ROZDZIAŁ 827

WYSŁANNIK I

Jęk. Najpierw cichy, słabnący, urywany. Na niego być może nikt nie zwróciłby uwagi, nawet jeśli całe zebrane wokół towarzystwo miało doskonały słuch. Lecz ten niepokojący dźwięk zaczął narastać, każąc innym odwrócić głowy w poszukiwaniu jego źródła. Wtem właśnie ujrzeli Seraphinę zgiętą wpół i zwijającą się z bólu. Krew zaczęła przesiąkać przez jej ubranie i chyba dopiero wtedy reszta zauważyła grot sterczący z jej piersi. Życie uciekało z Wysłanniczki gęstą, czerwoną wstęgą, na jeden duszny, przerażający ułamek sekundy zawieszając wszystko w czasie: wszak od Czasu silniejsza była tylko Śmierć.

A może na odwrót?

Gdy upiorny ułamek minął, zapanował chaos. Petre momentalnie rzucił się w stronę Seraphiny, kucając przy niej i… i co? Nie miał pojęcia, co zrobić, bo nie znał się na pierwszej pomocy. Rana była taka duża, a grot chyba tamował krwawienie, chociaż częściowo, więc może nie powinien go wyjmować? Może nie, ale... ale nagle wyciekająca z rany krew stała się tak kusząca, tak pięknie pachnąca… Bo jak smakować mogła krew boskiego Wysłannika? Na pewno inaczej niż ludzka. A gdyby tak spróbować… Petre czuł, jak jego myśli zachodzą czerwona mgiełką. Przestał drżeć na widok konającej Seraphiny, myśląc sobie z nagłą, niespodziewaną swobodą, że mogłaby już umrzeć, a wtedy cała ta krew byłaby już jego…

Dziwnemu zachowaniu Petre przyglądała się Aria. Jej zmysły działały na pełnych obrotach, dlatego wyraźnie czuła, że działo się coś złego. Panika niczym rdza powoli pokrywała jej myśli, ale nie mogła się im poddać — wszak to nie byłby pierwszy raz, gdy w chwilach grozy przejęłaby dowodzenie, zachowując zimną krew.

Ale krew, bynajmniej nie zimna, a całkiem gorąca, zaczęła malować na czerwono już całkiem okazały brzuch Arii. Głos z szoku i paniki ugrzązł jej w gardle, ale za nich oboje wrzasnął Athan, natychmiast rzucając się w stronę żony. W jego oczach lśnił obłęd sugerujący, że wampir utracił połączenie z rzeczywistością. Cały czas wpatrywał się z rozpaczą w Arię i ich umierające dziecko, prawie nie zwracając uwagi na to, że nie mógł już nic powiedzieć, że oddychało mu się coraz gorzej, a krew wartkim strumieniem spływała na jego pierś z coraz szerszej i głębszej rany na szyi.

Leonard miał te wszystkie okoliczne śmierci kompletnie gdzieś. Z nikim z tej szalonej bandy nie łączyły go żadne zażyłości — a nawet jeśli, to miał teraz znacznie, znacznie poważniejszy problem. Czuł, jak strach miesza się w nim z radosną ekscytacją, kiedy całe wiszące nad nim niebo zasłoniły ciemne chmury. Wir, który utworzył się wewnątrz, był zbyt charakterystyczny, by go nie rozpoznać: oto jego Pan się uwolnił, oto przyszedł go nagrodzić, karząc za błędy. Z gardła wydostał się obłąkańczy, chropowaty śmiech, który ogłuszył potworny trzask, jak gdyby to samo niebo właśnie pękało, przepuszczając na ziemię potężne Bóstwo.

— Och, Panie, Panie… — szeptał z uwielbieniem, nieustannie bijąc pokłony. Nie miało znaczenia, że jego głos był ledwie słyszalny – Batara Kala na pewno go usłyszy.

ZAWIODŁEŚ MNIE.

Jego głos nie brzmiał ludzko. Brzmiał jak seria zlepionych z siebie grzmotów, które tylko intuicyjnie układały się w jakieś słowa. Ale Leonard nie miał wątpliwości, co Batara Kala powiedział, wywołując w nim lodowaty dreszcz.

— Panie… przebacz mi, o Panie, moją głupotę i ślepotę! Ukarz mnie i pozwól dalej wiernie służyć…

Mógł umrzeć. Mógł umierać dziesiątki razy. Wiedział, że sobie na to zasłużył i z ekstatyczną ochotą chciał się temu poddać.

BĘDĘ SIĘ NA TOBIE MŚCIŁ AŻ PO KRES TWOICH DNI. NIGDY JUŻ NIE BĘDZIESZ MI SŁUŻYŁ. STRACIŁEŚ GODNOŚĆ WYSŁANNIKA.

Na Leonarda opadła lodowata kurtyna martwego, cichego strachu.

— N… N-nie… P-p-panie… b-błagam…

Gardło miał zbyt ściśnięte, żeby powiedzieć coś więcej. Tylko nie to! Przecież był jego wiernym sługą, jego…

Po raz kolejny zamarł, gdy kątem oka dostrzegł eleganckie blond loki opadające gładko na idealnie obrysowane, nagie łopatki. Porcelanowa twarz teraz była wyjątkowo blada, a w przepięknych, szaroniebieskich oczach błyszczał strach…

…a potem szok, gdy poczuła, jak ostrze miecza przeszywa ją na wskroś.

— ILARIE!

To nie był wrzask Leonarda; on był zbyt oniemiały, zbyt przerażony i zawstydzony — wszak to jego wina, to on wszystko zepsuł. Krzyczał Petre, który momentalnie zerwał się z nóg i rzucił się w stronę siostry, wisząc niczym duch nad raną, z którą nic już nie dało się zrobić.

 

Chaos. Panował chaos. Jedni umierali, drudzy opłakiwali zmarłych. Wysłannik z nieukrywaną kpiną obserwował całe to widowisko. Ależ oni wszyscy byli słabi! A słabość go odpychała, brzydziła. Dlatego odsunął się znacznie od Goro, z którym jeszcze niedawno rozmawiał: próbował właśnie uspokoić mamroczącą opętańczo Wierę, która zdawała się ze strachu postradać zmysły. Ale i demon nie miał łatwo, bo tuż obok niego stał… drugi Goro. Jego ludzka powłoka we własnej osobie?, zastanawiał się Wysłannik, nie starając się nawet słuchać oskarżeń, jakie człowiek kierował do demona.

— Elijah…?

Wysłannik drgnął, odwracając się. Kilka metrów od niego stała niziutka, czarnowłosa istotka o mokrych od łez policzkach. Była… śliczna. Była piękna. On nie powinien poznawać takich wrażeń, ale coś bardzo głęboko w nim samym kazało określić ją mianem najładniejszej ze wszystkich kobiet. Bo każda inna była… miałka. Byle jaka. Nijaka. Ale ta była inna.

Marisa. Żona tego, którego ciało posiadł.

Oczywiście, to była tylko wizja. On też miał od niej postradać zmysły, dlatego musiał się odwrócić.

Musiał.

Ale coś nie zadziałało. Jakby mięśnie się zbuntowały i kazały stać zwróconym do niej. Prychnął pod nosem, przeklinając pamięć ciała, po czym wreszcie zdołał odwrócić wzrok.

I dobrze zrobił, bo na drugim końcu polany stał ktoś znacznie ciekawszy. Wysłannik nigdy jej nie widział, ale ją, całkiem obiektywnie, być może też można by nazwać ładną. Wszystko przez burzę rudych niczym lisia kita włosów. Duże, zielone oczy błyszczały bystro, a delikatne zmarszczki zalęgające się wokół ust, oczu i na czole nadały jej obliczu dojrzałej szlachetności. Odziana była dość niestandardowo, bo w długą, szeroką suknię, której fałdy oraz szerokie rękawy powiewały na lekkim wietrzyku. Kolor materiału idealnie zlewał się z krwią, która teraz tak obficie podlewała ziemię.

Obok niej stała dobrze mu już znana figura — tajemniczy klecha, niejaki Daniel McKenzie. A więc to jej służył — bo od początku jasnym było, że to nie on był mózgiem całej operacji.

— A więc to ty.

Głos Wysłannika był równy, spokojny. Dostrzegł dzięki temu krótki błysk zaskoczenia w oczach tajemniczej kobiety — widocznie nie spodziewała się aż takiej obojętności. Ale ten blask szybko zgasł.

— To ty nałożyłaś te iluzje — kontynuował Wysłannik. — Zdejmij je.

— Nie, mój drogi. To nie ja.

Jej głos był niski, pewny siebie, przyjemny dla ucha. Wybrzmiewał z nich uśmiech, który na twarzy pozostawał niemal niewidoczny. Jednak ważniejsza była treść: Jak to nie ona? Czyżby klecha? Wysłannik tylko na moment przeniósł na niego wzrok, ale zaraz tę możliwość odrzucił: ten człowiek — bo to tylko człowiek — był zdecydowanie zbyt słaby. Ale kobieta zdawała się nie kłamać. O co więc…

Urwał w połowie myśli, rozglądając się dookoła z taką uwagą, jakby dopiero teraz dostrzegł otaczający go krajobraz. Nie było w nim zupełnie nic nadzwyczajnego, ale znacznie ważniejsze było to, co nieosiągalne dla gołego oka.

— To Kurtyna.

Kobieta nie odrzekła ani słowa, ale uśmiechnęła się w odpowiedzi.

— Znajdujemy się już za Kurtyną. I to ty ją stworzyłaś.

Znowu milczenie jako znak zgody.

