Rozdział 832

 

Wiera


Droga do Bibury była znajoma aż do bólu - zakręt przy starym moście, kamienie przy drodze, które zawsze liczyła jako dziecko, rytm kroków dopasowany do długości wspomnień. A jednak wszystko zdawało się przesunięte o pół tonu, jakby świat po cichu się rozstroił i zapomniał wrócić do właściwej melodii. To samo niebo wisiało nisko nad doliną lecz miało inny ciężar; nawet wiatr zdawał się poruszać ostrożniej, jakby bał się dotknąć ruin. Zatrzymała się przy murze porośniętym mchem. Pamiętała jego zapach, lato i odrobinę słońca. Teraz pachniał tylko cieniem. Dotknęła go dłonią lecz nie poczuła powrotu, a jedynie chłód, który nie należał do pogody tylko do czasu. To miejsce żyło dalej na swój własny sposób, ale bez niej. Jej obecność była już tylko przypisem, którego nikt nie czyta. I nagle uświadomiła sobie, że nie wraca do miejsca, a do wersji siebie, która tu została - małej, pewnej, że rzeczy nie odchodzą naprawdę tylko na chwilę się oddalają. Bibury nie zniknęło. To ona wysunęła się z jego pamięci tak delikatnie, że świat nie musiał nawet drgnąć, by zrobić dla niej miejsce poza sobą.

Dlatego cisza była tu najcięższa. Nie dlatego, że niczego nie było lecz dlatego, że wszystko trwało dalej bez potrzeby przypominania jej imienia.

Powietrze miało zapach wilgoci i popiołu. Gęsty, osiadający na języku, wchodzący w płuca bez pytania. Był w nim chłód poranków, które pamiętała, ale też coś obcego, gorzkiego, jak niedopowiedziane pożegnanie. Każdy oddech brzmiał jak wspomnienie spalonych dni, jak echo ognia, który dawno zgasł, a jednocześnie wciąż trwał w ścianach i ziemi. Pachniało końcem czegoś, co nie zdążyło się pożegnać: rozmów urwanych w pół zdania, drzwi zamkniętych zbyt szybko, śladów stóp, które już nigdy nie wrócą.

Im dalej szła, tym bardziej miała wrażenie, że porusza się między dwoma czasami. Przeszłość szła obok niej, cicho, niemal czule, a teraźniejszość ciągnęła za rękaw, ciężka i milcząca. Znane miejsca rozpoznawała raczej sercem niż wzrokiem, jakby oczy nie chciały jeszcze przyjąć tego, co zostało. I w tej drodze, tak dobrze znanej, kryła się zdrada: obietnica domu, która nagle przestała obowiązywać i powrót, który zamiast ulgi przynosił tylko powolne, narastające pęknięcie.

Miasto było ciszą. Nie tą kojącą, wiejską ciszą poranka, w której słychać ptaki i daleki szmer rzeki lecz ciszą po krzyku, który trwał zbyt długo i wypalił w powietrzu niewidzialne blizny. Była to cisza ciężka, lepka, osiadająca na ramionach jak popiół ,cisza, która nie uspokajała lecz zmuszała do słuchania tego, czego nie da się już usłyszeć. Wydawało się, że nawet echo boi się tu wracać.

Spalone domy stały jak otwarte rany, pozostawione bez opatrunku, wystawione na spojrzenia i deszcz. Czarne belki wystające z kamienia przypominały kości obnażone przez ogień, krzywe i kruche, jakby miasto zostało pozbawione skóry. Ściany, niegdyś ciepłe od światła i głosów, teraz były martwe i chropowate, a sadza układała się na nich w nieregularne mapy straty. Okna, które kiedyś mrugały światłem wieczorami, zapraszały do środka zapachem kolacji i obietnicą rozmów, teraz patrzyły pustym wzrokiem ślepymi oczami domów, które widziały zbyt wiele.

Szła powoli, niemal ostrożnie, jakby bała się zranić miasto samą obecnością. Każdy krok budził w niej poczucie winy: że oddycha, gdy inne oddechy tu ustały; że jej ciało nie nosi śladów ognia; że wraca cała, gdy Bibury już nie jest całe. Czuła się intruzem we własnym domu, gościem w żałobie, który nie ma prawa do komfortu. Nawet dźwięk jej kroków wydawał się zbyt głośny, zbyt żywy, nie na miejscu, jak śmiech na pogrzebie.

I w tej ciszy rodziło się pytanie, którego nie chciała wypowiedzieć: czy miasto ją jeszcze pamięta, skoro ona pamięta je aż za bardzo.

Czuła, jakby poruszała się po wspomnieniu, a nie po miejscu, jakby stąpała po cienkiej warstwie pamięci rozciągniętej nad czymś, czego już nie było. Każdy krok uruchamiał obrazy, które nakładały się na siebie, nie pasując do aktualnego kształtu świata. Tu był sklep, w którym kupowała chleb, pachnący drożdżami i ciepłem poranka; widziała w wyobraźni półki, dłonie sprzedawcy, papierową torbę przyciśniętą do piersi.

Teraz został tylko fragment ściany i drzwi, które nie prowadziły już donikąd. Tu był ogród, w którym śmiała się zbyt głośno, nie martwiąc się o ciszę ani o jutro. Pamiętała trawę pod stopami, nierówną i miękką, pamiętała słońce na skórze i to lekkie poczucie, że świat jest dokładnie tam, gdzie powinien być. Teraz ogród był plamą ziemi, wypaloną i obcą, a śmiech, który kiedyś się tu rozpraszał, wracał do niej tylko jako bolesne echo.

Tu płynęła rzeka, spokojna i cierpliwa, odbijająca niebo i jej własną twarz - zmienną wraz z porami roku lecz zawsze rozpoznawalną. Stała nad nią nieraz, ucząc się siebie w tym odbiciu. Teraz woda była mętna, przytłumiona sadzą, jakby sama rzeka wchłonęła żałobę miasta i nie potrafiła jej już oddać. Niebo w jej tafli było cięższe, a twarz ledwie zarysowana, jakby pamięć również zaczynała się rozmywać.

Próbowała przywołać dawny obraz, uporządkować go w myślach, nadać mu wyraźne kontury, ale teraźniejszość wchodziła w niego jak dym: powoli, nieubłaganie, dusząca i nieproszona. Przenikała wspomnienia, zmieniała ich zapach, barwę i ciężar. Zrozumiała, że od tej chwili żadne wspomnienie nie będzie już czyste; każde będzie nosić w sobie cień tego, co zobaczyła teraz, i że nawet pamięć, tak jak miasto, została na zawsze nadpalona.

Żal przychodził falami. Najpierw cichy, niemal wstydliwy, jakby nie miał prawa się ujawnić, jakby obawiał się, że ktoś go zobaczy i uzna za przesadę. Osadzał się w niej powoli, w gardle i pod powiekami, ciężki, ale jeszcze bez łez. Potem wracał nagle, ostry, bez ostrzeżenia, jak uderzenie zimnej wody, które odbiera oddech. Wtedy musiała się zatrzymać, oprzeć dłoń o zimny kamień, pozwolić, by ten ból przeszedł przez nią do końca.

Opłakiwała nie tylko mury i dachy, nie tylko kamień i drewno, które ogień pozbawił sensu, lecz wersję siebie, która tu istniała - dziewczynę o lżejszym spojrzeniu i prostszych pytaniach. Dziewczynę, która wierzyła, że miejsca są trwałe, że zakorzeniają człowieka na zawsze, że dom jest stałym punktem świata, do którego można wrócić bez obaw, bez uprzedzeń. Tamta ona nie myślała o stracie; traktowała obecność jako coś oczywistego, niemal należnego.

Teraz rozumiała, że dom też może odejść, nie zostawiając adresu. Że może zniknąć bez ostrzeżenia, zabierając ze sobą poczucie ciągłości, mapę powrotów i obietnicę bezpieczeństwa. Uświadomiła sobie, że to, co nazywała domem, było w istocie delikatnym porozumieniem między ludźmi, miejscem i czasem - porozumieniem, które ogień przerwał jednym ruchem.

W tej świadomości było coś brutalnego, ale i nieodwracalnego. Żal nie domagał się już ukojenia; trwał, zmęczony i ciężki, jak przypływ, który nie zamierza się cofnąć. I wiedziała, że będzie wracał jeszcze wiele razy i zawsze w innej formie, zawsze z tym samym pytaniem o to, kim jest bez miejsca, które nauczyło ją być sobą.

Weszła do pomieszczenia, które niegdyś należało do części biblioteki, ale teraz było jedynie graciarnią, w której można było schronić się przed chłodem i wilgocią. Najpierw rzuciła krótkie spojrzenie na Wysłanników, ale szybo przeniosła je na tego, kto teraz był dla niej wszystkim. Na tego, kto uczynił ją lepszą wersją siebie. Nie zwróciła nawet uwagi, kiedy wszyscy poza demonem wyszli, pozostawiając ich sam na sam. Być może zorientowali się, że Wiera i Goro potrzebowali momentu dla siebie, choć okoliczności nie były ku temu sprzyjające.

Nie pamiętała chwili, w której przestała się go bać. Strach nie odszedł, a raczej powoli się zmęczył i położył obok nich jak stare zwierzę, które zrozumiało, że nie ma tu już czego pilnować. Goro nigdy nie prosił o zaufanie; po prostu był. A jego obecność, ciężka i cicha, zaczęła porządkować w niej rzeczy, których wcześniej nie potrafiła nawet nazwać. W murach zamku Boltimore noc nie była pusta. Miała spokojny oddech, równy, należący do kogoś, kto nie odejdzie, gdy zaśnie. Kamienne korytarze, kiedyś obce, zaczęły układać się w znajomą mapę: zakręt, przy którym zawsze czekał; schody, na których siadała, a on milczał obok, jakby milczenie było rozmową. Przy nim cisza nie była brakiem słów lecz miejscem odpoczynku.

Goro nie dawał jej światła, dawał jej cień, który nie chłodził, a otulał. W jego spojrzeniu nie było pytań o przeszłość ani obietnic na przyszłość. Była tylko zgoda na to, kim jest teraz. A to okazało się bardziej kojące niż wszystkie zapewnienia, jakie kiedykolwiek słyszała od ludzi.

Zrozumiała, że dom nie musi być jasny ani ciepły. Dom to ktoś, przy kim nie trzeba się już pilnować. Przy nim jej myśli przestawały biec, a wspomnienia przestawały krzyczeć. Układały się powoli, jak kurz opadający w promieniu świecy. Kochała go nie pomimo jego natury lecz właśnie przez nią, przez jego niezmienność. Świat zawsze czegoś chciał, coś odbierał, coś zmieniał. Goro trwał. A w tej trwałości znalazła spokój, którego nigdy wcześniej nie umiała zatrzymać.

Zamek Boltimore przestał być pustką, gdy zamieszkało w nim ich wspólne milczenie. I wtedy po raz pierwszy poczuła, że nie wróciła do miejsca. Ona wreszcie gdzieś dotarła.

Poranki w Boltimore nie zaczynały się światłem tylko spokojem. Najpierw budziła się cisza, ta głęboka, miękka, w której mury nie skrzypiały już z chłodu, a jedynie oddychały wiekiem. Dopiero potem otwierała oczy i zawsze wiedziała, że on jest gdzieś blisko. Nie musiała go widzieć. Wystarczało to niewytłumaczalne poczucie, że nic jej dziś nie wyrwie z istnienia. Lubiła na niego patrzeć, na jego spokojną twarz i miękkie pukle włosów rozsypane po poduszce. Lubiła, gdy ją obejmował, gdy gładził jej skórę swoją ciepłą dłonią. Lubiła, gdy ją pieścił i gdy patrzył na nią tak, jakby nikt inny nie istniał w tym ani w żadnym innym świecie.

Goro nigdy nie dotykał jej tak jak człowiek. Jego obecność była bardziej jak ciężar koca zimą: prawie niewyczuwalny, a jednak niemożliwy do zastąpienia. Gdy siadała przy wysokim oknie, on opierał się o kamienną ścianę obok i wtedy nawet wiatr za murami cichł, jakby uznawał ich granicę. Przy nim przestała myśleć o świecie jako o czymś, co trzeba przetrwać. Stał się czymś, co może po prostu mijać.

Zauważyła, że nie rozmawiają o miłości. Miłość była tu oczywista jak noc po zmierzchu. Objawiała się w drobiazgach: w tym, że płomienie świec nigdy nie gasły, kiedy zasypiała; że koszmary kończyły się zanim zdążyły nabrać kształtu; że wspomnienia, które kiedyś rozdzierały, teraz jedynie przechodziły obok niej, jak deszcz oglądany zza szyby.

Był jej domem nie dlatego, że dawał schronienie lecz dlatego, że przy nim nie musiała już szukać drogi powrotnej. Po raz pierwszy nigdzie nie tęskniła. Nawet przeszłość straciła ostre krawędzie, jak stare zdjęcie, które nosi się tyle lat, aż papier mięknie od dotyku.

Czas w zamku nie płynął. Osiadał. Warstwa po warstwie, spokojnie, bez pośpiechu, aż dni przestawały się od siebie różnić, a ona przestawała potrzebować jutra, by poczuć się bezpiecznie. Wystarczało, że on był. I może właśnie dlatego go kochała, bo przy nim nie musiała już walczyć o swoje miejsce w świecie. On po prostu zrobił w nim dla niej przestrzeń i trwał tam tak pewnie, jakby od zawsze była jego częścią.

- Dziwnie jest tu wrócić. Dziwnie patrzeć na to wszystko, na ruinę. Miałeś tak kiedyś? Wróciłeś do miejsca, które nazywałeś domem, a zastałeś tam jedynie zgliszcza? - zapytała z cichym westchnięciem, zastanawiając się przy tym, czy Goro miał w ogóle takie miejsce, które było dla niego aż tak ważne. Był demonem, jego natura była zgoła inna niż ludzka, tak, jak jego postrzeganie czasu i jako takiego przemijania. Czy przywiązał się kiedyś do jakiegoś miejsca tak, że pragnął do niego wrócić?

- A jak mają się sprawy z Wysłannikami? Atmosfera jest chyba dość napięta. Myślę, że to, co dzieje się między Seraphiną, a tym mężczyzną, który był bliski Arii i Athanowi, będzie miało wpływ na wiele rzeczy. Oni powinni być zgodni, a wygląda to trochę tak, jakby rywalizowali dosłownie we wszystkim. Trochę się boję, przyznaję. Mam nadzieję, że nikt z nas nie oberwie rykoszetem. - Wiera uniosła na moment głowę i spojrzała w oczy Goro. Był spokojny, ale domyślała się, że to tylko pozory. Bał się równie mocno, co ona.

Wtuliła się w niego i mocno objęła, wsuwając się lekko na jego kolana, by jeszcze bardziej poczuć ciepło bijące z jego ciała. Nie było w tym pośpiechu ani niepewności, raczej odruch, który znało ciało szybciej niż myśl. Jakby od dawna wiedziała, że właśnie tam kończy się napięcie noszone przez cały dzień. Ciepło, które od niego płynęło, nie przypominało ludzkiego; było głębsze, spokojniejsze, jak ciepło ziemi oddawane nocą po długim lecie. Oparła policzek o jego pierś i wsłuchała się w rytm. Nie w bicie serca, bo nie było ono równe ani znajome lecz w powolne pulsowanie, które układało jej oddech do własnego tempa. Objął ją bez wysiłku, jakby zawsze należała do tej przestrzeni pomiędzy jego ramionami. Palce, ciężkie i pewne, zatrzymały się na jej plecach w miejscu, gdzie zwykle zbierał się niepokój. Wystarczyła chwila, by ramiona same opadły, a napięcie odpłynęło z niej jak cofająca się fala. Nie musiała zamykać oczu, żeby odpocząć , bo przy nim nawet czuwanie było snem. Myśli cichły, jedna po drugiej, aż zostawało tylko poczucie bycia trzymaną, nic więcej. Bez pytań, bez wspomnień, bez przyszłości.

Przysunęła się jeszcze bliżej, jakby chciała upewnić się, że naprawdę istnieje, a on nie rozproszy się jak wszystkie rzeczy, które kiedyś obiecywały zostać. Jego dłoń przesunęła się nieznacznie, niemal niezauważalnie lecz w tym geście było więcej obietnicy niż w jakichkolwiek słowach - spokojnej, pewnej, niewymagającej. I dopiero wtedy zrozumiała, że to nie ona go obejmuje lecz on pozwala jej na chwilę przestać podtrzymywać samą siebie.

- Goro? Myślisz, że tym razem też wszystko skończy się dobrze? Martwię się o Arię, jak to na nią wpłynie. W jej stanie nawet najmniejsze zdenerwowanie jest niebezpieczne. Silne emocje wpływają na przebieg ciąży i niestety, ale nie pozytywnie. Będę starała się na nią wpływać, uspokajać i pocieszać, ale obawiam się, że na niewiele się to zda. Elijah, ten mężczyzna, był dla niej bardzo ważny. Nawet nie wyobrażam sobie, co ona i Athan muszą teraz czuć. - nie musiała na niego patrzeć, by wiedzieć, że na jego do tej pory spokojnej twarzy pojawiło się teraz napięcie. Jego milczenie zmieniło barwę. Było cięższe, bardziej skupione, jak powietrze tuż przed burzą. Ramiona, na których się opierała, stężały ledwie zauważalnie, a jednak wystarczająco, by poczuła, jak odpowiedzialność osiada w nim jak kamień na dnie wody.

Wiedziała, że czuł się odpowiedzialny za Arię i gdyby coś jej się stało, nigdy by sobie tego nie wybaczył. Sam wyznaczał sobie granice, których nie wolno było przekroczyć, a jej bezpieczeństwo należało do nich od chwili, gdy stali się sobie bliscy. Przesunął dłonią po plecach Wiery, powoli, jakby porządkował własne myśli w rytmie tego gestu. Oparła czoło o jego ramię. Nie obiecywał jej, że nic złego się nie stanie, nie zapewniał, że wszyscy będą bezpieczni. A jednak właśnie to jego milczenie przyniosło ulgę. Bo Goro nigdy nie obiecywał rzeczy niemożliwych - tylko to, że cokolwiek nadejdzie, nie zastanie ich bezradnych.

Poczuła, jak przesunął kciukiem po jej ramieniu w powolnym, jednostajnym geście. Uśmiechnęła się lekko, z błogością wymalowaną na twarzy. Tym razem, to ona chciała być dla niego oparciem, bo choć nigdy o to nie prosił i być może nie potrzebował, pragnęła okazać mu wsparcie.

- Ja będę jej wspomnieniem spokoju. Ty jej granicą. Athan… - urwała na moment, jakby ważyła znaczenie imienia - On będzie powodem, by wracała, jeśli się zatraci. A jeśli to nie wystarczy, wtedy będziemy przy niej tak długo aż wystarczy. - szepnęła, chcąc by wiedział, że nikt nie opuści Arii i nie pozwoli jej upaść.

Tym razem spojrzał na nią. W jego oczach nie było wątpliwości, jedynie spokojna pewność rzeczy, które zostały już postanowione. Oparła się o niego mocniej. Po raz pierwszy od chwili, gdy zaczęły dziać się wokół dziwne i niepokojące rzeczy, poczuła, że przyszłość nie jest przepaścią, tylko drogą biegnącą przez noc. Niewidoczną daleko, ale istniejącą, bo ktoś stał obok i wiedziała, gdzie postawić następny krok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^