ATHANASIUS
Złoto od zawsze było kolorem władzy.
Nie bez przyczyny zarówno królowie wielcy, jak i całkiem upadli nosili na swoich głowach złote, ciężkie korony. Nie bez przyczyny sztabki złota pobudzają wyobraźnię przyszłych i niedoszłych bogaczy i nie bez przyczyny tenże właśnie kolor — bo już nawet nie tylko kruszec — uchodził za symbol luksusu i przepychu. I właśnie dlatego, niby od niechcenia przyglądając się wystrojowi sali, kącik ust Athana drgnął w kpiącym uśmiechu. Bo tutaj, w zamczysku należącym do Goro, tego wszystkiego nie brakowało. Od razu w oczy rzucały się złote ornamenty na suficie, złote żyrandole, złote dekoracje — a obok tego atłasowe zasłony i jedwabne obicia malutkich, dekoracyjnych poduszeczek. Jak na kogoś, kto uchodził za tak skromnego, oddanego służbie dobru, posiadał całkiem dużo tego luksusu.
Ale Athan, wbrew pozorom, nie był zaskoczony. Każdy prędzej czy później ulega pokusom. I nie ma od tego wyjątku.
Jednak nie bez powodu przyglądał się tym pięknie wystrojonym, bogatym salom. Myślał bowiem, jakie to poniżające i irytujące, że to wszystko nie należało do niego. I nie chodziło tu o dosłowność, bo równie piękne pokoje miał w Blickling. Chodziło o symbol. Bo to wszystko to był symbol władzy, którą dzierżył Goro, a ten zamek był jej siedzibą. Siedzibą, która tym samym powinna należeć do niego. Któż bowiem poradziłby sobie z prowadzeniem wampirów lepiej niż on? On, który przeżył i widział już tak wiele. Ale jasne, ta klamka już zapadła, a Athan tym samym myślał sobie — jakiż on był głupi! I jakże głupie są te durne emocje, które po latach wykiełkowały w nim niby przegniły, nikomu niepotrzebny mlecz wyrastający spomiędzy kostek brukowych. Ale to one właśnie kazały Athanowi rozeźlić się na Goro za to, że śmiał wybrać kogoś innego, i na Arię, że tym kimś była właśnie ona. Ale to była rażąca krótkowzroczność, za którą Tismaneanu musiał się w duchu srogo skarcić. Bo czy on się kiedykolwiek poddawał? Nie. A jeśli nie wpuszczono go furtką, to przeskoczy nad płotem. A Aria, jego umiłowana małżonka, mu w tym pomoże.
Ta sama, której teraz nie wierzył. Nigdy nie wierzył jej obietnicom ostrożności, bo ta cecha nie leżała w jej ognistym temperamencie. Można było więc rzec, że w pewnym sensie Aria była niedojrzała. To dziwne stwierdzenie, biorąc pod uwagę jej wiek. Dojrzała jednak tylko pod pewnym względem i tylko dla widza z boku. Dla niego zaś wciąż była tą rozemocjonowaną dziewuszką, która w strachu przed utratą życia czepiała się go z całych sił i czerpała z niego garściami. Była to rzecz godna podziwu i zazdrości, ale nie zawsze. I na pewno nie teraz, gdy na wieść o pojawieniu się jakiegoś przebierańca Aria postanowiła porzucić cały swój spokój oraz bezpieczeństwo ich dzieci i rzucić się w pogoń za duchami.
Ale nie śmiał jej zatrzymywać. Wiedział, że to nic nie da.
Co zaś się tyczyło przebierańca, na razie nie zamierzał nazywać go inaczej. Powodów tego było kilka, począwszy od najprostszego: Elijah Cavendish został zamordowany dokładnie 23 stycznia 2021 roku. Minęły już dwa lata, podczas których jego bliscy zdążyli się jakoś pozbierać po tej bolesnej stracie. I choć powroty ze świata zmarłych były możliwe, co udowodniła Gudrun, uczynić to mogły tylko te przeklęte demony. Toteż, jeśli nie stały za tym one, nie stał nikt inny.
Drugi powód był zgoła inny. Athan bowiem nie mógł znieść tych błyszczących oczu Arii, gdy tylko mówiła o Elijahu. W pogoni za trupem była w stanie rzucić wszystko i pognać na złamanie karku, byle tylko go odnaleźć. Ale gdy to jego porwał Belial, nie kiwnęła nawet palcem, z góry zakładając, że skoro odszedł, to odszedł, a teraz wszyscy umyjmy ręce i siadajmy do kolacji. Musiał zacisnąć zęby, by stłumić kłującą zazdrość, która szeptała mu do ucha, że może to i lepiej, gdyby to naprawdę był przebieraniec, a nie prawdziwy Elijah. Chciałby wtedy spojrzeć na Arię i bez słów powiedzieć jej samymi oczami: „a nie mówiłem?”. To byłoby okrutne, ale Athan naprawdę nie wierzył w powrót Elijaha.
Czy to znaczyło, że za nim nie tęsknił? Mimo tej zazdrości, tęsknił bardzo. W końcu był jego najlepszym przyjacielem, bratem. Ale on, w przeciwieństwie do Arii, nie dawał ponieść się emocjom i dopóki nie dostanie dowodu, w żaden magiczny powrót nie uwierzy.
— Dobrze — Athan westchnął, poprawił nogawki, po czym wstał, patrząc z nieukrywaną pogardą i kpiną na Goro — więc gdzie jest ten nasz przyjaciel? Zaprowadź nas do niego. Teraz.
Ekipa, której poszukiwali, była co najmniej intrygująca. Bo poza Wysłannikiem-Elijahem, na miejscu mieli znaleźć także drugą Wysłanniczkę, martwą do niedawna Seraphinę, tego całego Leonarda, którego Athan skanował swoim wewnętrznym wykrywaczem kłamstw, oraz… Petre. Nie była to dla nich niespodzianka, choć wciąż zadziwiało ich, że ten dość chuderlawy na ciele i umyśle chłopaczek postanowił dołączyć do tej cyrkowej bandy — którą, jak się okazało, dowodził przebierany Elijah. Powodem, jak zrozumiał Athan, była partnerka przebierańca, Wysłanniczka o imieniu Seraphine. Petre był w niej zadurzony i pewnie dlatego postanowił zostać. Ilarie podobno została o tym poinformowana i zgodziła się w pojedynkę poprowadzić hotel, lecz z zastrzeżeniem, że ma być to czas niedługi, a on ma się regularnie z nią kontaktować. Iście żenująco-wzruszające było to matczyne traktowanie własnego brata, ale znając Petre, nie było się czemu dziwić.
— Wysłannicy przypuszczają — tłumaczył Goro podczas podróży — że w pobliżu tego klasztoru Little Malvern, gdzieś na południowym wschodzie od niego, dzieje się coś konkretnego. Tam ich prowadzi trop tego Daniela McKenzie, który złożył wam wizytę. Wytypowali nieistniejącą już wioskę Bibury i podejrzewają, że to tam rzucono bardzo potężne zaklęcie, tak zwaną Żelazną Kurtynę. Za nią, jak przypuszczają, ukryte są skradzione dusze. To właśnie je muszą Wysłannicy odnaleźć, by potem znowu wrócić do świata Dis Patre. Daniel McKenzie — ciągnął demon — to nazwisko duchownego, które wyśledził Leonard. Zrobił to, ponieważ z poszukiwań Wysłanników wynika, że w zniknięcia dusz zamieszany jest jakiś kapłan lub duchowny. Po zebraniu informacji i odwiedzinach w klasztorze mieliśmy dwa typy, ale wizyta tego człowieka w Blickling sama rozwiązała tę kwestię.
Athan nie odpowiedział. Tak naprawdę mało go obchodziła cała ta sprawa i zamierzał trzymać się od niej tak daleko, jak to możliwe. Również Arię zamierzał od tego odciągać, choć to na pewno miało być znacznie trudniejsze. I być może trzymając się tej myśli, odwrócił się do swojej żony, przeszywając ją uważnym, poważnym spojrzeniem.
— Lepiej z góry się nastaw, że to nie on — oznajmił nieco surowo. — Łatwiej znieść porażkę, gdy jest się na nią przygotowaną. A w razie czego będziesz miała przyjemną niespodziankę. Ulżysz swoim emocjom. I nam, którzy się o ciebie martwią.
Mówił to wszystko dość mechanicznie, ale był zły na całą tę sytuację. Był zły, że znowu musiał przebywać w towarzystwie demonów. Był zły, że Aria ganiała za duchami i robiła sobie nadzieje, które za chwilę pewnie wyparują. Był zły, że znajdował się tak daleko od domu zajmując się sprawami, które nie powinny go dotyczyć. Lecz teraz pozostało mu zagryźć zęby i znieść tę męczącą podróż.
— Niedługo będziemy na miejscu.
Widok za oknem się zmienił. Brązowe i bladozielone pola rozlewały się po całym krajobrazie, przecinane od czasu do czasu linią niewielkiego lasu. Pojedynczo rosnące drzewa straszyły swoimi nagimi, ostrymi gałęziami, jawnie dając do zrozumienia, że nie były jeszcze gotowe na wiosnę. Krajobraz był bardzo monotonny, dlatego Athan prędko stracił nim zainteresowanie. Zamiast tego zainteresował się czymś innym. A raczej kimś: Wierą. Zrobiła się nieco bledsza, a gdy tylko machinalnie zerkała przez okno, zaraz się jakby wybudzała, lekko drgała i wbijała spojrzenie gdziekolwiek indziej. Była mocno przejęta. Tylko dlaczego? Sprawa Elijaha jej nie dotyczyła, a z resztą ekipy nie miała wiele wspólnego. Został więc tylko jeden czynnik: miejsce. Czyżby magiczka miała z tą wsią jakieś nieprzyjemne wspomnienia? Najwyraźniej. To odkrycie było póki co najciekawsze, dlatego to jemu Athan poświęcił resztę myśli — aż do czasu, gdy dotarli na miejsce.
Bibury było niewielką, całkiem malowniczą wioseczką. Przy krętej, wąskiej drodze wylanej asfaltem wyrastały niewielkie domki, głównie zbudowane z kamienia. Niemal wzdłuż każdej dróżki wiodły niskie kamienne murki, wszędzie też było pełno zieleni, widocznej nawet późnym marcem. Wręcz trudno było uwierzyć, że ta wioska w istocie była martwa, bo wypalona ogniem; trzeba było wytężyć wzrok, by dostrzec zakryte przez upływający czas zniszczenia.
Po jakimś czasie zjechali z głównej drogi, wjechali w jakąś wąską dróżkę i tam zaparkowali na niewielkim parkingu. Athan spodziewał się, że Goro za chwilę poprowadzi ich do jednego z niszczejących budynków otaczających parking, ale nic z tego. Zamiast tego ruszył w dół drogi, niknąc zaraz za zakrętem. Po chwili zaniknęła za nim cała reszta drużyny, zbliżając się do otwartej polany otoczonej po bokach starym drewnianym płotkiem — którego najwyraźniej ogień nie dotknął. Ale nie płotek był tu najważniejszy, ale czworo ludzi, których było widać z daleka. Wszyscy byli ustawieni tyłem, a ich głowy były delikatnie zadarte, jakby wpatrywali się w niebo wiszące nad linią majaczącego w oddali lasu. Również Athan i pozostali tam spojrzeli, ale niczego nie ujrzeli.
Pierwszy odwrócił się Petre, który jednocześnie ucieszył się i zatrwożył na ich widok. Po chwili kątem oka zerknął na nich Leonard, ale ten nie okazał im większego zainteresowania. Pozostała dwójka ani drgnęła.
Drgnął za to on. Serce przez moment zabiło mu szybciej, bo chociaż widział tylko plecy, tylko kark, to tyle mu wystarczyło. Arii też, widział to wyraźnie. Chwycił ją więc za dłoń i ścisnął lekko, a cel tego był dwojaki: raz, by okazać jej wsparcie, a dwa, by powstrzymać przed zbyt gwałtownym wyrwaniem się w stronę człowieka, co do którego nie mieli żadnej pewności.
Na przód wystąpił Goro.
— Musiało do tego dojść — zaczął i zamierzał kontynuować, ale mu przerwano.
— Nie musiało.
Elijah!, szepnął w myślach Athan, targnięty szokiem. Aria szarpnęła jego dłonią, chcąc się wyrwać, ale ją powstrzymał: jeszcze nie.
— Ostrzegałem cię. Mówiłem, jak to się skończy. Popełniłeś błąd, demonie.
— Zapłacę za niego? — spytał Goro i Tismaneanu aż się zdziwił, bo usłyszał w jego głosie rzadko spotykaną kpinę.
— Nie. Zapłacą oni.
Wtem człowiek, który miał być gwiazdą tego dnia, odwrócił się i znacząco spojrzał na nich. Dokładnie na nich. A był to…
— ELIJAH!
Nie zdołał jej powtrzymać i nim się zorientował, Aria już biegła w kierunku ich przyjaciela. Gdy tylko dotarła na miejsce, rzuciła mu się na szyję, mocno ściskając. Płakała, słyszał to wyraźnie. Coś mu szeptała, chichotała przez szloch i zaraz znowu go tuliła.
On stał. Po prostu stał.
Był niczym wysoka skała: zimna, martwa, niewzruszona. Ani jednym mrugnięciem powieki nie zareagował na wylew emocji Arii. Oczy miał puste i utkwione wyłącznie w Goro, najwyraźniej wciąż prowadząc z nim rozmowę — i zamierzając ją wznowić, gdy tylko Aria się od niego odklei. Bo dla tego… czegoś tym właśnie musiała być — ot, irytującą muszką latającą nad nosem.
Na sercu osiadł mu ciężki głaz, przynosząc jednocześnie smutek i ukojenie. To nie Elijah, myślał z dziwną pustką w duszy. To nie on, tak jak myślałem. To nie mógł być on. I choć przez chwilę miał ochotę rzucić się w stronę Eli... nie, tej istoty, której ciało należało do jego przyjaciela, tak powstrzymała go myśl o Arii. Jej łzy mieszały się z niedowierzaniem, które widniało w oczach. Z każdą sekundą coraz bardziej docierało do niego, że to, co widzą, jest tylko cieniem człowieka, którego kochali. Żelazna obręcz bólu ściskała serce, a w powietrzu zawisło nieodwracalne poczucie straty.
W końcu pojęła to również Aria, a widok jej zmartwiałej, przestraszonej i zrozpaczonej miny łamał Athanowi serce na tysiące kawałeczków. Przez pierwszych kilka sekund nie wiedziała, co się działo, aż w końcu puściła oszusta i odsunęła się na kilka kroków, choć wciąż nie odrywała od niego wzroku.
On nie musiał. Bo wcale na nią nie patrzył.
Athan przyjrzał się uważnie temu, który ukradł ciało jego przyjaciela. Sylwetka pozostała niezmienna, ale z twarzy uciekły wszystkie kolory, a oczy zgubiły swój ciepły, zadziorny blask. Włosy miał nieco dłuższe i gładko zaczesane do tyłu. To była zmiana, bo Elijahowi zawsze choćby lekko dłuższe włosy przeszkadzały. Te zaś były idealnie ułożone i… polakierowane? W zaświatach mają takie kosmetyki?, prychnął w myśli. Prychnął, bo był zły. Zły na tego, kto skradł mu przyjaciela.
— Kochanie, chodź — szepnął do Arii, gdy już do niej podszedł, chcąc odciągnąć ją od tego potwora. — To nie on, kotku. To nie on.
To bolało. Musiało boleć. Choć przypuszczał, że Aria nie da się tak łatwo stłamsić. I po cichu, zupełnie paradoksalnie i wbrew wszystkim swoim poprzednim myślom, miał na to nadzieję. Miał nadzieję, że Aria będzie wierzyć. Za nich oboje.
— Jestem Wysłannikiem boga Dis Patre.
Po polanie rozniósł się upiornie zimny, upiornie pusty głos. Głos, który nie zasługiwał nawet na to miano, bo był niczym innym, jak tylko bezdusznym dźwiękiem. Postać, która przemówiła, wydała się niemal odległa, jej głos pozbawiony był uczuć, a każde słowo miało w sobie niepokojącą siłę. Athan poczuł, jak w środku rośnie w nim chłód, który odcina go od dawnego ciepła wspomnień. Aria natomiast, choć wciąż otępiała z rozpaczy, próbowała odnaleźć w oczach Wysłannika cień dawnego przyjaciela, ale nie znalazła tam nic prócz obcej pustki.
— Nie jestem Elijahem Cavendishem i nigdy nim nie będę, stąpając po tej ziemi. Głupcami byliście, jeśli sądziliście, że zerwanie paktu ze śmiercią jest takie proste. A teraz odejdźcie. Niczego i nikogo innego tu nie znajdziecie.
Athan milczał, obejmując mocno Arię. Sam nie wiedział, co powiedzieć, ale nie był pewien, czy cokolwiek tu było do powiedzenia. Zwłaszcza teraz, gdy patrzył na kogoś, kto był ledwie podobny do jego brata. Ledwie podobny, bo więcej było w nim różnic niż podobieństw. Można go było więc nazywać przebierańcem, a można było i nazywać kopią. Podróbą, oszustem, żywym kłamstwem.
Cholernie bolącym kłamstwem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz