GORO
Paradoks.
Słowo doskonale znane, na tyle często używane, że może zbyt często. Nadmierna częstotliwość zaś nierzadko prowadzi do mylnych interpretacji i zagubienia znaczenia. Zagubienia lub pomylenia — w zależności od inteligencji osoby lub rodzaju zjawiska, które zaszło. Tym drugim może być satiacja semantyczna — proces psychologiczny, w którym wielokrotne powtarzanie słowa w krótkim odstępie czasu sprawia, że zaczyna się je postrzegać jedynie jako ciąg nic nieznaczących dźwięków, a nie jako symbol konkretnego pojęcia. Wtedy paradoks znika, pozostając tylko słowem. Za mało, zdecydowanie za mało.
Paradoks.
Według słownika, to „zaskakujące twierdzenie sprzeczne z przyjętą powszechnie opinią; sytuacja pozornie niemożliwa, w której współistnieją dwa wykluczające się fakty”. Mądre słowo, którym chętnie szafują głupcy. Najczęściej wtedy mylą je z ironią albo, co jeszcze śmieszniejsze, z oksymoronem. Nie rozumieją, że cała istota w tym wielkim, choć nadużywanym słowie, nie leży w sprzeczności, a w czymś zupełnie przeciwnym: współistnieniu.
Czymże więc jest paradoks? Paradoks to cisza, która potrafi być głośniejsza niż krzyk. Paradoksem jest samotność w tłumie, coraz częstsza, jakże trudna do pojęcia i — jakże przerażająca. Paradoksem jest poczucie wolności utkwione gdzieś między ledwie widocznymi prętami schematów. Paradoksem jest…
Jest nim ciężar powietrza.
Ciężar, który utkwiony jest w drobinkach kurzu migających w iście magicznym spektaklu tańca światła. Ot, paradoks — ciężar zamknięty w lekkości pyłku kurzu. Ale nie tylko w nim — w ciszy, która osiadała na ich ramionach niczym mokry od deszczu płaszcz. W ruchach niespodziewanie sztywnych, w spojrzeniach zbyt giętkich, by mogły nie uciekać w inne strony — lub zbyt stalowych, które uciekać się nie bały nawet wtedy, kiedy powinny.
Ten ciężar, przyniesiony ze sobą przez Wysłanników, był nieprzyjemny. Był lepki, wilgotny, pachnący metalem i strachem. Dlatego gdy wreszcie wyszli z sali, zostawiając Goro i Wierę samych, coś w pomieszczeniu uległo gwałtownej zmianie. Ciężar bowiem zniknął — ale nie całkiem, bo został zastąpiony nowym, zupełnie innym.
Paradoks.
Bo ten ciężar był… lekki. Był przyjemny. Był ciepły, pachnący słodko i słono jednocześnie — jak skóra kochanki zraszona kroplami upojnego zmęczenia. Przywodził na myśl grupy koc w zimowe wieczory; jak zwinięty w kłębek kot na kolanach właściciela. Był… wyraźny, odczuwalny, niemal namacalny. Był… cóż, ciężki.
Lecz, paradoksalnie, był to najlżejszy i najprzyjemniejszy ciężar, jaki w życiu czuł. A to dlatego, że był jak łańcuch, który przyciągał do siebie ich dwoje. Był jak decyzje, które wisiały nad nimi niewypowiedziane, choć już podskórnie podjęte. Był jak naelektryzowane powietrze, aż tak przesycone emocjami, zamiarami i uczuciami. Napięcie, budowane z sekundy na sekundę, kumulowało się w tym ciężarze — należało je więc rozbić, zdmuchnąć, otrzepać niczym z kurzu.
Dlatego właśnie Goro tulił do siebie Wierę. Bo ta gra spojrzeń, te ukryte gesty, to odetchnięcie z ulgą, kiedy już zostali sami, mogła dać wreszcie ujście i ich wyzwolić. Teraz mogli być tylko sobą — i tylko dla siebie.
— Nie — odparł cicho, odrobinę chrapliwym głosem — nie miałem takiego miejsca. Dom nigdy nie był dla mnie pojęciem oznaczającym budynek albo miejscowość. To zawsze byli po prostu moi bliscy. To my wspólnie tworzymy dom, gdziekolwiek jesteśmy.
I o ile on nigdy nie miał takiego jednego miejsca, do którego byłby bardziej przywiązany, a demonia przystań w Londynie nie jest od tego wyjątkiem, tak łatwo potrafił sobie wyobrazić, co musiała czuć jego ukochana. Dlatego jeszcze mocniej ją do siebie przytulił, składając lekki, kojący pocałunek na czubku jej głowy.
— Przykro mi, że musisz znowu przez to przechodzić — szepnął cicho. Miał wrażenie, jakby zbyt podniesiony głos mógł zniszczyć tę delikatną aurę, która między nimi powstała; aurę, która zdołała zniszczyć niedawny ciężar. — Miałem nadzieję, że Bibury stanie się dla ciebie zamkniętym rozdziałem. Dlatego mam nadzieję, że ten wątek jak najszybciej się zakończy i będziemy mogli stąd wyjechać. I już nigdy nie wracać.
Może był samolubny, podejmując takie decyzje za nich. Ale Wiera na pewno wiedziała, że gdyby tylko pomyślała inaczej, zawsze mogłaby mu to zakomunikować, a on natychmiast nałożyłby na swoje myśli i zamiary poprawkę. Był natomiast pewien tego, że jego ukochana czuła się w tym miejscu źle. A on, jako jej najbliższy, musiał zrobić wszystko, byle tylko wymazać ślady smutku i dyskomfortu z jej pięknej twarzy.
— Z Wysłannikiami... — Goro westchnął. — To skomplikowane. Mam wrażenie, że stracili swoją pewność siebie. A przede wszystkim ten, który tu rządzi. Do tej pory był niezłomny w swoich zamiarach, ale teraz... Rozmowa z Morwenną naruszyła w nim jakąś cienką nić. Nie powinien w ogóle jej słuchać — dodał z delikatną nutką gniewu i zniecierpliwienia. — Każdy to widzi, a on jako jedyny się opiera. Mogą być z tego kłopoty. Zwłaszcza że jedyną osobą, która ma na niego wpływ, jest Seraphina. A to, sama widzisz, jeszcze dziecko. Nie ufałbym jej osądom. Ale coś zrobić trzeba. I o ile rzeczywiście jedynym sposobem jest kontakt z Morwenną, tak trzeba zrobić to rozsądnie. I, co najważniejsze, bez jednoznacznego sygnalizowania jej, że to ona jest w tym starciu górą.
Miał silne obawy co do tych rozmów oraz całej zaistniałej sytuacji i nie zamierzał tego przed Wierą ukrywać. Jego ukochana wszak miała własny rozum; była inteligentna, przenikliwa i doskonale radziła sobie z wyciąganiem własnych, a w dodatku trafnych wniosków, toteż demon nie musiał ani nie zamierzał prowadzić jej za rączkę. Zresztą, już teraz dokonała właściwych obserwacji: między nimi wszystkimi trwała mała, cicha rywalizacja. I to na polu przeznaczonym na współpracę. Natomiast bardzo zainteresowało go to, co powiedziała o relacji obu Wysłanników.
— Hm — mruknął na głos, na razie zdobywając się jedynie na tę mało elokwentną reakcję. — Masz rację, że ci dwoje to zupełnie różne charaktery. Ale to dziwne: bo to w ogóle nie powinny być charaktery. Rozumiesz, co mam na myśli? Oni są pozbawieni tej wewnętrznej warstwy, która czyni nas ludźmi, bez względu na reprezentowaną rasę. Człowieczeństwo to coś znacznie więcej niż różnice w wyglądzie czy umiejętnościach. W Wysłannikach człowieczeństwa niby nie ma, ale...
