Rozdział 828

 Morwenna 

 

Jej uczucia nie są gwałtowne ani chaotyczne. Są ciężkie i gęste, jak powietrze w katakumbach, w których od dawna nikt nie oddychał z własnej woli. Patrzy na iluzję Żelaznej Kurtyny z chłodną satysfakcją. Wie, że to, co widzą jej wrogowie, nie jest prawdziwe, a jednak działa. Wizje są utkane z ich własnych lęków, z win, których nigdy nie odpokutowali i z myśli, które nocą wracają jak drżące dłonie. Ona jedynie nadała im kształt. Resztę wykonuje strach. 

Czuje, jak ten strach do niej wraca. Nie jako dźwięk ani obraz lecz jako subtelne drżenie w duszy - znajome, niemal intymne. Karmi się nim powoli, z rozmysłem. Każdy krzyk uwięziony w iluzji, jest jak kolejna nić w gobelinie jej potęgi. Każde załamanie woli przeciwnika to obietnica: jeszcze więcej. Pragnę jeszcze więcej i tak bez końca.

Nie odczuwa litości. Litość jest luksusem słabych. Zamiast niej czuje głód: spokojny, wyrafinowany, nienasycony. Władza nie jest dla niej celem samym w sobie lecz procesem, ruchem ku czemuś większemu, ciemniejszemu, doskonalszemu. Każda dusza, która drży za Żelazną Kurtyną, przypomina jej, że stoi ponad życiem i śmiercią i że to wciąż za mało. Morwenna pragnęła być życiem i śmiercią, pragnęła nieskończoności w potędze. 

A więc patrzy dalej. I słucha. Bo strach ma wiele głosów, a ona chce poznać je wszystkie.

Strach, którym się karmi, nie jest jednorodny. Ona to czuje i rozróżnia go jak sommelier wino. Jest strach ostry, paniczny, krótki jak urwany oddech, i jest strach głęboki, lepki, taki, który zapuszcza korzenie i zaczyna żyć własnym życiem. Ten drugi smakuje najlepiej. Żelazna Kurtyna pulsuje pod jej spojrzeniem. Zaklęcie nie jest statyczne, reaguje na nią, na jej wolę. Gdy skupia myśli, wizje po drugiej stronie stają się gorsze. Ciemniejsze. Bardziej osobiste. Widzą twarze bliskich, które rozpadają się w proch. Słyszą głosy zmarłych, oskarżające szeptem. Czasem widzą samych siebie i nie mogą tego widoku znieść. 

W jej wnętrzu rodzi się ciche uniesienie. Nie euforia, bo ona dawno ją porzuciła. To poczucie absolutnej kontroli. To uczucie, jest jak powolne zaciskanie dłoni na czyimś sercu. Wie, że mogłaby przerwać zaklęcie. Wie też, że nie zrobi tego jeszcze długo. Cierpienie jest procesem. Dojrzewa. Czasem przez ułamek chwili pojawia się wspomnienie tego, kim była, zanim nauczyła się słuchać umarłych i łamać wolę żywych. To wspomnienie jest blade, bezbarwne, niemal obce. Nie budzi żalu, a raczej ciekawość. Jak patrzenie na starą kość i zastanawianie się, do kogo należała. Jej głód rośnie, ale ona się nie spieszy. Prawdziwa potęga nie polega na niszczeniu, polega na tym, że można zniszczyć w dowolnym momencie. Że każdy oddech wrogów trwa tylko dlatego, że ona na to pozwala.

I właśnie to smakuje najpełniej.

Bo w ciszy pomiędzy jednym krzykiem, a następnym, nekromantka uśmiecha się lekko, niemal czule, wiedząc, że strach nie jest już jej narzędziem.

Strach jest jej królestwem.

Ten uśmiech znika szybko, zastąpiony skupieniem ostrym jak ostrze rytualnego noża. Teraz nie tylko obserwuje, ale też słucha magii. Żelazna Kurtyna szepcze do niej językiem, który rozumieją tylko ci, którzy długo obcowali ze śmiercią. Każde pęknięcie w psychice ofiar brzmi jak nuta w pieśni, którą sama komponuje. Czuje, jak strach zaczyna ich zmieniać. Niektórzy próbują się modlić, a ich wiara kruszy się pierwsza. Inni wpadają w gniew, uderzają w iluzję jak zwierzęta w klatkę, aż zrozumieją, że klatka jest w nich. Są też tacy, którzy milkną. Właśnie ich obserwuje najdłużej. Cisza oznacza akceptację. A akceptacja to próg, który dzieli ich od ostatecznego pojednania się z własnym strachem. Za tym progiem nie ma już niczego, a co najważniejsze, gdy się go przekroczy, powrót jest niemożliwy. 

W jej wnętrzu rodzi się coś na kształt czułości. Spaczonej, mrocznej, ale szczerej. To ona ich tu doprowadziła. To ona odsłoniła prawdę, której unikali całe życie: że są mali i krusi. Że w obliczu prawdziwej potęgi ich wybory nie miały znaczenia. Ta myśl ogrzewa ją bardziej niż jakiekolwiek dawne uczucia. Jej głód władzy nie jest już pragnieniem, a stał się częścią tożsamości. Nie wyobraża sobie istnienia bez niego. Władza jest rytmem jej serca, ciężarem w kościach, chłodem, który koi. Każda chwila kontroli utwierdza ją w przekonaniu, że świat tak powinien wyglądać: podzielony na tych, którzy się boją, i tę, która nadaje kształt ich strachu.

A jednak, gdzieś głęboko, bardzo głęboko, pojawia się cień jeszcze jednego uczucia. Nie słabości. Ambicji. Przebłysk myśli, że to, co widzi teraz, to zaledwie początek. Że Żelazna Kurtyna mogłaby objąć miasta, królestwa. Samą granicę między życiem a śmiercią.

Jej palce poruszają się nieznacznie, jakby już tkały nowe zaklęcie.

Bo jeśli lęk potrafi tak pięknie łamać ludzi, to jaką potęgę da rozpacz?

- Rozmowa - powtórzyła cicho, a echo tego słowa zdawało się zawisnąć nad polaną. - Jakie to ludzkie.

Daniel McKenzie drgnął obok niej, jakby chciał coś powiedzieć, ale jedno spojrzenie Morwenny wystarczyło, by znów zastygł. Nie był tu po to, by mówić. Nekromantka już go nie potrzebowała, a przynajmniej nie w tym momencie. Nie mogła jednak zbyt ostro podchodzić do jego osoby i musiała zachować pozory tego, że jego zdanie cokolwiek znaczy. 

- Wiesz, co widzą teraz twoi ludzie? - zapytała łagodnie. - Nie demony. Nie potwory. Siebie samych, bez kłamstw, bez wygodnych narracji. Kurtyna nie tworzy strachu. Ona go wydobywa.

Zrobiła krok w jego stronę. Ziemia pod jej stopą była martwa, wysuszona, jakby życie cofnęło się instynktownie.

- Mówisz: „zdejmij wizje”, jakby były zasłoną. A one są lustrem. Gdybym je cofnęła, odebrałabym im prawdę. A prawda… - uśmiechnęła się nieco szerzej - …jest zawsze bolesna przy pierwszym spotkaniu.

Wysłannik nie drgnął, ale Morwenna poczuła w nim napięcie. Nie strach, jeszcze nie, lecz determinację. To ją zaciekawiło.

- Nie atakujemy się, bo nie musimy - ciągnęła. - Ty wiesz, że nie zdołasz mnie zmusić. Ja wiem, że mógłbyś spróbować. To wystarczy, by rozmowa miała sens.

Uniósł się delikatny, niemal niewidoczny puls magii. Kurtyna odpowiedziała jak żywy organizm, drgając gdzieś na granicy percepcji.

- Więc porozmawiajmy - powiedziała spokojnie. - Ale nie o zdejmowaniu czegokolwiek.

- Porozmawiajmy o tym, dlaczego tak bardzo zależy ci, by twoi ludzie przestali się bać.

Jej oczy błysnęły. Nie drapieżnie. Z zainteresowaniem.

- Bo jeśli boisz się ich strachu - dodała ciszej - to być może Kurtyna już zaczęła działać także na ciebie.

Do rozmowy wtrącił się ktoś jeszcze, ktoś kogo ona słuchać nie chciała. Odniosła wrażenie, że był to ktoś podobny do Daniela, ale pozbawiony większości emocji. Wyczuwała od niego dziwne wibracje, ale nie brała go za godnego siebie przeciwnika. Mężczyzna, który nazywał siebie Wysłannikiem Dis Patre, był o wiele bardziej ciekawy. 

Morwenna nie odpowiedziała od razu. Jej spojrzenie przesunęło się z drugiego mężczyzny z powrotem na Wysłannika, jakby ważyła ich obydwu i uznała jednego za znacznie cięższego od drugiego. Uśmiech, który pojawił się na jej ustach, nie był już tylko uprzejmy. Był prawdziwy.

- Dobra wola - powtórzyła wolno. - To interesujące słowa, jak na kogoś, kto przybywa w imieniu boga liczącego dusze jak monety.

Kurtyna zadrżała ledwie dostrzegalnie. Nie wzmocniła wizji, ale też ich nie osłabiła, jakby nasłuchiwała.

- Zaginione dusze… — Morwenna zamyśliła się teatralnie. - Zawsze mnie bawi to określenie. Dusze się nie gubią. One odchodzą. Albo są zabierane. Czasem po prostu wybierają ciszę zamiast waszych sądów.

 - Jeśli wasz Dis Patre jest sprawiedliwy - ciągnęła -  to doskonale wie, gdzie one są. A skoro wysłał ciebie, oznacza to, że nie chodzi o porządek. Chodzi o brak kontroli.

Zrobiła kolejny krok. Teraz dzieliło ich niewiele więcej niż kilka oddechów. Jej głos stał się cichszy, bardziej intymny.

- Mówisz, że możesz mnie wysłuchać. To miłe. Ja z kolei mogę powiedzieć ci prawdę, której twój pan nie chce usłyszeć. Te dusze nie zostały skradzione. Zostały ocalone przed wiecznym rachunkiem, przed młynem win i kar, który mieliście odwagę nazwać miłosierdziem.

Jej spojrzenie stwardniało na ułamek sekundy.

- Ale nie przyszliście tu po filozofię. Przyszliście po kompromis.

Kurtyna po raz pierwszy wyraźnie zareagowała: wizje po jej drugiej stronie przycichły, jakby ktoś ściszył krzyki. To był gest dobrej woli - drobny, ale celowy.

- Więc posłuchaj mnie uważnie, Wysłanniku - powiedziała. - Ja nie oddam dusz. One już do mnie należą. Ale mogę sprawić, że zniknięcie przestanie się rozszerzać. Że liczba „zaginionych” przestanie rosnąć.

Uniosła brew. 

- Ty wrócisz do swojego pana z wieścią, że równowaga została zachowana. Ja zachowam to, co już zdobyłam. A wszyscy wyjdziemy stąd bez wojny, której żadne z nas jeszcze nie potrzebuje.

Zapadła cisza.

Morwenna przyglądała się Wysłannikowi z nieukrywanym zainteresowaniem, jak ktoś, kto właśnie położył kartę na stole i czeka, czy druga strona w ogóle rozumie grę.

- Więc? - zapytała miękko. - Chciałeś rozmowy. Teraz powiedz mi, czy jesteś tylko głosem swojego boga, czy potrafisz negocjować jak istota wolna?

Wysłannik nie odpowiedział od razu. Przez chwilę wyglądał, jakby słuchał czegoś, czego inni nie mogli usłyszeć - oddechu świata, dalekiego echa boskiej uwagi albo własnych myśli, które po raz pierwszy od dawna nie były całkiem posłuszne.

- Negocjować - powtórzył w końcu. - To słowo zakłada równowagę stron.

Morwenna uśmiechnęła się ledwie zauważalnie, jakby dokładnie na to czekała.

- A więc ją dostrzegasz - odparła. - Dobrze. Wielu jej nie widzi, nawet stojąc pośrodku.

Wysłannik powiódł wzrokiem po polanie. Po ludziach, którzy wciąż dochodzili do siebie, po drgającej granicy Kurtyny, po Danielu McKenzie, który stał nieruchomo niczym relikt dawnej decyzji, spojrzał nawet na Leonarda. W końcu znów skupił się tylko na Morwennie.

- Jeśli dusze są ocalone, jak twierdzisz - powiedział powoli - to dlaczego ich brak rozrywa porządek? Dlaczego świat reaguje? Nawet teraz czuję napięcie, jakby coś było nie na miejscu.

- Bo porządek, który znasz, jest przyzwyczajeniem - odparła bez wahania. - A każde zerwanie przyzwyczajenia boli. Śmierć była przewidywalna. Po niej następował sąd. To dawało wam spokój. Ja zabrałam przewidywalność. 

Zrobiła krok w bok, odsłaniając fragment przestrzeni, gdzie Kurtyna była najcieńsza. Przez moment Wysłannik zobaczył więcej, niż powinien: nie wizje strachu, lecz coś głębszego, dusze zawieszone w bezruchu, niecierpiące, nieosądzane, jakby czas się ich nie imał.

- One nie krzyczą - dodała cicho Morwenna. - Nie błagają. Po raz pierwszy od istnienia nie są niczyją własnością.

Wysłannik zamknął oczy. To był krótki gest. Gdy je otworzył, w jego spojrzeniu było coś nowego - nie bunt, nie uległość, lecz ciężar decyzji.

- Dis Patre nie uzna tego stanu za trwały - powiedział. - Ale ja mogę uznać go za przejściowy. Za próbę. Jeśli liczba zaginionych nie wzrośnie, jeśli równowaga przestanie się pogarszać, wówczas zyskam czas.

 - A czas - podchwyciła Morwenna - jest walutą, którą oboje rozumiemy.

Kurtyna zafalowała jeszcze raz i zaczęła powoli blednąć. Wizje nie zniknęły całkiem, ale straciły ostrość, jak koszmar tuż po przebudzeniu. Ludzie na polanie padali na kolana, oddychając głęboko, jakby wrócili z bardzo daleka.

- To mój gest - powiedziała spokojnie. - Nie cofnięcie. Złagodzenie. Niech zapamiętają strach, ale niech żyją.

Wysłannik skinął głową.

- To nie jest nasze ostatnie spotkanie. Wiesz o tym, prawda? 

Morwenna spojrzała na niego uważnie, niemal z uznaniem.

— Uważaj - rzekła. - To pierwszy krok ku wolności. Bogowie nie lubią, gdy ich Wysłannicy zaczynają myśleć kategoriami „my” i „ja”.

Odwróciła się powoli, jak ktoś, kto już wygrał coś ważniejszego niż spór.

- Spotkamy się jeszcze - dodała przez ramię. - Bo równowaga, którą dziś kupiłeś, jest krucha. A ja...ja wciąż chcę więcej.

Na polanie pozostała cisza - nie pusta, lecz napięta, jak pauza w muzyce tuż przed kolejnym, nieuniknionym akordem.

 

 

Wysłannik II – Seraphina

Polana oddychała ciszą, zbyt gęstą jak na świt. Trawa była wilgotna, jakby ziemia już wiedziała, że ktoś dziś umrze. Stali tam wszyscy jej towarzysze - blisko, a jednak nieskończenie daleko. Ich twarze rozmywały się w półcieniu, jakby należeli już do innego świata. Polana była raną w lesie. Owartą, cichą, zbyt gładką, jakby ktoś wyciął ją z rzeczywistości jednym ruchem ostrza. Drzewa stały wokół niej w ciasnym kręgu, pochylone do środka, jak widzowie egzekucji. Ich pnie były ciemne, nasiąknięte wilgocią i cieniem, a liście nie szeleściły, choć wiatr powinien był tam być.

Trawa pod stopami miała nienaturalny kolor: przytłumioną zieleń przełamaną srebrzystym połyskiem rosy. Każda źdźbło uginało się ciężko, jakby nosiło w sobie pamięć dawnych śmierci. Ziemia oddychała chłodem, wilgotna, miękka, gotowa przyjąć ciało bez sprzeciwu. Powietrze było gęste. Nie pachniało lasem, lecz czymś starszym - żelazem, korą i popiołem. Każdy oddech zostawiał na języku gorzki osad, jak zapowiedź krwi. Światło świtu nie wpadało tu swobodnie; przeciskało się przez korony drzew w wąskich smugach, blade, niemal martwe. Cienie ciągnęły się nienaturalnie długo, splatając się u jej stóp jak palce. W centrum polany stał kamień. Nie ołtarz, lecz coś, co nim kiedyś było. Spękany, porośnięty mchem, nosił na sobie ślady dawnych znaków, zatartych czasem i modlitwami wypowiadanymi szeptem. To tutaj iluzja śmierci była najsilniejsza. Tutaj granica między wolą boga a ciałem człowieka stawała się cienka jak oddech. Gdzieś w głębi lasu coś pękło: sucha gałąź, może kość. Dźwięk zawisł w powietrzu i nie opadł, jakby nawet echo bało się odejść. Ptaki milczały. Owady zniknęły. Cała polana trwała w bezruchu, wstrzymana pomiędzy jeszcze, a już. Było to miejsce, w którym czas tracił znaczenie. Gdzie kroki brzmiały zbyt głośno, a myśli zbyt wyraźnie. Miejsce stworzone nie po to, by żyć, lecz by pamiętać śmierć.

