Rozdział 826

 

Aria

Nie wiedziała, co powinna zrobić i jak się zachować. Wszystko, co czuła było dla niej nowe i nieznane. Mieszanina uczuć sprawiła, że wszystkie obawy, które dusiła w sobie tak długo, podeszły jej do gardła i zrobiło się jej niedobrze. Czy powinna próbować? Może przypadek Elijaha był tym jednym, beznadziejnym przypadkiem, tym czymś, czego nigdy nie zdoła pokonać. Aria nigdy dotąd się nie poddawała, nigdy wcześniej nie odpuszczała nawet wtedy, kiedy było bardzo źle. To uczucie nie miało jednego słowa, które potrafiłoby je opisać. To nie jest zwykły smutek ani zwykłe zmęczenie. To moment, w którym serce przestaje walczyć i nie dlatego, że już nie chce, ale dlatego, że nie ma już czym. Kobieta, która zawsze była siłą, tą która podnosiła się po każdym upadku, która z determinacją szła przez ból i strach, nagle traci grunt pod nogami. Nie krzyczy, nie płacze. Milczy. W jej oczach nie ma już tej iskry, która kiedyś rozświetlała nawet najciemniejsze dni. Została w niej tylko cisza . Ciężka, gęsta, dławiąca.

To nie była przegrana, to rezygnacja z walki, która stała się bez sensu. To zrozumienie, że siła nie zawsze oznacza trwanie. Czasem największym aktem odwagi jest odpuścić, przestać się starać, pozwolić, by coś po prostu odeszło. Z drugiej jednak strony, Aria nie chciała sobie na to pozwolić. Nie chciała, by osoba, która była jej tak druga, stała się przyczyną jej rezygnacji. Pragnęła walczyć o Elijaha ostatkami sił, przelać za niego wszystkie łzy i jeśli było to konieczne, to czekać cierpliwie aż otrząśnie się z tego koszmarnego snu i spohrzy na nią tak, jak dawniej. Chciała zobaczyć w jego oczach tą wesołość i ciepło, chciała dostrzec te drobne zmarszczki, które tak kochała i które przypominały jej o domu.

I choć została złamana, wciąż było w niej coś prawdziwego, coś z tej starej Arii. W tym złamaniu było piękno, bo ono pokazywało, jak głęboko potrafiła kochać, wierzyć, chcieć. I nawet jeśli dziś rezygnuje, choć na krótką chwilę, to nie znaczyło, że przegrała. Musiała przestać być egoistką.

Jej dłonie automatycznie przesunęły się na brzuch, który był już mocno widoczny. Zacisnęła je lekko i zamyśliłą się na dłuższą chwilę. Czy chciała pokazywać dzieciom taki świat? Świat bez wiary? Nie, oczywiście, że nie. Musiała zrobić wszystko, by odzyskać Elijaha, ale zrozumiała też, że nie działało to, jak dotknięcie magicznej różdżki i nie wystarczył jej uścisk, by przyjaciel wszystko sobie przypomniał.

Gdy podszedł do niej Petre, otrząsnęła się i skupiła na tym, co mówił. Zmarszczyła lekko brwi, wsłuchując się w słowa brata i jego propozycję, która była całkiem racjonalna i adekwatna do sytuacji, w której się znalazła. Miał rację, że Elijah nie pozwoli się im do siebie zbliżyć, więc musiała działać poprzez ręce Petre. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko, wyciągając rękę w jego stronę, by zacisnąć ją na tej należącej do niego.

- Nie mam ci niczego za złe i Athan również, choć może wydawać się inaczej. To dla nas wielki szok, wiesz, to co się tutaj dzieje. Nie dziwię się, że nikt nie chciał nam powiedzieć. Ja sama starałabym się chronić bliskich przed takim rozczarowaniem – szepnęła, by zapewnić brata, że nikt się na niego nie gniewa, zwłaszcza ona. Athanasius zazwyczaj gniewa się na wszystkich i nie potrzebuje do tego większych powodów, ale nie chciała póki co zrażać do niego nowo poznanego szwagra.

- Twoje pojawienie się w moim życiu też jest cudem. To, że znowu się odnaleźliśmy. Jestem zdania, że nic nie dzieje się bez przyczyny i to wszystko też ma jakiś powód. Powrót Seraphiny i Elijaha, w tym musi być coś więcej. Zobaczysz, jeszcze ich odzyskamy – ostatnie zdanie wypowiedziała niemal bezgłośnie, ale wiedziała, że mężczyzna ją usłyszał. Zbliżyła się do niego bardziej i objęła niespodziewanie. Chciała być teraz blisko niego, blisko kogoś. Athan był zbyt wzburzony całą tą sytuacją, więc nie mogła oczekiwać od niego, że pohamuje swoje emocje i będzie obchodził się z nią, jak z jajkiem. Zwłaszcza, że w dużej mierze, to ona była powodem jego wzburzenia.

- Pamiętam go za nas dwoje. To boli najbardziej, Petre. Moje wspomnienia są teraz ciężarem, a nie mostem. Patrzy na mnie tymi samymi oczami, ale bez cienia rozpoznania, jakby ktoś zgasił światło w pokoju, który znałam na pamięć. Mówi moje imię obco, ostrożnie, jakby było cudze. A ja stoję obok i duszę w sobie krzyk. Każde nasze kiedyś jest teraz raną, która nie chce się zamknąć. Bo jak opłakać kogoś, kto oddycha i stoi tak blisko?Boję się. Nie tej ciszy między nami, tylko myśli, że może nigdy nie wróci. Że będę musiała nauczyć się żyć z jego śmiechem, który już mnie nie pamięta, z gestami, które kiedyś były tylko moje, a teraz są puste. Czasem mam wrażenie, że jeśli puszczę jego rękę choć na sekundę, on zniknie na dobre i nie tylko z pokoju, tylko z naszej historii. A ja zostanę strażniczką wspomnień, których nikt już nie potrzebuje.- westchnęła bezgłośnie i odsunęła się od brata na kilka kroków. Popatrzyła w stronę tego, kto zwał się teraz Wysłannikiem. Rozmawiał z Seraphiną, która raz po raz spoglądała w ich kierunku. Jej oczy były inne niż te, którymi patrzył na nią Elijah. Aria miała wrażenie, że są mniej puste, że jest w nich więcej iskry. Co było tego powodem? Czyżby uczucia, które żywiła do Petre? Jeśli ona mogła okazywać choćby cień dawnej siebie, to Elijah też musi mieć taką szansę.

- Ale będę walczyć. Choćby miało mnie to złamać. Będę mu opowiadać nas od nowa: dzień po dniu, zdanie po zdaniu, łzą po łzie. Nawet jeśli nigdy nie przypomni sobie mnie, ja nie pozwolę zapomnieć jemu, że był kiedyś kimś kochanym. Bo miłość nie znika razem z pamięcią. Ona tylko boli ciszej. I zostaje. - uśmiechnęła się już z większą determinacją niż kilka chwil temu.

- Zróbmy to, Petre. Zróbmy. Odzyskajmy ich, dobra? Vasco nigdy się nie poddają, nigdy nie ustępują i nie zostawiają swoich bliskich. Oboje musimy sobie przypomnieć, jak to jest być Vasco, a to jest ku temu dobra okazja – przez jej głos przebijało się zacięcie. Wierzyła, że im się uda.

Musi, prawda?


Wysłannik II

Była w niej miłość, ale leżała jak coś kruchego, jakby każdy ruch mógł ją rozbić. Czuła ją wyraźnie, aż za bardzo, a jednocześnie nie potrafiła zrobić z nią nic sensownego. Stała w miejscu, zawieszona między „chcę” a „nie wolno mi chcieć”. Patrzyła na niego i myślała, że to niemożliwe, żeby ktoś taki mógł spojrzeć na nią z czułością, nie widząc w niej coś do naprawienia, do poprawienia, do zmiany.

Bała się uwierzyć. Bo jeśli uwierzy, to znaczy, że może stracić. A ona całe życie uczyła się nie liczyć na nic, co mogłoby zostać odebrane. Każdy jego gest był, jak pytanie, na które nie znała odpowiedzi. Każde dobre słowo brzmiało, jak obietnica, a obietnice zawsze ją przerażały. W głowie słyszała głos, który mówił: to chwilowe, zaraz przejdzie, nie przyzwyczajaj się. I choć serce rwało się do przodu, ona cofała się o krok.

Nie wie, kim ma być w tej historii. Czy może pozwolić sobie na słabość? Czy może być widziana bez wstydu? Miłość wydawała się jej czymś zbyt dużym, zbyt jasnym dla kogoś, kto całe życie stał w cieniu. Czasem miała ochotę uciec, zanim on zobaczy, jak bardzo się bała. A czasem marzyła, żeby ktoś w końcu powiedział: nie musisz nic udowadniać, wystarczy, że jesteś.

Jest zakochana. I to przerażało ją najbardziej. Bo kochać to wierzyć, a ona jeszcze nie nauczyła się wierzyć, że może być czyimś wyborem, a nie tylko przystankiem.

Czułą się jak ktoś, kto trzyma w dłoniach coś ciepłego i prawdziwego, ale nie wie, czy ma prawo tego dotykać. Zakochanie przyszło cicho, bez fajerwerków, raczej jak zmęczenie po długiej drodze, kiedy nagle ktoś proponuje, że poniesie część ciężaru. I właśnie to jest najstraszniejsze. Bo jeśli pozwoli, jeśli oprze się choć na chwilę, to co będzie, gdy ją puści?

Wciąż sprawdzała siebie. Każde słowo, każdy gest. Zastanawiała się, czy nie mówi za dużo, czy nie czuję za mocno, czy nie zajmuję zbyt wiele miejsca w jego świecie. Miłość powinna dawać spokój, a Seri czułą napięcie. jakby szczęście było egzaminem, do którego nie przygotowała się wystarczająco. W jej głowie mieszka przekonanie, że na bliskość trzeba zasłużyć, że jeśli ktoś zostaje, to tylko do czasu, aż zobaczy ją naprawdę.

Najtrudniejsze są chwile, gdy jest jej dobrze. Gdy się śmieją, gdy cisza nie boli, gdy jego obecność przestaje być pytaniem. Wtedy pojawia się strach: lepki, duszący, odpychający. Boi się, że to właśnie ten moment, w którym wszystko zacznie się kończyć. Bo nauczyła się, że to, co dobre, nie trwa. I zamiast się nim nasycić, chowa je w sobie jak sekret, który może zostać odebrany, jeśli ktoś go zauważy. Nie wie, jak kochać bez lęku. Jak być blisko i nie uciekać myślami. Jak przyjąć czyjeś uczucia bez potrzeby przepraszania za własne istnienie. Chciała uwierzyć, że nie musi być idealna, spokojna, „łatwa”. Że może być pogubiona, cicha, czasem zbyt wrażliwa i wciąż warta miłości.

Stała na granicy. Jedną stopą w uczuciu, drugą w starych obawach. I każdego dnia uczyła się małego aktu odwagi: zostać jeszcze chwilę. Nie uciec. Nie przekreślić siebie z góry. Może miłość nie jest czymś, w co trzeba wierzyć od razu. Może wystarczy nie odwracać wzroku, gdy ktoś patrzy na nią tak, jakby naprawdę chciał zostać. Petre tak na nią patrzył. Nie od razu, ale z każdym kolejnym dniem, gdy poznawał ją bardziej, gdy przyzwyczajał się do jej obecności i do tego, jak wypełniała sobą całą jego przestrzeń.

Gdy w końcu spojrzał na nią tak, jak tego pragnęła, to wszystko zostało jej odebrane. Dis Patre zakpił z niej i śmiał się teraz pewnie w głos, gdy widział, jak się miota. Wiedziała, że nie może go kochać, że nie może okazywać uczuć, choć te tak bardzo chciały wyrwać się na zewnątrz. Zalegały w jej sercu, zalegały w jej duszy i sprawiały, że odbierało jej dech w piersiach. Mogła umrzeć drugi raz, jednak nie mogła pozwolić, by coś stało się Petre. Ich pierwszy pocałunek był prawdopodobnie najbardziej beznadziejnym pocałunkiem w historii ludzkości. Pierwszy Wysłannik miał rację – lepiej było nie czuć nic i ze spuszczoną głową wykonywać polecenia boga, któremu służyli.

- Znacie magię Nekromantów? - ciszę przerwała Wiera, która była wyraźnie cicha i zamyślona od kiedy pojawili się w Bibury. Seri zbliżyła się bardziej do demona i griszki, którzy stali najbliżej drugiego Wysłannika. Łowczyni pokiwała przecząco głową.

- Nie miałam z nimi do czynienia zbyt często. Nie wchodzili nam w drogę, więc i my trzymaliśmy się z boku. A ty? Znasz ich czary mary? - zapytała młodsza Wysłanniczka, uważnie obserwując kobietę.

- Żelazna Kurtyna nie jest murem ani cieniem. Jest decyzją świata, żeby zapomnieć. Zaklęcie splata się z trzech mocy. Pierwsza to imię prawdziwe, wypowiedziane bez głosu. Mag musi znać esencję tego, co chce ukryć: nie nazwę, nie historię, lecz powód, dla którego to coś istnieje. Błąd w Imieniu sprawia, że Kurtyna rdzewieje, a świat zaczyna przeczuwać brak. Druga to czas. Nie wystarczy energia chwili. Żelazna Kurtyna wymaga ofiary z przyszłości: czar rzucający oddaje jedno „jutro”, które nigdy się nie wydarzy. Dla niektórych jest to utracona miłość, dla innych dziecko, które nigdy się nie narodzi, albo droga, której już nie da się wybrać. Świat domaga się równowagi. Trzecia moc jest najdroższa. Świadectwo. Kto tworzy Kurtynę, musi pozostać jedyną osobą, która wie. Ale wiedza ta nie jest darem. To ciężar, który nie może być przekazany. Każda próba opowiedzenia prawdy kończy się krwią pod językiem i pustką w głowie słuchacza. Mag staje się żywym kluczem do drzwi, których nie wolno już otworzyć. Ofiara jest zawsze osobista. Żelazna Kurtyna żąda tego, co najbardziej ludzkie: wspomnień, które definiują „ja”. Z czasem twórca zapomina, dlaczego chroni to, co ukrył. Pamięta tylko ból i obowiązek. I to wystarcza, by czar trwał. Mówi się, że gdy ostatnia osoba niosąca Świadectwo umrze, Kurtyna opadnie. Ale świat, który odzyska to, co było ukryte, nigdy już nie będzie taki sam. Bo Żelazna Kurtyna nie tylko chroni, ona uczy świat, jak żyć z brakiem, którego nie potrafi nazwać. - Wiera przystanęła i rozejrzała się powoli. Mówiła cicho, ale na tyle głośno, by usłyszeli ją wszyscy, których miało to interesować.

- To tylko legenda, nie wiem czy jest prawdziwa. Podobno dawniej griszowie korzystali z pomocy Marów, których można porównać trochę do Nekromantów. Nasza magia nie bierze się z niczego, to bardziej taka zaawansowana nauka. Właściwie żadna magia nie bierze się z niczego, zawsze trzeba coś poświęcić. W Bibury poświęcono wielu z bardzo błahego powodu. Podejrzewam, że wybrano to miejsce, by obejść część ze Świadectwem i by to dusze zmarłych mieszkańców stały się kluczami. - milczała przez chwilę po czym popatrzyła na Seraphinę i Wysłannika, jakby to oni znali odpowiedzi na każde nurtujące ją pytanie. Seri analizowała przez chwilę to, co powiedziała griszka i naszła ją pewna myśl. Chciała podzielić się nią z pozostałymi, bo to mogłoby pomóc Wysłannikowi dostrzec więcej niż widzieli pozostali. 

- No dobra, wiemy całkiem sporo. Może powinniśmy zo...zob...cooooo jeeeest.... - dziewczyna poczuła piekący ból w okolicach klatki piersiowej, a gdy spojrzała w dół dostrzegła, że z jej piersi wystaje strzała. Otworzyła szeroko oczy, nie do końca wiedząc, jak zareagować. Czy ktoś poza nią to zauważył? Wyglądało na to, że nie. Dlaczego nie było niczego słychać? Byli w obecności wampirów, których zmysły przecież są wyczulone, a oni, jako Wysłannicy też posiadali umiejętności, które powinny przewidzieć atak. Chwyciła się mocno za pierś i krzyknęła z bólu, który powoli rozdzierał ją na pół. Nie mogła złapać strzały, by wyciągnąć ją z piersi. Ręce ociekały jej krwią, a wystająca z jej piersi część ślizgała się między palcami. Upadła na kolana szarpiąc się w konwulsjach. Nie mogła umrzeć od takiego ciosu, choć czuła, jakby uchodziło z niej życie. Słyszała krzyki gdzieś nad sobą, dostrzegła biegnącego w jej stronę Wysłannika, ale mgła zachodząca jej na oczy rozmazała resztę obrazu.

Tak bolało życie.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^