Urwał i zamilkł, machinalnie zanurzając się w swoich myślach. Przeanalizował pobieżnie wszystkie swoje spotkania z tymi dziwnymi, choć jakże interesującymi istotami, starając się znaleźć jakieś rysy bądź pęknięcia. Na początku w tym, który kiedyś miał na imię Elijah, nie było żadnych choćby najmniejszych rys; żadnego śladu „ludzkiego użytkowania”. Co innego z tą, która niegdyś była Seraphiną: ona od początku wydawała się zupełnie inna, uszyta z innych materiałów, innym ściegiem i inną maszyną. Bez wątpienia interakcje z nią były dużo łatwiejsze i przyjemniejsze. Jednocześnie zaś Seraphina, jako uczennica Elijaha, miała znacznie mniej do powiedzenia...
A przynajmniej tak się wydawało dotychczas.
— Uważasz — podjął z nagłym zainteresowaniem — że ten wpływ Seraphiny na Elijaha będzie pozytywny? I, co równie ważne, a może i ważniejsze, dla nas też?
Był ciekaw jej opinii, ponieważ bardzo doceniał kobiecą intuicję. Co więcej, jeśli to prawda, że Seraphina miała jakiś wpływ na swojego szefa, czy to możliwe, że można by ją w jakiś sposób... wykorzystać? Zdawał sobie sprawę, jak źle to brzmiało, lecz nie miał na myśli nic złego: jedynie dyskretne zaczerpnięcie informacji i obserwacja u źródła, dokąd ten eksperyment może ich doprowadzić.
Kolejny temat, jaki poruszyła Wiera, wzbudziło w nim szereg być może dość zaskakujących, ale z pewnością negatywnych odczuć. Żołądek najpierw go lekko zakłuł, a następnie zawiązał się w ciasny supeł. Krew również zawrzała, a palce aż zaswędziały w chęci zaciśnięcia się w pięść. Zaraz jednak to wszystko opanował — a przynajmniej prawie. Bo o ile ciało się uspokoiło, w głowie kilka negatywnych myśli, ostrożnie wyselekcjonowanych, cały czas wolno krążyło, obijając się niemal boleśnie o ścianki czaszki. Przez to niemal nie zauważył, jak Wiera jeszcze mocniej się do niego przytuliła; zautomatyzowanym ruchem odpowiedział na jej czuły gest, delikatnie i miarowo masując ją po ramieniu.
— Ja też się o nią martwię — rzekł głosem zaskakująco pustym. Nie wynikało to jednak z tego, że nie czuł przy tym żadnych emocji. Tych właśnie było aż za dużo i nie było możliwości pomieścić ich wszystkich w tym jednym, krótkim zdaniu. — Aria… — zawahał się chwilę. — Aria jest inteligentną i odpowiedzialną kobietą, ale czasami wyższy cel przysłania jej zdrowy rozsądek. Dlatego potrzebuje mieć przy sobie kogoś…
Kogoś… czyli kogo? W Goro znów wezbrał gniew. A mówiąc, specjalnie kluczył dookoła, aby jak najbardziej opóźnić wybuch, który już rósł wewnątrz niego.
— Proszę cię, popilnuj jej, dobrze? — poprosił łagodnie. — Miej na nią oko. I ja też będę miał. Jej delikatny stan nie pozwala nam na choćby najmniejsze ryzyko, a ta sytuacja jest aż nazbyt stresująca. Jesteśmy jej przyjaciółmi, dlatego musimy jej pomóc.
I, o dziwo, właśnie to zdanie sprawiło, że w Goro coś pękło. Tylko fakt, że obejmował Wierę, powstrzymał go od zerwania się na równe nogi w gniewie, jaki nim zawładnął. Mimo to nie podniósł głosu ani o jotę. Cały czas doskonale nad sobą panował i jedynie blask w jego oczach jakby zmętniał.
— Marzę o świecie — rzekł cicho, tylko na pozór spokojnie — w którym dobro jest wynagradzane kosztem zła. Utopia — mruknął, a przez jego twarz prześlizgnął się lekki uśmiech — wiem o tym. I sen głupca. Ale może wszyscy powinniśmy być tymi głupcami, aby masowo zacząć w tę utopię wierzyć. To wiara czyni bogów, a kłamstwo powtarzane sto razy staje się podobno prawdą. Dlaczego by nie spróbować?
Nie oczekiwał, że Wiera odpowie na ten dziwny wywód. Milczała, ale to dobrze; póki co prowadził monolog, ciesząc się, że miał tak znakomitą słuchaczkę.
— Taki idealny świat oczywiście nie istnieje i nigdy istnieć nie będzie — odpowiedział sam sobie ze smutnym uśmiechem — bo korzenie zepsucia sięgają zbyt głęboko. I zbyt wielu jest tu takich, którzy z tych korzeni czerpią swoje siły życiowe.
Wiera mogła się zastanawiać, o kim myślał Goro. O Wysłannikach? O Bogach?
— Czy zastanawiałaś się kiedyś nad tym — pytał cicho — czy może się komuś wydawać, że potrafi kochać, choć wcale tak nie jest? Bo to nieprawda, a to, co czuje, wcale nie jest miłością? Czy wiesz, jak łatwo jest pomylić przywiązanie z miłością? Jak łatwo stworzyć mieszankę przywiązania, strachu i dumy i uznać to za miłość? Różnica między tym jest mniej więcej jak między cukrem i solą: z daleka wyglądają tak samo, ale wystarczy spróbować, by się przekonać, jak mocno pozory mogą mylić.
Goro mówił delikatnie, łagodnie. Jego myśli delikatne i łagodne nie były. Między słowami myślał bowiem: tak jak miłość nie zawsze jest dobra, tak śmierć nie zawsze jest zła. Pobolałoby tylko trochę, myślał, zadbalibyśmy o nią. Mógłby odejść spokojnie, w chorobie, to nie musiałoby być nic gwałtownego. Zdążyliby się z nim pożegnać, ale w końcu… w końcu ta ziemia oczyściłaby się z jego zepsucia.
Czy mógłby go zabić? Tak.
Czy chciałby to zrobić?
— Ty będziesz wspomnieniem spokoju, ja granicą — powtarzał szeptem jej słowa w głębokim zamyśleniu. — A on…
Niespodziewanie demon uśmiechnął się delikatnie.
— Arii nie da się tak łatwo przekonać do tego, by nie uczestniczyła w akcji. Ale będąc w takim stanie, powinna unikać stresów. Sama dobrze o tym wiesz. I on, wydawać by się mogło, też powinien to wiedzieć. Pewnie zauważyłaś — podjął — że on też uważa się za stronę w tej grze. Teraz to się dla niego bardziej liczy niż własna żona. Może przemawia przeze mnie niechęć do tego człowieka — przyznał z lekkim wzruszeniem ramion — ale uważam wprost, że to małżeństwo jest błędem. Że Aria, choć niewątpliwie jest bardzo inteligentną kobietą, popełniła krytyczny błąd…
Już chciał dopowiedzieć, że trudno będzie się z niego wyplątać — ale patrząc na jej duży brzuch, można by rzec, że na to już dawno za późno.
— Możemy się tak umówić? — spytał cicho jeszcze zanim wyłożył propozycję. — Ty skup się na niej, dobrze? Aria musi mieć przy sobie kogoś, kto zapewni jej wsparcie, kto będzie jej świerszczem na ramieniu. Nie wątpię w jej rozsądek, ale każdy potrzebuje poczucia wsparcia. A ja postaram się jak najszybciej posprzątać ten bałagan, dobrze? Abyśmy mogli jak najszybciej zostawić Bibury za sobą. I już nigdy nie musieć tutaj wracać.
Tak, on by się zajął tym bałaganem.
I nadłożył odrobinę sił, środków i czasu, aby tylko jemu się nie udało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz