Rozdział 824

 Aria

Aria stała naprzeciw Elijaha, a każdy oddech zdawał się rwać jej płuca na strzępy. Przez długie tygodnie opłakiwała go tak, jak opłakuje się kogoś, bez kogo świat traci kolory. Myślała, że już nigdy nie zobaczy jego uśmiechu, nie usłyszy tonu jego głosu, nie poczuje w sercu tego cichego drżenia, które zawsze pojawiało się, gdy był obok. Pogodziła się z pustką, choć ta pustka bolała bardziej, niż potrafiła komukolwiek wyznać. A potem los zadrwił z niej w sposób, którego nigdy by nie przewidziała. Elijah wrócił żywy. Oddano jej go, ale odebrano wszystko, co między nimi istniało.

Patrzył na nią z obojętnością, która bolała bardziej niż sama strata. Jakby była jedynie cieniem przechodzącym obok, niegdyś ważnym, teraz zupełnie pozbawionym znaczenia. Każde jego puste spojrzenie wbijało się w Arie jak szpilka: drobna, ale zadawana raz za razem, aż do granic wytrzymałości. W jego oczach nie było nawet ciekawości, czy choćby próby odnalezienia w niej czegokolwiek znajomego. Mógłby być kimkolwiek, ona mogłaby być kimkolwiek. I nie znaczyli dla siebie nic, jakby nigdy nie połączyła ich przyjaźń i miłość. Te dwa słowa wydawały się teraz jej tak bardzo obce i niepasujące do ich relacji.

Czuła smutek tak ciężki, że zdawał się osiadać na jej ramionach jak mokry płaszcz, z którego nie da się wyzwolić. Ale pod tym smutkiem tlił się gniew. Ostry, palący, zrodzony z niesprawiedliwości. Jak to możliwe, że los kazał jej przejść przez żałobę tylko po to, by teraz oglądała obojętność w oczach człowieka, którego kiedyś nazywała najbliższym? Dlaczego musiała tracić go dwa razy. Raz z powodu śmierci, a drugi raz z powodu zapomnienia. Nagle pomyślała o Marisie i o tym, jak bardzo ją dotknęłaby obojętność ukochanego męża. Ból Arii nie byłby nawet w jednym stopniu porównywalny do tego, co ona by czuła.

Miała w sobie sprzeczność, która rozsadzała ją od środka. Chciała krzyczeć, potrząsnąć nim, zmusić do przypomnienia, do poczucia czegokolwiek. Chciała powiedzieć mu, jak bardzo bolało jej milczenie, jak bardzo ranił każdy jego dystans. A zarazem chciała otoczyć go ramionami, ochronić przed wszystkim, co uczyniło z niego pustą skorupę dawnych wspomnień. Unicestwić tych, którzy mu to zrobili i Bóg jej świadkiem, zabiłaby samą śmierć, która niegdyś odebrała im Elijaha.. Kawałek za nią stał przecież Athan, który w Elijahu miał przyjaciela i który podobnie, jak Aria, stracił bezpowrotnie.

Gdy stał tak przed nią, tak chłodny, tak daleki, Aria poczuła, że traci grunt pod nogami. To, co kiedyś budowali: każdy ich śmiech, każda rozmowa, każdy cichy gest teraz rozsypywało się w pył, a ona mogła tylko patrzeć bezradnie, jak wiatr roznosi go po świecie. W jej sercu pękała kolejna nić, cienka, ale głęboko zakorzeniona w nadziei, że może jednak coś w nim drgnie.

Ale nic nie drgnęło. Elijah nawet nie skinął jej głową, tak uprzejmie, jak robi się to wobec obcych ludzi. A Aria po raz pierwszy w życiu poczuła, że istnieje ból większy niż utrata — ból bycia zapomnianą przez kogoś, kto był jej domem.

Całe powietrze wokół niej zgęstniało. Przez moment miała wrażenie, że jeśli spróbuje zaczerpnąć oddechu, coś w niej trzaśnie niczym gałązka złamana wiatrem. Może serce, może głos, który i tak już od dawna był zbyt słaby, by wypowiedzieć to, co naprawdę ją dławiło. Bo jak opisać to uczucie? Jak znaleźć słowa na śmierć, która okazała się kłamstwem i powrót, który okazał się nową formą straty?

Kiedy Elijah przeszedł obok niej, nie zatrzymując wzroku nawet na ułamek sekundy, poczuła, jakby jego obojętność zdzierała z niej warstwę po warstwie, wszystkie wspomnienia, które próbowała w sobie chronić. To właśnie bolało najbardziej — świadomość, że pamiętała każdy szczegół jego obecności, podczas gdy on nie zachował ani jednego wspomnienia o niej. Nie wiedział, jak śmiał się, gdy nerwy puszczały mu w najmniej odpowiednich momentach. Nie pamiętał, jak trzymał jej dłoń, gdy myślał, że nikt nie patrzy. Nie wiedział, jak często jego imię ratowało ją przed samotnością.

Dla Aria to wszystko nadal było żywe. Dla niego - nie istniało.

Czuła się tak, jakby ktoś ukradł jej ukochane chwile i zwrócił je w formie popiołu. I ten gniew, narastający w niej jak sztorm, nie był skierowany wyłącznie przeciw losowi. Był też przeciw niemu , przeciw Elijahowi. Za to, że nie pamiętał. Za to, że nie próbował. Za to, że nie widział w jej oczach bólu, który niósł jego cień.

Przez chwilę chciała go znienawidzić. Naprawdę. Chciała pozwolić, by gniew spalił wszystko, co kiedyś do niego czuła.Pragnęła uwierzyć, że łatwiej będzie odejść, jeśli udowodni sobie, że nic już nie znaczy, ale kiedy tylko spróbowała wyobrazić sobie świat bez niego, poczuła, jak serce ściska się w taki sposób, że prawie zabrakło jej tchu. Żył. To powinno wystarczyć. A jednak to bolało jak rana, którą ktoś raz po raz rozrywał.

Analizowała każdy gest, każde drgnięcie rąk, każdy cień uśmiechu, szukając w nich czegokolwiek znajomego. Łudziła się, że dostrzega ślad dawnego Elijaha, ale rzeczywistość szybko sprowadzała ją na ziemię. On był inny. A może to ona została w miejscu, w którym jego już dawno nie było. Miała wrażenie, że stąpa po kruchej tafli lodu. Cienkiej, trzeszczącej, tak słabej, że każdy krok mógł oznaczać upadek w ciemność. I choć drżała, choć bała się bardziej niż kiedykolwiek, nie potrafiła przestać iść w jego stronę. Przecież kiedyś to on trzymał ją, gdy sama tonęła. Teraz chciała go odzyskać, nawet jeśli to oznacza walkę z pustką.

W końcu zrozumiała, że stoi przed człowiekiem, którego kocha i którego nie ma jednocześnie. Elijah był jak żywy duch, oddychający, realny i całkowicie poza jej zasięgiem. A Aria, ze swoim bólem, ze swoim gniewem i ze swoim sercem pełnym wspomnień, musiała nauczyć się istnieć w świecie, w którym on wrócił, ale jej już nie zna. Nie chciała, by tak to się skończyło. Nie byłaby sobą, gdyby na to pozwoliła i nie ważne ile razy by ją od siebie odpychał i ile wylałaby łez z tego powodu. Musiała go uratować, musiała mu pomóc odzyskać wspomnienia i wszystkie uczucia.

Słyszała głos męża, ale zdawało się jej, że stał gdzieś bardzo daleko, a przecież był tuż obok i ją obejmował. Spojrzenie wciąż krążyło po postaci, która niegdyś była jej przyjacielem, a która teraz usilnie starała się udowodnić, że jest inaczej.

 - Hejka! - ciężką atmosferę przerwał nagle kobiecy głos dobiegający gdzieś z boku. Drobna dziewczyna o aparycji leśnej rusałki unosiła właśnie rękę i machała nią energicznie. Na jej twarzy nie było uśmiechu, a raczej obojętność podobna do tej, którą miał na sobie Elijah. To musiała być druga Wysłanniczka, Seraphina, o której wspominał Goro i Wiera. 

- Jestem wysłannikiem boga Dis Patre – odezwała się ponownie, zmieniając ton swojego głosu, próbując naśladować Elijaha. Zaśmiała się pod nosem, jednak był to tylko pusty gest, jakby przyzwyczajenie.

- I po co tak oficjalnie? Ja jestem Seri. No wiecie, gadaliśmy na kamerce. Ten o tutaj, rzygolił od mojej ściemy. Athinasus Tismenunu? A ty musisz być Aria, prawda? Myślałam, że macie romans z Petre – słowa wypadały z je ust tak, jakby wybierała je zupełnie losowo. Wapirzyca nie zdążyła ich nawet przyswoić i spróbować odpowiedzieć, kiedy dziewczyna odezwała się ponownie. Paplała coś o ważnej misji, w między czasie pokazywała język mężczyźnie, którego wskazano im jako Leonarda i znowu coś paplała. Mogłoby to uchodzić za urocze, ale jej twarz była niczym głaz. Zero emocji. 

- Taaaak, miło mi cię poznać. - wydukała cicho Aria, zerkając przy tym na Petre, który wyglądał tak, jakby miał za chwilę zemdleć. Wydawał się spięty i nieco przestraszony, jednak nie miała pojęcia, co mogłoby go tak przestraszyć. Czy myślał, że siostra się na niego gniewa? Nonsens. 

- Przepraszam za niego. Straszny z niego sztywniak, co nie? Musicie mu wybaczyć, ale w sumie, to oboje jesteśmy …. sztywni – zachichotała i po raz pierwszy w jej głosie Aria wyczuła odrobinę prawdziwości.

- Zobaczyliście ciało Elijaha Cavendisha, a teraz możecie odejść. Nic tu po was – odezwał się Wysłannik, unosząc głowę i rozglądając się za czymś, o czym nikt z nowo przybyłych nie miał pojęcia. 

- Skoro już i tak tu jesteśmy, to może przyda wam się pomoc? - zaproponowała nagle Aria, ignorując posępne spojrzenie Elijaha. Otarła twarz z łez, zaczerpnęła głęboko powietrza i postanowiła, że będzie tą Arią, która nigdy się nie poddaje, a nie tą, która się nad sobą użala. Jeśli Elijah zapomniał, to przecież równie dobrze może sobie przypomnieć. Tej myśli chciała się trzymać. Nie chciała myśleć o tym, jak o stracie. Wiedziała, że Athan tego nie pochwali, ale nie chciała postępować wbrew sobie. Gdyby nie dała temu szansy, to nigdy by sobie nie wybaczyła, że nie zawalczyła o przyjaciela. Musiała to zrobić nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Dla Athanasiusa, dla Marisy i dla samego Elijaha. Być może uda się jej jakoś do niego dotrzeć i .... Nie zdążyła dokończyć własnych myśli, gdy echem rozniósł się tak dobrze znajomy jej głos. Znany, a zarazem zupełnie obcy. 

- Nie! - wzdrygnęła się od chłodu i mocy jego głosu, który przenikał aż do kości.  Elijah odwrócił się gwałtownie w jej stronę i spoglądał na nią dłuższą chwilę, po czym przeniósł spojrzenie na Athana stojącego nieco za nią. 

- Zabierz stąd żonę, wampirze. Dobrze ci radzę, jeśli nie chcesz później pluć sobie w brodę, że coś jej się stało - nagle zapadła grobowa cisza, którą przecinał co jakiś czas ciężki oddech Athana. Elijah dobrze wiedział, za którą niteczkę pociągnąć, aby odbiorca dotkliwie to odczuł. Drwina w jego głosie sugerowała iż uważał Tismaneanu za nieodpowiedzialnego. Aria cała napięła się niczym struna i zrobiła krok do przodu, już otwierając usta, by zacząć tłumaczyć Athanasiusa i wyjaśnić, że przecież on był wszystkiemu przeciwny, że to ona się uparła jak zwykle. Nie chciała, by ktokolwiek postrzegał go, jako tego złego. Było jej wstyd, że naraziła go na taką potwarz. 

- Lepiej będzie jeśli faktycznie odejdziemy. Nie wiemy, co się tutaj czai i lepiej tego nie sprawdzać na własnej skórze. Nie jesteśmy przygotowani do ewentualnego starcia. - odezwała się Wiera, spoglądając po kolei na Goro, Athana i Arię. Mężczyźni od razu pokiwali potwierdzająco głowami. Athan ze ściśniętą szczęką, a Goro, jak zwykle ze spokojem. Aria natomiast mogła tylko się z nimi zgodzić.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^