Ta wiedza była jednocześnie uspokajająca na swój sposób i niepokojąca. Wreszcie dowiedzieli się, kto odpowiada za kradzież dusz — nie mogło być innego wyjścia, skoro to ona stworzyła Kurtynę. Ale ten fakt jednocześnie martwił, bo sugerował jasno, że nekromantka była wyjątkowo potężna. Poza tym, jeśli znajdowali się pod jej Kurtyną, nie mieli specjalnie dużo opcji, a już na pewno nie mogli jej zabić. Ale i ona nie mogła zabić jego, dlatego rozmowa zapowiadała się co najmniej interesująco.

— Jak cię zwą?

— Morwenna. A ty jesteś szukającym nas Wysłannikiem.

Kiwnął głową.

Zapanowało milczenie, które łatwo było zinterpretować: każde z nich zastanawiało się, ile może ujawnić, a ile zachować dla siebie. Na pierwszy rzut oka byli dla siebie wrogami, którzy nie mają ze sobą nic wspólnego, to i dialog był tu zbędny. Ale Wysłannik nie podjąłby nawet słowa rozmowy, gdyby uznał to za bezcelowe. W tej kobiecie było coś, co drażniło, tym samym fascynując. Uczucie to można byłoby porównać do zbyt intensywnego drapania: łagodzi uporczywe swędzenie, choć powoduje ból; jeden dyskomfort zamieniony na drugi. Podobne, bardzo poplątane odczucia, budziła w nim Morwenna.

In luce patebit quod tenebris tegitur.

Wysłannik wykonał ledwie widoczny ruch nadgarstkiem, półszeptem wypowiadając dobrze sobie znaną frazę. Bardzo delikatny, łagodny błysk światła niczym lewitujący wąż przemknął subtelnym slalomem między zebranymi wokół ludźmi, z czasem nabierając prędkości, aż wreszcie znikając gdzieś za horyzontem. Ale to nie zepsuło efektu, a wręcz przeciwnie: wnętrza wszystkich dookoła jaśniały delikatnie, jak gdyby każde z nich połknęło żarówkę emitującą wyjątkowo silne światło. W każdym, kto motał się w złych iluzjach, drzemał ciemny kłębek przywodzący na myśl splątaną, oblepioną sadzą włóczkę. To jednak nie było ani interesujące, ani zaskakujące. Ciekawsze było to, co znalazł we wnętrzu Morwenny. Znalazł tam bowiem duszę. I owszem, każdy miał swoją, ale ona posiadała jedną dodatkową, i to wyjątkowo brudną i odrażającą.

— Aha — mruknął do siebie Wysłannik, nawet nie starając się ukryć nuty tryumfu. Poczucie wygranej jeszcze w nim wzrosło, gdy zobaczył, że wreszcie uporczywy spokój, jaki błyszczał w oczach Morwenny, zadrgał niespokojnie. Ot, morze zielonych wód, dotąd tak spokojne, wzburzył delikatny, ale wyraźny wiatr. — Chciałaś być silniejsza, zagarniając jedną dodatkową duszę?

Milczała. Ale Wysłannik nie liczył na odpowiedź.

— Cofnij wizje — zażądał ponownie. — Wtedy będziemy mogli porozmawiać. Bo skoro żadne z nas nie atakuje, każde może tą rozmową coś osiągnąć.

Vana, facessite!

Ciszę, która nastąpiła wraz z tym zaklęciem, zastąpiły po chwili głębokie dyszenia, płacz, nerwowe mamrotanie i szeptane słowa otuchy. Wysłannik nie zwracał na to uwagi, skupiając się wyłącznie na Morwennie.

— Jest w tobie dobra wola — zauważył z zadowoleniem. — Dlatego odwdzięczę się i powiem, dlaczego cię poszukujemy. Dis Patre, nasz pan…

— Twój pan.

Do rozmowy niespodziewanie włączył się Leonard, który najszybciej otrząsnął się po dręczących omamach. Morwenna z ciekawością zwróciła ku niemu swój wzrok.

— Nasz pan — kontynuował niewzruszony Wysłannik — zauważył zaginione dusze. To miłościwy Bóg, ale sprawiedliwy. Może nie zechcieć słuchać twoich tłumaczeń. Lecz chętnie wysłucham ich ja. Wierzę, że możemy sobie pomóc.

Wpatrywał się w nią łagodnie, choć oczekująco. Czuł też na sobie spojrzenia tych, którzy całkiem lub w większości oswobodzili się z krwawych wizji. O mało się nie uśmiechnął kpiąco, gdy zdał sobie sprawę, że wszyscy, którzy tam stali, mogliby wykorzystać zaginione dusze na różny, wymyślny sposób. Każdy miał wszak jakieś pragnienie, jakiś cel, jakiś zaprzysięgły zamiar. Lecz…

Lecz wygram tylko ja.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^