ROZDZIAŁ 831

GORO

Ogień trzaskał w rozpalonym niedawno kominku, sprawiając kłamliwe wrażenie, że wokół panuje ciepła, przyjemna atmosfera. Również płomienie, tak żywo pomarańczowe i czerwonawe, radośnie tańczące w odbiciu na zmatowiałych od kurzu kafelkach, zadawały kłam, mamiąc wesołością i odprężeniem. Ale może one nie kłamały?, myślał Goro. Może nie kłamały, tylko starały się najlepiej, jak mogły?

Demon mógł pozwolić sobie na tak filozoficzne przemyślenia. Albo może i nie mógł — ale i tak to robił. Właśnie dlatego cały czas kucał przy kominku, mimo że już dawno go rozpalił. Znalezienie kilku kawałków drewna nie stanowiło problemu, ale prawdziwym cudem był drożny kanał wentylacyjny. Goro powiódł wzrokiem w górę, zupełnie jakby miał w oczach rentgen i mógł przejrzeć przez te stare, podniszczałe ściany. Myślał o dymie, który unosił się właśnie ku górze. Ktoś mógłby powiedzieć, że to proces spalania, który unicestwia, a dym to jego końcowy, tragiczny efekt. Ale Goro uważał inaczej. O spaleniu myślał jak o odrodzeniu, a o dymie jak o duchu, który właśnie odzyskał wolność. Nie był bowiem żadnym tragicznym końcem, a udanym zwieńczeniem.

Ot, jak wiele robi inna perspektywa: zupełnie zmienia ocenę nawet czegoś tak prostego i banalnego jak dym.

Nie mówiąc już o ludziach.

Goro westchnął ciężko, przesuwając palcami po popękanym kafelku. Przez chwilę pozwolił sobie zatracić się w rytmie trzaskającego ognia, szukając w tym dźwięku znanego, kojącego porządku świata. Jednak nawet ta chwila nie mogła go uchronić przed powracającym niepokojem — świadomością, że wszystko wokół jest jedynie fasadą, a prawdziwe wyzwania czają się tuż za nim, tuż po powstaniu z klęczek. Ale czyż nie powiadają, że nie można wiecznie klękać? Wstał więc, choć niechętnie, czując, jak ciężar podjętych decyzji osiada na jego barkach niczym mokry płaszcz.

Równie niechętnie odwrócił się w stronę Wysłanników, którzy w tamtej chwili jawili mu się jak kłócące się rodzeństwo: on, ten starszy, był odpowiedzialny i niewzruszony, podczas gdy ona, młodsza i wciąż niedojrzała, usiłowała przeforsować swoje racje, podskórnie wiedząc, że nie ma na to szans. Jednak poza tym dość banalnym porównaniem, Goro widział w nich coś jeszcze, coś znacznie bardziej interesującego. I to na tyle, że po raz pierwszy od dawna prawdziwie, z pełną uwagą, zdołał się im przyjrzeć.

Seraphina była jak otwarta księga — to z pewnością. Lecz jednocześnie można było ją potraktować jak nieudany eksperyment Stwórcy — zbyt porywczą, zbyt… zbytnią. Niedoskonałą. Lecz to w niedoskonałościach dostrzega się prawdziwą doskonałość. I właśnie dlatego ta drobna, kolorowa dziewuszka wciąż fascynowała, sprawiając wrażenie, jakby złodziej jej duszy nie spodziewał się aż tak wielkiego oporu ze strony okradanej, której to udało się wyrwać spory kawałek swojej własności. I tak też to wyglądało: jakby wewnątrz niej ktoś zrobił bardzo pospieszne i niedokładne porządki, pozostawiając gdzieś w kątach resztki uczuć i emocji. Seraphina była nie tylko wyrazista, ale wyraźna. Te słowa, choć podobne, niosły w sobie istotną różnicę, którą Wysłanniczka doskonale godziła.

Co zaś się tyczyło Wysłannika… Z nim sprawa była prosta — ale tylko do czasu. On, wedle nadzwyczaj sztywnych boskich kryteriów, był bytem doskonałym. Był tym, kim mieli być zamieszkujący Ziemię ludzie, zanim coś poszło mocno nie tak. Miał być ich lustrem, ich wewnętrznym marzeniem, ich drogą do celu. Miał być tym, kogo ciemny, wierzący lud nazywał aniołem.

Co więc poszło nie tak?

Teoretycznie — nic. Wysłannik twarz miał nieprzeniknioną; była niczym nieco nieudolnie wyrzeźbione w kamieniu lico, pozbawione tych drobnych niuansów, które ożywiały materiał i nadawały mu duszy. Wysłannik oczy miał puste, cerę bladą, usta lekko zaciśnięte i ułożone w niemal idealną linię, aby kąciki się czasem nie przechyliły w dół lub w górę, choćby nawet o milimetr. Sprawiał wrażenie przytomnego, pewnego siebie oraz całkowicie świadomego swojego zadania — i tego, że do celu należy iść po trupach. Z pewnością umiałby to zrobić i, owszem, nadal był do tego zdolny. Ale…

No właśnie. Ale. Ludzie oko zapewne by tego nie dostrzegło, ale Goro to potrafił. Widział to bardzo subtelne, niemal niewyraźne odbicie czegoś, co kiedyś można było nazwać emocją. Irytacja — ledwie kłująca, wręcz łaskocząca — prześwitywała niczym bardzo cienki, delikatny tiul. Nie zmieniało to jednak faktu, że ów tiul istniał — tak jak istniał w nim ślad emocji. Czy to możliwe? Czy to właściwe? Goro przyglądał mu się uważnie, starając się nie przegapić ani jednej zmarszczki, ani jednego błysku w oku.

— Wiara — odpowiedział Wysłannik, ledwie patrząc na Seraphinę — to opium dla ludu. Masz rację, że jest niebezpieczna, ale mylisz się twierdząc, że jest niebezpieczna dla nas. Jest wprost przeciwnie, Dziecko.

Nazwał ją dzieckiem, zanotował nieco zaskoczony Goro. Czy to kolejny ślad irytacji? Wysłannik nie traktował jej już jak równej sobie. Zganił ją, a nawet w pewnym sensie obraził. Dlaczego by to robił, skoro nie miał żadnych uczuć? Czym wobec absolutu nieistnienia była jedna nieco rozwydrzona smarkula?

— To Morwenna — kontynuował tonem mocnym, choć jednostajnym — podłożyła się nam, tak otwarcie deklarując swoją wiarę. Tę z kolei można banalnie łatwo wykorzystać, jeśli się wie, za które sznurki pociągnąć. My jeszcze tego nie wiemy, ale to doprawdy mała przeszkoda; to pouczające i pocieszające: wiedzieć — podkreślił silnie to jedno słowo — czego się nie wie. Wtedy wiadomo, od czego zacząć.

Goro odniósł wrażenie, że Wysłannik nie mówił już do Wysłanniczki, ale do siebie — jakby uznał, że Seraphina nie jest już dla niego godną rozmówczynią. Zwłaszcza jak zaczęła sięgać po imiona przybyłych wraz z nimi znajomych.

— Ani Arii, ani Petre, ani Athanasiusa nie powinno tu być.

Goro spodziewał się ciężkiego, palącego spojrzenia w swoją stronę — i się nie przeliczył. Wytrzymał, nie spuścił oczu choć z niechęcią musiał przyznać, że nie było to łatwe.

— Nie zasłaniaj się imionami tych, których to nie dotyczy, bo ten argument jest płaski, jałowy i nijaki. Nie obchodzi mnie, co ci ludzie widzą, a czego nie zobaczą. Nie interesuje mnie ich egzystencja. Ciebie — rzekł twardo — też nie powinno.