Ona stała pośrodku. Nie dlatego, że wybrała centrum lecz dlatego, że świat sam ją tam ustawił. Ziemia pod jej stopami była chłodniejsza niż reszta polany, jakby rozpoznawała w niej własność kogoś innego. Nie należała już w pełni do ludzi ani do chwili, w której oddychała. Była punktem przecięcia, miejscem, gdzie wola boga dotykała ciała.

Wysłanniczka Dis Patre.

Nie kapłanka, nie prorokini, a narzędzie. Niosła w sobie ciężar decyzji podjętej dawno temu, zanim jeszcze nauczyła się bać. Bóg, który ją wybrał, nie mówił o winie ani o karze. Znał tylko konieczność. Śmierć nie była dla niego okrucieństwem lecz ruchem świata, tak naturalnym jak opadanie liści.

Na jej skórze spoczywała iluzja śmierci. Nie była znakiem widocznym dla oczu, a jednak czuła ją wszędzie: jak obcy oddech na karku, jak zimną dłoń przesuwającą się pod skórą. Czasem miała wrażenie, że jej ciało już pamięta moment, który jeszcze się nie wydarzył. Serce biło tak, jakby znało godzinę swojego zatrzymania.

Iluzja była cienka jak mgła i mogła ją niemal rozproszyć myślą, a jednocześnie ciężka jak wyrok, bo nadana boską wolą nie znała sprzeciwu. To, co miało być tylko zasłoną, zaczęło wrastać w nią jak prawda. Każdy ruch był spóźniony, każdy oddech jak pożyczony.

Ten fałszywy, złowieszczy spokój, który pojawia się wtedy, gdy strach jest już zbyt zmęczony, by krzyczeć. Serce biło równo, jakby ćwiczyło ostatni rytm. Oddychała powoli, chłonąc zapach trawy i krwi, bo krew była już obecna, zanim jeszcze popłynęła.

Petre stał niedaleko. A może był tuż przy niej?


Jej Petre.


Wampir, którego kochała nie mimo jego natury lecz razem z nią.

Widziała to.

Jak jego palce drżały. Jak szczęka była zaciśnięta zbyt mocno. Jak odwracał wzrok, jakby świat był pokusą nie do zniesienia. Walczył ze sobą i to bolało ją bardziej niż wizje śmierci. Bo w tej walce była prawda o nim. I o niej.

Bała się nie strzały. Nie momentu, w którym powietrze przeszyje cisza.

Bała się jego spojrzenia, gdyby nie zdołał się powstrzymać. Bała się, że ostatnią rzeczą, jaką zobaczy, nie będzie niebo ani znak boga lecz jego wina. Że jej śmierć stanie się jego przekleństwem.

Czuła żal, głęboki i lepki, że jej krew pachniała dla niego jak obietnica. Że ciało, które kochał, było jednocześnie jego największą próbą. Chciała podejść, dotknąć go, powiedzieć, że rozumie. Ale wysłannicy bogów nie proszą. Oni przyjmują.

Najbardziej jednak bała się tego, że w chwili śmierci nie znienawidzi go.
Że nawet wtedy, gdy jego kły zatopią się w jej skórze, poczuje ulgę. Że pozwoli mu pić, bo będzie to jedyny sposób, by umrzeć kochaną. Iluzja śmierci pulsowała na jej skórze jak obca myśl. Strzała była już napięta gdzieś poza światem.

A ona pomyślała tylko jedno: bogowie są naprawdę okrutni. Okrutni nie dlatego, że żądają śmierci lecz dlatego, że przed nią dali jej miłość. Pozwolili jej poczuć ciepło dłoni, ciężar czyjegoś spojrzenia, pragnienie, które nie było modlitwą, lecz wyborem. Nauczyli ją kochać dokładnie to, co miało ją zabić, jakby chcieli sprawdzić, ile bólu zmieści się w jednym sercu. Bo śmierć od strzały byłaby szybka. Bezosobowa. Czysta.
Ale śmierć z rąk ukochanego, nawet jeśli nieświadoma, nawet jeśli wymuszona naturą, była bluźnierstwem, którego nie dało się zmyć ani krwią, ani wiecznością.

I w tej myśli nie było już buntu.

Była tylko gorzka jasność: że bogowie nie niszczą ciał. Oni niszczą sens. A ona była ich najdoskonalszym dowodem.

Kiedy otrząsnęła się z iluzji, świat wrócił do niej jak po długim, ciężkim zanurzeniu. Najpierw poczuła ziemię pod stopami: wilgotną, chłodną, prawdziwą aż do bólu. Potem zapach trawy, zbyt intensywny, jakby polana chciała upewnić się, że nadal istnieje. Otworzyła oczy powoli, sennym, nieufnym spojrzeniem, jak ktoś, kto nie jest pewien, czy przebudzenie nie jest kolejnym kłamstwem.

Rzeczywistość nie wracała łagodnie.
Wracała falami. Jedna była miękka, rozmyta, niemal czuła. Druga ostra jak nagły strzał, który wciąż dźwięczał jej gdzieś w kościach, choć nigdy nie padł. Serce zabiło mocniej, jakby dopiero teraz przypomniało sobie o swoim obowiązku. Iluzja zniknęła, ale jej echo pozostało, przyklejone do skóry jak cień, którego nie da się już strząsnąć.

Dopiero po chwili dotarły do niej głosy.

Strzępki rozmowy, pourywane, nieskładne, przedzierały się przez zaburzoną świadomość. Głos Wysłannika był chłodny, wyprany z emocji, jakby mówił o czymś, co nie dotyczyło żywych istot. Kobieta odpowiadała mu ostrzej, z napięciem, które zdradzało, że to ona była osią tego całego zamieszania. Sprawczynią. Architektką iluzji, strachu i ciszy, która niemal ją pochłonęła.

Seri nie rozumiała wszystkich słów. Sens umykał jej jak woda między palcami. Ale jedno dotarło do niej wyraźnie, boleśnie jasno:

Wysłannik puścił ją wolno.

Bez walki.
Bez sprzeciwu.
Bez próby.

Ta myśl uderzyła mocniej niż jakakolwiek strzała.

W jej piersi coś się poruszyło. Nie ulga lecz gniew. Gorzki, ciężki, długo tłumiony. Spojrzała w jego stronę, a w jej oczach nie było wdzięczności. Było pytanie, które paliło bardziej niż strach przed śmiercią.

Dlaczego nie walczyłeś?


Dlaczego stałeś i patrzyłeś, gdy świat decydował za mnie?
Dlaczego pozwoliłeś, bym myślała, że to koniec, skoro mogłeś spróbować?

Czuła do niego pretensję nie dlatego, że się bała umrzeć. Lecz dlatego, że przez chwilę musiała pogodzić się z własną śmiercią w samotności. On, posłaniec wyższej woli, miał siłę, miał głos, miał prawo sprzeciwu, a mimo to wybrał ciszę. Wybrał konieczność.

W jej wnętrzu coś pękło.
Nie krzyk, nie łzy lecz zaufanie.

Stała tam, żywa, uwolniona, a jednocześnie boleśnie świadoma, że jej wolność nie była zwycięstwem. Była łaską rzuconą niedbale, po fakcie. I wiedziała już, że tej ciszy Wysłannika nigdy mu nie wybaczy, bo milczenie wobec śmierci bywa gorsze niż sam wyrok.

Miała żal - ciężki, lepki, narastający z każdą sekundą, w której obrazy z iluzji wciąż pulsowały jej pod powiekami. Żal nie był gwałtowny, nie wybuchał krzykiem. Był zimny i precyzyjny, jak ostrze, które tnie dokładnie tam, gdzie boli najbardziej.

Bo zamiast uderzyć pierwszy, zamiast zrobić to, co należało, on wybrał słowa. Puste, ostrożne, wygładzone negocjacje, które nie miały w sobie ani mocy, ani strachu. Stał naprzeciw kobiety jak równy z równą, jakby czas nie był napiętą cięciwą, a jej życie tylko kartą przetargową. Jakby istniała przestrzeń na kompromis tam, gdzie już dawno zapadł wyrok.

Seri nie potrafiła zrozumieć tego wyboru.
Siła była dostępna. Decyzja była oczywista. Jedno uderzenie: szybkie i bezwzględne mogło zakończyć wszystko, zanim iluzja śmierci zdążyłaby się w niej zakorzenić. Zamiast tego dostała rozmowę. Czas. Strach.

I co to właściwie dało?

Nic. Poza chwilowym odroczeniem. Poza fałszywym wrażeniem kontroli, które rozpadało się w dłoniach jak popiół. Kobieta nie ustąpiła dlatego, że została przekonana. Ustąpiła, bo znużyła się grą. A to nie było zwycięstwo, to była prowizoryczna cisza przed burzą.

Najgorsze było to, że Dis Patre widział wszystko.

Seri wiedziała to aż za dobrze. Znała gniew boga, który nie tolerował zwłoki ani słabości. Dla niego negocjacje w obliczu konieczności były obrazą. Zatrzymaniem koła, które powinno było się obracać. A gniew Dis Patre nigdy nie spadał na winnych od razu, on dojrzewał, powoli, boleśnie, aż w końcu dotykał wszystkich, którzy znaleźli się zbyt blisko.

I właśnie tego bała się najbardziej. Nie kary samej w sobie lecz jej formy. Tego, że bóg upomni się o porządek świata w sposób, który zostawi po sobie pustkę większą niż jakakolwiek śmierć na tej polanie. Że zapłacą nie za czyn, lecz za zwłokę.

Patrząc na Wysłannika, czuła, jak żal przechodzi w coś cięższego, w świadomość, że ktoś, komu powierzono władzę nad życiem i śmiercią, zawahał się dokładnie w chwili, w której nie było na to miejsca. A Dis Patre nigdy nie wybaczał wahań. Należało być posłusznym i gorliwie wykonywać powierzone przez niego zadania.

Podeszła do Wysłannika powoli, jeszcze zbyt sztywna po iluzji, z dłoniami zaciśniętymi tak mocno, że paznokcie wbijały się w skórę. Zatrzymała się przed nim, blisko, na tyle, by nie mógł udawać, że jej nie widzi.

Dlaczego? - zapytała cicho.

Podniósł na nią wzrok. W jego twarzy nie było zaskoczenia. Jakby wiedział, że to pytanie padnie.

- Tylko mi nie mów, że to nie było takie proste - odpowiedziała sama sobie zanim Wysłannik zdążył zareagować.

- Nie mów mi, czym jest siła – ciągnęła dalej, znacznie bardziej ostro niż zaczęła. Głos jej zadrżał lecz nie cofnęła się ani o krok. Zaciągnęła się powietrzem, jakby to miało ją utrzymać w całości.

- Mogłeś uderzyć pierwszy. Mogłeś ją zmusić. Odebrać jej wolę, złamać ją, zabrać dusze, zanim zdążyła uczynić ze mnie ofiarę. Ze mnie i ze wszystkich innych. - spojrzała mu prosto w oczy. - Dlaczego tego nie zrobiłeś?

Milczał. A to milczenie było odpowiedzią, która bolała najbardziej.

- Zamiast tego rozmawiałeś - mówiła dalej, a każde słowo miało w sobie ciężar. - Negocjowałeś, jakbyśmy mieli czas. Jakby Dis Patre znał pojęcie kompromisu.

W jego spojrzeniu pojawił się cień.

- Dusze nie mogą być odebrane bez konsekwencji - wtrącił się ktoś z boku, ale Seri nie zaprzątała sobie głowy tym, do kogo ten głos należał - Każde takie działanie...

Konsekwencje już są - weszła mu w słowo. — Nie widzicie ich, bo jeszcze nie nadeszły. Ale ja je znam. Znam gniew mojego boga. I wiem, że zapłacimy za to wszyscy.

Głos załamał się jej na moment lecz zaraz znów stwardniał.

- Pozwoliłeś jej odejść z duszami. Pozwoliłeś, by Dis Patre zobaczył wahanie tam, gdzie miała być konieczność. - uśmiechnęła się krótko, gorzko. -Wiesz, co jest w tym najgorsze?

Nie odpowiedział.

- Że przez chwilę naprawdę myślałam, że umrę. A ty stałeś obok i rozmawiałeś. Wszyscy tutaj cierpieliśmy, a ty zamiast działać zdecydowanie w takiej chwili, wolałeś grać w jej grę. Teraz ona ma przewagę, ona dyktuje warunki. 

Zapadła cisza ciężka jak ziemia na trumnie.
Seri odwróciła się pierwsza, bo wiedziała, że cokolwiek powie dalej, nie cofnie już tego.

Była przede wszystkim Wysłannikiem i tej prawdy powinna się trzymać, nawet jeśli ciążyła bardziej niż iluzja śmierci. Nie była tu po to, by osądzać ani by pozwalać sobie na gniew. Została stworzona do przyjmowania woli boga, do niesienia jej dalej bez drżenia dłoni. Emocje były luksusem, na który Wysłannicy nie powinni sobie pozwalać.

A jednak bała się.

Nie o siebie, nie wprost. Bała się konsekwencji decyzji, którą podjął Pierwszy Wysłannik. Decyzji podszytej wahaniem, rozmową tam, gdzie należało postawić kropkę. Wiedziała, że Dis Patre nie rozlicza intencji. Rozlicza skutek. A skutek był prosty i niepodważalny: dusze nie zostały oddane. Porządek został naruszony.

Gniew Dis Patre był nieunikniony.
Nie przychodził nagle, nie wybuchał chaosem. On nadchodził powoli, metodycznie, jak noc, której nie da się zatrzymać. Seri czuła go już teraz, pod skórą, w drżeniu ziemi, w ciężarze powietrza. Znała ten znak aż za dobrze. Wiedziała, że bóg nie zapomniał i nie zapomni.

I dosięgnie ich wszystkich.

Bez wyjątku.

Nie tylko Pierwszego Wysłannika, choć to jego decyzja była iskrą. Nie tylko kobietę, która igrała z duszami. Nawet nie tylko ją samą, stojącą zbyt blisko centrum wydarzeń. Gniew boga nie znał pojęcia winy indywidualnej - znał tylko bliskość. A oni wszyscy byli zbyt blisko.

Seri zacisnęła dłonie i wyprostowała plecy.
Jeśli miała być Wysłannikiem, to do końca. Przyjmie karę, gdy nadejdzie. Wypełni swoją rolę, nawet jeśli będzie musiała patrzeć, jak świat pęka pod ciężarem cudzej decyzji. Bo Dis Patre nie potrzebował wyjaśnień. Potrzebował posłuszeństwa.

A ono - w przeciwieństwie do strachu - nie miało prawa drżeć.

Gdy odwróciła się od Wysłannika, jej wzrok niemal natychmiast odnalazł Petre. Stał kilka kroków dalej, oparty o jedno z drzew, jakby tylko ono trzymało go jeszcze w pionie. Iluzja puściła go powoli -zbyt powoli — zostawiając w jego ciele napięcie, którego nie potrafił ukryć. Oddychał ciężej niż powinien, a jego spojrzenie było mętne, nieobecne, jak u kogoś, kto wrócił z miejsca, gdzie nie da się oddychać.

Seri poczuła ukłucie w piersi, ostre i znajome.

Pierwszym uczuciem nie była ulga. Był nią strach, cichy i natychmiastowy. Nie o to, że mógł ją skrzywdzić - ten strach już znała i nauczyła się z nim żyć. Bała się tego, co iluzja mogła mu pokazać. Bała się, że widział siebie pochylonego nad jej ciałem, że czuł smak jej krwi na języku, że świat kazał mu przeżyć dokładnie to, przed czym oboje uciekali.

Potem przyszła wina.
Lepka, dusząca, nieproszona. Jej krew była jego próbą. Jej obecność nieustanną pokusą. Patrząc na niego, wiedziała, że jeśli walczył ze sobą, to dlatego, że ona stała zbyt blisko. Że jej życie było dla niego polem bitwy, na którym nigdy nie miał wygrać bez strat. 

Ale ponad tym wszystkim unosiło się coś jeszcze  czułość, bolesna i nie na miejscu. Widziała, jak bardzo jest wyczerpany, jak ramiona opadły mu ciężko, jakby dźwigał winę, której jeszcze nikt mu nie przypisał. I nagle zrozumiała, że najbardziej boi się nie jego głodu lecz tego, że iluzja mogła odebrać mu resztki wiary w siebie.

Chciała do niego podejść. Dotknąć jego dłoni. Powiedzieć, że przetrwała. Że on też. Ale była Wysłannikiem Dis Patre, a wysłannicy nie szukają ukojenia - oni je odbierają innym.

Najgorsza była jednak myśl, która pojawiła się na samym końcu, cicha jak szept:
że jeśli Dis Patre upomni się o zapłatę, Petre może zostać tą, którą ona będzie musiała oddać.

I patrząc na niego po iluzji, zrozumiała, że to właśnie ta możliwość boli ją bardziej niż jakakolwiek wizja śmierci.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^