WYSŁANNIK I
Morwenna była kłamstwem. Najpiękniejszym, jakie w życiu
widział.
Bynajmniej nie chodziło tu o piękno fizyczne, które poddał
już swojej chłodnej analizie. Chodziło natomiast o to, iż kłamstwa
najpiękniejsze są wtedy, gdy są prawdą. Toż to paradoks!, zakrzyknie ktoś z
oburzeniem. Lecz czy nie wtedy łże się najłatwiej? Czy nie jest to wtedy
przyjemniejsze, bardziej naturalne, bardziej… wiarygodne? Powiedz na głos:
„jestem ptakiem”, a w myślach powtórz to samo w tym samym czasie, ale z drobną
zmianą: „jestem człowiekiem”. Co wygrywa, myśl czy słowo? Zawsze myśl, bo to
mózg steruje językiem. Więc czyż można by to nazwać kłamstwem? Jakże to tak? Jakże
człek, uznający się za człowieka, może skłamać? A że powiedział coś innego, a
że ktoś usłyszał coś innego… to nie ma znaczenia. To tylko cielesne
ograniczenia.
A wszystko, co cielesne, jest słabe.
Morwenna doskonale to wiedziała. Dlatego opowiadała mu tylko
i wyłącznie prawdę. Swoją prawdę. Tę, w którą wierzyła, a wiara ta była
tak silna, że tchnięta została w wypowiadane kłamliwym językiem słowa. Uwierz
w kłamstwo, a stanie się prawdą, mówią. Morwenna dokonała tej magii. I była
to magia na tyle silna, że aż przyjemna. Wysłannik chętnie się jej poddawał,
choć, niestety, w pełni świadomie. Bo choć nekromantka próbowała, choć robiła
to nadzwyczaj pięknie — najpiękniej — to nie była w stanie go oszukać.
Nekromantka pokazała swoje karty. Jego zaś uznała za
słabszego. I to tylko dlatego, że on swoich kart jeszcze nie wyłożył. Choć jej
zapewne wydawało się odwrotnie.
Słodkawe, ciężkie, duszne powietrze zaczęło z lekka
ustępować wraz ze zniknięciem magiczki. Tak jakby wraz z nią znikł aromat
czegoś, co powinno być jej znane aż nadto: woń rozkładu. Wysłannik odetchnął
głęboko, po raz pierwszy od bardzo dawna, z jakiegoś powodu nie będąc w stanie
rozejrzeć się dookoła. Nie chciał patrzeć na chaos, którego dokonała.
Wysłanniczka otrząsnęła się szybko. Za szybko, bo
natychmiast zaatakowała go wyrzutami. Może i miała rację, ale teraz jeszcze nie
zamierzał na nic odpowiadać. Dziewczyna była zbyt młoda, zbyt butna, zbyt
irytująco prostolinijna. Według niej świat był albo czarny, albo biały. I
prawdą było, że tego w przybliżeniu uczył ich Dis Patre. Ale Wysłannik zebrał
zbyt dużo mądrości i doświadczenia, by wiedzieć, że to tak nie działało.
A więc… czy to byłby pierwszy raz, gdy nie zgadzał się ze
swoim Bogiem?
Wysłannik pospiesznie odrzucił tę myśl. Nie należało się nad
sobą użalać. Należało działać.
— Pójdziesz ze mną — rzekł do Seraphiny, choć wcale na nią
nie patrzył.
Spoglądał bowiem przed siebie: tam, gdzie jeszcze niedawno
stała Morwenna, a gdzie teraz tkwił jej pomagier. Dumnie wyprostowany, niemal
nieruchomy, odpowiadał odważnie spojrzeniem, nie śmiejąc nawet mrugnąć.
Podejmował wyzwanie, jednocześnie dając Wysłannikowi do zrozumienia, że się go
nie boi.
— Ty też — mruknął, wreszcie odwracając głowę w stronę Goro.
— Wasza dwójka pójdzie ze mną. Musimy omówić kilka spraw bieżących. — Ciebie,
panie — popatrzył obojętnie na Daniela McKenzie — poproszę za chwilę. Ty —
wskazał na Wierę — zajmij się słabszymi, pomóż im otrząsnąć się ze skutków
wizji, o ile sama sobie już z nimi poradziłaś.
Goro niespokojnie popatrzył na swoją partnerkę, ale
Wysłannik o to nie dbał.
— Potem odprowadź ich do jakiegoś bezpiecznego miejsca. I
zadbaj o to, by nam nie przeszkadzali.
Z tymi słowy Wysłannik ruszył przed siebie. Sama jego poza
wskazywała na to, że nie zamierzał znosić jakiegokolwiek sprzeciwu, dlatego
wymienieni z imienia po chwili podążyli za nim. Oboje robili to jednak
niechętnie: Goro cały czas oglądał się za Wierą, a Seraphina zerkała na Petre.
Sentymenty, burknął w myślach. O ile byłoby
prościej, gdyby nie sentymenty.
— Dlaczego bez niego? — spytał podejrzliwie demon, zerkając
za siebie w stronę stojącego jak słup Daniela McKenzie.
Wysłannik nie odpowiedział od razu. Milczał długo, aż
wreszcie przeniósł spojrzenie na swoją partnerkę, wciąż tak głupio
niezadowoloną.
— Bo im nie ufam.
LEONARD
F a r s a. Oto, z czym kojarzyła się Leonardowi cała ta
śmieszna scena. Morwenna wyraźnie była tu białą królową, która miała ich,
czarne pionki, pod całkowitą kontrolą. A on, Wysłannik Batara Kali, bardzo nie
lubił być pod czyimkolwiek szachem. Zwykle to on zadawał maty, dumnie i z
gracją prezentując swoją doskonale przemyślaną, a jednocześnie niespieszną
taktykę. Ale, choć Morwenna wyraźnie wykonała godny podziwu, odważny manewr,
Leonard się nie bał. Bać to może się ona, myślał mściwie, bo teraz
jest mój ruch.
Lecz Leonard zamierzał działać ostrożnie. Powód był prosty:
jeszcze nie wiedział, czy ta nekromantka mu się przyda czy nie. Ufać jej nie
mógł, ale ewentualnych mostów też nie było co palić — na to dużo za wcześnie, a
on był zbyt wytrawnym graczem, by pozwalać sobie na tak dziecinne błędy.
Z tegoż samego powodu Leonard czujnie obserwował
oddalających się Wysłanników i Goro. A więc to ta trójka jest tu najważniejsza,
tak?, zastanawiał się z delikatnym, choć drapieżnym uśmiechem. Dobrze,
niech im tam będzie, ale warto trzymać się blisko. I właśnie z tego powodu wkrótce
ruszył za nimi, zamierzając wprosić się na tajne spotkanie. W końcu on też był Wysłannikiem,
tak? A że innego boga, to nie robiło większej różnicy,
— Chodź, Młody — rzucił w stronę Petre, gdy go mijał. —
Posłuchasz, to może się czegoś nauczysz.
Dzieciak wahał się jeszcze chwilę, ale w końcu, chyba z
braku laku, ruszył za nim.
— Będę brutalnie szczery — rzucił nieco stłumionym głosem,
bardzo niespiesznym krokiem śledząc coraz bardziej oddalających się Wysłanników
i demona — ale nie jesteś na tej arenie zbyt poważnym przeciwnikiem. A właściwie
to nie jesteś żadnym przeciwnikiem. Ale ty to wiesz, prawda?
Petre nie odpowiedział, choć z jego twarzy łatwo było
odczytać mieszankę oburzenia, niepewności i zrezygnowania.
— Nie ma w tym nic złego — uspokoił go Leonard z uśmiechem
okraszonym odrobiną politowania. — A nawet wprost przeciwnie, wiesz? Gdyby
świat pełen był tylko takich cwaniaków, jak my tutaj, byłoby tu nie do zniesienia, wiesz? Poza
tym — Leonard jeszcze mocniej zwolnił krok, nagle wbijając w Petre ostre spojrzenie
— im mniej doceniany przeciwnik, tym groźniejszy.
Po tych słowach jak gdyby nic ruszył dalej, dobrze wiedząc,
że Petre, obecnie bardzo zaintrygowany, pójdzie za nim.
— Bądź moimi uszami i oczami, mały wampirku — zakomenderował
cicho. — Mnie wszędzie nie wpuszczą, ale ciebie już tak. Dobrze wiesz —
popatrzył na niego uważnie — że mamy wspólne cele. Dis Patre jest nam wybitnie
nie na rękę i trzeba coś z tym zrobić. Nie wiem, co kombinuje Wysłannik, więc
warto go posłuchać, ale… nie wtajemniczałbym go w nasze plany. Za to… — Leonard
odwrócił się przez ramię, wypatrując kogoś, kto niedawno zniknął z polany — znasz
chyba kogoś, komu też zależy na tym, by Dis Patre oddał to, co nie jego,
prawda? Jeśli masz do nich zaufanie, wciągnij ich w to. Ale dyskretnie i
delikatnie, tak? — Leonard poklepał go dziarsko po ramieniu. — Czyli tak, jak
potrafisz najlepiej.
Gdy weszli do niewielkiej, wiejskiej salki, którą Szefostwo
wybrało sobie na miejsce obrad, spoczęły na nich zaskoczone, a może nawet wrogie
spojrzenia. I o ile Petre nieco się w sobie skulił, tak Leonard nic sobie z tego
nie robił, jak gdyby nic zajmując jakieś stare, składane krzesło stojące pod
oknem. Na szczęście państwo szybko straciło nim zainteresowanie, bo powróciło
do rozmów.
— …właśnie dlatego to ja rozmawiałem, nie ty.
Wysłannik wyglądał na niezadowolonego, choć teoretycznie nie
okazywał żadnych emocji. Tymczasem Wysłanniczka wyraźnie miała je zepsute: bo
jawnie było widać, że w niej tkwiły, choć działały wadliwie, a czasami po
prostu się wyłączały — jak kapryśny, dziesięcioletni komputer. I wyglądało na
to, że panienka nadal była wściekła na swojego szefa za zbyt bierną postawę
wobec Morwenny.
— Młody — syknął w stronę stojącego sztywno jak struna Petre
— weź skocz po popcorn.
Petre popatrzył na niego w taki sposób, jakby był pewien, że
któryś z nich stracił rozum — ale nie wiedział, który.
— Poddajesz się emocjom — kontynuował Wysłannik i choć nie
widać było tego na twarzy, czuło się pewien rodzaj ukrytego wzburzenia —
których nie masz prawa odczuwać. Jesteś zbyt niedojrzała na to stanowisko i
mogę ci obiecać, że to twoja pierwsza i ostatnia misja w tej roli. Nie umiesz…
— Co?!
Petre aż wyrwał się do przodu, zaskoczony i załamany tym, co
usłyszał.
— Nie możesz jej tego zrobić! — krzyczał, okazując nieznaną
dotąd stanowczość. — Przecież ona wtedy…
— Umrze? — dokończył za nią Wysłannik. — Owszem, choć jednocześnie
to niemożliwe. Wysłannicy nie posiadają daru życia. Nie wtrącaj się, chłopcze.
— Morwenna — wtrącił Goro, najwyraźniej chcąc zakończyć ten
krótki, acz dziwny spór — chce zaprowadzić nowy porządek. Nie mamy prawa do
tego dopuścić.
— Oczywiście. Ale aby łatwiej przewidzieć ruchy przeciwnika,
należy go lepiej poznać... czego niektórzy wciąż nie rozumieją — dodał, karcąc
spojrzeniem Seraphinę.
Leonard popatrzył na tę drobną, choć hardą kobiecinę,
zastanawiając się, czy zareaguje na tę dziecięcą zaczepkę. Miał szczerą
nadzieję, że tak — im bardziej się pokłócą, tym więcej informacji Svik będzie
mógł wyłuskać. I tylko Młodemu powiedział, że jak nie chce tu siedzieć, to niech idzie werbować nowych towarzyszy broni, a potem wróci, jeśli tylko zechce. A pewnie zechce, chcąc niczym lew bronić swojej ukochanej Seraphiny.
Svik prychnął kpiąco.
I naprawdę, cholera, myślał ze zmarszczonymi brwiami, przydałby się tu ten popcorn.
ATHANASIUS
Po krwi nie było już ani śladu. Nigdzie. Nie było jej
już na jego szyi, nie wlewała mu się do ust, nie dławiła go. Nie było jej na
bluzce Arii, nie ściekała po jej nogach, nie plamiła ich dłoni, które jeszcze
niedawno w panice błądziły po ciążowym brzuchu. Nie było jej nigdzie…
W myślach też już nie.
Wyobraźnia uwielbiała karmić się krwią. Wtedy właśnie
zawierała sojusz co najmniej zaskakujący i zdradziecki, bo ze Strachem. Ta
dwójka, pozornie całkiem do siebie niepasująca, w rzeczywistości znakomicie się
uzupełniała. Albo raczej: podsycała. Dzięki temu wyobrażona krew była obfitsza,
straszniejsza, pachnąca rdzą, solą i śmiercią.