Wysłannik był zły. I choć nie dało się tego odczytać z twarzy, oczu, gestów czy postawy, można było wyczuć gęstniejącą wokół niego aurę. A może to właśnie echo jego sztucznie usuniętych emocji tak silnie się kotłowało, żeby tylko znaleźć jakiekolwiek ujście? Goro wciąż obserwował, zaciekawiony.

— Jeśli będą szukać informacji na własną rękę i przeszkodzą nam w naszych planach, zabiję ich — odpowiedział beznamiętnie. — Zależy ci na nich, choć nie powinno. To nie zostanie zapomniane ani przeze mnie, ani przez Dis Patre. To twoja pierwsza i ostatnia misja — zawyrokował. — Jesteś zbyt miękka i niestabilna, by zostać Wysłannikiem. Ale skoro nadal tu jesteś i ci… zależy — wypluł to słowo, jakby nie było w stanie poprawnie osiąść mu na języku — zadbaj o to, by się tu nie kręcili, by przestali węszyć. Inaczej będziesz silnie uwikłana w ich śmierć.

W Goro momentalnie urosły strach oraz bunt. Coś wciąż powstrzymywało go od jawnego wyrażenia swojego niezadowolenia — może ten naturalny i nienaturalny jednocześnie respekt, jaki wytwarzał wokół siebie Wysłannik, a może poczucie, że tylko on był w tym trio ostoją spokoju i zdrowego, choć wyważonego rozsądku. Lecz dwóch rzeczy był pewien — po pierwsze, nikogo nie pozwoli skrzywdzić. A po drugie — Wysłannik z pewnością nie rzucał słów na wiatr, więc tym bardziej należało potraktować je poważnie.

— My nie ufamy, Seraphino — odparł karcącym tonem. — My istniejemy. I egzekwujemy.

Wszystko wskazywało na to, że Wysłannik uznał rozmowę za zakończoną. Czy Seraphina była tego samego zdania — nie wiedział, choć pozwalał sobie w to wątpić. Tym bardziej nie chcąc dopuścić do kolejnego konfliktu, sam się odezwał, biorąc potencjalne ciosy Wysłannika na siebie.

— W jednym Seraphina ma rację — odważył się rzec, nie czując przed Wysłannikiem strachu. — To jak zabawa w policjanta i złodzieja: Morwenna wie, że nas obowiązuje litera prawa, podczas gdy nad nią nie wiszą żadne zobowiązania. Sięga po to, po co zechce, dobrze wiedząc, że zanim znajdziemy właściwy sposób, aby ją powstrzymać, ona będzie już nasycona. Do tego dopuścić nie można.

Czuł się dziwnie, musząc tłumaczyć tak oczywiste rzeczy. Nie wątpił, że Wysłannicy doskonale to wszystko wiedzieli, ale miał wrażenie, że to musiało zostać wypowiedziane.

Wysłannik uśmiechnął się przelotnie, a był to widok iście upiorny: jego twarz, wciąż nieruchoma niczym maska, nie rozjaśniła się ani nie złagodniała pod wpływem gestu, który był pusty, przelotny i bardzo dosadnie nic nieznaczący. Znikł momentalnie i wówczas twarz Wysłannika nie tylko nie wróciła do stanu sprzed uśmiechu, ale jakby jeszcze bardziej stężała, nabrała ostrzejszych rysów.

— Bierność nie jest błędem, kiedy czekasz na właściwy ruch. Ale tu masz rację — westchnął pozornie swobodnie — czas oczekiwania się skończył. Znamy lokalizację Kurtyny. Przenieść jej nie będzie łatwo. Ale i zniszczyć jej nie możemy: nie mamy na to dowodów, ale przypuszczam, że to może uszkodzić lub nawet unicestwić wiele dusz. Musimy spróbować metody łagodniejszej, ale równie skutecznej jak siła. Tą metodą jest pakt.

Goro nie sądził, by to był w istocie tak wyśmienity pomysł. Widział, jak nekromantka się z nimi obchodziła; widział, w jak głębokiej pogardzie miała ich wszystkich i jak mało znaczącymi rywalami dla niej byli. Cóż więc zamierzał osiągnąć Wysłannik tym paktem? Goro nie wiedział, ale zaczynał przypuszczać, że wszystko było tylko fortelem, w który nie chciał wtajemniczać absolutnie nikogo — nawet Seraphiny.

A może zwłaszcza jej?

— Morwenna kradnie dusze, bo czegoś potrzebuje — wyjaśnił Wysłannik, co brzmiało najzupełniej logicznie. —  My reprezentujemy Dis Patre – władcę zaświatów. Możemy zaoferować jej „legalne” zasoby lub sposób na to, czego szuka, w zamian za demontaż Kurtyny. To transakcja. Seraphina uważa to za podłość, ale ja nazywam to… optymalizacją.

Gdyby chodziło o kogoś innego, Goro natychmiast by mu wytknął, że Morwenna z pewnością natychmiast tę słabość wykorzysta. Ale Wysłannik był na to zbyt inteligentny. Po trupach do celu — mawiają. A skoro on to potrafił, on to praktykował, czemu teraz miałoby być inaczej?

Demon podejrzewał, że wcale nie będzie inaczej. Ale wiele więcej wiedzieć nie mógł.

— Wszystko, jak sądzę — powiedział ze spokojem Goro — zależy od ceny, jakiej zażąda.

— Nic od tego nie zależy — parsknął na poły z pustym rozbawieniem i irytacją. — Nie istnieje coś, czego pragnęłaby Morwenna, a czego nie moglibyśmy jej ofiarować…

— Chyba że dusze — wtrącił, czując coraz większą złość i niechęć do Wysłannika.

— Błąd — odparował błyskawicznie. — Dusz niestałych, zbłąkanych i zhańbionych jest we wszechświecie na pęczki. Morwenna nie sprecyzowała, w jakim stanie mają być potrzebne jej dusze. Wymiana jednych na inne nie powinna stanowić dla niej różnicy. Teraz sięgnęła po świeże i czyste, bo były najbliżej. Teraz to rozumiecie? — rzucił nagle głośniej, patrząc intensywnie to na niego, to na Wysłanniczkę. — Musimy ją poznać, wszystkiego się dowiedzieć. Nie zdołamy tego uczynić, jeśli natychmiast spalimy wszystkie mosty. Gdy już dostatecznie ją poznamy, będziemy wiedzieli, jakie warunki jej postawić i ewentualnie którą z ofert nie do odrzucenia jej przedstawić. Tak — podkreślił — to my będziemy rozdawać karty. Ale tego momentu doczeka tylko ten, który wykaże się cierpliwością i — popatrzył na Seraphinę — rozsądkiem.

Goro nic już więcej nie powiedział. Nie miał ochoty kłócić się z bytem stojącym w nieistniejącej hierarchii znacznie wyżej od niego. Dlatego gdy nagle ktoś zapukał do drzwi, a do środka po cichutku wślizgnęła się Wiera, demon odetchnął z ulgą, a po jego ciele rozlała się fala rozluźniającego, kojącego ciepła. Nie zważając na spojrzenia Wysłanników, zamknął lubą w swoich ramionach, wdychając zapach jej włosów. To trwało tylko krótką chwilkę, bo zaraz odsunął się odrobinkę — choć tylko na tyle, by móc spojrzeć w jej piękną, jaśniejącą twarz i obdarzyć ją pełnym miłości uśmiechem. Do tego nie trzeba było słów, dlatego ich nie wypowiadał. Zamiast tego uchwycił delikatnie jej dłoń i poprowadził w stronę niewielkiej, zakurzonej sofy, na której oboje usiedli. On objął ją lekko, ona ułożyła mu głowę na ramieniu. Teraz tamta dwójka na powrót mogła zacząć się kłócić, ale jego na ten piękny, lekki, i niestety dość krótki moment, nic nie obchodziło.

Bo on, w przeciwieństwie do Wysłanników, czuł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^