiwała nie tylko mury i dachy, nie tylko kamień i drewno, które ogień pozbawił sensu, lecz wersję siebie, która tu istniała - dziewczynę o lżejszym spojrzeniu i prostszych pytaniach. Dziewczynę, która wierzyła, że miejsca są trwałe, że zakorzeniają człowieka na zawsze, że dom jest stałym punktem świata, do którego można wrócić bez obaw, bez uprzedzeń. Tamta ona nie myślała o stracie; traktowała obecność jako coś oczywistego, niemal należnego.

Teraz rozumiała, że dom też może odejść, nie zostawiając adresu. Że może zniknąć bez ostrzeżenia, zabierając ze sobą poczucie ciągłości, mapę powrotów i obietnicę bezpieczeństwa. Uświadomiła sobie, że to, co nazywała domem, było w istocie delikatnym porozumieniem między ludźmi, miejscem i czasem - porozumieniem, które ogień przerwał jednym ruchem.

W tej świadomości było coś brutalnego, ale i nieodwracalnego. Żal nie domagał się już ukojenia; trwał, zmęczony i ciężki, jak przypływ, który nie zamierza się cofnąć. I wiedziała, że będzie wracał jeszcze wiele razy i zawsze w innej formie, zawsze z tym samym pytaniem o to, kim jest bez miejsca, które nauczyło ją być sobą.

Weszła do pomieszczenia, które niegdyś należało do części biblioteki, ale teraz było jedynie graciarnią, w której można było schronić się przed chłodem i wilgocią. Najpierw rzuciła krótkie spojrzenie na Wysłanników, ale szybo przeniosła je na tego, kto teraz był dla niej wszystkim. Na tego, kto uczynił ją lepszą wersją siebie. Nie zwróciła nawet uwagi, kiedy wszyscy poza demonem wyszli, pozostawiając ich sam na sam. Być może zorientowali się, że Wiera i Goro potrzebowali momentu dla siebie, choć okoliczności nie były ku temu sprzyjające.

Nie pamiętała chwili, w której przestała się go bać. Strach nie odszedł, a raczej powoli się zmęczył i położył obok nich jak stare zwierzę, które zrozumiało, że nie ma tu już czego pilnować. Goro nigdy nie prosił o zaufanie; po prostu był. A jego obecność, ciężka i cicha, zaczęła porządkować w niej rzeczy, których wcześniej nie potrafiła nawet nazwać. W murach zamku Boltimore noc nie była pusta. Miała spokojny oddech, równy, należący do kogoś, kto nie odejdzie, gdy zaśnie. Kamienne korytarze, kiedyś obce, zaczęły układać się w znajomą mapę: zakręt, przy którym zawsze czekał; schody, na których siadała, a on milczał obok, jakby milczenie było rozmową. Przy nim cisza nie była brakiem słów lecz miejscem odpoczynku.

Goro nie dawał jej światła, dawał jej cień, który nie chłodził, a otulał. W jego spojrzeniu nie było pytań o przeszłość ani obietnic na przyszłość. Była tylko zgoda na to, kim jest teraz. A to okazało się bardziej kojące niż wszystkie zapewnienia, jakie kiedykolwiek słyszała od ludzi.

Zrozumiała, że dom nie musi być jasny ani ciepły. Dom to ktoś, przy kim nie trzeba się już pilnować. Przy nim jej myśli przestawały biec, a wspomnienia przestawały krzyczeć. Układały się powoli, jak kurz opadający w promieniu świecy. Kochała go nie pomimo jego natury lecz właśnie przez nią, przez jego niezmienność. Świat zawsze czegoś chciał, coś odbierał, coś zmieniał. Goro trwał. A w tej trwałości znalazła spokój, którego nigdy wcześniej nie umiała zatrzymać.

Zamek Boltimore przestał być pustką, gdy zamieszkało w nim ich wspólne milczenie. I wtedy po raz pierwszy poczuła, że nie wróciła do miejsca. Ona wreszcie gdzieś dotarła.

Poranki w Boltimore nie zaczynały się światłem tylko spokojem. Najpierw budziła się cisza, ta głęboka, miękka, w której mury nie skrzypiały już z chłodu, a jedynie oddychały wiekiem. Dopiero potem otwierała oczy i zawsze wiedziała, że on jest gdzieś blisko. Nie musiała go widzieć. Wystarczało to niewytłumaczalne poczucie, że nic jej dziś nie wyrwie z istnienia. Lubiła na niego patrzeć, na jego spokojną twarz i miękkie pukle włosów rozsypane po poduszce. Lubiła, gdy ją obejmował, gdy gładził jej skórę swoją ciepłą dłonią. Lubiła, gdy ją pieścił i gdy patrzył na nią tak, jakby nikt inny nie istniał w tym ani w żadnym innym świecie.

Goro nigdy nie dotykał jej tak jak człowiek. Jego obecność była bardziej jak ciężar koca zimą: prawie niewyczuwalny, a jednak niemożliwy do zastąpienia. Gdy siadała przy wysokim oknie, on opierał się o kamienną ścianę obok i wtedy nawet wiatr za murami cichł, jakby uznawał ich granicę. Przy nim przestała myśleć o świecie jako o czymś, co trzeba przetrwać. Stał się czymś, co może po prostu mijać.

Zauważyła, że nie rozmawiają o miłości. Miłość była tu oczywista jak noc po zmierzchu. Objawiała się w drobiazgach: w tym, że płomienie świec nigdy nie gasły, kiedy zasypiała; że koszmary kończyły się zanim zdążyły nabrać kształtu; że wspomnienia, które kiedyś rozdzierały, teraz jedynie przechodziły obok niej, jak deszcz oglądany zza szyby.

Był jej domem nie dlatego, że dawał schronienie lecz dlatego, że przy nim nie musiała już szukać drogi powrotnej. Po raz pierwszy nigdzie nie tęskniła. Nawet przeszłość straciła ostre krawędzie, jak stare zdjęcie, które nosi się tyle lat, aż papier mięknie od dotyku.

Czas w zamku nie płynął. Osiadał. Warstwa po warstwie, spokojnie, bez pośpiechu, aż dni przestawały się od siebie różnić, a ona przestawała potrzebować jutra, by poczuć się bezpiecznie. Wystarczało, że on był. I może właśnie dlatego go kochała, bo przy nim nie musiała już walczyć o swoje miejsce w świecie. On po prostu zrobił w nim dla niej przestrzeń i trwał tam tak pewnie, jakby od zawsze była jego częścią.

- Dziwnie jest tu wrócić. Dziwnie patrzeć na to wszystko, na ruinę. Miałeś tak kiedyś? Wróciłeś do miejsca, które nazywałeś domem, a zastałeś tam jedynie zgliszcza? - zapytała z cichym westchnięciem, zastanawiając się przy tym, czy Goro miał w ogóle takie miejsce, które było dla niego aż tak ważne. Był demonem, jego natura była zgoła inna niż ludzka, tak, jak jego postrzeganie czasu i jako takiego przemijania. Czy przywiązał się kiedyś do jakiegoś miejsca tak, że pragnął do niego wrócić?

- A jak mają się sprawy z Wysłannikami? Atmosfera jest chyba dość napięta. Myślę, że to, co dzieje się między Seraphiną, a tym mężczyzną, który był bliski Arii i Athanowi, będzie miało wpływ na wiele rzeczy. Oni powinni być zgodni, a wygląda to trochę tak, jakby rywalizowali dosłownie we wszystkim. Trochę się boję, przyznaję. Mam nadzieję, że nikt z nas nie oberwie rykoszetem. - Wiera uniosła na moment głowę i spojrzała w oczy Goro. Był spokojny, ale domyślała się, że to tylko pozory. Bał się równie mocno, co ona.

Wtuliła się w niego i mocno objęła, wsuwając się lekko na jego kolana, by jeszcze bardziej poczuć ciepło bijące z jego ciała. Nie było w tym pośpiechu ani niepewności, raczej odruch, który znało ciało szybciej niż myśl. Jakby od dawna wiedziała, że właśnie tam kończy się napięcie noszone przez cały dzień. Ciepło, które od niego płynęło, nie przypominało ludzkiego; było głębsze, spokojniejsze, jak ciepło ziemi oddawane nocą po długim lecie. Oparła policzek o jego pierś i wsłuchała się w rytm. Nie w bicie serca, bo nie było ono równe ani znajome lecz w powolne pulsowanie, które układało jej oddech do własnego tempa. Objął ją bez wysiłku, jakby zawsze należała do tej przestrzeni pomiędzy jego ramionami. Palce, ciężkie i pewne, zatrzymały się na jej plecach w miejscu, gdzie zwykle zbierał się niepokój. Wystarczyła chwila, by ramiona same opadły, a napięcie odpłynęło z niej jak cofająca się fala. Nie musiała zamykać oczu, żeby odpocząć , bo przy nim nawet czuwanie było snem. Myśli cichły, jedna po drugiej, aż zostawało tylko poczucie bycia trzymaną, nic więcej. Bez pytań, bez wspomnień, bez przyszłości.

Przysunęła się jeszcze bliżej, jakby chciała upewnić się, że naprawdę istnieje, a on nie rozproszy się jak wszystkie rzeczy, które kiedyś obiecywały zostać. Jego dłoń przesunęła się nieznacznie, niemal niezauważalnie lecz w tym geście było więcej obietnicy niż w jakichkolwiek słowach - spokojnej, pewnej, niewymagającej. I dopiero wtedy zrozumiała, że to nie ona go obejmuje lecz on pozwala jej na chwilę przestać podtrzymywać samą siebie.

- Goro? Myślisz, że tym razem też wszystko skończy się dobrze? Martwię się o Arię, jak to na nią wpłynie. W jej stanie nawet najmniejsze zdenerwowanie jest niebezpieczne. Silne emocje wpływają na przebieg ciąży i niestety, ale nie pozytywnie. Będę starała się na nią wpływać, uspokajać i pocieszać, ale obawiam się, że na niewiele się to zda. Elijah, ten mężczyzna, był dla niej bardzo ważny. Nawet nie wyobrażam sobie, co ona i Athan muszą teraz czuć. - nie musiała na niego patrzeć, by wiedzieć, że na jego do tej pory spokojnej twarzy pojawiło się teraz napięcie. Jego milczenie zmieniło barwę. Było cięższe, bardziej skupione, jak powietrze tuż przed burzą. Ramiona, na których się opierała, stężały ledwie zauważalnie, a jednak wystarczająco, by poczuła, jak odpowiedzialność osiada w nim jak kamień na dnie wody.

Wiedziała, że czuł się odpowiedzialny za Arię i gdyby coś jej się stało, nigdy by sobie tego nie wybaczył. Sam wyznaczał sobie granice, których nie wolno było przekroczyć, a jej bezpieczeństwo należało do nich od chwili, gdy stali się sobie bliscy. Przesunął dłonią po plecach Wiery, powoli, jakby porządkował własne myśli w rytmie tego gestu. Oparła czoło o jego ramię. Nie obiecywał jej, że nic złego się nie stanie, nie zapewniał, że wszyscy będą bezpieczni. A jednak właśnie to jego milczenie przyniosło ulgę. Bo Goro nigdy nie obiecywał rzeczy niemożliwych - tylko to, że cokolwiek nadejdzie, nie zastanie ich bezradnych.

Poczuła, jak przesunął kciukiem po jej ramieniu w powolnym, jednostajnym geście. Uśmiechnęła się lekko, z błogością wymalowaną na twarzy. Tym razem, to ona chciała być dla niego oparciem, bo choć nigdy o to nie prosił i być może nie potrzebował, pragnęła okazać mu wsparcie.

- Ja będę jej wspomnieniem spokoju. Ty jej granicą. Athan… - urwała na moment, jakby ważyła znaczenie imienia - On będzie powodem, by wracała, jeśli się zatraci. A jeśli to nie wystarczy, wtedy będziemy przy niej tak długo aż wystarczy. - szepnęła, chcąc by wiedział, że nikt nie opuści Arii i nie pozwoli jej upaść.

Tym razem spojrzał na nią. W jego oczach nie było wątpliwości, jedynie spokojna pewność rzeczy, które zostały już postanowione. Oparła się o niego mocniej. Po raz pierwszy od chwili, gdy zaczęły dziać się wokół dziwne i niepokojące rzeczy, poczuła, że przyszłość nie jest przepaścią, tylko drogą biegnącą przez noc. Niewidoczną daleko, ale istniejącą, bo ktoś stał obok i wiedziała, gdzie postawić następny krok.

ROZDZIAŁ 831

GORO

Ogień trzaskał w rozpalonym niedawno kominku, sprawiając kłamliwe wrażenie, że wokół panuje ciepła, przyjemna atmosfera. Również płomienie, tak żywo pomarańczowe i czerwonawe, radośnie tańczące w odbiciu na zmatowiałych od kurzu kafelkach, zadawały kłam, mamiąc wesołością i odprężeniem. Ale może one nie kłamały?, myślał Goro. Może nie kłamały, tylko starały się najlepiej, jak mogły?

Demon mógł pozwolić sobie na tak filozoficzne przemyślenia. Albo może i nie mógł — ale i tak to robił. Właśnie dlatego cały czas kucał przy kominku, mimo że już dawno go rozpalił. Znalezienie kilku kawałków drewna nie stanowiło problemu, ale prawdziwym cudem był drożny kanał wentylacyjny. Goro powiódł wzrokiem w górę, zupełnie jakby miał w oczach rentgen i mógł przejrzeć przez te stare, podniszczałe ściany. Myślał o dymie, który unosił się właśnie ku górze. Ktoś mógłby powiedzieć, że to proces spalania, który unicestwia, a dym to jego końcowy, tragiczny efekt. Ale Goro uważał inaczej. O spaleniu myślał jak o odrodzeniu, a o dymie jak o duchu, który właśnie odzyskał wolność. Nie był bowiem żadnym tragicznym końcem, a udanym zwieńczeniem.

Ot, jak wiele robi inna perspektywa: zupełnie zmienia ocenę nawet czegoś tak prostego i banalnego jak dym.

Nie mówiąc już o ludziach.

Goro westchnął ciężko, przesuwając palcami po popękanym kafelku. Przez chwilę pozwolił sobie zatracić się w rytmie trzaskającego ognia, szukając w tym dźwięku znanego, kojącego porządku świata. Jednak nawet ta chwila nie mogła go uchronić przed powracającym niepokojem — świadomością, że wszystko wokół jest jedynie fasadą, a prawdziwe wyzwania czają się tuż za nim, tuż po powstaniu z klęczek. Ale czyż nie powiadają, że nie można wiecznie klękać? Wstał więc, choć niechętnie, czując, jak ciężar podjętych decyzji osiada na jego barkach niczym mokry płaszcz.

Równie niechętnie odwrócił się w stronę Wysłanników, którzy w tamtej chwili jawili mu się jak kłócące się rodzeństwo: on, ten starszy, był odpowiedzialny i niewzruszony, podczas gdy ona, młodsza i wciąż niedojrzała, usiłowała przeforsować swoje racje, podskórnie wiedząc, że nie ma na to szans. Jednak poza tym dość banalnym porównaniem, Goro widział w nich coś jeszcze, coś znacznie bardziej interesującego. I to na tyle, że po raz pierwszy od dawna prawdziwie, z pełną uwagą, zdołał się im przyjrzeć.

Seraphina była jak otwarta księga — to z pewnością. Lecz jednocześnie można było ją potraktować jak nieudany eksperyment Stwórcy — zbyt porywczą, zbyt… zbytnią. Niedoskonałą. Lecz to w niedoskonałościach dostrzega się prawdziwą doskonałość. I właśnie dlatego ta drobna, kolorowa dziewuszka wciąż fascynowała, sprawiając wrażenie, jakby złodziej jej duszy nie spodziewał się aż tak wielkiego oporu ze strony okradanej, której to udało się wyrwać spory kawałek swojej własności. I tak też to wyglądało: jakby wewnątrz niej ktoś zrobił bardzo pospieszne i niedokładne porządki, pozostawiając gdzieś w kątach resztki uczuć i emocji. Seraphina była nie tylko wyrazista, ale wyraźna. Te słowa, choć podobne, niosły w sobie istotną różnicę, którą Wysłanniczka doskonale godziła.

Co zaś się tyczyło Wysłannika… Z nim sprawa była prosta — ale tylko do czasu. On, wedle nadzwyczaj sztywnych boskich kryteriów, był bytem doskonałym. Był tym, kim mieli być zamieszkujący Ziemię ludzie, zanim coś poszło mocno nie tak. Miał być ich lustrem, ich wewnętrznym marzeniem, ich drogą do celu. Miał być tym, kogo ciemny, wierzący lud nazywał aniołem.

Co więc poszło nie tak?

Teoretycznie — nic. Wysłannik twarz miał nieprzeniknioną; była niczym nieco nieudolnie wyrzeźbione w kamieniu lico, pozbawione tych drobnych niuansów, które ożywiały materiał i nadawały mu duszy. Wysłannik oczy miał puste, cerę bladą, usta lekko zaciśnięte i ułożone w niemal idealną linię, aby kąciki się czasem nie przechyliły w dół lub w górę, choćby nawet o milimetr. Sprawiał wrażenie przytomnego, pewnego siebie oraz całkowicie świadomego swojego zadania — i tego, że do celu należy iść po trupach. Z pewnością umiałby to zrobić i, owszem, nadal był do tego zdolny. Ale…

No właśnie. Ale. Ludzie oko zapewne by tego nie dostrzegło, ale Goro to potrafił. Widział to bardzo subtelne, niemal niewyraźne odbicie czegoś, co kiedyś można było nazwać emocją. Irytacja — ledwie kłująca, wręcz łaskocząca — prześwitywała niczym bardzo cienki, delikatny tiul. Nie zmieniało to jednak faktu, że ów tiul istniał — tak jak istniał w nim ślad emocji. Czy to możliwe? Czy to właściwe? Goro przyglądał mu się uważnie, starając się nie przegapić ani jednej zmarszczki, ani jednego błysku w oku.

— Wiara — odpowiedział Wysłannik, ledwie patrząc na Seraphinę — to opium dla ludu. Masz rację, że jest niebezpieczna, ale mylisz się twierdząc, że jest niebezpieczna dla nas. Jest wprost przeciwnie, Dziecko.

Nazwał ją dzieckiem, zanotował nieco zaskoczony Goro. Czy to kolejny ślad irytacji? Wysłannik nie traktował jej już jak równej sobie. Zganił ją, a nawet w pewnym sensie obraził. Dlaczego by to robił, skoro nie miał żadnych uczuć? Czym wobec absolutu nieistnienia była jedna nieco rozwydrzona smarkula?

— To Morwenna — kontynuował tonem mocnym, choć jednostajnym — podłożyła się nam, tak otwarcie deklarując swoją wiarę. Tę z kolei można banalnie łatwo wykorzystać, jeśli się wie, za które sznurki pociągnąć. My jeszcze tego nie wiemy, ale to doprawdy mała przeszkoda; to pouczające i pocieszające: wiedzieć — podkreślił silnie to jedno słowo — czego się nie wie. Wtedy wiadomo, od czego zacząć.

Goro odniósł wrażenie, że Wysłannik nie mówił już do Wysłanniczki, ale do siebie — jakby uznał, że Seraphina nie jest już dla niego godną rozmówczynią. Zwłaszcza jak zaczęła sięgać po imiona przybyłych wraz z nimi znajomych.

— Ani Arii, ani Petre, ani Athanasiusa nie powinno tu być.

Goro spodziewał się ciężkiego, palącego spojrzenia w swoją stronę — i się nie przeliczył. Wytrzymał, nie spuścił oczu choć z niechęcią musiał przyznać, że nie było to łatwe.

— Nie zasłaniaj się imionami tych, których to nie dotyczy, bo ten argument jest płaski, jałowy i nijaki. Nie obchodzi mnie, co ci ludzie widzą, a czego nie zobaczą. Nie interesuje mnie ich egzystencja. Ciebie — rzekł twardo — też nie powinno.

Wysłannik był zły. I choć nie dało się tego odczytać z twarzy, oczu, gestów czy postawy, można było wyczuć gęstniejącą wokół niego aurę. A może to właśnie echo jego sztucznie usuniętych emocji tak silnie się kotłowało, żeby tylko znaleźć jakiekolwiek ujście? Goro wciąż obserwował, zaciekawiony.

— Jeśli będą szukać informacji na własną rękę i przeszkodzą nam w naszych planach, zabiję ich — odpowiedział beznamiętnie. — Zależy ci na nich, choć nie powinno. To nie zostanie zapomniane ani przeze mnie, ani przez Dis Patre. To twoja pierwsza i ostatnia misja — zawyrokował. — Jesteś zbyt miękka i niestabilna, by zostać Wysłannikiem. Ale skoro nadal tu jesteś i ci… zależy — wypluł to słowo, jakby nie było w stanie poprawnie osiąść mu na języku — zadbaj o to, by się tu nie kręcili, by przestali węszyć. Inaczej będziesz silnie uwikłana w ich śmierć.

W Goro momentalnie urosły strach oraz bunt. Coś wciąż powstrzymywało go od jawnego wyrażenia swojego niezadowolenia — może ten naturalny i nienaturalny jednocześnie respekt, jaki wytwarzał wokół siebie Wysłannik, a może poczucie, że tylko on był w tym trio ostoją spokoju i zdrowego, choć wyważonego rozsądku. Lecz dwóch rzeczy był pewien — po pierwsze, nikogo nie pozwoli skrzywdzić. A po drugie — Wysłannik z pewnością nie rzucał słów na wiatr, więc tym bardziej należało potraktować je poważnie.

— My nie ufamy, Seraphino — odparł karcącym tonem. — My istniejemy. I egzekwujemy.

Wszystko wskazywało na to, że Wysłannik uznał rozmowę za zakończoną. Czy Seraphina była tego samego zdania — nie wiedział, choć pozwalał sobie w to wątpić. Tym bardziej nie chcąc dopuścić do kolejnego konfliktu, sam się odezwał, biorąc potencjalne ciosy Wysłannika na siebie.

— W jednym Seraphina ma rację — odważył się rzec, nie czując przed Wysłannikiem strachu. — To jak zabawa w policjanta i złodzieja: Morwenna wie, że nas obowiązuje litera prawa, podczas gdy nad nią nie wiszą żadne zobowiązania. Sięga po to, po co zechce, dobrze wiedząc, że zanim znajdziemy właściwy sposób, aby ją powstrzymać, ona będzie już nasycona. Do tego dopuścić nie można.

Czuł się dziwnie, musząc tłumaczyć tak oczywiste rzeczy. Nie wątpił, że Wysłannicy doskonale to wszystko wiedzieli, ale miał wrażenie, że to musiało zostać wypowiedziane.

Wysłannik uśmiechnął się przelotnie, a był to widok iście upiorny: jego twarz, wciąż nieruchoma niczym maska, nie rozjaśniła się ani nie złagodniała pod wpływem gestu, który był pusty, przelotny i bardzo dosadnie nic nieznaczący. Znikł momentalnie i wówczas twarz Wysłannika nie tylko nie wróciła do stanu sprzed uśmiechu, ale jakby jeszcze bardziej stężała, nabrała ostrzejszych rysów.

— Bierność nie jest błędem, kiedy czekasz na właściwy ruch. Ale tu masz rację — westchnął pozornie swobodnie — czas oczekiwania się skończył. Znamy lokalizację Kurtyny. Przenieść jej nie będzie łatwo. Ale i zniszczyć jej nie możemy: nie mamy na to dowodów, ale przypuszczam, że to może uszkodzić lub nawet unicestwić wiele dusz. Musimy spróbować metody łagodniejszej, ale równie skutecznej jak siła. Tą metodą jest pakt.

Goro nie sądził, by to był w istocie tak wyśmienity pomysł. Widział, jak nekromantka się z nimi obchodziła; widział, w jak głębokiej pogardzie miała ich wszystkich i jak mało znaczącymi rywalami dla niej byli. Cóż więc zamierzał osiągnąć Wysłannik tym paktem? Goro nie wiedział, ale zaczynał przypuszczać, że wszystko było tylko fortelem, w który nie chciał wtajemniczać absolutnie nikogo — nawet Seraphiny.

A może zwłaszcza jej?

— Morwenna kradnie dusze, bo czegoś potrzebuje — wyjaśnił Wysłannik, co brzmiało najzupełniej logicznie. —  My reprezentujemy Dis Patre – władcę zaświatów. Możemy zaoferować jej „legalne” zasoby lub sposób na to, czego szuka, w zamian za demontaż Kurtyny. To transakcja. Seraphina uważa to za podłość, ale ja nazywam to… optymalizacją.

Gdyby chodziło o kogoś innego, Goro natychmiast by mu wytknął, że Morwenna z pewnością natychmiast tę słabość wykorzysta. Ale Wysłannik był na to zbyt inteligentny. Po trupach do celu — mawiają. A skoro on to potrafił, on to praktykował, czemu teraz miałoby być inaczej?

Demon podejrzewał, że wcale nie będzie inaczej. Ale wiele więcej wiedzieć nie mógł.

— Wszystko, jak sądzę — powiedział ze spokojem Goro — zależy od ceny, jakiej zażąda.

— Nic od tego nie zależy — parsknął na poły z pustym rozbawieniem i irytacją. — Nie istnieje coś, czego pragnęłaby Morwenna, a czego nie moglibyśmy jej ofiarować…

— Chyba że dusze — wtrącił, czując coraz większą złość i niechęć do Wysłannika.

— Błąd — odparował błyskawicznie. — Dusz niestałych, zbłąkanych i zhańbionych jest we wszechświecie na pęczki. Morwenna nie sprecyzowała, w jakim stanie mają być potrzebne jej dusze. Wymiana jednych na inne nie powinna stanowić dla niej różnicy. Teraz sięgnęła po świeże i czyste, bo były najbliżej. Teraz to rozumiecie? — rzucił nagle głośniej, patrząc intensywnie to na niego, to na Wysłanniczkę. — Musimy ją poznać, wszystkiego się dowiedzieć. Nie zdołamy tego uczynić, jeśli natychmiast spalimy wszystkie mosty. Gdy już dostatecznie ją poznamy, będziemy wiedzieli, jakie warunki jej postawić i ewentualnie którą z ofert nie do odrzucenia jej przedstawić. Tak — podkreślił — to my będziemy rozdawać karty. Ale tego momentu doczeka tylko ten, który wykaże się cierpliwością i — popatrzył na Seraphinę — rozsądkiem.

Goro nic już więcej nie powiedział. Nie miał ochoty kłócić się z bytem stojącym w nieistniejącej hierarchii znacznie wyżej od niego. Dlatego gdy nagle ktoś zapukał do drzwi, a do środka po cichutku wślizgnęła się Wiera, demon odetchnął z ulgą, a po jego ciele rozlała się fala rozluźniającego, kojącego ciepła. Nie zważając na spojrzenia Wysłanników, zamknął lubą w swoich ramionach, wdychając zapach jej włosów. To trwało tylko krótką chwilkę, bo zaraz odsunął się odrobinkę — choć tylko na tyle, by móc spojrzeć w jej piękną, jaśniejącą twarz i obdarzyć ją pełnym miłości uśmiechem. Do tego nie trzeba było słów, dlatego ich nie wypowiadał. Zamiast tego uchwycił delikatnie jej dłoń i poprowadził w stronę niewielkiej, zakurzonej sofy, na której oboje usiedli. On objął ją lekko, ona ułożyła mu głowę na ramieniu. Teraz tamta dwójka na powrót mogła zacząć się kłócić, ale jego na ten piękny, lekki, i niestety dość krótki moment, nic nie obchodziło.

Bo on, w przeciwieństwie do Wysłanników, czuł.

Rozdział 830

Seraphina – Wysłannik II

Seraphina nie zwolniła kroku. Przeciwnie, jakby z premedytacją przyspieszyła o ledwie wyczuwalny ułamek, zsynchronizowała oddech z jego krokiem i na krótką, niebezpiecznie znaczącą chwilę zrównała się z Wysłannikiem. Trwało to zbyt krótko, by ktokolwiek mógł nazwać to otwartym wyzwaniem, a jednak wystarczająco długo, by naruszyć porządek, do którego wszyscy byli przyzwyczajeni. To nie była prowokacja, przynajmniej nie taka, którą można by wytknąć palcem lecz świadome przekroczenie niewidzialnej granicy.

Gdy zrównała się z Wysłannikiem, przez jej ciało przeszedł krótki, elektryczny dreszcz. Nie spojrzała na niego, bo spojrzenie byłoby przyznaniem, że to on wyznacza granice tej chwili. Zamiast tego skupiła się na własnym oddechu, na równym rytmie kroków, na dowodzie, że wciąż jest sobą, a nie cieniem dopasowanym do cudzej sylwetki.

Była w niej cicha obawa, trzymana głęboko, ale nie dominowała. Silniejsze było poczucie, że jeśli teraz się cofnie, cofnie się już zawsze. To nie jest walka o przestrzeń obok niego lecz o coś znacznie bardziej intymnego: o prawo do istnienia bez ciągłego usprawiedliwiania się samą swoją obecnością.

A jednak tym razem obawa nie przejęła kontroli. Przysłaniało ją coś silniejszego, twardszego. Świadomość, że każdy krok wstecz, nawet najmniejszy, zapisuje się w niej jak kolejny dowód na to, że granice wyznaczane przez innych są niepodważalne. Że milczenie jest zgodą. Że brak sprzeciwu staje się z czasem jej jedyną rolą.

W tej jednej chwili zrozumiała, że nie chodzi o Wysłannika. Nie o jego pozycję, spojrzenie ani potencjalną reakcję. Chodziło o to, co wydarzy się w niej samej, jeśli pozwoli, by strach znów zdecydował za nią. Cofnięcie się nie byłoby jedynie ruchem ciała — byłoby potwierdzeniem starej narracji, tej, którą przez lata wkładano jej do głowy: że jej obecność wymaga usprawiedliwienia, że zajmuje przestrzeń warunkowo, na cudzych zasadach.

To dlatego została. Dlatego utrzymała tempo, choć mięśnie miała napięte, a myśli rwały się w kilku kierunkach naraz. Ten krok naprzód był próbą zachowania czegoś kruchego, ale fundamentalnego — przekonania, że ma prawo być tam, gdzie stoi, oddychać tym samym powietrzem i nie tłumaczyć się z samego faktu, że istnieje.

- Wiesz, co jest w tym wszystkim najbardziej irytujące? - odezwała się po chwili, głosem pozornie spokojnym. - Zawsze mówisz im. Jakbyś stał gdzieś obok. Jakbyś nie był częścią tego samego bałaganu.

Zerknęła na Goro, tylko na moment. Wystarczająco, by upewnić się, że słucha. Potem znów spojrzała przed siebie.

- Morwenna kłamała, Aae nie dlatego była niebezpieczna. - Zawahała się. - Była niebezpieczna, bo wierzyła. A wiara… - krótki, gorzki uśmiech - wiara zawsze pociąga za sobą ofiary. Nawet jeśli jeszcze o tym nie wiedzą.

Przez chwilę mówiła ciszej. Nie dlatego, że zabrakło jej pewności lecz dlatego, że głos nagle przestał być narzędziem rozmowy, a stał się echem myśli, które do tej pory nie opuszczały jej wnętrza. Słowa wypływały wolniej, ostrożniej, jakby każde z nich musiało najpierw przejść przez warstwę wątpliwości i wspomnień, zanim odważyło się zaistnieć na głos.

Nie patrzyła na niego w tym momencie. Jej spojrzenie uciekło gdzieś obok, ku przestrzeni, która nie domagała się odpowiedzi ani reakcji. Brzmiało to tak, jakby na krótką chwilę zapomniała o jego obecności, jakby rozmówca przestał być odbiorcą, a ona została sama z myślami, które zbyt długo nosiła w sobie, by wypowiadać je wyraźnie i bez cienia ostrożności.

W tym cichszym tonie było mniej obrony, mniej kontroli. Więcej prawdy, której nie miała zamiaru uzasadniać ani bronić. Słowa nie szukały potwierdzenia; nie prosiły o zrozumienie. Były po prostu wypowiedziane, jakby istniały niezależnie od tego, czy ktoś je usłyszy, czy nie.

Dopiero po chwili znów uniosła głos, wracając do rozmowy, do niego. To krótkie obniżenie tonu zostawiło ślad. Jak pęknięcie w gładkiej powierzchni, przez które na moment dało się zajrzeć głębiej, tam, gdzie jej myśli nie potrzebowały świadków.

- Athanasius nie jest głupi. Petre nie jest ślepy. Aria… - urwała. - Oni już czują, że coś jest nie tak. Może jeszcze nie potrafią tego nazwać, może nie widzą całego obrazu, ale instynkt już ich ostrzegł. Takie rzeczy zawsze przenikają szybciej, niż nam się wydaje. W spojrzeniach, w zbyt długich pauzach, w pytaniach zadawanych niby mimochodem.

Wzięła krótki oddech: płytki, kontrolowany, bardziej techniczny niż instynktowny. Nie był to gest mający ją uspokoić; nie było w niej paniki ani rozedrgania, które należałoby uciszyć. Ten wdech miał inny cel: zebrać rozproszone myśli, ułożyć je w kolejności, w której będą mogły zostać wypowiedziane bez zdradzania zbyt wiele.

Powietrze zatrzymała na ułamek sekundy, wystarczająco długo, by w głowie oddzielić to, co niewypowiedziane, od tego, co konieczne. Jak ktoś, kto na moment odkłada emocje na bok, nie po to, by je wyprzeć lecz by nie pozwolić im przejąć narracji. Dopiero potem wypuściła oddech powoli, świadomie, z decyzją wyraźniejszą niż jakiekolwiek słowa.

Ten krótki moment zawieszenia był jej sposobem na odzyskanie kontroli - nie nad sytuacją lecz nad kierunkiem, w którym miała się potoczyć rozmowa. Gdy znów się odezwała, było już jasne, że mówi nie pod wpływem impulsu, a z miejsca, w którym myśli zostały uporządkowane, a każde kolejne zdanie miało swój ciężar i swoje przeznaczenie.

- I jeśli myślisz, że odsunięcie ich ochroni, to się mylisz - powiedziała ciszej, ale bardziej twardo - Cisza nie daje bezpieczeństwa. Daje tylko przestrzeń na domysły. A domysły zawsze prowadzą w najgorszym możliwym kierunku.

Uniósł się w niej dobrze znany niepokój - nie o siebie, bo do własnego cierpienia zdążyła się już przyzwyczaić lecz o nich. O tych, którzy znaleźli się zbyt blisko, by pozostać nietknięci. Przede wszystkim o Petre. Myśl o nim pojawiała się zawsze jako pierwsza, uporczywa i niechciana, jak rana, której nie wolno było dotknąć, a która mimo to pulsowała przy każdym oddechu.

Wiedziała, czym to się kończy. Znała konsekwencje zbyt ludzkich przywiązań, zbyt ciepłych uczuć, zbyt wyraźnych pragnień. Dis Patre nie potrzebował ostrzeżeń ani zapowiedzi - kara przychodziła cicho, precyzyjnie, zawsze tam, gdzie bolało najbardziej. Nie po to, by złamać ciało lecz by przypomnieć o granicach, których przekraczać nie wolno było nawet myślą.

Nie mogła kochać. To słowo było dla niej jak zakazany język, którego sens rozumiała aż za dobrze, ale którym nie miała prawa się posługiwać. Pragnienie było jeszcze gorsze - zdradą, zanim zdążyło się uformować. Marzenia natomiast, marzenia były luksusem żywych, wolnych istot. Dla niej istniały jedynie jako echo dawnych możliwości, szybko tłumione, zanim nabrały kształtu.

Jej rola była jasno określona. Miała wykonywać polecenia swego boga, bez pytań, bez oczekiwań, bez złudzeń. Posłuszeństwo było jedyną cnotą, na którą mogła sobie pozwolić. Wdzięczność nie była częścią tego układu - nigdy nie była i nigdy miała nie być. Dis Patre nie nagradzał oddania; on jedynie tolerował je tak długo, jak długo było absolutne.

- Im bardziej będziesz ich trzymać z daleka, tym bardziej zaczną szukać odpowiedzi sami. Bez kontekstu. Bez pełnej wiedzy. Każdy na własną rękę, każdy gotów uwierzyć w coś, co tylko pogłębi chaos. I wtedy nie będziesz już mieć nad tym żadnej kontroli.

Zamilkła na chwilę, pozwalając, by sens jej słów wybrzmiał.

-  To nie odsunięcie ich wystawia na niebezpieczeństwo - dodała w końcu, po krótkiej pauzie, w której jej spojrzenie na moment straciło ostrość, jakby wracała myślami do sytuacji, których wolałaby nie pamiętać.

 - To brak zaufania.

Słowa zabrzmiały spokojnie, ale niosły ze sobą ciężar doświadczenia, nie teorii. Nie mówiła tego, by przekonać - raczej by nazwać coś, co dla niej było już dawno oczywiste. Odsunięcie dawało jedynie złudzenie kontroli, cienką warstwę bezpieczeństwa, która pękała przy pierwszym prawdziwym wstrząsie. Zaufanie natomiast wymagało odwagi - tej trudniejszej, mniej widowiskowej, polegającej na dopuszczeniu kogoś blisko, nawet jeśli oznaczało to ryzyko.

- Bo kiedy nie ufa się wystarczająco, zaczyna się chronić ludzi przed prawdą - ciągnęła ciszej. - A wtedy zostają sami z domysłami, z poczuciem, że coś przed nimi ukryto, że nie byli warci szczerości. I to właśnie w tym miejscu rodzi się strach. Nie w samej prawdzie, lecz w jej braku.

Uniósł się w jej głosie cień goryczy, szybko jednak opanowany.

- Prawda potrafi ranić, to fakt. Czasem boli bardziej, niż ktokolwiek chciałby przyznać. Ale brak zaufania zostawia ślad na dłużej. Podkopuje relacje, niszczy to, co miało być wsparciem, i sprawia, że nawet najczystsze intencje zaczynają wyglądać jak zdrada.

Zamilkła, pozwalając, by sens jej słów wybrzmiał.

 - Dlatego tak - dodała już spokojniej - brak zaufania zawsze boli bardziej niż prawda. Nawet ta najtrudniejsza. Bo prawda, prędzej czy później, daje szansę na wybór. A brak zaufania odbiera ją całkowicie.

 
 

Daniel McKanzie

Daniel nie drgnął. Jego ciało pozostało nieruchome, jakby już dawno pogodziło się z ciężarem takich rozmów i nie widziało potrzeby reagowania na kolejne próby nacisku. Jeśli cokolwiek w nim odpowiedziało, był to jedynie mięsień przy szczęce - napiął się na ułamek sekundy, niemal niedostrzegalnie, jak cień dawnej reakcji, która nie miała już prawa dojść do głosu.

Ten drobny ruch nie był oznaką wahania ani gniewu. Był śladem decyzji podjętej znacznie wcześniej, w innym czasie, w innych okolicznościach. Decyzji, która ukształtowała go na tyle głęboko, że stała się częścią jego postawy. Nie musiał jej teraz rozważać ani odnawiać. Ona po prostu była.

Oddychał równo, spojrzenie miał stabilne, pozbawione tej nerwowej czujności, której zwykle oczekuje się w obliczu presji. Cała jego sylwetka mówiła o kimś, kto zna granice i wie, że nie ma potrzeby ich bronić gwałtownymi gestami. Jego spokój nie był bierny, był wypracowany, oparty na doświadczeniu i świadomości konsekwencji.

Ten ledwie zauważalny skurcz mięśnia był jedynym dowodem, że słowa Athana w ogóle do niego dotarły. I jednocześnie jedynym, jaki Athan miał otrzymać.

Przez chwilę mierzył wampira spojrzeniem, spokojnym i uważnym, pozbawionym tej nerwowej czujności, na którą tamten tak wyraźnie liczył. Gdy w końcu się odezwał, jego głos był niski, opanowany, niemal zaskakująco cichy.

- To ciekawe - powiedział powoli - jak łatwo myli pan ciszę z niepewnością.

Rozłożył ramiona powoli, bez pośpiechu, ruchem pozbawionym ostentacji. Nie było w nim ani obrony, ani prowokacji, a raczej spokojna oczywistość kogoś, kto nie spodziewa się ataku i nie czuje potrzeby, by się przed nim zabezpieczać. Ten gest nie miał zamknąć drogi ani wyznaczyć granicy; przeciwnie, sugerował, że żadna bariera nie jest tu potrzebna.

Jego postawa była otwarta, ale nie naiwna. Nie zapraszała do zbliżenia się lecz jasno komunikowała, że napięcie, które próbował zbudować rozmówca, nie znalazło podatnego gruntu. Jak ktoś, kto stoi na stabilnym gruncie i wie, że nie musi podnosić murów, by utrzymać równowagę.

Rozłożone ramiona odbierały sens całej grze na presję i zagrożenie. Nie było tu miejsca na barykady, bo nie było poczucia oblężenia. Był tylko spokój wynikający z przekonania, że to, co ma zostać obronione, nie wymaga ani tarczy, ani miecza, a wystarczy pewność, że nie trzeba się cofać

- Widzę, że lubi pan procesy. Analizę ciała, reakcje, biochemię strachu. - Uniósł lekko brew. - Proszę więc pozwolić, że coś doprecyzuję. To, co pan bierze za butę, jest wyborem. A to zasadnicza różnica.

Zrobił pół kroku w bok. Ruch niewielki, niemal niedostrzegalny dla kogoś, kto nie zwracałby uwagi na niuanse postawy. Nie oddalił się ani o centymetr, nie dał też sygnału wycofania. Zmienił jedynie kąt ustawienia ciała, jakby mimochodem, jakby to była naturalna korekta pozycji, a nie świadomy manewr.

A jednak w tej drobnej zmianie kryło się więcej, niż mogło się wydawać. Przestał stać dokładnie naprzeciw Athana, odbierając mu linię dominacji, tę prostą oś, na której tamten budował presję. Układ przestał być frontalny, mniej konfrontacyjny, a przez to mniej podatny na narzuconą dynamikę. To Athan musiał teraz lekko skorygować spojrzenie, dostosować się do nowego ustawienia, nawet jeśli zrobił to odruchowo.

Daniel nie zaznaczył tej zmiany spojrzeniem ani gestem. Nie było w niej demonstracji ani wyzwania. Była spokojnym przejęciem kontroli nad przestrzenią, subtelnym przypomnieniem, że przewaga pozycji nie jest dana raz na zawsze, że można ją stracić jednym, dobrze wymierzonym ruchem.

Stał teraz tak, jak ktoś, kto nie daje się wpisać w cudzy scenariusz. Nie był celem — ani rozmowy, ani analizy, ani nacisku. Jego postawa nie zapraszała do ataku, ale też go nie prowokowała; była neutralna w sposób, który odbierał sens samej próbie dominacji. Jakby świadomie odmawiał przyjęcia roli, w której ktokolwiek inny mógłby go ustawić.

Wybierał własne miejsce w rozmowie z tą samą precyzją, z jaką wcześniej wybierał ciszę i gesty. Nie stał tam, gdzie go postawiono lecz tam, gdzie sam uznał za właściwe - w przestrzeni, która nie należała ani do Athana, ani do konfrontacji. Ta decyzja była cicha, ale jednoznaczna: to on określał, na jakich zasadach rozmowa będzie się toczyć, nawet jeśli nie wypowiadał ich na głos.

W tej postawie nie było buntu ani demonstracyjnej niezależności. Była raczej spokojna odmowa podporządkowania się narracji, w której ktoś inny miałby rozdawać role. Daniel nie potrzebował przejmować inicjatywy, by ją posiadać. Wystarczyło, że nie oddał jej tam, gdzie próbowano ją odebrać.

- Nie myślę, że jest pan potworem. Ani że jest pan głupi. Myślę, że jest pan przyzwyczajony do tego, że ludzie pękają, gdy poświęci im się wystarczająco dużo uwagi. - Uśmiechnął się krótko, bez cienia wesołości. - To musi być rozczarowujące, gdy ktoś tego nie robi.

Jego spojrzenie stwardniało, choć ton pozostał rzeczowy.

- Ma pan rację w jednym: wiem, co Morwenna robi. I wiem, po co. Ale myli się pan, sądząc, że to wiedza, którą można wydobyć naciskiem, obserwacją albo szeptem o bogach i imperiach. To nie jest sekret. To zobowiązanie.

Opuścił ręce, splatając je luźno przed sobą.

- Nie chroni mnie „immunitet”. Chroni mnie decyzja, by stać tam, gdzie stoję - nawet jeśli oznacza to, że czasem ktoś taki jak pan uzna mnie za ciekawy okaz do badań.

Spojrzał Athanowi prosto w oczy, bez cienia prowokacji, ale i bez uległości.

- Nie potrzebujemy sojuszu. Nie z pańskiej definicji. Jeśli nadejdzie chaos, weźmiemy go na siebie. Jeśli przyjdzie cena do zapłacenia, zapłacimy ją świadomie. A jeśli Dis Patre wyśle swoich siepaczy… — wzruszył lekko ramionami - to znaczy, że świat i tak był bliżej końca, niż ktokolwiek chciał przyznać.

Zrobił krótką pauzę.

- Pan chce spokoju. Rozumiem to. Naprawdę. Ale niech pan nie myli mojego zrozumienia z gotowością do targów. Morwenna nie jest kartą przetargową. A ja nie jestem posłańcem, którego da się przestraszyć opowieściami o tym, co może mnie zabić.

Odwrócił się nieznacznie, dając jasno do zrozumienia, że rozmowa dobiega końca.

- Ziarna, które pan sieje, Athanie, czasem kiełkują. To prawda. Ale czasem trafiają na glebę, która ich nie przyjmuje. I to też jest odpowiedź.

Daniel nie ruszył się od razu. Pozwolił, by cisza osiadła między nimi ciężko i gęsto, jakby miała własną masę i własny ciężar. Nie była to pauza wynikająca z wahania ani próba zebrania myśli - była decyzją. Świadomym zatrzymaniem chwili, w której to nie słowa miały przejąć kontrolę, lecz brak reakcji.

Oddychał spokojnie, równo, bez pośpiechu. Każdy wdech i wydech był sygnałem, że nie zamierza wypełniać przestrzeni nerwowym ruchem ani nerwową odpowiedzią. Wiedział, że Athan to zauważa. Wiedział też, że tamten słyszy ciszę, wyczuwa ją tak samo wyraźnie jak przyspieszone tętno czy drżenie mięśni. I właśnie dlatego Daniel jej nie przerywał.

Athan nie znosił ciszy, której nie mógł zdominować. Ciszy, w której nie było strachu, prośby ani pęknięcia, które dałoby się wykorzystać. Dla drapieżników krzyk jest zaproszeniem, dowodem życia, ruchem w wodzie. Cisza natomiast jest ścianą. Odbija uwagę, zmusza do czekania, odbiera inicjatywę.

Daniel wiedział, że w tej chwili to Athan musi podjąć wysiłek. Musi interpretować, analizować, zgadywać. A każda sekunda, w której tamten szukał punktu zaczepienia, była sekundą, w której tracił przewagę.

Nie patrzył wyzywająco. Nie odwracał wzroku. Stał po prostu tam, gdzie stał, jak ktoś, kto nie potrzebuje potwierdzenia własnej pozycji. Jak ktoś, kto już podjął decyzję i nie widzi powodu, by ją komukolwiek tłumaczyć.

Cisza trwała.

I choć nie padło ani jedno słowo, mówiła wystarczająco dużo: że strach nie jest walutą, którą Daniel zamierza płacić; że presja nie jest językiem, który rozumie; i że jeśli Athan liczył na pęknięcie - będzie musiał poczekać.

- Widzi pan - odezwał się w końcu, spokojnie - różnica między nami polega na tym, że pan obserwuje, a ja uczestniczę. Pan analizuje z zewnątrz. Ja ponoszę konsekwencje od środka.

Uniósł wzrok odrobinę wyżej, jakby patrzył nie na Athana, lecz przez niego.

- Mówi pan o procesach, o energii, o równowadze. O bogach, jakby byli zmiennymi w równaniu. To wygodne. Pozwala zachować dystans. - Uśmiechnął się ledwie zauważalnie. - My nie mamy tego luksusu.

Spojrzenie Daniela stało się twardsze, choć głos pozostał równy.

- Pan mówi o spokoju dla swoich córek. Rozumiem to lepiej, niż pan sądzi. Ale proszę mnie również zrozumieć: jeśli równowaga świata wymaga, by ktoś zawsze stał z boku i kalkulował, to ktoś inny musi stać na linii uderzenia. I to nie będzie pan.

Zamilkł na moment, pozwalając słowom wybrzmieć.

- Nie przyszliśmy tu po ochronę. Ani po przyzwolenie. A już na pewno nie po sojusz oparty na strachu przed tym, co może się wydarzyć. - Jego spojrzenie znów wróciło do oczu Athana. - Jeśli bogowie są nieznaną materią, jak pan twierdzi, to proszę pamiętać: nie każda reakcja prowadzi do eksplozji. Czasem prowadzi do przemiany. A czasem… do ciszy.

Opuścił ręce wzdłuż ciała, jak ktoś, kto zakończył wyjaśnienie, nie negocjacje.

- Pan chce spokoju. My chcemy, by świat przetrwał coś, czego jeszcze nie rozumie. To nie są sprzeczne cele. Ale nie są też wystarczającym powodem, bym zdradził zaufanie, którym mnie obdarzono.

Odwrócił głowę tylko na tyle, by dać jasno do zrozumienia, że rozmowa nie pójdzie dalej tą ścieżką.

- Jeśli uważa pan, że to czyni mnie naiwnym - proszę bardzo. Jeśli sądzi pan, że to mnie zabije: możliwe. - Spojrzał jeszcze raz, ostatni. - Ale proszę nie mylić mojej gotowości na konsekwencje z brakiem świadomości.

Zamilkł.

I tym razem cisza nie była pusta.
Była decyzją. 



ROZDZIAŁ 829

WYSŁANNIK I 

Morwenna była kłamstwem. Najpiękniejszym, jakie w życiu widział.

Bynajmniej nie chodziło tu o piękno fizyczne, które poddał już swojej chłodnej analizie. Chodziło natomiast o to, iż kłamstwa najpiękniejsze są wtedy, gdy są prawdą. Toż to paradoks!, zakrzyknie ktoś z oburzeniem. Lecz czy nie wtedy łże się najłatwiej? Czy nie jest to wtedy przyjemniejsze, bardziej naturalne, bardziej… wiarygodne? Powiedz na głos: „jestem ptakiem”, a w myślach powtórz to samo w tym samym czasie, ale z drobną zmianą: „jestem człowiekiem”. Co wygrywa, myśl czy słowo? Zawsze myśl, bo to mózg steruje językiem. Więc czyż można by to nazwać kłamstwem? Jakże to tak? Jakże człek, uznający się za człowieka, może skłamać? A że powiedział coś innego, a że ktoś usłyszał coś innego… to nie ma znaczenia. To tylko cielesne ograniczenia.

A wszystko, co cielesne, jest słabe.

Morwenna doskonale to wiedziała. Dlatego opowiadała mu tylko i wyłącznie prawdę. Swoją prawdę. Tę, w którą wierzyła, a wiara ta była tak silna, że tchnięta została w wypowiadane kłamliwym językiem słowa. Uwierz w kłamstwo, a stanie się prawdą, mówią. Morwenna dokonała tej magii. I była to magia na tyle silna, że aż przyjemna. Wysłannik chętnie się jej poddawał, choć, niestety, w pełni świadomie. Bo choć nekromantka próbowała, choć robiła to nadzwyczaj pięknie — najpiękniej — to nie była w stanie go oszukać.

Nekromantka pokazała swoje karty. Jego zaś uznała za słabszego. I to tylko dlatego, że on swoich kart jeszcze nie wyłożył. Choć jej zapewne wydawało się odwrotnie.

Słodkawe, ciężkie, duszne powietrze zaczęło z lekka ustępować wraz ze zniknięciem magiczki. Tak jakby wraz z nią znikł aromat czegoś, co powinno być jej znane aż nadto: woń rozkładu. Wysłannik odetchnął głęboko, po raz pierwszy od bardzo dawna, z jakiegoś powodu nie będąc w stanie rozejrzeć się dookoła. Nie chciał patrzeć na chaos, którego dokonała.

Wysłanniczka otrząsnęła się szybko. Za szybko, bo natychmiast zaatakowała go wyrzutami. Może i miała rację, ale teraz jeszcze nie zamierzał na nic odpowiadać. Dziewczyna była zbyt młoda, zbyt butna, zbyt irytująco prostolinijna. Według niej świat był albo czarny, albo biały. I prawdą było, że tego w przybliżeniu uczył ich Dis Patre. Ale Wysłannik zebrał zbyt dużo mądrości i doświadczenia, by wiedzieć, że to tak nie działało.

A więc… czy to byłby pierwszy raz, gdy nie zgadzał się ze swoim Bogiem?

Wysłannik pospiesznie odrzucił tę myśl. Nie należało się nad sobą użalać. Należało działać.

— Pójdziesz ze mną — rzekł do Seraphiny, choć wcale na nią nie patrzył.

Spoglądał bowiem przed siebie: tam, gdzie jeszcze niedawno stała Morwenna, a gdzie teraz tkwił jej pomagier. Dumnie wyprostowany, niemal nieruchomy, odpowiadał odważnie spojrzeniem, nie śmiejąc nawet mrugnąć. Podejmował wyzwanie, jednocześnie dając Wysłannikowi do zrozumienia, że się go nie boi.

— Ty też — mruknął, wreszcie odwracając głowę w stronę Goro. — Wasza dwójka pójdzie ze mną. Musimy omówić kilka spraw bieżących. — Ciebie, panie — popatrzył obojętnie na Daniela McKenzie — poproszę za chwilę. Ty — wskazał na Wierę — zajmij się słabszymi, pomóż im otrząsnąć się ze skutków wizji, o ile sama sobie już z nimi poradziłaś.

Goro niespokojnie popatrzył na swoją partnerkę, ale Wysłannik o to nie dbał.

— Potem odprowadź ich do jakiegoś bezpiecznego miejsca. I zadbaj o to, by nam nie przeszkadzali.

Z tymi słowy Wysłannik ruszył przed siebie. Sama jego poza wskazywała na to, że nie zamierzał znosić jakiegokolwiek sprzeciwu, dlatego wymienieni z imienia po chwili podążyli za nim. Oboje robili to jednak niechętnie: Goro cały czas oglądał się za Wierą, a Seraphina zerkała na Petre.

Sentymenty, burknął w myślach. O ile byłoby prościej, gdyby nie sentymenty. 

— Dlaczego bez niego? — spytał podejrzliwie demon, zerkając za siebie w stronę stojącego jak słup Daniela McKenzie.

Wysłannik nie odpowiedział od razu. Milczał długo, aż wreszcie przeniósł spojrzenie na swoją partnerkę, wciąż tak głupio niezadowoloną.

— Bo im nie ufam.

 

LEONARD

F a r s a. Oto, z czym kojarzyła się Leonardowi cała ta śmieszna scena. Morwenna wyraźnie była tu białą królową, która miała ich, czarne pionki, pod całkowitą kontrolą. A on, Wysłannik Batara Kali, bardzo nie lubił być pod czyimkolwiek szachem. Zwykle to on zadawał maty, dumnie i z gracją prezentując swoją doskonale przemyślaną, a jednocześnie niespieszną taktykę. Ale, choć Morwenna wyraźnie wykonała godny podziwu, odważny manewr, Leonard się nie bał. Bać to może się ona, myślał mściwie, bo teraz jest mój ruch.

Lecz Leonard zamierzał działać ostrożnie. Powód był prosty: jeszcze nie wiedział, czy ta nekromantka mu się przyda czy nie. Ufać jej nie mógł, ale ewentualnych mostów też nie było co palić — na to dużo za wcześnie, a on był zbyt wytrawnym graczem, by pozwalać sobie na tak dziecinne błędy.

Z tegoż samego powodu Leonard czujnie obserwował oddalających się Wysłanników i Goro. A więc to ta trójka jest tu najważniejsza, tak?, zastanawiał się z delikatnym, choć drapieżnym uśmiechem. Dobrze, niech im tam będzie, ale warto trzymać się blisko. I właśnie z tego powodu wkrótce ruszył za nimi, zamierzając wprosić się na tajne spotkanie. W końcu on też był Wysłannikiem, tak? A że innego boga, to nie robiło większej różnicy,

— Chodź, Młody — rzucił w stronę Petre, gdy go mijał. — Posłuchasz, to może się czegoś nauczysz.

Dzieciak wahał się jeszcze chwilę, ale w końcu, chyba z braku laku, ruszył za nim.

— Będę brutalnie szczery — rzucił nieco stłumionym głosem, bardzo niespiesznym krokiem śledząc coraz bardziej oddalających się Wysłanników i demona — ale nie jesteś na tej arenie zbyt poważnym przeciwnikiem. A właściwie to nie jesteś żadnym przeciwnikiem. Ale ty to wiesz, prawda?

Petre nie odpowiedział, choć z jego twarzy łatwo było odczytać mieszankę oburzenia, niepewności i zrezygnowania.  

— Nie ma w tym nic złego — uspokoił go Leonard z uśmiechem okraszonym odrobiną politowania. — A nawet wprost przeciwnie, wiesz? Gdyby świat pełen był tylko takich cwaniaków, jak my tutaj, byłoby tu nie do zniesienia, wiesz? Poza tym — Leonard jeszcze mocniej zwolnił krok, nagle wbijając w Petre ostre spojrzenie — im mniej doceniany przeciwnik, tym groźniejszy.

Po tych słowach jak gdyby nic ruszył dalej, dobrze wiedząc, że Petre, obecnie bardzo zaintrygowany, pójdzie za nim.

— Bądź moimi uszami i oczami, mały wampirku — zakomenderował cicho. — Mnie wszędzie nie wpuszczą, ale ciebie już tak. Dobrze wiesz — popatrzył na niego uważnie — że mamy wspólne cele. Dis Patre jest nam wybitnie nie na rękę i trzeba coś z tym zrobić. Nie wiem, co kombinuje Wysłannik, więc warto go posłuchać, ale… nie wtajemniczałbym go w nasze plany. Za to… — Leonard odwrócił się przez ramię, wypatrując kogoś, kto niedawno zniknął z polany — znasz chyba kogoś, komu też zależy na tym, by Dis Patre oddał to, co nie jego, prawda? Jeśli masz do nich zaufanie, wciągnij ich w to. Ale dyskretnie i delikatnie, tak? — Leonard poklepał go dziarsko po ramieniu. — Czyli tak, jak potrafisz najlepiej.

Gdy weszli do niewielkiej, wiejskiej salki, którą Szefostwo wybrało sobie na miejsce obrad, spoczęły na nich zaskoczone, a może nawet wrogie spojrzenia. I o ile Petre nieco się w sobie skulił, tak Leonard nic sobie z tego nie robił, jak gdyby nic zajmując jakieś stare, składane krzesło stojące pod oknem. Na szczęście państwo szybko straciło nim zainteresowanie, bo powróciło do rozmów.

— …właśnie dlatego to ja rozmawiałem, nie ty.

Wysłannik wyglądał na niezadowolonego, choć teoretycznie nie okazywał żadnych emocji. Tymczasem Wysłanniczka wyraźnie miała je zepsute: bo jawnie było widać, że w niej tkwiły, choć działały wadliwie, a czasami po prostu się wyłączały — jak kapryśny, dziesięcioletni komputer. I wyglądało na to, że panienka nadal była wściekła na swojego szefa za zbyt bierną postawę wobec Morwenny.

— Młody — syknął w stronę stojącego sztywno jak struna Petre — weź skocz po popcorn.

Petre popatrzył na niego w taki sposób, jakby był pewien, że któryś z nich stracił rozum — ale nie wiedział, który.

— Poddajesz się emocjom — kontynuował Wysłannik i choć nie widać było tego na twarzy, czuło się pewien rodzaj ukrytego wzburzenia — których nie masz prawa odczuwać. Jesteś zbyt niedojrzała na to stanowisko i mogę ci obiecać, że to twoja pierwsza i ostatnia misja w tej roli. Nie umiesz…

— Co?!

Petre aż wyrwał się do przodu, zaskoczony i załamany tym, co usłyszał.

— Nie możesz jej tego zrobić! — krzyczał, okazując nieznaną dotąd stanowczość. — Przecież ona wtedy…

— Umrze? — dokończył za nią Wysłannik. — Owszem, choć jednocześnie to niemożliwe. Wysłannicy nie posiadają daru życia. Nie wtrącaj się, chłopcze.

— Morwenna — wtrącił Goro, najwyraźniej chcąc zakończyć ten krótki, acz dziwny spór — chce zaprowadzić nowy porządek. Nie mamy prawa do tego dopuścić.

— Oczywiście. Ale aby łatwiej przewidzieć ruchy przeciwnika, należy go lepiej poznać... czego niektórzy wciąż nie rozumieją — dodał, karcąc spojrzeniem Seraphinę.

Leonard popatrzył na tę drobną, choć hardą kobiecinę, zastanawiając się, czy zareaguje na tę dziecięcą zaczepkę. Miał szczerą nadzieję, że tak — im bardziej się pokłócą, tym więcej informacji Svik będzie mógł wyłuskać. I tylko Młodemu powiedział, że jak nie chce tu siedzieć, to niech idzie werbować nowych towarzyszy broni, a potem wróci, jeśli tylko zechce. A pewnie zechce, chcąc niczym lew bronić swojej ukochanej Seraphiny.

Svik prychnął kpiąco. 

I naprawdę, cholera, myślał ze zmarszczonymi brwiami, przydałby się tu ten popcorn.

 

ATHANASIUS

Po krwi nie było już ani śladu. Nigdzie. Nie było jej już na jego szyi, nie wlewała mu się do ust, nie dławiła go. Nie było jej na bluzce Arii, nie ściekała po jej nogach, nie plamiła ich dłoni, które jeszcze niedawno w panice błądziły po ciążowym brzuchu. Nie było jej nigdzie…

W myślach też już nie.

Wyobraźnia uwielbiała karmić się krwią. Wtedy właśnie zawierała sojusz co najmniej zaskakujący i zdradziecki, bo ze Strachem. Ta dwójka, pozornie całkiem do siebie niepasująca, w rzeczywistości znakomicie się uzupełniała. Albo raczej: podsycała. Dzięki temu wyobrażona krew była obfitsza, straszniejsza, pachnąca rdzą, solą i śmiercią.

Ale on się nie bał. W zasadzie… nie czuł nic. Nie czuł obawy, szoku, strachu, ulgi. Tak — nawet ulgi! Czyż nie powinien jej czuć na widok bezpiecznej Arii? Wszak nic jej się nie stało; ani jej, ani ich dzieciom. Wszyscy byli cali, można było odetchnąć. Ale Athanasius nie musiał. Nie miał takiej potrzeby. I to, zupełnie niespodziewanie, go rozdrażniło.

Bo doskonale wiedział, dlaczego nic nie czuł. Choć chciał czuć. Tak, czasami odczuwał aż za wiele. To też było złe, ale i tak lepsze od stanu, w którym wszystko było miałkie i obojętne. Athan wystarczająco długo wykształcał w sobie umiejętność rozpoznawania i odtwarzania uczuć i emocji, by teraz nagle ją zatracić. O tak, nieczucie było bardzo wygodne, znacznie uproszczało wiele spraw. Ale „czuć” i „nie czuć” oddzielała bardzo gruba linia, którą Athan narysował samodzielnie całe dziesiątki lat temu. Myśl o tym, że mogła pojawić się tam jakakolwiek rysa, jakieś pęknięcie, jakiś rozłam, napawała go niepokojem, wstrętem — i ekscytacją.

Na ułamek sekundy na jego twarzy mignął uśmiech. Kiwnął głową, jakby sam do siebie. Tak, odzyskiwał nad sobą panowanie. Dobrze, bardzo dobrze.

Dzięki temu opanowaniu jego oczy zwróciły się w stronę oddalających się postaci. Wysłannik, Goro i ta cała Seraphina — to oni teraz rozdawali karty, tak? Uważali się za najważniejszych. Co za idiotyczna banda!, wściekał się w myślach, rad z odczuwania jego najulubieńszej emocji, jaką był gniew. Bo czyż to nie wyglądało absurdalnie? Dwoje Wysłanników, w tym jeden ze skradzionym ciałem jego przyjaciela, pozbawionych jest duszy. Czy to oznaczało, że mieli szerszy obraz sytuacji? Zdaniem Athana — wprost przeciwnie. Nie byli mądrzejsi, a upośledzeni. Przeniknęli do świata, który zbudowany jest emocjami, który tętni i żyje nimi. Całą tę śmieszną paczkę zwieńczał Goro, w którym było tyle życia, co w małym kamyczku na żwirowej ścieżce. Athan prychnął pod nosem, mając gdzieś, że z boku mógł wyglądać absurdalnie. O nie, myślał sobie, nie dam decydować o swoim losie bandzie trzech kretynów.   

Powoli wszyscy znikali z niedawnego pola bitwy na słowa. Grupa tych ważniejszych zniknęła za zakrętem prowadzącym do centrum wioski — o ile wioska mogła mieć jakiekolwiek centrum. Leonard zgarnął Petre, ruszając, co ciekawe, w tym samym kierunku. Wiera była z Arią, ale Athan nie zwracał na nie uwagi. Bardziej bowiem ciekawił go ostatni członek tego zebrania: ten, który stał spokojnie na polanie niby strażnik tego, co zostało tu niedawno powiedziane. Dlaczego Morwenna zostawiła tu swojego pomagiera? I dlaczego Wysłannik nie zabrał go ze sobą? To wszystko było bardzo proste.

Bo był nikim.

Ba!, żeby było śmieszniej — Daniel McKenzie był człowiekiem. Zwykłym, najzwyczajniejszym w świecie człowiekiem, który emanował nadzwyczajną wręcz charyzmą i pewnością siebie. To właśnie sprawiło, że przy ich pierwszym spotkaniu Athan zareagował niemal strachem — za co miał ochotę się teraz ubiczować. Bał się oczywiście nie o siebie, a o Arię, ale teraz to nie miało znaczenia. Bo i Daniel McKenzie nie miał znaczenia.

A Athan zamierzał to wykorzystać.

Jego umysł działał na pełnych obrotach, dlatego nie zauważył ani upływu czasu, ani czającego się w pobliżu Petre, który pojawił się nie wiadomo skąd.

— Czy ja… mógłbym Arię na chwilę…? Chciałbym z nią coś omówić…

— Tak, tak, idźcie — mruknął obojętnie, nawet na niego nie patrząc.

Tak było nawet lepiej: jego luba nie będzie musiała patrzeć na to, co za chwilę zamierzał zrobić. A to napawało go niemal ekstazą. Czuł, jak rosło w nim coś, o istnieniu czego już dawno zapomniał. Czuł, jak nabierał mocy, jak odzywał się w nim ten rodzaj pewności siebie, który niegdyś przyszyty był szczelnie do jego duszy, a dziś stanowił upiornego ducha przeszłości. Witaj z powrotem, pomyślał, mieszając służalczy i kpiący ton. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że przecież nie zachodziła w nim żadna spektakularna przemiana — ale miło było od czasu do czasu poluzować ten kaftan bezpieczeństwa, którym sam się niegdyś owinął. 

Gdy na polanie pozostali już tylko oni, Athan postanowił wykonać pierwszy krok. Niespieszny, łagodny, ale długi. W ten sposób odległość między nimi malała szybko, choć subtelnie. Ot, pokazanie władzy zmieszaną z chęcią współpracy. Podprogowe sygnały były czymś, co zawsze Athana fascynowało i co bardzo lubił wykorzystywać.

Aż wreszcie zbliżył się do Daniela na odległość, która według wielu zahaczałaby o granicę przestrzeni osobistej. Lecz McKenzie dzielnie nie zareagował, nie odsunął się choćby o piętkę. Odważny chłopak, zauważył niemal z zadowoleniem — bo to zapowiadało tym ciekawszą pogawędkę.

Nie odezwał się od razu. Zamiast tego wbił w Daniela spojrzenie swych ciemnych oczu. Oczu, które widziały zbyt wiele i które w tej chwili odbijały zbyt wiele.

Podprogowe sygnały. 

— Widzę, że próbujesz panować nad oddechem — zaczął cicho, chłodno. — To godne podziwu, choć całkowicie bezużyteczne wobec kogoś, kto słyszy przepływ krwi w twoich tętnicach — Athan zawiesił głos, pozwalając, by ta groźba wybrzmiała w ciszy. — Skoro Morwenna nie raczyła nas oświecić w kwestii swoich... ambicji, a ci trzej komedianci poszli debatować o wyższości niebytu nad bytem, spróbujmy ustalić coś po swojemu.

Spojrzał Danielowi prosto w oczy, nie mrugając.

— Nie interesuje mnie lojalność wobec tamtych, McKenzie. Lojalność to koncept dla psów i Wysłanników. Interesuje mnie to, co Morwenna trzyma w tych skradzionych duszach. To nie jest zwykła kradzież, prawda? To magazynowanie energii. A ty wiesz, do czego ona ma posłużyć.

Daniel się go nie wystraszył. Oczywiście, że nie. Wciąż stał dumnie wyprostowany, godnie reprezentując swoją Panią. Czy Athana to ubodło?

Uśmiechnął się szeroko. Bardzo szeroko.

Nie. Nie ubodło go to ani trochę.

McKenzie stał z założonymi rękami, emanując tą irytującą, ludzką pewnością siebie, która bierze się z wiary w cudzą opiekę. Daniel uważał się za nietykalnego, bo był własnością Morwenny. Myślał, że immunitet dyplomatyczny chroni go przed drapieżnikiem, który widział upadek imperiów, zanim przodkowie Daniela nauczyli się pisać.

Athan podszedł do niego z miną badacza pochylającego się nad rzadkim gatunkiem chrząszcza.

— Podziwiam tę pańską butę, panie McKenzie — zaczął cicho, niemal uprzejmie. — Jest taka... świeża. Taka krótka. Przypomina mi mołojców, którzy wierzyli, że atamańska buława ochroni ich przed tatarską strzałą.

Daniel uniósł podbródek, chcąc coś odpowiedzieć, ale Athan nie dał mu dojść do słowa. Zrobił jeszcze jeden krok, wchodząc głęboko w strefę komfortu swojego rozmówcy.

— Wiem, co pan sobie myśli. Że jeśli ruszę pana choćby palcem, Morwenna natychmiast zareaguje, paląc tę ziemię i wszystko wokół do ostatniego żywego, a Wysłannicy zedrą ze mnie skórę za zerwanie rozejmu, który nawet jeszcze nie zdążył zaistnieć. Ma pan rację. Dlatego pana nie dotknę. Zamiast tego... po prostu pana poobserwuję.

Athan przechylił głowę, a jego oczy, nieruchome i nienaturalnie skupione, zaczęły skanować twarz Daniela.

— Pańska tarczyca pracuje na pełnych obrotach, panie McKenzie. Źrenice reagują na moją bliskość, mimo że pańska twarz próbuje wyrazić znudzenie. To fascynujące — rzekł wolno, uśmiechając się lekko — jak ciało zdradza prawdę, której umysł próbuje zaprzeczyć.

Athan zawiesił głos, jakby delektował się tą obserwacją. Uśmiechnął się, ale był to uśmiech, który w żaden sposób nie współgrał z oczami. W postawie Daniela zaś dało się wyczuć tę charakterystyczną sztywność, która sygnalizowała gotowość do oporu. Athan zmarszczył więc lekko brwi, lecz nie w gniewie, a zamyśleniu, nadając swojej twarzy nieco łagodniejszego wyrazu.

— Ale zostawmy to — rzekł tylko na pozór pojednawczym tonem. — Ważne jest co innego. Widzę, że łączy pana z Morwenną coś, czego tamci... — wskazał na miejsce, w którym jeszcze jakiś czas temu stali samozwańczy liderzy — ...nigdy nie zrozumieją. Dla nich ona jest problemem do rozwiązania albo narzędziem do wykorzystania. Dla pana jest kimś więcej.

Zrobił pauzę, tym razem zachowując bezpieczny dystans, by nie prowokować Daniela.

— Właśnie dlatego powinniśmy rozmawiać. Morwenna podjęła się gry, w której stawką jest równowaga sił, o jakich ci „Wysłannicy” nie mają pojęcia. Oni widzą prawo i karę. Ja widzę procesy, które mogą wymknąć się spod kontroli. Jeśli coś pójdzie nie tak, oni po prostu wykonają wyrok. Nie będą jej ratować — ani pana, ma się rozumieć. Nie będą szukać wyjścia z sytuacji, w której wszyscy wygrywają. Po prostu... zamkną sprawę.

Przeniósł wzrok na Daniela, tym razem bez badawczej natarczywości, za to z rodzajem smutnego porozumienia.

— Bo musi pan pamiętać, że mamy przed sobą siły bóstw. Nekromantów czy wampirów spotkał pan w swoim życiu zapewne sporo, to jasne. Ale bogowie… to, przyzna pan, inna liga. To nieznana materia, ale czy to, co nieznane, nie fascynuje najbardziej? Ale jest też znacznie groźniejsze — dodał odrobinę ostrzej — dlatego trzeba mieć pełną świadomość, z czym się mierzymy.

— Ja nie chcę jej upadku, Danielu, bo chaos to jedna z  tych rzeczy, której nienawidzę najbardziej. A kiedy Dis Patre wyśle swoich prawdziwych siepaczy, przyjaźń może nie wystarczyć. Potrzebna będzie chłodna kalkulacja, której oni — wskazał na Wysłanników — nie posiadają. Bo nie – wbrew pozorom, brak duszy nie pomaga im w osądach. On go tylko upośledza. Więc nie, Danielu — zastrzegł ze spokojem, który brzmiał niepokojąco — nie chcę poznać waszych sekretów, bądź o to spokojny. Ja chcę… — zawiesił umyślnie głos, ostrożnie dobierając słowa — spokoju. Dla mnie, dla mojej żony i moich córeczek. A wiem, że tamci — kiwnął głową za siebie — tego nie chcą. I ty też to wiesz. Samodzielnie nie zdołacie osiągnąć tego, czego chcecie, a przynajmniej nie w pełni. Sojusz to najrozsądniejsze rozwiązanie, na którym obaj skorzystamy. Bo ja chcę spokoju, a pan wie, jak do niego doprowadzić. Prawda? 

McKenzie mógł mu uwierzyć. Mógł też uznać całą jego mowę za stek bzdur. I, wbrew pozorom, to wcale nie miało aż takiego znaczenia. Bo ziarno i tak zostało zasiane i nawet jeśli nie trafiło od razu na podatną glebę, dalej poniesie je wiatr — a gdzie zaprowadzi, gdzie i na co wyrośnie, nie wiedział nikt. I o ile dla Athana taka niewiedza nie była niebezpieczna, tak dla Daniela…

…mogła być śmiertelna.

^