Ale on się nie bał. W zasadzie… nie czuł nic. Nie czuł
obawy, szoku, strachu, ulgi. Tak — nawet ulgi! Czyż nie powinien jej czuć na
widok bezpiecznej Arii? Wszak nic jej się nie stało; ani jej, ani ich dzieciom.
Wszyscy byli cali, można było odetchnąć. Ale Athanasius nie musiał. Nie miał
takiej potrzeby. I to, zupełnie niespodziewanie, go rozdrażniło.
Bo doskonale wiedział, dlaczego nic nie czuł. Choć chciał
czuć. Tak, czasami odczuwał aż za wiele. To też było złe, ale i tak lepsze od
stanu, w którym wszystko było miałkie i obojętne. Athan wystarczająco długo
wykształcał w sobie umiejętność rozpoznawania i odtwarzania uczuć i emocji, by
teraz nagle ją zatracić. O tak, nieczucie było bardzo wygodne, znacznie
uproszczało wiele spraw. Ale „czuć” i „nie czuć” oddzielała bardzo gruba linia,
którą Athan narysował samodzielnie całe dziesiątki lat temu. Myśl o tym, że mogła pojawić
się tam jakakolwiek rysa, jakieś pęknięcie, jakiś rozłam, napawała go
niepokojem, wstrętem — i ekscytacją.
Na ułamek sekundy na jego twarzy mignął uśmiech. Kiwnął
głową, jakby sam do siebie. Tak, odzyskiwał nad sobą panowanie. Dobrze, bardzo
dobrze.
Dzięki temu opanowaniu jego oczy zwróciły się w stronę
oddalających się postaci. Wysłannik, Goro i ta cała Seraphina — to oni teraz
rozdawali karty, tak? Uważali się za najważniejszych. Co za idiotyczna
banda!, wściekał się w myślach, rad z odczuwania jego najulubieńszej
emocji, jaką był gniew. Bo czyż to nie wyglądało absurdalnie? Dwoje
Wysłanników, w tym jeden ze skradzionym ciałem jego przyjaciela, pozbawionych
jest duszy. Czy to oznaczało, że mieli szerszy obraz sytuacji? Zdaniem Athana —
wprost przeciwnie. Nie byli mądrzejsi, a upośledzeni. Przeniknęli do świata,
który zbudowany jest emocjami, który tętni i żyje nimi. Całą tę śmieszną paczkę
zwieńczał Goro, w którym było tyle życia, co w małym kamyczku na żwirowej
ścieżce. Athan prychnął pod nosem, mając gdzieś, że z boku mógł wyglądać
absurdalnie. O nie, myślał sobie, nie dam decydować o swoim losie
bandzie trzech kretynów.
Powoli wszyscy znikali z niedawnego pola bitwy na słowa.
Grupa tych ważniejszych zniknęła za zakrętem prowadzącym do centrum wioski — o
ile wioska mogła mieć jakiekolwiek centrum. Leonard zgarnął Petre, ruszając, co
ciekawe, w tym samym kierunku. Wiera była z Arią, ale Athan nie zwracał na nie
uwagi. Bardziej bowiem ciekawił go ostatni członek tego zebrania: ten, który
stał spokojnie na polanie niby strażnik tego, co zostało tu niedawno
powiedziane. Dlaczego Morwenna zostawiła tu swojego pomagiera? I dlaczego
Wysłannik nie zabrał go ze sobą? To wszystko było bardzo proste.
Bo był nikim.
Ba!, żeby było śmieszniej — Daniel McKenzie był człowiekiem.
Zwykłym, najzwyczajniejszym w świecie człowiekiem, który emanował nadzwyczajną
wręcz charyzmą i pewnością siebie. To właśnie sprawiło, że przy ich pierwszym
spotkaniu Athan zareagował niemal strachem — za co miał ochotę się teraz
ubiczować. Bał się oczywiście nie o siebie, a o Arię, ale teraz to nie miało
znaczenia. Bo i Daniel McKenzie nie miał znaczenia.
A Athan zamierzał to wykorzystać.
Jego umysł działał na pełnych obrotach, dlatego nie zauważył
ani upływu czasu, ani czającego się w pobliżu Petre, który pojawił się nie
wiadomo skąd.
— Czy ja… mógłbym Arię na chwilę…? Chciałbym z nią coś
omówić…
— Tak, tak, idźcie — mruknął obojętnie, nawet na niego nie
patrząc.
Tak było nawet lepiej: jego luba nie będzie musiała patrzeć
na to, co za chwilę zamierzał zrobić. A to napawało go niemal ekstazą. Czuł,
jak rosło w nim coś, o istnieniu czego już dawno zapomniał. Czuł, jak nabierał
mocy, jak odzywał się w nim ten rodzaj pewności siebie, który niegdyś przyszyty
był szczelnie do jego duszy, a dziś stanowił upiornego ducha przeszłości. Witaj
z powrotem, pomyślał, mieszając służalczy i kpiący ton. Oczywiście zdawał
sobie sprawę, że przecież nie zachodziła w nim żadna spektakularna przemiana —
ale miło było od czasu do czasu poluzować ten kaftan bezpieczeństwa, którym sam
się niegdyś owinął.
Gdy na polanie pozostali już tylko oni, Athan postanowił
wykonać pierwszy krok. Niespieszny, łagodny, ale długi. W ten sposób odległość
między nimi malała szybko, choć subtelnie. Ot, pokazanie władzy zmieszaną z
chęcią współpracy. Podprogowe sygnały były czymś, co zawsze Athana fascynowało
i co bardzo lubił wykorzystywać.
Aż wreszcie zbliżył się do Daniela na odległość, która
według wielu zahaczałaby o granicę przestrzeni osobistej. Lecz McKenzie
dzielnie nie zareagował, nie odsunął się choćby o piętkę. Odważny chłopak,
zauważył niemal z zadowoleniem — bo to zapowiadało tym ciekawszą pogawędkę.
Nie odezwał się od razu. Zamiast tego wbił w Daniela
spojrzenie swych ciemnych oczu. Oczu, które widziały zbyt wiele i które w tej
chwili odbijały zbyt wiele.
Podprogowe sygnały.
— Widzę, że próbujesz panować nad oddechem — zaczął cicho,
chłodno. — To godne podziwu, choć całkowicie bezużyteczne wobec kogoś, kto
słyszy przepływ krwi w twoich tętnicach — Athan zawiesił głos, pozwalając, by
ta groźba wybrzmiała w ciszy. — Skoro Morwenna nie raczyła nas oświecić w
kwestii swoich... ambicji, a ci trzej komedianci poszli debatować o wyższości
niebytu nad bytem, spróbujmy ustalić coś po swojemu.
Spojrzał Danielowi prosto w oczy, nie mrugając.
— Nie interesuje mnie lojalność wobec tamtych, McKenzie.
Lojalność to koncept dla psów i Wysłanników. Interesuje mnie to, co Morwenna
trzyma w tych skradzionych duszach. To nie jest zwykła kradzież, prawda? To
magazynowanie energii. A ty wiesz, do czego ona ma posłużyć.
Daniel się go nie wystraszył. Oczywiście, że nie. Wciąż stał
dumnie wyprostowany, godnie reprezentując swoją Panią. Czy Athana to ubodło?
Uśmiechnął się szeroko. Bardzo szeroko.
Nie. Nie ubodło go to ani trochę.
McKenzie stał z założonymi rękami, emanując tą irytującą,
ludzką pewnością siebie, która bierze się z wiary w cudzą opiekę. Daniel uważał
się za nietykalnego, bo był własnością Morwenny. Myślał, że immunitet
dyplomatyczny chroni go przed drapieżnikiem, który widział upadek imperiów,
zanim przodkowie Daniela nauczyli się pisać.
Athan podszedł do niego z miną badacza pochylającego się nad
rzadkim gatunkiem chrząszcza.
— Podziwiam tę pańską butę, panie McKenzie — zaczął cicho,
niemal uprzejmie. — Jest taka... świeża. Taka krótka. Przypomina mi mołojców,
którzy wierzyli, że atamańska buława ochroni ich przed tatarską strzałą.
Daniel uniósł podbródek, chcąc coś odpowiedzieć, ale Athan
nie dał mu dojść do słowa. Zrobił jeszcze jeden krok, wchodząc głęboko w strefę
komfortu swojego rozmówcy.
— Wiem, co pan sobie myśli. Że jeśli ruszę pana choćby
palcem, Morwenna natychmiast zareaguje, paląc tę ziemię i wszystko wokół do
ostatniego żywego, a Wysłannicy zedrą ze mnie skórę za zerwanie rozejmu, który
nawet jeszcze nie zdążył zaistnieć. Ma pan rację. Dlatego pana nie dotknę.
Zamiast tego... po prostu pana poobserwuję.
Athan przechylił głowę, a jego oczy, nieruchome i
nienaturalnie skupione, zaczęły skanować twarz Daniela.
— Pańska tarczyca pracuje na pełnych obrotach, panie
McKenzie. Źrenice reagują na moją bliskość, mimo że pańska twarz próbuje
wyrazić znudzenie. To fascynujące — rzekł wolno, uśmiechając się lekko — jak
ciało zdradza prawdę, której umysł próbuje zaprzeczyć.
Athan zawiesił głos, jakby delektował się tą obserwacją.
Uśmiechnął się, ale był to uśmiech, który w żaden sposób nie współgrał z
oczami. W postawie Daniela zaś dało się wyczuć tę charakterystyczną sztywność,
która sygnalizowała gotowość do oporu. Athan zmarszczył więc lekko brwi, lecz
nie w gniewie, a zamyśleniu, nadając swojej twarzy nieco łagodniejszego wyrazu.
— Ale zostawmy to — rzekł tylko na pozór pojednawczym tonem.
— Ważne jest co innego. Widzę, że łączy pana z Morwenną coś, czego tamci... —
wskazał na miejsce, w którym jeszcze jakiś czas temu stali samozwańczy liderzy
— ...nigdy nie zrozumieją. Dla nich ona jest problemem do rozwiązania albo
narzędziem do wykorzystania. Dla pana jest kimś więcej.
Zrobił pauzę, tym razem zachowując bezpieczny dystans, by
nie prowokować Daniela.
— Właśnie dlatego powinniśmy rozmawiać. Morwenna podjęła się
gry, w której stawką jest równowaga sił, o jakich ci „Wysłannicy” nie mają
pojęcia. Oni widzą prawo i karę. Ja widzę procesy, które mogą wymknąć się spod
kontroli. Jeśli coś pójdzie nie tak, oni po prostu wykonają wyrok. Nie będą jej
ratować — ani pana, ma się rozumieć. Nie będą szukać wyjścia z sytuacji, w
której wszyscy wygrywają. Po prostu... zamkną sprawę.
Przeniósł wzrok na Daniela, tym razem bez badawczej
natarczywości, za to z rodzajem smutnego porozumienia.
— Bo musi pan pamiętać, że mamy przed sobą siły bóstw. Nekromantów
czy wampirów spotkał pan w swoim życiu zapewne sporo, to jasne. Ale bogowie…
to, przyzna pan, inna liga. To nieznana materia, ale czy to, co nieznane,
nie fascynuje najbardziej? Ale jest też znacznie groźniejsze — dodał odrobinę
ostrzej — dlatego trzeba mieć pełną świadomość, z czym się mierzymy.
— Ja nie chcę jej upadku, Danielu, bo chaos to jedna z tych
rzeczy, której nienawidzę najbardziej. A kiedy Dis Patre wyśle
swoich prawdziwych siepaczy, przyjaźń może nie wystarczyć. Potrzebna będzie
chłodna kalkulacja, której oni — wskazał na Wysłanników — nie posiadają. Bo nie
– wbrew pozorom, brak duszy nie pomaga im w osądach. On go tylko upośledza.
Więc nie, Danielu — zastrzegł ze spokojem, który brzmiał niepokojąco — nie chcę
poznać waszych sekretów, bądź o to spokojny. Ja chcę… — zawiesił umyślnie głos,
ostrożnie dobierając słowa — spokoju. Dla mnie, dla mojej żony i moich
córeczek. A wiem, że tamci — kiwnął głową za siebie — tego nie chcą. I ty też
to wiesz. Samodzielnie nie zdołacie osiągnąć tego, czego chcecie, a przynajmniej nie w pełni. Sojusz to najrozsądniejsze rozwiązanie, na którym obaj skorzystamy. Bo ja chcę spokoju, a pan wie, jak do niego doprowadzić. Prawda?
McKenzie mógł mu uwierzyć. Mógł też uznać całą jego mowę za
stek bzdur. I, wbrew pozorom, to wcale nie miało aż takiego znaczenia. Bo ziarno
i tak zostało zasiane i nawet jeśli nie trafiło od razu na podatną glebę, dalej
poniesie je wiatr — a gdzie zaprowadzi, gdzie i na co wyrośnie, nie wiedział
nikt. I o ile dla Athana taka niewiedza nie była niebezpieczna, tak dla Daniela…
…mogła być śmiertelna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz