GORO
Ogień trzaskał w rozpalonym niedawno kominku, sprawiając kłamliwe
wrażenie, że wokół panuje ciepła, przyjemna atmosfera. Również płomienie, tak
żywo pomarańczowe i czerwonawe, radośnie tańczące w odbiciu na zmatowiałych od
kurzu kafelkach, zadawały kłam, mamiąc wesołością i odprężeniem. Ale może
one nie kłamały?, myślał Goro. Może nie kłamały, tylko starały się najlepiej,
jak mogły?
Demon mógł pozwolić sobie na tak filozoficzne przemyślenia.
Albo może i nie mógł — ale i tak to robił. Właśnie dlatego cały czas kucał przy
kominku, mimo że już dawno go rozpalił. Znalezienie kilku kawałków drewna nie
stanowiło problemu, ale prawdziwym cudem był drożny kanał wentylacyjny. Goro
powiódł wzrokiem w górę, zupełnie jakby miał w oczach rentgen i mógł przejrzeć
przez te stare, podniszczałe ściany. Myślał o dymie, który unosił się właśnie
ku górze. Ktoś mógłby powiedzieć, że to proces spalania, który unicestwia, a
dym to jego końcowy, tragiczny efekt. Ale Goro uważał inaczej. O spaleniu myślał
jak o odrodzeniu, a o dymie jak o duchu, który właśnie odzyskał wolność. Nie
był bowiem żadnym tragicznym końcem, a udanym zwieńczeniem.
Ot, jak wiele robi inna perspektywa: zupełnie zmienia ocenę
nawet czegoś tak prostego i banalnego jak dym.
Nie mówiąc już o ludziach.
Goro westchnął ciężko, przesuwając palcami po popękanym
kafelku. Przez chwilę pozwolił sobie zatracić się w rytmie trzaskającego ognia,
szukając w tym dźwięku znanego, kojącego porządku świata. Jednak nawet ta
chwila nie mogła go uchronić przed powracającym niepokojem — świadomością, że
wszystko wokół jest jedynie fasadą, a prawdziwe wyzwania czają się tuż za nim,
tuż po powstaniu z klęczek. Ale czyż nie powiadają, że nie można wiecznie
klękać? Wstał więc, choć niechętnie, czując, jak ciężar podjętych decyzji
osiada na jego barkach niczym mokry płaszcz.
Równie niechętnie odwrócił się w stronę Wysłanników, którzy
w tamtej chwili jawili mu się jak kłócące się rodzeństwo: on, ten starszy, był
odpowiedzialny i niewzruszony, podczas gdy ona, młodsza i wciąż niedojrzała,
usiłowała przeforsować swoje racje, podskórnie wiedząc, że nie ma na to szans. Jednak
poza tym dość banalnym porównaniem, Goro widział w nich coś jeszcze, coś
znacznie bardziej interesującego. I to na tyle, że po raz pierwszy od dawna
prawdziwie, z pełną uwagą, zdołał się im przyjrzeć.
Seraphina była jak otwarta księga — to z pewnością. Lecz jednocześnie
można było ją potraktować jak nieudany eksperyment Stwórcy — zbyt porywczą,
zbyt… zbytnią. Niedoskonałą. Lecz to w niedoskonałościach dostrzega się prawdziwą
doskonałość. I właśnie dlatego ta drobna, kolorowa dziewuszka wciąż fascynowała,
sprawiając wrażenie, jakby złodziej jej duszy nie spodziewał się aż tak
wielkiego oporu ze strony okradanej, której to udało się wyrwać spory kawałek
swojej własności. I tak też to wyglądało: jakby wewnątrz niej ktoś zrobił
bardzo pospieszne i niedokładne porządki, pozostawiając gdzieś w kątach resztki
uczuć i emocji. Seraphina była nie tylko wyrazista, ale wyraźna. Te słowa, choć
podobne, niosły w sobie istotną różnicę, którą Wysłanniczka doskonale godziła.
Co zaś się tyczyło Wysłannika… Z nim sprawa była prosta —
ale tylko do czasu. On, wedle nadzwyczaj sztywnych boskich kryteriów, był bytem
doskonałym. Był tym, kim mieli być zamieszkujący Ziemię ludzie, zanim coś
poszło mocno nie tak. Miał być ich lustrem, ich wewnętrznym marzeniem, ich drogą
do celu. Miał być tym, kogo ciemny, wierzący lud nazywał aniołem.
Co więc poszło nie tak?
Teoretycznie — nic. Wysłannik twarz miał nieprzeniknioną;
była niczym nieco nieudolnie wyrzeźbione w kamieniu lico, pozbawione tych drobnych
niuansów, które ożywiały materiał i nadawały mu duszy. Wysłannik oczy miał
puste, cerę bladą, usta lekko zaciśnięte i ułożone w niemal idealną linię, aby
kąciki się czasem nie przechyliły w dół lub w górę, choćby nawet o milimetr. Sprawiał
wrażenie przytomnego, pewnego siebie oraz całkowicie świadomego swojego zadania
— i tego, że do celu należy iść po trupach. Z pewnością umiałby to zrobić i,
owszem, nadal był do tego zdolny. Ale…
No właśnie. Ale. Ludzie oko zapewne by tego nie dostrzegło,
ale Goro to potrafił. Widział to bardzo subtelne, niemal niewyraźne odbicie
czegoś, co kiedyś można było nazwać emocją. Irytacja — ledwie kłująca, wręcz
łaskocząca — prześwitywała niczym bardzo cienki, delikatny tiul. Nie zmieniało
to jednak faktu, że ów tiul istniał — tak jak istniał w nim ślad emocji.
Czy to możliwe? Czy to właściwe? Goro przyglądał mu się uważnie, starając się
nie przegapić ani jednej zmarszczki, ani jednego błysku w oku.
— Wiara — odpowiedział Wysłannik, ledwie patrząc na Seraphinę
— to opium dla ludu. Masz rację, że jest niebezpieczna, ale mylisz się twierdząc,
że jest niebezpieczna dla nas. Jest wprost przeciwnie, Dziecko.
Nazwał ją dzieckiem, zanotował nieco zaskoczony Goro.
Czy to kolejny ślad irytacji? Wysłannik nie traktował jej już jak równej sobie.
Zganił ją, a nawet w pewnym sensie obraził. Dlaczego by to robił, skoro nie
miał żadnych uczuć? Czym wobec absolutu nieistnienia była jedna nieco rozwydrzona
smarkula?
— To Morwenna — kontynuował tonem mocnym, choć jednostajnym —
podłożyła się nam, tak otwarcie deklarując swoją wiarę. Tę z kolei można banalnie
łatwo wykorzystać, jeśli się wie, za które sznurki pociągnąć. My jeszcze tego
nie wiemy, ale to doprawdy mała przeszkoda; to pouczające i pocieszające: wiedzieć
— podkreślił silnie to jedno słowo — czego się nie wie. Wtedy wiadomo, od czego
zacząć.
Goro odniósł wrażenie, że Wysłannik nie mówił już do Wysłanniczki,
ale do siebie — jakby uznał, że Seraphina nie jest już dla niego godną rozmówczynią.
Zwłaszcza jak zaczęła sięgać po imiona przybyłych wraz z nimi znajomych.
— Ani Arii, ani Petre, ani Athanasiusa nie powinno tu być.
Goro spodziewał się ciężkiego, palącego spojrzenia w swoją
stronę — i się nie przeliczył. Wytrzymał, nie spuścił oczu choć z niechęcią
musiał przyznać, że nie było to łatwe.
— Nie zasłaniaj się imionami tych, których to nie dotyczy,
bo ten argument jest płaski, jałowy i nijaki. Nie obchodzi mnie, co ci ludzie
widzą, a czego nie zobaczą. Nie interesuje mnie ich egzystencja. Ciebie — rzekł
twardo — też nie powinno.
Wysłannik był zły. I choć nie dało się tego odczytać z
twarzy, oczu, gestów czy postawy, można było wyczuć gęstniejącą wokół niego
aurę. A może to właśnie echo jego sztucznie usuniętych emocji tak silnie się kotłowało,
żeby tylko znaleźć jakiekolwiek ujście? Goro wciąż obserwował, zaciekawiony.
— Jeśli będą szukać informacji na własną rękę i przeszkodzą
nam w naszych planach, zabiję ich — odpowiedział beznamiętnie. — Zależy ci na
nich, choć nie powinno. To nie zostanie zapomniane ani przeze mnie, ani przez
Dis Patre. To twoja pierwsza i ostatnia misja — zawyrokował. — Jesteś zbyt
miękka i niestabilna, by zostać Wysłannikiem. Ale skoro nadal tu jesteś i ci… zależy
— wypluł to słowo, jakby nie było w stanie poprawnie osiąść mu na języku — zadbaj
o to, by się tu nie kręcili, by przestali węszyć. Inaczej będziesz silnie
uwikłana w ich śmierć.
W Goro momentalnie urosły strach oraz bunt. Coś wciąż
powstrzymywało go od jawnego wyrażenia swojego niezadowolenia — może ten
naturalny i nienaturalny jednocześnie respekt, jaki wytwarzał wokół siebie
Wysłannik, a może poczucie, że tylko on był w tym trio ostoją spokoju i zdrowego,
choć wyważonego rozsądku. Lecz dwóch rzeczy był pewien — po pierwsze, nikogo nie
pozwoli skrzywdzić. A po drugie — Wysłannik z pewnością nie rzucał słów na
wiatr, więc tym bardziej należało potraktować je poważnie.
— My nie ufamy, Seraphino — odparł karcącym tonem. — My
istniejemy. I egzekwujemy.
Wszystko wskazywało na to, że Wysłannik uznał rozmowę za
zakończoną. Czy Seraphina była tego samego zdania — nie wiedział, choć pozwalał
sobie w to wątpić. Tym bardziej nie chcąc dopuścić do kolejnego konfliktu, sam
się odezwał, biorąc potencjalne ciosy Wysłannika na siebie.
— W jednym Seraphina ma rację — odważył się rzec, nie czując
przed Wysłannikiem strachu. — To jak zabawa w policjanta i złodzieja: Morwenna
wie, że nas obowiązuje litera prawa, podczas gdy nad nią nie wiszą żadne
zobowiązania. Sięga po to, po co zechce, dobrze wiedząc, że zanim znajdziemy
właściwy sposób, aby ją powstrzymać, ona będzie już nasycona. Do tego dopuścić
nie można.
Czuł się dziwnie, musząc tłumaczyć tak oczywiste rzeczy. Nie
wątpił, że Wysłannicy doskonale to wszystko wiedzieli, ale miał wrażenie, że to
musiało zostać wypowiedziane.
Wysłannik uśmiechnął się przelotnie, a był to widok iście
upiorny: jego twarz, wciąż nieruchoma niczym maska, nie rozjaśniła się ani nie
złagodniała pod wpływem gestu, który był pusty, przelotny i bardzo dosadnie nic
nieznaczący. Znikł momentalnie i wówczas twarz Wysłannika nie tylko nie wróciła
do stanu sprzed uśmiechu, ale jakby jeszcze bardziej stężała, nabrała
ostrzejszych rysów.
— Bierność nie jest błędem, kiedy czekasz na właściwy ruch.
Ale tu masz rację — westchnął pozornie swobodnie — czas oczekiwania się
skończył. Znamy lokalizację Kurtyny. Przenieść jej nie będzie łatwo. Ale i
zniszczyć jej nie możemy: nie mamy na to dowodów, ale przypuszczam, że to może uszkodzić
lub nawet unicestwić wiele dusz. Musimy spróbować metody łagodniejszej, ale
równie skutecznej jak siła. Tą metodą jest pakt.
Goro nie sądził, by to był w istocie tak wyśmienity pomysł.
Widział, jak nekromantka się z nimi obchodziła; widział, w jak głębokiej pogardzie
miała ich wszystkich i jak mało znaczącymi rywalami dla niej byli. Cóż więc zamierzał
osiągnąć Wysłannik tym paktem? Goro nie wiedział, ale zaczynał przypuszczać, że
wszystko było tylko fortelem, w który nie chciał wtajemniczać absolutnie nikogo
— nawet Seraphiny.
A może zwłaszcza jej?
— Morwenna kradnie dusze, bo czegoś potrzebuje — wyjaśnił
Wysłannik, co brzmiało najzupełniej logicznie. — My reprezentujemy Dis Patre – władcę
zaświatów. Możemy zaoferować jej „legalne” zasoby lub sposób na to, czego
szuka, w zamian za demontaż Kurtyny. To transakcja. Seraphina uważa to za
podłość, ale ja nazywam to… optymalizacją.
Gdyby chodziło o kogoś innego, Goro natychmiast by mu
wytknął, że Morwenna z pewnością natychmiast tę słabość wykorzysta. Ale
Wysłannik był na to zbyt inteligentny. Po trupach do celu — mawiają. A skoro on
to potrafił, on to praktykował, czemu teraz miałoby być inaczej?
Demon podejrzewał, że wcale nie będzie inaczej. Ale wiele więcej
wiedzieć nie mógł.
— Wszystko, jak sądzę — powiedział ze spokojem Goro — zależy
od ceny, jakiej zażąda.
— Nic od tego nie zależy — parsknął na poły z pustym rozbawieniem
i irytacją. — Nie istnieje coś, czego pragnęłaby Morwenna, a czego nie moglibyśmy
jej ofiarować…
— Chyba że dusze — wtrącił, czując coraz większą złość i
niechęć do Wysłannika.
— Błąd — odparował błyskawicznie. — Dusz niestałych, zbłąkanych
i zhańbionych jest we wszechświecie na pęczki. Morwenna nie sprecyzowała, w
jakim stanie mają być potrzebne jej dusze. Wymiana jednych na inne nie powinna
stanowić dla niej różnicy. Teraz sięgnęła po świeże i czyste, bo były najbliżej.
Teraz to rozumiecie? — rzucił nagle głośniej, patrząc intensywnie to na niego,
to na Wysłanniczkę. — Musimy ją poznać, wszystkiego się dowiedzieć. Nie zdołamy
tego uczynić, jeśli natychmiast spalimy wszystkie mosty. Gdy już dostatecznie
ją poznamy, będziemy wiedzieli, jakie warunki jej postawić i ewentualnie którą
z ofert nie do odrzucenia jej przedstawić. Tak — podkreślił — to my będziemy
rozdawać karty. Ale tego momentu doczeka tylko ten, który wykaże się cierpliwością
i — popatrzył na Seraphinę — rozsądkiem.
Goro nic już więcej nie powiedział. Nie miał ochoty kłócić
się z bytem stojącym w nieistniejącej hierarchii znacznie wyżej od niego.
Dlatego gdy nagle ktoś zapukał do drzwi, a do środka po cichutku wślizgnęła się
Wiera, demon odetchnął z ulgą, a po jego ciele rozlała się fala
rozluźniającego, kojącego ciepła. Nie zważając na spojrzenia Wysłanników,
zamknął lubą w swoich ramionach, wdychając zapach jej włosów. To trwało tylko krótką
chwilkę, bo zaraz odsunął się odrobinkę — choć tylko na tyle, by móc spojrzeć w
jej piękną, jaśniejącą twarz i obdarzyć ją pełnym miłości uśmiechem. Do tego
nie trzeba było słów, dlatego ich nie wypowiadał. Zamiast tego uchwycił
delikatnie jej dłoń i poprowadził w stronę niewielkiej, zakurzonej sofy, na
której oboje usiedli. On objął ją lekko, ona ułożyła mu głowę na ramieniu.
Teraz tamta dwójka na powrót mogła zacząć się kłócić, ale jego na ten piękny, lekki,
i niestety dość krótki moment, nic nie obchodziło.
Bo on, w przeciwieństwie do Wysłanników, czuł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz