WYSŁANNIK I
Jęk. Najpierw cichy, słabnący, urywany. Na niego być może
nikt nie zwróciłby uwagi, nawet jeśli całe zebrane wokół towarzystwo miało
doskonały słuch. Lecz ten niepokojący dźwięk zaczął narastać, każąc innym
odwrócić głowy w poszukiwaniu jego źródła. Wtem właśnie ujrzeli Seraphinę
zgiętą wpół i zwijającą się z bólu. Krew zaczęła przesiąkać przez jej ubranie i
chyba dopiero wtedy reszta zauważyła grot sterczący z jej piersi. Życie
uciekało z Wysłanniczki gęstą, czerwoną wstęgą, na jeden duszny, przerażający
ułamek sekundy zawieszając wszystko w czasie: wszak od Czasu silniejsza była
tylko Śmierć.
A może na odwrót?
Gdy upiorny ułamek minął, zapanował chaos. Petre momentalnie
rzucił się w stronę Seraphiny, kucając przy niej i… i co? Nie miał pojęcia, co
zrobić, bo nie znał się na pierwszej pomocy. Rana była taka duża, a grot chyba tamował krwawienie, chociaż częściowo, więc może nie powinien go wyjmować? Może nie, ale... ale nagle wyciekająca z rany krew stała się tak kusząca, tak pięknie
pachnąca… Bo jak smakować mogła krew boskiego Wysłannika? Na pewno inaczej niż
ludzka. A gdyby tak spróbować… Petre czuł, jak jego myśli zachodzą czerwona
mgiełką. Przestał drżeć na widok konającej Seraphiny, myśląc sobie z nagłą,
niespodziewaną swobodą, że mogłaby już umrzeć, a wtedy cała ta krew byłaby już
jego…
Dziwnemu zachowaniu Petre przyglądała się Aria. Jej zmysły
działały na pełnych obrotach, dlatego wyraźnie czuła, że działo się coś złego.
Panika niczym rdza powoli pokrywała jej myśli, ale nie mogła się im poddać —
wszak to nie byłby pierwszy raz, gdy w chwilach grozy przejęłaby dowodzenie,
zachowując zimną krew.
Ale krew, bynajmniej nie zimna, a całkiem gorąca, zaczęła malować na czerwono już całkiem
okazały brzuch Arii. Głos z szoku i paniki ugrzązł jej w gardle, ale za nich
oboje wrzasnął Athan, natychmiast rzucając się w stronę żony. W jego oczach
lśnił obłęd sugerujący, że wampir utracił połączenie z rzeczywistością. Cały
czas wpatrywał się z rozpaczą w Arię i ich umierające dziecko, prawie nie
zwracając uwagi na to, że nie mógł już nic powiedzieć, że oddychało mu się coraz
gorzej, a krew wartkim strumieniem spływała na jego pierś z coraz szerszej i
głębszej rany na szyi.
Leonard miał te wszystkie okoliczne śmierci kompletnie
gdzieś. Z nikim z tej szalonej bandy nie łączyły go żadne zażyłości — a nawet
jeśli, to miał teraz znacznie, znacznie poważniejszy problem. Czuł, jak
strach miesza się w nim z radosną ekscytacją, kiedy całe wiszące nad nim niebo zasłoniły
ciemne chmury. Wir, który utworzył się wewnątrz, był zbyt charakterystyczny, by
go nie rozpoznać: oto jego Pan się uwolnił, oto przyszedł go nagrodzić, karząc za
błędy. Z gardła wydostał się obłąkańczy, chropowaty śmiech, który ogłuszył
potworny trzask, jak gdyby to samo niebo właśnie pękało, przepuszczając na
ziemię potężne Bóstwo.
— Och, Panie, Panie… — szeptał z uwielbieniem, nieustannie bijąc pokłony. Nie miało znaczenia, że jego głos był ledwie słyszalny – Batara Kala na pewno go usłyszy.
— ZAWIODŁEŚ MNIE.
Jego głos nie
brzmiał ludzko. Brzmiał jak seria zlepionych z siebie grzmotów, które tylko
intuicyjnie układały się w jakieś słowa. Ale Leonard nie miał wątpliwości, co
Batara Kala powiedział, wywołując w nim lodowaty dreszcz.
— Panie… przebacz
mi, o Panie, moją głupotę i ślepotę! Ukarz mnie i pozwól dalej wiernie służyć…
Mógł umrzeć. Mógł
umierać dziesiątki razy. Wiedział, że sobie na to zasłużył i z ekstatyczną
ochotą chciał się temu poddać.
— BĘDĘ SIĘ NA TOBIE MŚCIŁ AŻ PO KRES TWOICH
DNI. NIGDY JUŻ NIE BĘDZIESZ MI SŁUŻYŁ. STRACIŁEŚ GODNOŚĆ WYSŁANNIKA.
Na Leonarda opadła
lodowata kurtyna martwego, cichego strachu.
— N… N-nie…
P-p-panie… b-błagam…
Gardło miał zbyt
ściśnięte, żeby powiedzieć coś więcej. Tylko nie to! Przecież był jego wiernym
sługą, jego…
Po raz kolejny
zamarł, gdy kątem oka dostrzegł eleganckie blond loki opadające gładko na
idealnie obrysowane, nagie łopatki. Porcelanowa twarz teraz była wyjątkowo
blada, a w przepięknych, szaroniebieskich oczach błyszczał strach…
…a potem szok, gdy
poczuła, jak ostrze miecza przeszywa ją na wskroś.
— ILARIE!
To nie był wrzask
Leonarda; on był zbyt oniemiały, zbyt przerażony i zawstydzony — wszak to jego
wina, to on wszystko zepsuł. Krzyczał Petre, który momentalnie zerwał się z nóg
i rzucił się w stronę siostry, wisząc niczym duch nad raną, z którą nic już nie
dało się zrobić.
Chaos. Panował
chaos. Jedni umierali, drudzy opłakiwali zmarłych. Wysłannik z nieukrywaną
kpiną obserwował całe to widowisko. Ależ oni wszyscy byli słabi! A słabość go
odpychała, brzydziła. Dlatego odsunął się znacznie od Goro, z którym jeszcze
niedawno rozmawiał: próbował właśnie uspokoić mamroczącą opętańczo Wierę, która zdawała się ze strachu
postradać zmysły. Ale i demon nie miał łatwo, bo tuż obok niego stał… drugi
Goro. Jego ludzka powłoka we
własnej osobie?, zastanawiał się
Wysłannik, nie starając się nawet słuchać oskarżeń, jakie człowiek kierował do
demona.
— Elijah…?
Wysłannik drgnął,
odwracając się. Kilka metrów od niego stała niziutka, czarnowłosa istotka o
mokrych od łez policzkach. Była… śliczna. Była piękna. On nie powinien poznawać
takich wrażeń, ale coś bardzo głęboko w nim samym kazało określić ją mianem
najładniejszej ze wszystkich kobiet. Bo każda inna była… miałka. Byle jaka.
Nijaka. Ale ta była inna.
Marisa. Żona tego,
którego ciało posiadł.
Oczywiście, to była
tylko wizja. On też miał od niej postradać zmysły, dlatego musiał się odwrócić.
Musiał.
Ale coś nie
zadziałało. Jakby mięśnie się zbuntowały i kazały stać zwróconym do niej.
Prychnął pod nosem, przeklinając pamięć ciała, po czym wreszcie zdołał odwrócić
wzrok.
I dobrze zrobił, bo
na drugim końcu polany stał ktoś znacznie ciekawszy. Wysłannik nigdy jej nie
widział, ale ją, całkiem obiektywnie, być może też można by nazwać ładną.
Wszystko przez burzę rudych niczym lisia kita włosów. Duże, zielone oczy
błyszczały bystro, a delikatne zmarszczki zalęgające się wokół ust, oczu i na
czole nadały jej obliczu dojrzałej szlachetności. Odziana była dość
niestandardowo, bo w długą, szeroką suknię, której fałdy oraz szerokie rękawy
powiewały na lekkim wietrzyku. Kolor materiału idealnie zlewał się z krwią,
która teraz tak obficie podlewała ziemię.
Obok niej stała
dobrze mu już znana figura — tajemniczy klecha, niejaki Daniel McKenzie. A więc
to jej służył — bo od początku jasnym było, że to nie on był mózgiem całej
operacji.
— A więc to ty.
Głos Wysłannika był
równy, spokojny. Dostrzegł dzięki temu krótki błysk zaskoczenia w oczach
tajemniczej kobiety — widocznie nie spodziewała się aż takiej obojętności. Ale
ten blask szybko zgasł.
— To ty nałożyłaś
te iluzje — kontynuował Wysłannik. — Zdejmij je.
— Nie, mój drogi.
To nie ja.
Jej głos był niski,
pewny siebie, przyjemny dla ucha. Wybrzmiewał z nich uśmiech, który na twarzy
pozostawał niemal niewidoczny. Jednak ważniejsza była treść: Jak to nie ona? Czyżby klecha? Wysłannik tylko na moment przeniósł na niego wzrok,
ale zaraz tę możliwość odrzucił: ten człowiek — bo to tylko człowiek — był zdecydowanie zbyt słaby. Ale kobieta zdawała się nie
kłamać. O co więc…
Urwał w połowie
myśli, rozglądając się dookoła z taką uwagą, jakby dopiero teraz dostrzegł
otaczający go krajobraz. Nie było w nim zupełnie nic nadzwyczajnego, ale
znacznie ważniejsze było to, co nieosiągalne dla gołego oka.
— To Kurtyna.
Kobieta nie
odrzekła ani słowa, ale uśmiechnęła się w odpowiedzi.
— Znajdujemy się
już za Kurtyną. I to ty ją stworzyłaś.
Znowu milczenie
jako znak zgody.
Ta wiedza była
jednocześnie uspokajająca na swój sposób i niepokojąca. Wreszcie dowiedzieli
się, kto odpowiada za kradzież dusz — nie mogło być innego wyjścia, skoro to
ona stworzyła Kurtynę. Ale ten fakt jednocześnie martwił, bo sugerował jasno,
że nekromantka była wyjątkowo potężna. Poza tym, jeśli znajdowali się pod jej
Kurtyną, nie mieli specjalnie dużo opcji, a już na pewno nie mogli jej zabić.
Ale i ona nie mogła zabić jego, dlatego rozmowa zapowiadała się co najmniej
interesująco.
— Jak cię zwą?
— Morwenna. A ty
jesteś szukającym nas Wysłannikiem.
Kiwnął głową.
Zapanowało milczenie, które łatwo było zinterpretować: każde
z nich zastanawiało się, ile może ujawnić, a ile zachować dla siebie. Na
pierwszy rzut oka byli dla siebie wrogami, którzy nie mają ze sobą nic
wspólnego, to i dialog był tu zbędny. Ale Wysłannik nie podjąłby nawet słowa
rozmowy, gdyby uznał to za bezcelowe. W tej kobiecie było coś, co drażniło, tym
samym fascynując. Uczucie to można byłoby porównać do zbyt intensywnego
drapania: łagodzi uporczywe swędzenie, choć powoduje ból; jeden dyskomfort
zamieniony na drugi. Podobne, bardzo poplątane odczucia, budziła w nim
Morwenna.
— In luce patebit quod tenebris tegitur.
Wysłannik wykonał ledwie widoczny ruch nadgarstkiem, półszeptem
wypowiadając dobrze sobie znaną frazę. Bardzo delikatny, łagodny błysk światła
niczym lewitujący wąż przemknął subtelnym slalomem między zebranymi wokół
ludźmi, z czasem nabierając prędkości, aż wreszcie znikając gdzieś za
horyzontem. Ale to nie zepsuło efektu, a wręcz przeciwnie: wnętrza wszystkich
dookoła jaśniały delikatnie, jak gdyby każde z nich połknęło żarówkę emitującą
wyjątkowo silne światło. W każdym, kto motał się w złych iluzjach, drzemał
ciemny kłębek przywodzący na myśl splątaną, oblepioną sadzą włóczkę. To jednak
nie było ani interesujące, ani zaskakujące. Ciekawsze było to, co znalazł we
wnętrzu Morwenny. Znalazł tam bowiem duszę. I owszem, każdy miał swoją,
ale ona posiadała jedną dodatkową, i to wyjątkowo brudną i odrażającą.
— Aha — mruknął do siebie Wysłannik, nawet nie starając się
ukryć nuty tryumfu. Poczucie wygranej jeszcze w nim wzrosło, gdy zobaczył, że
wreszcie uporczywy spokój, jaki błyszczał w oczach Morwenny, zadrgał
niespokojnie. Ot, morze zielonych wód, dotąd tak spokojne, wzburzył delikatny,
ale wyraźny wiatr. — Chciałaś być silniejsza, zagarniając jedną dodatkową
duszę?
Milczała. Ale Wysłannik nie liczył na odpowiedź.
— Cofnij wizje — zażądał ponownie. — Wtedy będziemy mogli
porozmawiać. Bo skoro żadne z nas nie atakuje, każde może tą rozmową coś osiągnąć.
— Vana, facessite!
Ciszę, która nastąpiła wraz z tym zaklęciem, zastąpiły po chwili
głębokie dyszenia, płacz, nerwowe mamrotanie i szeptane słowa otuchy. Wysłannik
nie zwracał na to uwagi, skupiając się wyłącznie na Morwennie.
— Jest w tobie dobra wola — zauważył z zadowoleniem. —
Dlatego odwdzięczę się i powiem, dlaczego cię poszukujemy. Dis Patre, nasz pan…
— Twój pan.
Do rozmowy niespodziewanie włączył się Leonard, który
najszybciej otrząsnął się po dręczących omamach. Morwenna z ciekawością
zwróciła ku niemu swój wzrok.
— Nasz pan — kontynuował niewzruszony Wysłannik — zauważył zaginione
dusze. To miłościwy Bóg, ale sprawiedliwy. Może nie zechcieć słuchać twoich
tłumaczeń. Lecz chętnie wysłucham ich ja. Wierzę, że możemy sobie pomóc.
Wpatrywał się w nią łagodnie, choć oczekująco. Czuł też na sobie
spojrzenia tych, którzy całkiem lub w większości oswobodzili się z krwawych
wizji. O mało się nie uśmiechnął kpiąco, gdy zdał sobie sprawę, że wszyscy, którzy
tam stali, mogliby wykorzystać zaginione dusze na różny, wymyślny sposób. Każdy
miał wszak jakieś pragnienie, jakiś cel, jakiś zaprzysięgły zamiar. Lecz…
Lecz wygram tylko ja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz