ROZDZIAŁ 831

GORO

Ogień trzaskał w rozpalonym niedawno kominku, sprawiając kłamliwe wrażenie, że wokół panuje ciepła, przyjemna atmosfera. Również płomienie, tak żywo pomarańczowe i czerwonawe, radośnie tańczące w odbiciu na zmatowiałych od kurzu kafelkach, zadawały kłam, mamiąc wesołością i odprężeniem. Ale może one nie kłamały?, myślał Goro. Może nie kłamały, tylko starały się najlepiej, jak mogły?

Demon mógł pozwolić sobie na tak filozoficzne przemyślenia. Albo może i nie mógł — ale i tak to robił. Właśnie dlatego cały czas kucał przy kominku, mimo że już dawno go rozpalił. Znalezienie kilku kawałków drewna nie stanowiło problemu, ale prawdziwym cudem był drożny kanał wentylacyjny. Goro powiódł wzrokiem w górę, zupełnie jakby miał w oczach rentgen i mógł przejrzeć przez te stare, podniszczałe ściany. Myślał o dymie, który unosił się właśnie ku górze. Ktoś mógłby powiedzieć, że to proces spalania, który unicestwia, a dym to jego końcowy, tragiczny efekt. Ale Goro uważał inaczej. O spaleniu myślał jak o odrodzeniu, a o dymie jak o duchu, który właśnie odzyskał wolność. Nie był bowiem żadnym tragicznym końcem, a udanym zwieńczeniem.

Ot, jak wiele robi inna perspektywa: zupełnie zmienia ocenę nawet czegoś tak prostego i banalnego jak dym.

Nie mówiąc już o ludziach.

Goro westchnął ciężko, przesuwając palcami po popękanym kafelku. Przez chwilę pozwolił sobie zatracić się w rytmie trzaskającego ognia, szukając w tym dźwięku znanego, kojącego porządku świata. Jednak nawet ta chwila nie mogła go uchronić przed powracającym niepokojem — świadomością, że wszystko wokół jest jedynie fasadą, a prawdziwe wyzwania czają się tuż za nim, tuż po powstaniu z klęczek. Ale czyż nie powiadają, że nie można wiecznie klękać? Wstał więc, choć niechętnie, czując, jak ciężar podjętych decyzji osiada na jego barkach niczym mokry płaszcz.

Równie niechętnie odwrócił się w stronę Wysłanników, którzy w tamtej chwili jawili mu się jak kłócące się rodzeństwo: on, ten starszy, był odpowiedzialny i niewzruszony, podczas gdy ona, młodsza i wciąż niedojrzała, usiłowała przeforsować swoje racje, podskórnie wiedząc, że nie ma na to szans. Jednak poza tym dość banalnym porównaniem, Goro widział w nich coś jeszcze, coś znacznie bardziej interesującego. I to na tyle, że po raz pierwszy od dawna prawdziwie, z pełną uwagą, zdołał się im przyjrzeć.

Seraphina była jak otwarta księga — to z pewnością. Lecz jednocześnie można było ją potraktować jak nieudany eksperyment Stwórcy — zbyt porywczą, zbyt… zbytnią. Niedoskonałą. Lecz to w niedoskonałościach dostrzega się prawdziwą doskonałość. I właśnie dlatego ta drobna, kolorowa dziewuszka wciąż fascynowała, sprawiając wrażenie, jakby złodziej jej duszy nie spodziewał się aż tak wielkiego oporu ze strony okradanej, której to udało się wyrwać spory kawałek swojej własności. I tak też to wyglądało: jakby wewnątrz niej ktoś zrobił bardzo pospieszne i niedokładne porządki, pozostawiając gdzieś w kątach resztki uczuć i emocji. Seraphina była nie tylko wyrazista, ale wyraźna. Te słowa, choć podobne, niosły w sobie istotną różnicę, którą Wysłanniczka doskonale godziła.

Co zaś się tyczyło Wysłannika… Z nim sprawa była prosta — ale tylko do czasu. On, wedle nadzwyczaj sztywnych boskich kryteriów, był bytem doskonałym. Był tym, kim mieli być zamieszkujący Ziemię ludzie, zanim coś poszło mocno nie tak. Miał być ich lustrem, ich wewnętrznym marzeniem, ich drogą do celu. Miał być tym, kogo ciemny, wierzący lud nazywał aniołem.

Co więc poszło nie tak?

Teoretycznie — nic. Wysłannik twarz miał nieprzeniknioną; była niczym nieco nieudolnie wyrzeźbione w kamieniu lico, pozbawione tych drobnych niuansów, które ożywiały materiał i nadawały mu duszy. Wysłannik oczy miał puste, cerę bladą, usta lekko zaciśnięte i ułożone w niemal idealną linię, aby kąciki się czasem nie przechyliły w dół lub w górę, choćby nawet o milimetr. Sprawiał wrażenie przytomnego, pewnego siebie oraz całkowicie świadomego swojego zadania — i tego, że do celu należy iść po trupach. Z pewnością umiałby to zrobić i, owszem, nadal był do tego zdolny. Ale…

No właśnie. Ale. Ludzie oko zapewne by tego nie dostrzegło, ale Goro to potrafił. Widział to bardzo subtelne, niemal niewyraźne odbicie czegoś, co kiedyś można było nazwać emocją. Irytacja — ledwie kłująca, wręcz łaskocząca — prześwitywała niczym bardzo cienki, delikatny tiul. Nie zmieniało to jednak faktu, że ów tiul istniał — tak jak istniał w nim ślad emocji. Czy to możliwe? Czy to właściwe? Goro przyglądał mu się uważnie, starając się nie przegapić ani jednej zmarszczki, ani jednego błysku w oku.

— Wiara — odpowiedział Wysłannik, ledwie patrząc na Seraphinę — to opium dla ludu. Masz rację, że jest niebezpieczna, ale mylisz się twierdząc, że jest niebezpieczna dla nas. Jest wprost przeciwnie, Dziecko.

Nazwał ją dzieckiem, zanotował nieco zaskoczony Goro. Czy to kolejny ślad irytacji? Wysłannik nie traktował jej już jak równej sobie. Zganił ją, a nawet w pewnym sensie obraził. Dlaczego by to robił, skoro nie miał żadnych uczuć? Czym wobec absolutu nieistnienia była jedna nieco rozwydrzona smarkula?

— To Morwenna — kontynuował tonem mocnym, choć jednostajnym — podłożyła się nam, tak otwarcie deklarując swoją wiarę. Tę z kolei można banalnie łatwo wykorzystać, jeśli się wie, za które sznurki pociągnąć. My jeszcze tego nie wiemy, ale to doprawdy mała przeszkoda; to pouczające i pocieszające: wiedzieć — podkreślił silnie to jedno słowo — czego się nie wie. Wtedy wiadomo, od czego zacząć.

Goro odniósł wrażenie, że Wysłannik nie mówił już do Wysłanniczki, ale do siebie — jakby uznał, że Seraphina nie jest już dla niego godną rozmówczynią. Zwłaszcza jak zaczęła sięgać po imiona przybyłych wraz z nimi znajomych.

— Ani Arii, ani Petre, ani Athanasiusa nie powinno tu być.

Goro spodziewał się ciężkiego, palącego spojrzenia w swoją stronę — i się nie przeliczył. Wytrzymał, nie spuścił oczu choć z niechęcią musiał przyznać, że nie było to łatwe.

— Nie zasłaniaj się imionami tych, których to nie dotyczy, bo ten argument jest płaski, jałowy i nijaki. Nie obchodzi mnie, co ci ludzie widzą, a czego nie zobaczą. Nie interesuje mnie ich egzystencja. Ciebie — rzekł twardo — też nie powinno.

Wysłannik był zły. I choć nie dało się tego odczytać z twarzy, oczu, gestów czy postawy, można było wyczuć gęstniejącą wokół niego aurę. A może to właśnie echo jego sztucznie usuniętych emocji tak silnie się kotłowało, żeby tylko znaleźć jakiekolwiek ujście? Goro wciąż obserwował, zaciekawiony.

— Jeśli będą szukać informacji na własną rękę i przeszkodzą nam w naszych planach, zabiję ich — odpowiedział beznamiętnie. — Zależy ci na nich, choć nie powinno. To nie zostanie zapomniane ani przeze mnie, ani przez Dis Patre. To twoja pierwsza i ostatnia misja — zawyrokował. — Jesteś zbyt miękka i niestabilna, by zostać Wysłannikiem. Ale skoro nadal tu jesteś i ci… zależy — wypluł to słowo, jakby nie było w stanie poprawnie osiąść mu na języku — zadbaj o to, by się tu nie kręcili, by przestali węszyć. Inaczej będziesz silnie uwikłana w ich śmierć.

W Goro momentalnie urosły strach oraz bunt. Coś wciąż powstrzymywało go od jawnego wyrażenia swojego niezadowolenia — może ten naturalny i nienaturalny jednocześnie respekt, jaki wytwarzał wokół siebie Wysłannik, a może poczucie, że tylko on był w tym trio ostoją spokoju i zdrowego, choć wyważonego rozsądku. Lecz dwóch rzeczy był pewien — po pierwsze, nikogo nie pozwoli skrzywdzić. A po drugie — Wysłannik z pewnością nie rzucał słów na wiatr, więc tym bardziej należało potraktować je poważnie.

— My nie ufamy, Seraphino — odparł karcącym tonem. — My istniejemy. I egzekwujemy.

Wszystko wskazywało na to, że Wysłannik uznał rozmowę za zakończoną. Czy Seraphina była tego samego zdania — nie wiedział, choć pozwalał sobie w to wątpić. Tym bardziej nie chcąc dopuścić do kolejnego konfliktu, sam się odezwał, biorąc potencjalne ciosy Wysłannika na siebie.

— W jednym Seraphina ma rację — odważył się rzec, nie czując przed Wysłannikiem strachu. — To jak zabawa w policjanta i złodzieja: Morwenna wie, że nas obowiązuje litera prawa, podczas gdy nad nią nie wiszą żadne zobowiązania. Sięga po to, po co zechce, dobrze wiedząc, że zanim znajdziemy właściwy sposób, aby ją powstrzymać, ona będzie już nasycona. Do tego dopuścić nie można.

Czuł się dziwnie, musząc tłumaczyć tak oczywiste rzeczy. Nie wątpił, że Wysłannicy doskonale to wszystko wiedzieli, ale miał wrażenie, że to musiało zostać wypowiedziane.

Wysłannik uśmiechnął się przelotnie, a był to widok iście upiorny: jego twarz, wciąż nieruchoma niczym maska, nie rozjaśniła się ani nie złagodniała pod wpływem gestu, który był pusty, przelotny i bardzo dosadnie nic nieznaczący. Znikł momentalnie i wówczas twarz Wysłannika nie tylko nie wróciła do stanu sprzed uśmiechu, ale jakby jeszcze bardziej stężała, nabrała ostrzejszych rysów.

— Bierność nie jest błędem, kiedy czekasz na właściwy ruch. Ale tu masz rację — westchnął pozornie swobodnie — czas oczekiwania się skończył. Znamy lokalizację Kurtyny. Przenieść jej nie będzie łatwo. Ale i zniszczyć jej nie możemy: nie mamy na to dowodów, ale przypuszczam, że to może uszkodzić lub nawet unicestwić wiele dusz. Musimy spróbować metody łagodniejszej, ale równie skutecznej jak siła. Tą metodą jest pakt.

Goro nie sądził, by to był w istocie tak wyśmienity pomysł. Widział, jak nekromantka się z nimi obchodziła; widział, w jak głębokiej pogardzie miała ich wszystkich i jak mało znaczącymi rywalami dla niej byli. Cóż więc zamierzał osiągnąć Wysłannik tym paktem? Goro nie wiedział, ale zaczynał przypuszczać, że wszystko było tylko fortelem, w który nie chciał wtajemniczać absolutnie nikogo — nawet Seraphiny.

A może zwłaszcza jej?

— Morwenna kradnie dusze, bo czegoś potrzebuje — wyjaśnił Wysłannik, co brzmiało najzupełniej logicznie. —  My reprezentujemy Dis Patre – władcę zaświatów. Możemy zaoferować jej „legalne” zasoby lub sposób na to, czego szuka, w zamian za demontaż Kurtyny. To transakcja. Seraphina uważa to za podłość, ale ja nazywam to… optymalizacją.

Gdyby chodziło o kogoś innego, Goro natychmiast by mu wytknął, że Morwenna z pewnością natychmiast tę słabość wykorzysta. Ale Wysłannik był na to zbyt inteligentny. Po trupach do celu — mawiają. A skoro on to potrafił, on to praktykował, czemu teraz miałoby być inaczej?

Demon podejrzewał, że wcale nie będzie inaczej. Ale wiele więcej wiedzieć nie mógł.

— Wszystko, jak sądzę — powiedział ze spokojem Goro — zależy od ceny, jakiej zażąda.

— Nic od tego nie zależy — parsknął na poły z pustym rozbawieniem i irytacją. — Nie istnieje coś, czego pragnęłaby Morwenna, a czego nie moglibyśmy jej ofiarować…

— Chyba że dusze — wtrącił, czując coraz większą złość i niechęć do Wysłannika.

— Błąd — odparował błyskawicznie. — Dusz niestałych, zbłąkanych i zhańbionych jest we wszechświecie na pęczki. Morwenna nie sprecyzowała, w jakim stanie mają być potrzebne jej dusze. Wymiana jednych na inne nie powinna stanowić dla niej różnicy. Teraz sięgnęła po świeże i czyste, bo były najbliżej. Teraz to rozumiecie? — rzucił nagle głośniej, patrząc intensywnie to na niego, to na Wysłanniczkę. — Musimy ją poznać, wszystkiego się dowiedzieć. Nie zdołamy tego uczynić, jeśli natychmiast spalimy wszystkie mosty. Gdy już dostatecznie ją poznamy, będziemy wiedzieli, jakie warunki jej postawić i ewentualnie którą z ofert nie do odrzucenia jej przedstawić. Tak — podkreślił — to my będziemy rozdawać karty. Ale tego momentu doczeka tylko ten, który wykaże się cierpliwością i — popatrzył na Seraphinę — rozsądkiem.

Goro nic już więcej nie powiedział. Nie miał ochoty kłócić się z bytem stojącym w nieistniejącej hierarchii znacznie wyżej od niego. Dlatego gdy nagle ktoś zapukał do drzwi, a do środka po cichutku wślizgnęła się Wiera, demon odetchnął z ulgą, a po jego ciele rozlała się fala rozluźniającego, kojącego ciepła. Nie zważając na spojrzenia Wysłanników, zamknął lubą w swoich ramionach, wdychając zapach jej włosów. To trwało tylko krótką chwilkę, bo zaraz odsunął się odrobinkę — choć tylko na tyle, by móc spojrzeć w jej piękną, jaśniejącą twarz i obdarzyć ją pełnym miłości uśmiechem. Do tego nie trzeba było słów, dlatego ich nie wypowiadał. Zamiast tego uchwycił delikatnie jej dłoń i poprowadził w stronę niewielkiej, zakurzonej sofy, na której oboje usiedli. On objął ją lekko, ona ułożyła mu głowę na ramieniu. Teraz tamta dwójka na powrót mogła zacząć się kłócić, ale jego na ten piękny, lekki, i niestety dość krótki moment, nic nie obchodziło.

Bo on, w przeciwieństwie do Wysłanników, czuł.

Rozdział 830

Seraphina – Wysłannik II

Seraphina nie zwolniła kroku. Przeciwnie, jakby z premedytacją przyspieszyła o ledwie wyczuwalny ułamek, zsynchronizowała oddech z jego krokiem i na krótką, niebezpiecznie znaczącą chwilę zrównała się z Wysłannikiem. Trwało to zbyt krótko, by ktokolwiek mógł nazwać to otwartym wyzwaniem, a jednak wystarczająco długo, by naruszyć porządek, do którego wszyscy byli przyzwyczajeni. To nie była prowokacja, przynajmniej nie taka, którą można by wytknąć palcem lecz świadome przekroczenie niewidzialnej granicy.

Gdy zrównała się z Wysłannikiem, przez jej ciało przeszedł krótki, elektryczny dreszcz. Nie spojrzała na niego, bo spojrzenie byłoby przyznaniem, że to on wyznacza granice tej chwili. Zamiast tego skupiła się na własnym oddechu, na równym rytmie kroków, na dowodzie, że wciąż jest sobą, a nie cieniem dopasowanym do cudzej sylwetki.

Była w niej cicha obawa, trzymana głęboko, ale nie dominowała. Silniejsze było poczucie, że jeśli teraz się cofnie, cofnie się już zawsze. To nie jest walka o przestrzeń obok niego lecz o coś znacznie bardziej intymnego: o prawo do istnienia bez ciągłego usprawiedliwiania się samą swoją obecnością.

A jednak tym razem obawa nie przejęła kontroli. Przysłaniało ją coś silniejszego, twardszego. Świadomość, że każdy krok wstecz, nawet najmniejszy, zapisuje się w niej jak kolejny dowód na to, że granice wyznaczane przez innych są niepodważalne. Że milczenie jest zgodą. Że brak sprzeciwu staje się z czasem jej jedyną rolą.

W tej jednej chwili zrozumiała, że nie chodzi o Wysłannika. Nie o jego pozycję, spojrzenie ani potencjalną reakcję. Chodziło o to, co wydarzy się w niej samej, jeśli pozwoli, by strach znów zdecydował za nią. Cofnięcie się nie byłoby jedynie ruchem ciała — byłoby potwierdzeniem starej narracji, tej, którą przez lata wkładano jej do głowy: że jej obecność wymaga usprawiedliwienia, że zajmuje przestrzeń warunkowo, na cudzych zasadach.

To dlatego została. Dlatego utrzymała tempo, choć mięśnie miała napięte, a myśli rwały się w kilku kierunkach naraz. Ten krok naprzód był próbą zachowania czegoś kruchego, ale fundamentalnego — przekonania, że ma prawo być tam, gdzie stoi, oddychać tym samym powietrzem i nie tłumaczyć się z samego faktu, że istnieje.

- Wiesz, co jest w tym wszystkim najbardziej irytujące? - odezwała się po chwili, głosem pozornie spokojnym. - Zawsze mówisz im. Jakbyś stał gdzieś obok. Jakbyś nie był częścią tego samego bałaganu.

Zerknęła na Goro, tylko na moment. Wystarczająco, by upewnić się, że słucha. Potem znów spojrzała przed siebie.

- Morwenna kłamała, Aae nie dlatego była niebezpieczna. - Zawahała się. - Była niebezpieczna, bo wierzyła. A wiara… - krótki, gorzki uśmiech - wiara zawsze pociąga za sobą ofiary. Nawet jeśli jeszcze o tym nie wiedzą.

Przez chwilę mówiła ciszej. Nie dlatego, że zabrakło jej pewności lecz dlatego, że głos nagle przestał być narzędziem rozmowy, a stał się echem myśli, które do tej pory nie opuszczały jej wnętrza. Słowa wypływały wolniej, ostrożniej, jakby każde z nich musiało najpierw przejść przez warstwę wątpliwości i wspomnień, zanim odważyło się zaistnieć na głos.

Nie patrzyła na niego w tym momencie. Jej spojrzenie uciekło gdzieś obok, ku przestrzeni, która nie domagała się odpowiedzi ani reakcji. Brzmiało to tak, jakby na krótką chwilę zapomniała o jego obecności, jakby rozmówca przestał być odbiorcą, a ona została sama z myślami, które zbyt długo nosiła w sobie, by wypowiadać je wyraźnie i bez cienia ostrożności.

W tym cichszym tonie było mniej obrony, mniej kontroli. Więcej prawdy, której nie miała zamiaru uzasadniać ani bronić. Słowa nie szukały potwierdzenia; nie prosiły o zrozumienie. Były po prostu wypowiedziane, jakby istniały niezależnie od tego, czy ktoś je usłyszy, czy nie.

Dopiero po chwili znów uniosła głos, wracając do rozmowy, do niego. To krótkie obniżenie tonu zostawiło ślad. Jak pęknięcie w gładkiej powierzchni, przez które na moment dało się zajrzeć głębiej, tam, gdzie jej myśli nie potrzebowały świadków.

- Athanasius nie jest głupi. Petre nie jest ślepy. Aria… - urwała. - Oni już czują, że coś jest nie tak. Może jeszcze nie potrafią tego nazwać, może nie widzą całego obrazu, ale instynkt już ich ostrzegł. Takie rzeczy zawsze przenikają szybciej, niż nam się wydaje. W spojrzeniach, w zbyt długich pauzach, w pytaniach zadawanych niby mimochodem.

Wzięła krótki oddech: płytki, kontrolowany, bardziej techniczny niż instynktowny. Nie był to gest mający ją uspokoić; nie było w niej paniki ani rozedrgania, które należałoby uciszyć. Ten wdech miał inny cel: zebrać rozproszone myśli, ułożyć je w kolejności, w której będą mogły zostać wypowiedziane bez zdradzania zbyt wiele.

Powietrze zatrzymała na ułamek sekundy, wystarczająco długo, by w głowie oddzielić to, co niewypowiedziane, od tego, co konieczne. Jak ktoś, kto na moment odkłada emocje na bok, nie po to, by je wyprzeć lecz by nie pozwolić im przejąć narracji. Dopiero potem wypuściła oddech powoli, świadomie, z decyzją wyraźniejszą niż jakiekolwiek słowa.

Ten krótki moment zawieszenia był jej sposobem na odzyskanie kontroli - nie nad sytuacją lecz nad kierunkiem, w którym miała się potoczyć rozmowa. Gdy znów się odezwała, było już jasne, że mówi nie pod wpływem impulsu, a z miejsca, w którym myśli zostały uporządkowane, a każde kolejne zdanie miało swój ciężar i swoje przeznaczenie.

- I jeśli myślisz, że odsunięcie ich ochroni, to się mylisz - powiedziała ciszej, ale bardziej twardo - Cisza nie daje bezpieczeństwa. Daje tylko przestrzeń na domysły. A domysły zawsze prowadzą w najgorszym możliwym kierunku.

Uniósł się w niej dobrze znany niepokój - nie o siebie, bo do własnego cierpienia zdążyła się już przyzwyczaić lecz o nich. O tych, którzy znaleźli się zbyt blisko, by pozostać nietknięci. Przede wszystkim o Petre. Myśl o nim pojawiała się zawsze jako pierwsza, uporczywa i niechciana, jak rana, której nie wolno było dotknąć, a która mimo to pulsowała przy każdym oddechu.

Wiedziała, czym to się kończy. Znała konsekwencje zbyt ludzkich przywiązań, zbyt ciepłych uczuć, zbyt wyraźnych pragnień. Dis Patre nie potrzebował ostrzeżeń ani zapowiedzi - kara przychodziła cicho, precyzyjnie, zawsze tam, gdzie bolało najbardziej. Nie po to, by złamać ciało lecz by przypomnieć o granicach, których przekraczać nie wolno było nawet myślą.

Nie mogła kochać. To słowo było dla niej jak zakazany język, którego sens rozumiała aż za dobrze, ale którym nie miała prawa się posługiwać. Pragnienie było jeszcze gorsze - zdradą, zanim zdążyło się uformować. Marzenia natomiast, marzenia były luksusem żywych, wolnych istot. Dla niej istniały jedynie jako echo dawnych możliwości, szybko tłumione, zanim nabrały kształtu.

Jej rola była jasno określona. Miała wykonywać polecenia swego boga, bez pytań, bez oczekiwań, bez złudzeń. Posłuszeństwo było jedyną cnotą, na którą mogła sobie pozwolić. Wdzięczność nie była częścią tego układu - nigdy nie była i nigdy miała nie być. Dis Patre nie nagradzał oddania; on jedynie tolerował je tak długo, jak długo było absolutne.

- Im bardziej będziesz ich trzymać z daleka, tym bardziej zaczną szukać odpowiedzi sami. Bez kontekstu. Bez pełnej wiedzy. Każdy na własną rękę, każdy gotów uwierzyć w coś, co tylko pogłębi chaos. I wtedy nie będziesz już mieć nad tym żadnej kontroli.

Zamilkła na chwilę, pozwalając, by sens jej słów wybrzmiał.

-  To nie odsunięcie ich wystawia na niebezpieczeństwo - dodała w końcu, po krótkiej pauzie, w której jej spojrzenie na moment straciło ostrość, jakby wracała myślami do sytuacji, których wolałaby nie pamiętać.

 - To brak zaufania.

Słowa zabrzmiały spokojnie, ale niosły ze sobą ciężar doświadczenia, nie teorii. Nie mówiła tego, by przekonać - raczej by nazwać coś, co dla niej było już dawno oczywiste. Odsunięcie dawało jedynie złudzenie kontroli, cienką warstwę bezpieczeństwa, która pękała przy pierwszym prawdziwym wstrząsie. Zaufanie natomiast wymagało odwagi - tej trudniejszej, mniej widowiskowej, polegającej na dopuszczeniu kogoś blisko, nawet jeśli oznaczało to ryzyko.

- Bo kiedy nie ufa się wystarczająco, zaczyna się chronić ludzi przed prawdą - ciągnęła ciszej. - A wtedy zostają sami z domysłami, z poczuciem, że coś przed nimi ukryto, że nie byli warci szczerości. I to właśnie w tym miejscu rodzi się strach. Nie w samej prawdzie, lecz w jej braku.

Uniósł się w jej głosie cień goryczy, szybko jednak opanowany.

- Prawda potrafi ranić, to fakt. Czasem boli bardziej, niż ktokolwiek chciałby przyznać. Ale brak zaufania zostawia ślad na dłużej. Podkopuje relacje, niszczy to, co miało być wsparciem, i sprawia, że nawet najczystsze intencje zaczynają wyglądać jak zdrada.

Zamilkła, pozwalając, by sens jej słów wybrzmiał.

 - Dlatego tak - dodała już spokojniej - brak zaufania zawsze boli bardziej niż prawda. Nawet ta najtrudniejsza. Bo prawda, prędzej czy później, daje szansę na wybór. A brak zaufania odbiera ją całkowicie.

 
 

Daniel McKanzie

Daniel nie drgnął. Jego ciało pozostało nieruchome, jakby już dawno pogodziło się z ciężarem takich rozmów i nie widziało potrzeby reagowania na kolejne próby nacisku. Jeśli cokolwiek w nim odpowiedziało, był to jedynie mięsień przy szczęce - napiął się na ułamek sekundy, niemal niedostrzegalnie, jak cień dawnej reakcji, która nie miała już prawa dojść do głosu.

Ten drobny ruch nie był oznaką wahania ani gniewu. Był śladem decyzji podjętej znacznie wcześniej, w innym czasie, w innych okolicznościach. Decyzji, która ukształtowała go na tyle głęboko, że stała się częścią jego postawy. Nie musiał jej teraz rozważać ani odnawiać. Ona po prostu była.

Oddychał równo, spojrzenie miał stabilne, pozbawione tej nerwowej czujności, której zwykle oczekuje się w obliczu presji. Cała jego sylwetka mówiła o kimś, kto zna granice i wie, że nie ma potrzeby ich bronić gwałtownymi gestami. Jego spokój nie był bierny, był wypracowany, oparty na doświadczeniu i świadomości konsekwencji.

Ten ledwie zauważalny skurcz mięśnia był jedynym dowodem, że słowa Athana w ogóle do niego dotarły. I jednocześnie jedynym, jaki Athan miał otrzymać.

Przez chwilę mierzył wampira spojrzeniem, spokojnym i uważnym, pozbawionym tej nerwowej czujności, na którą tamten tak wyraźnie liczył. Gdy w końcu się odezwał, jego głos był niski, opanowany, niemal zaskakująco cichy.

- To ciekawe - powiedział powoli - jak łatwo myli pan ciszę z niepewnością.

Rozłożył ramiona powoli, bez pośpiechu, ruchem pozbawionym ostentacji. Nie było w nim ani obrony, ani prowokacji, a raczej spokojna oczywistość kogoś, kto nie spodziewa się ataku i nie czuje potrzeby, by się przed nim zabezpieczać. Ten gest nie miał zamknąć drogi ani wyznaczyć granicy; przeciwnie, sugerował, że żadna bariera nie jest tu potrzebna.

Jego postawa była otwarta, ale nie naiwna. Nie zapraszała do zbliżenia się lecz jasno komunikowała, że napięcie, które próbował zbudować rozmówca, nie znalazło podatnego gruntu. Jak ktoś, kto stoi na stabilnym gruncie i wie, że nie musi podnosić murów, by utrzymać równowagę.

Rozłożone ramiona odbierały sens całej grze na presję i zagrożenie. Nie było tu miejsca na barykady, bo nie było poczucia oblężenia. Był tylko spokój wynikający z przekonania, że to, co ma zostać obronione, nie wymaga ani tarczy, ani miecza, a wystarczy pewność, że nie trzeba się cofać

- Widzę, że lubi pan procesy. Analizę ciała, reakcje, biochemię strachu. - Uniósł lekko brew. - Proszę więc pozwolić, że coś doprecyzuję. To, co pan bierze za butę, jest wyborem. A to zasadnicza różnica.

Zrobił pół kroku w bok. Ruch niewielki, niemal niedostrzegalny dla kogoś, kto nie zwracałby uwagi na niuanse postawy. Nie oddalił się ani o centymetr, nie dał też sygnału wycofania. Zmienił jedynie kąt ustawienia ciała, jakby mimochodem, jakby to była naturalna korekta pozycji, a nie świadomy manewr.

A jednak w tej drobnej zmianie kryło się więcej, niż mogło się wydawać. Przestał stać dokładnie naprzeciw Athana, odbierając mu linię dominacji, tę prostą oś, na której tamten budował presję. Układ przestał być frontalny, mniej konfrontacyjny, a przez to mniej podatny na narzuconą dynamikę. To Athan musiał teraz lekko skorygować spojrzenie, dostosować się do nowego ustawienia, nawet jeśli zrobił to odruchowo.

Daniel nie zaznaczył tej zmiany spojrzeniem ani gestem. Nie było w niej demonstracji ani wyzwania. Była spokojnym przejęciem kontroli nad przestrzenią, subtelnym przypomnieniem, że przewaga pozycji nie jest dana raz na zawsze, że można ją stracić jednym, dobrze wymierzonym ruchem.

Stał teraz tak, jak ktoś, kto nie daje się wpisać w cudzy scenariusz. Nie był celem — ani rozmowy, ani analizy, ani nacisku. Jego postawa nie zapraszała do ataku, ale też go nie prowokowała; była neutralna w sposób, który odbierał sens samej próbie dominacji. Jakby świadomie odmawiał przyjęcia roli, w której ktokolwiek inny mógłby go ustawić.

Wybierał własne miejsce w rozmowie z tą samą precyzją, z jaką wcześniej wybierał ciszę i gesty. Nie stał tam, gdzie go postawiono lecz tam, gdzie sam uznał za właściwe - w przestrzeni, która nie należała ani do Athana, ani do konfrontacji. Ta decyzja była cicha, ale jednoznaczna: to on określał, na jakich zasadach rozmowa będzie się toczyć, nawet jeśli nie wypowiadał ich na głos.

W tej postawie nie było buntu ani demonstracyjnej niezależności. Była raczej spokojna odmowa podporządkowania się narracji, w której ktoś inny miałby rozdawać role. Daniel nie potrzebował przejmować inicjatywy, by ją posiadać. Wystarczyło, że nie oddał jej tam, gdzie próbowano ją odebrać.

- Nie myślę, że jest pan potworem. Ani że jest pan głupi. Myślę, że jest pan przyzwyczajony do tego, że ludzie pękają, gdy poświęci im się wystarczająco dużo uwagi. - Uśmiechnął się krótko, bez cienia wesołości. - To musi być rozczarowujące, gdy ktoś tego nie robi.

Jego spojrzenie stwardniało, choć ton pozostał rzeczowy.

- Ma pan rację w jednym: wiem, co Morwenna robi. I wiem, po co. Ale myli się pan, sądząc, że to wiedza, którą można wydobyć naciskiem, obserwacją albo szeptem o bogach i imperiach. To nie jest sekret. To zobowiązanie.

Opuścił ręce, splatając je luźno przed sobą.

- Nie chroni mnie „immunitet”. Chroni mnie decyzja, by stać tam, gdzie stoję - nawet jeśli oznacza to, że czasem ktoś taki jak pan uzna mnie za ciekawy okaz do badań.

Spojrzał Athanowi prosto w oczy, bez cienia prowokacji, ale i bez uległości.

- Nie potrzebujemy sojuszu. Nie z pańskiej definicji. Jeśli nadejdzie chaos, weźmiemy go na siebie. Jeśli przyjdzie cena do zapłacenia, zapłacimy ją świadomie. A jeśli Dis Patre wyśle swoich siepaczy… — wzruszył lekko ramionami - to znaczy, że świat i tak był bliżej końca, niż ktokolwiek chciał przyznać.

Zrobił krótką pauzę.

- Pan chce spokoju. Rozumiem to. Naprawdę. Ale niech pan nie myli mojego zrozumienia z gotowością do targów. Morwenna nie jest kartą przetargową. A ja nie jestem posłańcem, którego da się przestraszyć opowieściami o tym, co może mnie zabić.

Odwrócił się nieznacznie, dając jasno do zrozumienia, że rozmowa dobiega końca.

- Ziarna, które pan sieje, Athanie, czasem kiełkują. To prawda. Ale czasem trafiają na glebę, która ich nie przyjmuje. I to też jest odpowiedź.

Daniel nie ruszył się od razu. Pozwolił, by cisza osiadła między nimi ciężko i gęsto, jakby miała własną masę i własny ciężar. Nie była to pauza wynikająca z wahania ani próba zebrania myśli - była decyzją. Świadomym zatrzymaniem chwili, w której to nie słowa miały przejąć kontrolę, lecz brak reakcji.

Oddychał spokojnie, równo, bez pośpiechu. Każdy wdech i wydech był sygnałem, że nie zamierza wypełniać przestrzeni nerwowym ruchem ani nerwową odpowiedzią. Wiedział, że Athan to zauważa. Wiedział też, że tamten słyszy ciszę, wyczuwa ją tak samo wyraźnie jak przyspieszone tętno czy drżenie mięśni. I właśnie dlatego Daniel jej nie przerywał.

Athan nie znosił ciszy, której nie mógł zdominować. Ciszy, w której nie było strachu, prośby ani pęknięcia, które dałoby się wykorzystać. Dla drapieżników krzyk jest zaproszeniem, dowodem życia, ruchem w wodzie. Cisza natomiast jest ścianą. Odbija uwagę, zmusza do czekania, odbiera inicjatywę.

Daniel wiedział, że w tej chwili to Athan musi podjąć wysiłek. Musi interpretować, analizować, zgadywać. A każda sekunda, w której tamten szukał punktu zaczepienia, była sekundą, w której tracił przewagę.

Nie patrzył wyzywająco. Nie odwracał wzroku. Stał po prostu tam, gdzie stał, jak ktoś, kto nie potrzebuje potwierdzenia własnej pozycji. Jak ktoś, kto już podjął decyzję i nie widzi powodu, by ją komukolwiek tłumaczyć.

Cisza trwała.

I choć nie padło ani jedno słowo, mówiła wystarczająco dużo: że strach nie jest walutą, którą Daniel zamierza płacić; że presja nie jest językiem, który rozumie; i że jeśli Athan liczył na pęknięcie - będzie musiał poczekać.

- Widzi pan - odezwał się w końcu, spokojnie - różnica między nami polega na tym, że pan obserwuje, a ja uczestniczę. Pan analizuje z zewnątrz. Ja ponoszę konsekwencje od środka.

Uniósł wzrok odrobinę wyżej, jakby patrzył nie na Athana, lecz przez niego.

- Mówi pan o procesach, o energii, o równowadze. O bogach, jakby byli zmiennymi w równaniu. To wygodne. Pozwala zachować dystans. - Uśmiechnął się ledwie zauważalnie. - My nie mamy tego luksusu.

Spojrzenie Daniela stało się twardsze, choć głos pozostał równy.

- Pan mówi o spokoju dla swoich córek. Rozumiem to lepiej, niż pan sądzi. Ale proszę mnie również zrozumieć: jeśli równowaga świata wymaga, by ktoś zawsze stał z boku i kalkulował, to ktoś inny musi stać na linii uderzenia. I to nie będzie pan.

Zamilkł na moment, pozwalając słowom wybrzmieć.

- Nie przyszliśmy tu po ochronę. Ani po przyzwolenie. A już na pewno nie po sojusz oparty na strachu przed tym, co może się wydarzyć. - Jego spojrzenie znów wróciło do oczu Athana. - Jeśli bogowie są nieznaną materią, jak pan twierdzi, to proszę pamiętać: nie każda reakcja prowadzi do eksplozji. Czasem prowadzi do przemiany. A czasem… do ciszy.

Opuścił ręce wzdłuż ciała, jak ktoś, kto zakończył wyjaśnienie, nie negocjacje.

- Pan chce spokoju. My chcemy, by świat przetrwał coś, czego jeszcze nie rozumie. To nie są sprzeczne cele. Ale nie są też wystarczającym powodem, bym zdradził zaufanie, którym mnie obdarzono.

Odwrócił głowę tylko na tyle, by dać jasno do zrozumienia, że rozmowa nie pójdzie dalej tą ścieżką.

- Jeśli uważa pan, że to czyni mnie naiwnym - proszę bardzo. Jeśli sądzi pan, że to mnie zabije: możliwe. - Spojrzał jeszcze raz, ostatni. - Ale proszę nie mylić mojej gotowości na konsekwencje z brakiem świadomości.

Zamilkł.

I tym razem cisza nie była pusta.
Była decyzją. 



ROZDZIAŁ 829

WYSŁANNIK I 

Morwenna była kłamstwem. Najpiękniejszym, jakie w życiu widział.

Bynajmniej nie chodziło tu o piękno fizyczne, które poddał już swojej chłodnej analizie. Chodziło natomiast o to, iż kłamstwa najpiękniejsze są wtedy, gdy są prawdą. Toż to paradoks!, zakrzyknie ktoś z oburzeniem. Lecz czy nie wtedy łże się najłatwiej? Czy nie jest to wtedy przyjemniejsze, bardziej naturalne, bardziej… wiarygodne? Powiedz na głos: „jestem ptakiem”, a w myślach powtórz to samo w tym samym czasie, ale z drobną zmianą: „jestem człowiekiem”. Co wygrywa, myśl czy słowo? Zawsze myśl, bo to mózg steruje językiem. Więc czyż można by to nazwać kłamstwem? Jakże to tak? Jakże człek, uznający się za człowieka, może skłamać? A że powiedział coś innego, a że ktoś usłyszał coś innego… to nie ma znaczenia. To tylko cielesne ograniczenia.

A wszystko, co cielesne, jest słabe.

Morwenna doskonale to wiedziała. Dlatego opowiadała mu tylko i wyłącznie prawdę. Swoją prawdę. Tę, w którą wierzyła, a wiara ta była tak silna, że tchnięta została w wypowiadane kłamliwym językiem słowa. Uwierz w kłamstwo, a stanie się prawdą, mówią. Morwenna dokonała tej magii. I była to magia na tyle silna, że aż przyjemna. Wysłannik chętnie się jej poddawał, choć, niestety, w pełni świadomie. Bo choć nekromantka próbowała, choć robiła to nadzwyczaj pięknie — najpiękniej — to nie była w stanie go oszukać.

Nekromantka pokazała swoje karty. Jego zaś uznała za słabszego. I to tylko dlatego, że on swoich kart jeszcze nie wyłożył. Choć jej zapewne wydawało się odwrotnie.

Słodkawe, ciężkie, duszne powietrze zaczęło z lekka ustępować wraz ze zniknięciem magiczki. Tak jakby wraz z nią znikł aromat czegoś, co powinno być jej znane aż nadto: woń rozkładu. Wysłannik odetchnął głęboko, po raz pierwszy od bardzo dawna, z jakiegoś powodu nie będąc w stanie rozejrzeć się dookoła. Nie chciał patrzeć na chaos, którego dokonała.

Wysłanniczka otrząsnęła się szybko. Za szybko, bo natychmiast zaatakowała go wyrzutami. Może i miała rację, ale teraz jeszcze nie zamierzał na nic odpowiadać. Dziewczyna była zbyt młoda, zbyt butna, zbyt irytująco prostolinijna. Według niej świat był albo czarny, albo biały. I prawdą było, że tego w przybliżeniu uczył ich Dis Patre. Ale Wysłannik zebrał zbyt dużo mądrości i doświadczenia, by wiedzieć, że to tak nie działało.

A więc… czy to byłby pierwszy raz, gdy nie zgadzał się ze swoim Bogiem?

Wysłannik pospiesznie odrzucił tę myśl. Nie należało się nad sobą użalać. Należało działać.

— Pójdziesz ze mną — rzekł do Seraphiny, choć wcale na nią nie patrzył.

Spoglądał bowiem przed siebie: tam, gdzie jeszcze niedawno stała Morwenna, a gdzie teraz tkwił jej pomagier. Dumnie wyprostowany, niemal nieruchomy, odpowiadał odważnie spojrzeniem, nie śmiejąc nawet mrugnąć. Podejmował wyzwanie, jednocześnie dając Wysłannikowi do zrozumienia, że się go nie boi.

— Ty też — mruknął, wreszcie odwracając głowę w stronę Goro. — Wasza dwójka pójdzie ze mną. Musimy omówić kilka spraw bieżących. — Ciebie, panie — popatrzył obojętnie na Daniela McKenzie — poproszę za chwilę. Ty — wskazał na Wierę — zajmij się słabszymi, pomóż im otrząsnąć się ze skutków wizji, o ile sama sobie już z nimi poradziłaś.

Goro niespokojnie popatrzył na swoją partnerkę, ale Wysłannik o to nie dbał.

— Potem odprowadź ich do jakiegoś bezpiecznego miejsca. I zadbaj o to, by nam nie przeszkadzali.

Z tymi słowy Wysłannik ruszył przed siebie. Sama jego poza wskazywała na to, że nie zamierzał znosić jakiegokolwiek sprzeciwu, dlatego wymienieni z imienia po chwili podążyli za nim. Oboje robili to jednak niechętnie: Goro cały czas oglądał się za Wierą, a Seraphina zerkała na Petre.

Sentymenty, burknął w myślach. O ile byłoby prościej, gdyby nie sentymenty. 

— Dlaczego bez niego? — spytał podejrzliwie demon, zerkając za siebie w stronę stojącego jak słup Daniela McKenzie.

Wysłannik nie odpowiedział od razu. Milczał długo, aż wreszcie przeniósł spojrzenie na swoją partnerkę, wciąż tak głupio niezadowoloną.

— Bo im nie ufam.

 

LEONARD

F a r s a. Oto, z czym kojarzyła się Leonardowi cała ta śmieszna scena. Morwenna wyraźnie była tu białą królową, która miała ich, czarne pionki, pod całkowitą kontrolą. A on, Wysłannik Batara Kali, bardzo nie lubił być pod czyimkolwiek szachem. Zwykle to on zadawał maty, dumnie i z gracją prezentując swoją doskonale przemyślaną, a jednocześnie niespieszną taktykę. Ale, choć Morwenna wyraźnie wykonała godny podziwu, odważny manewr, Leonard się nie bał. Bać to może się ona, myślał mściwie, bo teraz jest mój ruch.

Lecz Leonard zamierzał działać ostrożnie. Powód był prosty: jeszcze nie wiedział, czy ta nekromantka mu się przyda czy nie. Ufać jej nie mógł, ale ewentualnych mostów też nie było co palić — na to dużo za wcześnie, a on był zbyt wytrawnym graczem, by pozwalać sobie na tak dziecinne błędy.

Z tegoż samego powodu Leonard czujnie obserwował oddalających się Wysłanników i Goro. A więc to ta trójka jest tu najważniejsza, tak?, zastanawiał się z delikatnym, choć drapieżnym uśmiechem. Dobrze, niech im tam będzie, ale warto trzymać się blisko. I właśnie z tego powodu wkrótce ruszył za nimi, zamierzając wprosić się na tajne spotkanie. W końcu on też był Wysłannikiem, tak? A że innego boga, to nie robiło większej różnicy,

— Chodź, Młody — rzucił w stronę Petre, gdy go mijał. — Posłuchasz, to może się czegoś nauczysz.

Dzieciak wahał się jeszcze chwilę, ale w końcu, chyba z braku laku, ruszył za nim.

— Będę brutalnie szczery — rzucił nieco stłumionym głosem, bardzo niespiesznym krokiem śledząc coraz bardziej oddalających się Wysłanników i demona — ale nie jesteś na tej arenie zbyt poważnym przeciwnikiem. A właściwie to nie jesteś żadnym przeciwnikiem. Ale ty to wiesz, prawda?

Petre nie odpowiedział, choć z jego twarzy łatwo było odczytać mieszankę oburzenia, niepewności i zrezygnowania.  

— Nie ma w tym nic złego — uspokoił go Leonard z uśmiechem okraszonym odrobiną politowania. — A nawet wprost przeciwnie, wiesz? Gdyby świat pełen był tylko takich cwaniaków, jak my tutaj, byłoby tu nie do zniesienia, wiesz? Poza tym — Leonard jeszcze mocniej zwolnił krok, nagle wbijając w Petre ostre spojrzenie — im mniej doceniany przeciwnik, tym groźniejszy.

Po tych słowach jak gdyby nic ruszył dalej, dobrze wiedząc, że Petre, obecnie bardzo zaintrygowany, pójdzie za nim.

— Bądź moimi uszami i oczami, mały wampirku — zakomenderował cicho. — Mnie wszędzie nie wpuszczą, ale ciebie już tak. Dobrze wiesz — popatrzył na niego uważnie — że mamy wspólne cele. Dis Patre jest nam wybitnie nie na rękę i trzeba coś z tym zrobić. Nie wiem, co kombinuje Wysłannik, więc warto go posłuchać, ale… nie wtajemniczałbym go w nasze plany. Za to… — Leonard odwrócił się przez ramię, wypatrując kogoś, kto niedawno zniknął z polany — znasz chyba kogoś, komu też zależy na tym, by Dis Patre oddał to, co nie jego, prawda? Jeśli masz do nich zaufanie, wciągnij ich w to. Ale dyskretnie i delikatnie, tak? — Leonard poklepał go dziarsko po ramieniu. — Czyli tak, jak potrafisz najlepiej.

Gdy weszli do niewielkiej, wiejskiej salki, którą Szefostwo wybrało sobie na miejsce obrad, spoczęły na nich zaskoczone, a może nawet wrogie spojrzenia. I o ile Petre nieco się w sobie skulił, tak Leonard nic sobie z tego nie robił, jak gdyby nic zajmując jakieś stare, składane krzesło stojące pod oknem. Na szczęście państwo szybko straciło nim zainteresowanie, bo powróciło do rozmów.

— …właśnie dlatego to ja rozmawiałem, nie ty.

Wysłannik wyglądał na niezadowolonego, choć teoretycznie nie okazywał żadnych emocji. Tymczasem Wysłanniczka wyraźnie miała je zepsute: bo jawnie było widać, że w niej tkwiły, choć działały wadliwie, a czasami po prostu się wyłączały — jak kapryśny, dziesięcioletni komputer. I wyglądało na to, że panienka nadal była wściekła na swojego szefa za zbyt bierną postawę wobec Morwenny.

— Młody — syknął w stronę stojącego sztywno jak struna Petre — weź skocz po popcorn.

Petre popatrzył na niego w taki sposób, jakby był pewien, że któryś z nich stracił rozum — ale nie wiedział, który.

— Poddajesz się emocjom — kontynuował Wysłannik i choć nie widać było tego na twarzy, czuło się pewien rodzaj ukrytego wzburzenia — których nie masz prawa odczuwać. Jesteś zbyt niedojrzała na to stanowisko i mogę ci obiecać, że to twoja pierwsza i ostatnia misja w tej roli. Nie umiesz…

— Co?!

Petre aż wyrwał się do przodu, zaskoczony i załamany tym, co usłyszał.

— Nie możesz jej tego zrobić! — krzyczał, okazując nieznaną dotąd stanowczość. — Przecież ona wtedy…

— Umrze? — dokończył za nią Wysłannik. — Owszem, choć jednocześnie to niemożliwe. Wysłannicy nie posiadają daru życia. Nie wtrącaj się, chłopcze.

— Morwenna — wtrącił Goro, najwyraźniej chcąc zakończyć ten krótki, acz dziwny spór — chce zaprowadzić nowy porządek. Nie mamy prawa do tego dopuścić.

— Oczywiście. Ale aby łatwiej przewidzieć ruchy przeciwnika, należy go lepiej poznać... czego niektórzy wciąż nie rozumieją — dodał, karcąc spojrzeniem Seraphinę.

Leonard popatrzył na tę drobną, choć hardą kobiecinę, zastanawiając się, czy zareaguje na tę dziecięcą zaczepkę. Miał szczerą nadzieję, że tak — im bardziej się pokłócą, tym więcej informacji Svik będzie mógł wyłuskać. I tylko Młodemu powiedział, że jak nie chce tu siedzieć, to niech idzie werbować nowych towarzyszy broni, a potem wróci, jeśli tylko zechce. A pewnie zechce, chcąc niczym lew bronić swojej ukochanej Seraphiny.

Svik prychnął kpiąco. 

I naprawdę, cholera, myślał ze zmarszczonymi brwiami, przydałby się tu ten popcorn.

 

ATHANASIUS

Po krwi nie było już ani śladu. Nigdzie. Nie było jej już na jego szyi, nie wlewała mu się do ust, nie dławiła go. Nie było jej na bluzce Arii, nie ściekała po jej nogach, nie plamiła ich dłoni, które jeszcze niedawno w panice błądziły po ciążowym brzuchu. Nie było jej nigdzie…

W myślach też już nie.

Wyobraźnia uwielbiała karmić się krwią. Wtedy właśnie zawierała sojusz co najmniej zaskakujący i zdradziecki, bo ze Strachem. Ta dwójka, pozornie całkiem do siebie niepasująca, w rzeczywistości znakomicie się uzupełniała. Albo raczej: podsycała. Dzięki temu wyobrażona krew była obfitsza, straszniejsza, pachnąca rdzą, solą i śmiercią.

Ale on się nie bał. W zasadzie… nie czuł nic. Nie czuł obawy, szoku, strachu, ulgi. Tak — nawet ulgi! Czyż nie powinien jej czuć na widok bezpiecznej Arii? Wszak nic jej się nie stało; ani jej, ani ich dzieciom. Wszyscy byli cali, można było odetchnąć. Ale Athanasius nie musiał. Nie miał takiej potrzeby. I to, zupełnie niespodziewanie, go rozdrażniło.

Bo doskonale wiedział, dlaczego nic nie czuł. Choć chciał czuć. Tak, czasami odczuwał aż za wiele. To też było złe, ale i tak lepsze od stanu, w którym wszystko było miałkie i obojętne. Athan wystarczająco długo wykształcał w sobie umiejętność rozpoznawania i odtwarzania uczuć i emocji, by teraz nagle ją zatracić. O tak, nieczucie było bardzo wygodne, znacznie uproszczało wiele spraw. Ale „czuć” i „nie czuć” oddzielała bardzo gruba linia, którą Athan narysował samodzielnie całe dziesiątki lat temu. Myśl o tym, że mogła pojawić się tam jakakolwiek rysa, jakieś pęknięcie, jakiś rozłam, napawała go niepokojem, wstrętem — i ekscytacją.

Na ułamek sekundy na jego twarzy mignął uśmiech. Kiwnął głową, jakby sam do siebie. Tak, odzyskiwał nad sobą panowanie. Dobrze, bardzo dobrze.

Dzięki temu opanowaniu jego oczy zwróciły się w stronę oddalających się postaci. Wysłannik, Goro i ta cała Seraphina — to oni teraz rozdawali karty, tak? Uważali się za najważniejszych. Co za idiotyczna banda!, wściekał się w myślach, rad z odczuwania jego najulubieńszej emocji, jaką był gniew. Bo czyż to nie wyglądało absurdalnie? Dwoje Wysłanników, w tym jeden ze skradzionym ciałem jego przyjaciela, pozbawionych jest duszy. Czy to oznaczało, że mieli szerszy obraz sytuacji? Zdaniem Athana — wprost przeciwnie. Nie byli mądrzejsi, a upośledzeni. Przeniknęli do świata, który zbudowany jest emocjami, który tętni i żyje nimi. Całą tę śmieszną paczkę zwieńczał Goro, w którym było tyle życia, co w małym kamyczku na żwirowej ścieżce. Athan prychnął pod nosem, mając gdzieś, że z boku mógł wyglądać absurdalnie. O nie, myślał sobie, nie dam decydować o swoim losie bandzie trzech kretynów.   

Powoli wszyscy znikali z niedawnego pola bitwy na słowa. Grupa tych ważniejszych zniknęła za zakrętem prowadzącym do centrum wioski — o ile wioska mogła mieć jakiekolwiek centrum. Leonard zgarnął Petre, ruszając, co ciekawe, w tym samym kierunku. Wiera była z Arią, ale Athan nie zwracał na nie uwagi. Bardziej bowiem ciekawił go ostatni członek tego zebrania: ten, który stał spokojnie na polanie niby strażnik tego, co zostało tu niedawno powiedziane. Dlaczego Morwenna zostawiła tu swojego pomagiera? I dlaczego Wysłannik nie zabrał go ze sobą? To wszystko było bardzo proste.

Bo był nikim.

Ba!, żeby było śmieszniej — Daniel McKenzie był człowiekiem. Zwykłym, najzwyczajniejszym w świecie człowiekiem, który emanował nadzwyczajną wręcz charyzmą i pewnością siebie. To właśnie sprawiło, że przy ich pierwszym spotkaniu Athan zareagował niemal strachem — za co miał ochotę się teraz ubiczować. Bał się oczywiście nie o siebie, a o Arię, ale teraz to nie miało znaczenia. Bo i Daniel McKenzie nie miał znaczenia.

A Athan zamierzał to wykorzystać.

Jego umysł działał na pełnych obrotach, dlatego nie zauważył ani upływu czasu, ani czającego się w pobliżu Petre, który pojawił się nie wiadomo skąd.

— Czy ja… mógłbym Arię na chwilę…? Chciałbym z nią coś omówić…

— Tak, tak, idźcie — mruknął obojętnie, nawet na niego nie patrząc.

Tak było nawet lepiej: jego luba nie będzie musiała patrzeć na to, co za chwilę zamierzał zrobić. A to napawało go niemal ekstazą. Czuł, jak rosło w nim coś, o istnieniu czego już dawno zapomniał. Czuł, jak nabierał mocy, jak odzywał się w nim ten rodzaj pewności siebie, który niegdyś przyszyty był szczelnie do jego duszy, a dziś stanowił upiornego ducha przeszłości. Witaj z powrotem, pomyślał, mieszając służalczy i kpiący ton. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że przecież nie zachodziła w nim żadna spektakularna przemiana — ale miło było od czasu do czasu poluzować ten kaftan bezpieczeństwa, którym sam się niegdyś owinął. 

Gdy na polanie pozostali już tylko oni, Athan postanowił wykonać pierwszy krok. Niespieszny, łagodny, ale długi. W ten sposób odległość między nimi malała szybko, choć subtelnie. Ot, pokazanie władzy zmieszaną z chęcią współpracy. Podprogowe sygnały były czymś, co zawsze Athana fascynowało i co bardzo lubił wykorzystywać.

Aż wreszcie zbliżył się do Daniela na odległość, która według wielu zahaczałaby o granicę przestrzeni osobistej. Lecz McKenzie dzielnie nie zareagował, nie odsunął się choćby o piętkę. Odważny chłopak, zauważył niemal z zadowoleniem — bo to zapowiadało tym ciekawszą pogawędkę.

Nie odezwał się od razu. Zamiast tego wbił w Daniela spojrzenie swych ciemnych oczu. Oczu, które widziały zbyt wiele i które w tej chwili odbijały zbyt wiele.

Podprogowe sygnały. 

— Widzę, że próbujesz panować nad oddechem — zaczął cicho, chłodno. — To godne podziwu, choć całkowicie bezużyteczne wobec kogoś, kto słyszy przepływ krwi w twoich tętnicach — Athan zawiesił głos, pozwalając, by ta groźba wybrzmiała w ciszy. — Skoro Morwenna nie raczyła nas oświecić w kwestii swoich... ambicji, a ci trzej komedianci poszli debatować o wyższości niebytu nad bytem, spróbujmy ustalić coś po swojemu.

Spojrzał Danielowi prosto w oczy, nie mrugając.

— Nie interesuje mnie lojalność wobec tamtych, McKenzie. Lojalność to koncept dla psów i Wysłanników. Interesuje mnie to, co Morwenna trzyma w tych skradzionych duszach. To nie jest zwykła kradzież, prawda? To magazynowanie energii. A ty wiesz, do czego ona ma posłużyć.

Daniel się go nie wystraszył. Oczywiście, że nie. Wciąż stał dumnie wyprostowany, godnie reprezentując swoją Panią. Czy Athana to ubodło?

Uśmiechnął się szeroko. Bardzo szeroko.

Nie. Nie ubodło go to ani trochę.

McKenzie stał z założonymi rękami, emanując tą irytującą, ludzką pewnością siebie, która bierze się z wiary w cudzą opiekę. Daniel uważał się za nietykalnego, bo był własnością Morwenny. Myślał, że immunitet dyplomatyczny chroni go przed drapieżnikiem, który widział upadek imperiów, zanim przodkowie Daniela nauczyli się pisać.

Athan podszedł do niego z miną badacza pochylającego się nad rzadkim gatunkiem chrząszcza.

— Podziwiam tę pańską butę, panie McKenzie — zaczął cicho, niemal uprzejmie. — Jest taka... świeża. Taka krótka. Przypomina mi mołojców, którzy wierzyli, że atamańska buława ochroni ich przed tatarską strzałą.

Daniel uniósł podbródek, chcąc coś odpowiedzieć, ale Athan nie dał mu dojść do słowa. Zrobił jeszcze jeden krok, wchodząc głęboko w strefę komfortu swojego rozmówcy.

— Wiem, co pan sobie myśli. Że jeśli ruszę pana choćby palcem, Morwenna natychmiast zareaguje, paląc tę ziemię i wszystko wokół do ostatniego żywego, a Wysłannicy zedrą ze mnie skórę za zerwanie rozejmu, który nawet jeszcze nie zdążył zaistnieć. Ma pan rację. Dlatego pana nie dotknę. Zamiast tego... po prostu pana poobserwuję.

Athan przechylił głowę, a jego oczy, nieruchome i nienaturalnie skupione, zaczęły skanować twarz Daniela.

— Pańska tarczyca pracuje na pełnych obrotach, panie McKenzie. Źrenice reagują na moją bliskość, mimo że pańska twarz próbuje wyrazić znudzenie. To fascynujące — rzekł wolno, uśmiechając się lekko — jak ciało zdradza prawdę, której umysł próbuje zaprzeczyć.

Athan zawiesił głos, jakby delektował się tą obserwacją. Uśmiechnął się, ale był to uśmiech, który w żaden sposób nie współgrał z oczami. W postawie Daniela zaś dało się wyczuć tę charakterystyczną sztywność, która sygnalizowała gotowość do oporu. Athan zmarszczył więc lekko brwi, lecz nie w gniewie, a zamyśleniu, nadając swojej twarzy nieco łagodniejszego wyrazu.

— Ale zostawmy to — rzekł tylko na pozór pojednawczym tonem. — Ważne jest co innego. Widzę, że łączy pana z Morwenną coś, czego tamci... — wskazał na miejsce, w którym jeszcze jakiś czas temu stali samozwańczy liderzy — ...nigdy nie zrozumieją. Dla nich ona jest problemem do rozwiązania albo narzędziem do wykorzystania. Dla pana jest kimś więcej.

Zrobił pauzę, tym razem zachowując bezpieczny dystans, by nie prowokować Daniela.

— Właśnie dlatego powinniśmy rozmawiać. Morwenna podjęła się gry, w której stawką jest równowaga sił, o jakich ci „Wysłannicy” nie mają pojęcia. Oni widzą prawo i karę. Ja widzę procesy, które mogą wymknąć się spod kontroli. Jeśli coś pójdzie nie tak, oni po prostu wykonają wyrok. Nie będą jej ratować — ani pana, ma się rozumieć. Nie będą szukać wyjścia z sytuacji, w której wszyscy wygrywają. Po prostu... zamkną sprawę.

Przeniósł wzrok na Daniela, tym razem bez badawczej natarczywości, za to z rodzajem smutnego porozumienia.

— Bo musi pan pamiętać, że mamy przed sobą siły bóstw. Nekromantów czy wampirów spotkał pan w swoim życiu zapewne sporo, to jasne. Ale bogowie… to, przyzna pan, inna liga. To nieznana materia, ale czy to, co nieznane, nie fascynuje najbardziej? Ale jest też znacznie groźniejsze — dodał odrobinę ostrzej — dlatego trzeba mieć pełną świadomość, z czym się mierzymy.

— Ja nie chcę jej upadku, Danielu, bo chaos to jedna z  tych rzeczy, której nienawidzę najbardziej. A kiedy Dis Patre wyśle swoich prawdziwych siepaczy, przyjaźń może nie wystarczyć. Potrzebna będzie chłodna kalkulacja, której oni — wskazał na Wysłanników — nie posiadają. Bo nie – wbrew pozorom, brak duszy nie pomaga im w osądach. On go tylko upośledza. Więc nie, Danielu — zastrzegł ze spokojem, który brzmiał niepokojąco — nie chcę poznać waszych sekretów, bądź o to spokojny. Ja chcę… — zawiesił umyślnie głos, ostrożnie dobierając słowa — spokoju. Dla mnie, dla mojej żony i moich córeczek. A wiem, że tamci — kiwnął głową za siebie — tego nie chcą. I ty też to wiesz. Samodzielnie nie zdołacie osiągnąć tego, czego chcecie, a przynajmniej nie w pełni. Sojusz to najrozsądniejsze rozwiązanie, na którym obaj skorzystamy. Bo ja chcę spokoju, a pan wie, jak do niego doprowadzić. Prawda? 

McKenzie mógł mu uwierzyć. Mógł też uznać całą jego mowę za stek bzdur. I, wbrew pozorom, to wcale nie miało aż takiego znaczenia. Bo ziarno i tak zostało zasiane i nawet jeśli nie trafiło od razu na podatną glebę, dalej poniesie je wiatr — a gdzie zaprowadzi, gdzie i na co wyrośnie, nie wiedział nikt. I o ile dla Athana taka niewiedza nie była niebezpieczna, tak dla Daniela…

…mogła być śmiertelna.

Rozdział 828

 Morwenna 

 

Jej uczucia nie są gwałtowne ani chaotyczne. Są ciężkie i gęste, jak powietrze w katakumbach, w których od dawna nikt nie oddychał z własnej woli. Patrzy na iluzję Żelaznej Kurtyny z chłodną satysfakcją. Wie, że to, co widzą jej wrogowie, nie jest prawdziwe, a jednak działa. Wizje są utkane z ich własnych lęków, z win, których nigdy nie odpokutowali i z myśli, które nocą wracają jak drżące dłonie. Ona jedynie nadała im kształt. Resztę wykonuje strach. 

Czuje, jak ten strach do niej wraca. Nie jako dźwięk ani obraz lecz jako subtelne drżenie w duszy - znajome, niemal intymne. Karmi się nim powoli, z rozmysłem. Każdy krzyk uwięziony w iluzji, jest jak kolejna nić w gobelinie jej potęgi. Każde załamanie woli przeciwnika to obietnica: jeszcze więcej. Pragnę jeszcze więcej i tak bez końca.

Nie odczuwa litości. Litość jest luksusem słabych. Zamiast niej czuje głód: spokojny, wyrafinowany, nienasycony. Władza nie jest dla niej celem samym w sobie lecz procesem, ruchem ku czemuś większemu, ciemniejszemu, doskonalszemu. Każda dusza, która drży za Żelazną Kurtyną, przypomina jej, że stoi ponad życiem i śmiercią i że to wciąż za mało. Morwenna pragnęła być życiem i śmiercią, pragnęła nieskończoności w potędze. 

A więc patrzy dalej. I słucha. Bo strach ma wiele głosów, a ona chce poznać je wszystkie.

Strach, którym się karmi, nie jest jednorodny. Ona to czuje i rozróżnia go jak sommelier wino. Jest strach ostry, paniczny, krótki jak urwany oddech, i jest strach głęboki, lepki, taki, który zapuszcza korzenie i zaczyna żyć własnym życiem. Ten drugi smakuje najlepiej. Żelazna Kurtyna pulsuje pod jej spojrzeniem. Zaklęcie nie jest statyczne, reaguje na nią, na jej wolę. Gdy skupia myśli, wizje po drugiej stronie stają się gorsze. Ciemniejsze. Bardziej osobiste. Widzą twarze bliskich, które rozpadają się w proch. Słyszą głosy zmarłych, oskarżające szeptem. Czasem widzą samych siebie i nie mogą tego widoku znieść. 

W jej wnętrzu rodzi się ciche uniesienie. Nie euforia, bo ona dawno ją porzuciła. To poczucie absolutnej kontroli. To uczucie, jest jak powolne zaciskanie dłoni na czyimś sercu. Wie, że mogłaby przerwać zaklęcie. Wie też, że nie zrobi tego jeszcze długo. Cierpienie jest procesem. Dojrzewa. Czasem przez ułamek chwili pojawia się wspomnienie tego, kim była, zanim nauczyła się słuchać umarłych i łamać wolę żywych. To wspomnienie jest blade, bezbarwne, niemal obce. Nie budzi żalu, a raczej ciekawość. Jak patrzenie na starą kość i zastanawianie się, do kogo należała. Jej głód rośnie, ale ona się nie spieszy. Prawdziwa potęga nie polega na niszczeniu, polega na tym, że można zniszczyć w dowolnym momencie. Że każdy oddech wrogów trwa tylko dlatego, że ona na to pozwala.

I właśnie to smakuje najpełniej.

Bo w ciszy pomiędzy jednym krzykiem, a następnym, nekromantka uśmiecha się lekko, niemal czule, wiedząc, że strach nie jest już jej narzędziem.

Strach jest jej królestwem.

Ten uśmiech znika szybko, zastąpiony skupieniem ostrym jak ostrze rytualnego noża. Teraz nie tylko obserwuje, ale też słucha magii. Żelazna Kurtyna szepcze do niej językiem, który rozumieją tylko ci, którzy długo obcowali ze śmiercią. Każde pęknięcie w psychice ofiar brzmi jak nuta w pieśni, którą sama komponuje. Czuje, jak strach zaczyna ich zmieniać. Niektórzy próbują się modlić, a ich wiara kruszy się pierwsza. Inni wpadają w gniew, uderzają w iluzję jak zwierzęta w klatkę, aż zrozumieją, że klatka jest w nich. Są też tacy, którzy milkną. Właśnie ich obserwuje najdłużej. Cisza oznacza akceptację. A akceptacja to próg, który dzieli ich od ostatecznego pojednania się z własnym strachem. Za tym progiem nie ma już niczego, a co najważniejsze, gdy się go przekroczy, powrót jest niemożliwy. 

W jej wnętrzu rodzi się coś na kształt czułości. Spaczonej, mrocznej, ale szczerej. To ona ich tu doprowadziła. To ona odsłoniła prawdę, której unikali całe życie: że są mali i krusi. Że w obliczu prawdziwej potęgi ich wybory nie miały znaczenia. Ta myśl ogrzewa ją bardziej niż jakiekolwiek dawne uczucia. Jej głód władzy nie jest już pragnieniem, a stał się częścią tożsamości. Nie wyobraża sobie istnienia bez niego. Władza jest rytmem jej serca, ciężarem w kościach, chłodem, który koi. Każda chwila kontroli utwierdza ją w przekonaniu, że świat tak powinien wyglądać: podzielony na tych, którzy się boją, i tę, która nadaje kształt ich strachu.

A jednak, gdzieś głęboko, bardzo głęboko, pojawia się cień jeszcze jednego uczucia. Nie słabości. Ambicji. Przebłysk myśli, że to, co widzi teraz, to zaledwie początek. Że Żelazna Kurtyna mogłaby objąć miasta, królestwa. Samą granicę między życiem a śmiercią.

Jej palce poruszają się nieznacznie, jakby już tkały nowe zaklęcie.

Bo jeśli lęk potrafi tak pięknie łamać ludzi, to jaką potęgę da rozpacz?

- Rozmowa - powtórzyła cicho, a echo tego słowa zdawało się zawisnąć nad polaną. - Jakie to ludzkie.

Daniel McKenzie drgnął obok niej, jakby chciał coś powiedzieć, ale jedno spojrzenie Morwenny wystarczyło, by znów zastygł. Nie był tu po to, by mówić. Nekromantka już go nie potrzebowała, a przynajmniej nie w tym momencie. Nie mogła jednak zbyt ostro podchodzić do jego osoby i musiała zachować pozory tego, że jego zdanie cokolwiek znaczy. 

- Wiesz, co widzą teraz twoi ludzie? - zapytała łagodnie. - Nie demony. Nie potwory. Siebie samych, bez kłamstw, bez wygodnych narracji. Kurtyna nie tworzy strachu. Ona go wydobywa.

Zrobiła krok w jego stronę. Ziemia pod jej stopą była martwa, wysuszona, jakby życie cofnęło się instynktownie.

- Mówisz: „zdejmij wizje”, jakby były zasłoną. A one są lustrem. Gdybym je cofnęła, odebrałabym im prawdę. A prawda… - uśmiechnęła się nieco szerzej - …jest zawsze bolesna przy pierwszym spotkaniu.

Wysłannik nie drgnął, ale Morwenna poczuła w nim napięcie. Nie strach, jeszcze nie, lecz determinację. To ją zaciekawiło.

- Nie atakujemy się, bo nie musimy - ciągnęła. - Ty wiesz, że nie zdołasz mnie zmusić. Ja wiem, że mógłbyś spróbować. To wystarczy, by rozmowa miała sens.

Uniósł się delikatny, niemal niewidoczny puls magii. Kurtyna odpowiedziała jak żywy organizm, drgając gdzieś na granicy percepcji.

- Więc porozmawiajmy - powiedziała spokojnie. - Ale nie o zdejmowaniu czegokolwiek.

- Porozmawiajmy o tym, dlaczego tak bardzo zależy ci, by twoi ludzie przestali się bać.

Jej oczy błysnęły. Nie drapieżnie. Z zainteresowaniem.

- Bo jeśli boisz się ich strachu - dodała ciszej - to być może Kurtyna już zaczęła działać także na ciebie.

Do rozmowy wtrącił się ktoś jeszcze, ktoś kogo ona słuchać nie chciała. Odniosła wrażenie, że był to ktoś podobny do Daniela, ale pozbawiony większości emocji. Wyczuwała od niego dziwne wibracje, ale nie brała go za godnego siebie przeciwnika. Mężczyzna, który nazywał siebie Wysłannikiem Dis Patre, był o wiele bardziej ciekawy. 

Morwenna nie odpowiedziała od razu. Jej spojrzenie przesunęło się z drugiego mężczyzny z powrotem na Wysłannika, jakby ważyła ich obydwu i uznała jednego za znacznie cięższego od drugiego. Uśmiech, który pojawił się na jej ustach, nie był już tylko uprzejmy. Był prawdziwy.

- Dobra wola - powtórzyła wolno. - To interesujące słowa, jak na kogoś, kto przybywa w imieniu boga liczącego dusze jak monety.

Kurtyna zadrżała ledwie dostrzegalnie. Nie wzmocniła wizji, ale też ich nie osłabiła, jakby nasłuchiwała.

- Zaginione dusze… — Morwenna zamyśliła się teatralnie. - Zawsze mnie bawi to określenie. Dusze się nie gubią. One odchodzą. Albo są zabierane. Czasem po prostu wybierają ciszę zamiast waszych sądów.

 - Jeśli wasz Dis Patre jest sprawiedliwy - ciągnęła -  to doskonale wie, gdzie one są. A skoro wysłał ciebie, oznacza to, że nie chodzi o porządek. Chodzi o brak kontroli.

Zrobiła kolejny krok. Teraz dzieliło ich niewiele więcej niż kilka oddechów. Jej głos stał się cichszy, bardziej intymny.

- Mówisz, że możesz mnie wysłuchać. To miłe. Ja z kolei mogę powiedzieć ci prawdę, której twój pan nie chce usłyszeć. Te dusze nie zostały skradzione. Zostały ocalone przed wiecznym rachunkiem, przed młynem win i kar, który mieliście odwagę nazwać miłosierdziem.

Jej spojrzenie stwardniało na ułamek sekundy.

- Ale nie przyszliście tu po filozofię. Przyszliście po kompromis.

Kurtyna po raz pierwszy wyraźnie zareagowała: wizje po jej drugiej stronie przycichły, jakby ktoś ściszył krzyki. To był gest dobrej woli - drobny, ale celowy.

- Więc posłuchaj mnie uważnie, Wysłanniku - powiedziała. - Ja nie oddam dusz. One już do mnie należą. Ale mogę sprawić, że zniknięcie przestanie się rozszerzać. Że liczba „zaginionych” przestanie rosnąć.

Uniosła brew. 

- Ty wrócisz do swojego pana z wieścią, że równowaga została zachowana. Ja zachowam to, co już zdobyłam. A wszyscy wyjdziemy stąd bez wojny, której żadne z nas jeszcze nie potrzebuje.

Zapadła cisza.

Morwenna przyglądała się Wysłannikowi z nieukrywanym zainteresowaniem, jak ktoś, kto właśnie położył kartę na stole i czeka, czy druga strona w ogóle rozumie grę.

- Więc? - zapytała miękko. - Chciałeś rozmowy. Teraz powiedz mi, czy jesteś tylko głosem swojego boga, czy potrafisz negocjować jak istota wolna?

Wysłannik nie odpowiedział od razu. Przez chwilę wyglądał, jakby słuchał czegoś, czego inni nie mogli usłyszeć - oddechu świata, dalekiego echa boskiej uwagi albo własnych myśli, które po raz pierwszy od dawna nie były całkiem posłuszne.

- Negocjować - powtórzył w końcu. - To słowo zakłada równowagę stron.

Morwenna uśmiechnęła się ledwie zauważalnie, jakby dokładnie na to czekała.

- A więc ją dostrzegasz - odparła. - Dobrze. Wielu jej nie widzi, nawet stojąc pośrodku.

Wysłannik powiódł wzrokiem po polanie. Po ludziach, którzy wciąż dochodzili do siebie, po drgającej granicy Kurtyny, po Danielu McKenzie, który stał nieruchomo niczym relikt dawnej decyzji, spojrzał nawet na Leonarda. W końcu znów skupił się tylko na Morwennie.

- Jeśli dusze są ocalone, jak twierdzisz - powiedział powoli - to dlaczego ich brak rozrywa porządek? Dlaczego świat reaguje? Nawet teraz czuję napięcie, jakby coś było nie na miejscu.

- Bo porządek, który znasz, jest przyzwyczajeniem - odparła bez wahania. - A każde zerwanie przyzwyczajenia boli. Śmierć była przewidywalna. Po niej następował sąd. To dawało wam spokój. Ja zabrałam przewidywalność. 

Zrobiła krok w bok, odsłaniając fragment przestrzeni, gdzie Kurtyna była najcieńsza. Przez moment Wysłannik zobaczył więcej, niż powinien: nie wizje strachu, lecz coś głębszego, dusze zawieszone w bezruchu, niecierpiące, nieosądzane, jakby czas się ich nie imał.

- One nie krzyczą - dodała cicho Morwenna. - Nie błagają. Po raz pierwszy od istnienia nie są niczyją własnością.

Wysłannik zamknął oczy. To był krótki gest. Gdy je otworzył, w jego spojrzeniu było coś nowego - nie bunt, nie uległość, lecz ciężar decyzji.

- Dis Patre nie uzna tego stanu za trwały - powiedział. - Ale ja mogę uznać go za przejściowy. Za próbę. Jeśli liczba zaginionych nie wzrośnie, jeśli równowaga przestanie się pogarszać, wówczas zyskam czas.

 - A czas - podchwyciła Morwenna - jest walutą, którą oboje rozumiemy.

Kurtyna zafalowała jeszcze raz i zaczęła powoli blednąć. Wizje nie zniknęły całkiem, ale straciły ostrość, jak koszmar tuż po przebudzeniu. Ludzie na polanie padali na kolana, oddychając głęboko, jakby wrócili z bardzo daleka.

- To mój gest - powiedziała spokojnie. - Nie cofnięcie. Złagodzenie. Niech zapamiętają strach, ale niech żyją.

Wysłannik skinął głową.

- To nie jest nasze ostatnie spotkanie. Wiesz o tym, prawda? 

Morwenna spojrzała na niego uważnie, niemal z uznaniem.

— Uważaj - rzekła. - To pierwszy krok ku wolności. Bogowie nie lubią, gdy ich Wysłannicy zaczynają myśleć kategoriami „my” i „ja”.

Odwróciła się powoli, jak ktoś, kto już wygrał coś ważniejszego niż spór.

- Spotkamy się jeszcze - dodała przez ramię. - Bo równowaga, którą dziś kupiłeś, jest krucha. A ja...ja wciąż chcę więcej.

Na polanie pozostała cisza - nie pusta, lecz napięta, jak pauza w muzyce tuż przed kolejnym, nieuniknionym akordem.

 

 

Wysłannik II – Seraphina

Polana oddychała ciszą, zbyt gęstą jak na świt. Trawa była wilgotna, jakby ziemia już wiedziała, że ktoś dziś umrze. Stali tam wszyscy jej towarzysze - blisko, a jednak nieskończenie daleko. Ich twarze rozmywały się w półcieniu, jakby należeli już do innego świata. Polana była raną w lesie. Owartą, cichą, zbyt gładką, jakby ktoś wyciął ją z rzeczywistości jednym ruchem ostrza. Drzewa stały wokół niej w ciasnym kręgu, pochylone do środka, jak widzowie egzekucji. Ich pnie były ciemne, nasiąknięte wilgocią i cieniem, a liście nie szeleściły, choć wiatr powinien był tam być.

Trawa pod stopami miała nienaturalny kolor: przytłumioną zieleń przełamaną srebrzystym połyskiem rosy. Każda źdźbło uginało się ciężko, jakby nosiło w sobie pamięć dawnych śmierci. Ziemia oddychała chłodem, wilgotna, miękka, gotowa przyjąć ciało bez sprzeciwu. Powietrze było gęste. Nie pachniało lasem, lecz czymś starszym - żelazem, korą i popiołem. Każdy oddech zostawiał na języku gorzki osad, jak zapowiedź krwi. Światło świtu nie wpadało tu swobodnie; przeciskało się przez korony drzew w wąskich smugach, blade, niemal martwe. Cienie ciągnęły się nienaturalnie długo, splatając się u jej stóp jak palce. W centrum polany stał kamień. Nie ołtarz, lecz coś, co nim kiedyś było. Spękany, porośnięty mchem, nosił na sobie ślady dawnych znaków, zatartych czasem i modlitwami wypowiadanymi szeptem. To tutaj iluzja śmierci była najsilniejsza. Tutaj granica między wolą boga a ciałem człowieka stawała się cienka jak oddech. Gdzieś w głębi lasu coś pękło: sucha gałąź, może kość. Dźwięk zawisł w powietrzu i nie opadł, jakby nawet echo bało się odejść. Ptaki milczały. Owady zniknęły. Cała polana trwała w bezruchu, wstrzymana pomiędzy jeszcze, a już. Było to miejsce, w którym czas tracił znaczenie. Gdzie kroki brzmiały zbyt głośno, a myśli zbyt wyraźnie. Miejsce stworzone nie po to, by żyć, lecz by pamiętać śmierć.

Ona stała pośrodku. Nie dlatego, że wybrała centrum lecz dlatego, że świat sam ją tam ustawił. Ziemia pod jej stopami była chłodniejsza niż reszta polany, jakby rozpoznawała w niej własność kogoś innego. Nie należała już w pełni do ludzi ani do chwili, w której oddychała. Była punktem przecięcia, miejscem, gdzie wola boga dotykała ciała.

Wysłanniczka Dis Patre.

Nie kapłanka, nie prorokini, a narzędzie. Niosła w sobie ciężar decyzji podjętej dawno temu, zanim jeszcze nauczyła się bać. Bóg, który ją wybrał, nie mówił o winie ani o karze. Znał tylko konieczność. Śmierć nie była dla niego okrucieństwem lecz ruchem świata, tak naturalnym jak opadanie liści.

Na jej skórze spoczywała iluzja śmierci. Nie była znakiem widocznym dla oczu, a jednak czuła ją wszędzie: jak obcy oddech na karku, jak zimną dłoń przesuwającą się pod skórą. Czasem miała wrażenie, że jej ciało już pamięta moment, który jeszcze się nie wydarzył. Serce biło tak, jakby znało godzinę swojego zatrzymania.

Iluzja była cienka jak mgła i mogła ją niemal rozproszyć myślą, a jednocześnie ciężka jak wyrok, bo nadana boską wolą nie znała sprzeciwu. To, co miało być tylko zasłoną, zaczęło wrastać w nią jak prawda. Każdy ruch był spóźniony, każdy oddech jak pożyczony.

Ten fałszywy, złowieszczy spokój, który pojawia się wtedy, gdy strach jest już zbyt zmęczony, by krzyczeć. Serce biło równo, jakby ćwiczyło ostatni rytm. Oddychała powoli, chłonąc zapach trawy i krwi, bo krew była już obecna, zanim jeszcze popłynęła.

Petre stał niedaleko. A może był tuż przy niej?


Jej Petre.


Wampir, którego kochała nie mimo jego natury lecz razem z nią.

Widziała to.

Jak jego palce drżały. Jak szczęka była zaciśnięta zbyt mocno. Jak odwracał wzrok, jakby świat był pokusą nie do zniesienia. Walczył ze sobą i to bolało ją bardziej niż wizje śmierci. Bo w tej walce była prawda o nim. I o niej.

Bała się nie strzały. Nie momentu, w którym powietrze przeszyje cisza.

Bała się jego spojrzenia, gdyby nie zdołał się powstrzymać. Bała się, że ostatnią rzeczą, jaką zobaczy, nie będzie niebo ani znak boga lecz jego wina. Że jej śmierć stanie się jego przekleństwem.

Czuła żal, głęboki i lepki, że jej krew pachniała dla niego jak obietnica. Że ciało, które kochał, było jednocześnie jego największą próbą. Chciała podejść, dotknąć go, powiedzieć, że rozumie. Ale wysłannicy bogów nie proszą. Oni przyjmują.

Najbardziej jednak bała się tego, że w chwili śmierci nie znienawidzi go.
Że nawet wtedy, gdy jego kły zatopią się w jej skórze, poczuje ulgę. Że pozwoli mu pić, bo będzie to jedyny sposób, by umrzeć kochaną. Iluzja śmierci pulsowała na jej skórze jak obca myśl. Strzała była już napięta gdzieś poza światem.

A ona pomyślała tylko jedno: bogowie są naprawdę okrutni. Okrutni nie dlatego, że żądają śmierci lecz dlatego, że przed nią dali jej miłość. Pozwolili jej poczuć ciepło dłoni, ciężar czyjegoś spojrzenia, pragnienie, które nie było modlitwą, lecz wyborem. Nauczyli ją kochać dokładnie to, co miało ją zabić, jakby chcieli sprawdzić, ile bólu zmieści się w jednym sercu. Bo śmierć od strzały byłaby szybka. Bezosobowa. Czysta.
Ale śmierć z rąk ukochanego, nawet jeśli nieświadoma, nawet jeśli wymuszona naturą, była bluźnierstwem, którego nie dało się zmyć ani krwią, ani wiecznością.

I w tej myśli nie było już buntu.

Była tylko gorzka jasność: że bogowie nie niszczą ciał. Oni niszczą sens. A ona była ich najdoskonalszym dowodem.

Kiedy otrząsnęła się z iluzji, świat wrócił do niej jak po długim, ciężkim zanurzeniu. Najpierw poczuła ziemię pod stopami: wilgotną, chłodną, prawdziwą aż do bólu. Potem zapach trawy, zbyt intensywny, jakby polana chciała upewnić się, że nadal istnieje. Otworzyła oczy powoli, sennym, nieufnym spojrzeniem, jak ktoś, kto nie jest pewien, czy przebudzenie nie jest kolejnym kłamstwem.

Rzeczywistość nie wracała łagodnie.
Wracała falami. Jedna była miękka, rozmyta, niemal czuła. Druga ostra jak nagły strzał, który wciąż dźwięczał jej gdzieś w kościach, choć nigdy nie padł. Serce zabiło mocniej, jakby dopiero teraz przypomniało sobie o swoim obowiązku. Iluzja zniknęła, ale jej echo pozostało, przyklejone do skóry jak cień, którego nie da się już strząsnąć.

Dopiero po chwili dotarły do niej głosy.

Strzępki rozmowy, pourywane, nieskładne, przedzierały się przez zaburzoną świadomość. Głos Wysłannika był chłodny, wyprany z emocji, jakby mówił o czymś, co nie dotyczyło żywych istot. Kobieta odpowiadała mu ostrzej, z napięciem, które zdradzało, że to ona była osią tego całego zamieszania. Sprawczynią. Architektką iluzji, strachu i ciszy, która niemal ją pochłonęła.

Seri nie rozumiała wszystkich słów. Sens umykał jej jak woda między palcami. Ale jedno dotarło do niej wyraźnie, boleśnie jasno:

Wysłannik puścił ją wolno.

Bez walki.
Bez sprzeciwu.
Bez próby.

Ta myśl uderzyła mocniej niż jakakolwiek strzała.

W jej piersi coś się poruszyło. Nie ulga lecz gniew. Gorzki, ciężki, długo tłumiony. Spojrzała w jego stronę, a w jej oczach nie było wdzięczności. Było pytanie, które paliło bardziej niż strach przed śmiercią.

Dlaczego nie walczyłeś?


Dlaczego stałeś i patrzyłeś, gdy świat decydował za mnie?
Dlaczego pozwoliłeś, bym myślała, że to koniec, skoro mogłeś spróbować?

Czuła do niego pretensję nie dlatego, że się bała umrzeć. Lecz dlatego, że przez chwilę musiała pogodzić się z własną śmiercią w samotności. On, posłaniec wyższej woli, miał siłę, miał głos, miał prawo sprzeciwu, a mimo to wybrał ciszę. Wybrał konieczność.

W jej wnętrzu coś pękło.
Nie krzyk, nie łzy lecz zaufanie.

Stała tam, żywa, uwolniona, a jednocześnie boleśnie świadoma, że jej wolność nie była zwycięstwem. Była łaską rzuconą niedbale, po fakcie. I wiedziała już, że tej ciszy Wysłannika nigdy mu nie wybaczy, bo milczenie wobec śmierci bywa gorsze niż sam wyrok.

Miała żal - ciężki, lepki, narastający z każdą sekundą, w której obrazy z iluzji wciąż pulsowały jej pod powiekami. Żal nie był gwałtowny, nie wybuchał krzykiem. Był zimny i precyzyjny, jak ostrze, które tnie dokładnie tam, gdzie boli najbardziej.

Bo zamiast uderzyć pierwszy, zamiast zrobić to, co należało, on wybrał słowa. Puste, ostrożne, wygładzone negocjacje, które nie miały w sobie ani mocy, ani strachu. Stał naprzeciw kobiety jak równy z równą, jakby czas nie był napiętą cięciwą, a jej życie tylko kartą przetargową. Jakby istniała przestrzeń na kompromis tam, gdzie już dawno zapadł wyrok.

Seri nie potrafiła zrozumieć tego wyboru.
Siła była dostępna. Decyzja była oczywista. Jedno uderzenie: szybkie i bezwzględne mogło zakończyć wszystko, zanim iluzja śmierci zdążyłaby się w niej zakorzenić. Zamiast tego dostała rozmowę. Czas. Strach.

I co to właściwie dało?

Nic. Poza chwilowym odroczeniem. Poza fałszywym wrażeniem kontroli, które rozpadało się w dłoniach jak popiół. Kobieta nie ustąpiła dlatego, że została przekonana. Ustąpiła, bo znużyła się grą. A to nie było zwycięstwo, to była prowizoryczna cisza przed burzą.

Najgorsze było to, że Dis Patre widział wszystko.

Seri wiedziała to aż za dobrze. Znała gniew boga, który nie tolerował zwłoki ani słabości. Dla niego negocjacje w obliczu konieczności były obrazą. Zatrzymaniem koła, które powinno było się obracać. A gniew Dis Patre nigdy nie spadał na winnych od razu, on dojrzewał, powoli, boleśnie, aż w końcu dotykał wszystkich, którzy znaleźli się zbyt blisko.

I właśnie tego bała się najbardziej. Nie kary samej w sobie lecz jej formy. Tego, że bóg upomni się o porządek świata w sposób, który zostawi po sobie pustkę większą niż jakakolwiek śmierć na tej polanie. Że zapłacą nie za czyn, lecz za zwłokę.

Patrząc na Wysłannika, czuła, jak żal przechodzi w coś cięższego, w świadomość, że ktoś, komu powierzono władzę nad życiem i śmiercią, zawahał się dokładnie w chwili, w której nie było na to miejsca. A Dis Patre nigdy nie wybaczał wahań. Należało być posłusznym i gorliwie wykonywać powierzone przez niego zadania.

Podeszła do Wysłannika powoli, jeszcze zbyt sztywna po iluzji, z dłoniami zaciśniętymi tak mocno, że paznokcie wbijały się w skórę. Zatrzymała się przed nim, blisko, na tyle, by nie mógł udawać, że jej nie widzi.

Dlaczego? - zapytała cicho.

Podniósł na nią wzrok. W jego twarzy nie było zaskoczenia. Jakby wiedział, że to pytanie padnie.

- Tylko mi nie mów, że to nie było takie proste - odpowiedziała sama sobie zanim Wysłannik zdążył zareagować.

- Nie mów mi, czym jest siła – ciągnęła dalej, znacznie bardziej ostro niż zaczęła. Głos jej zadrżał lecz nie cofnęła się ani o krok. Zaciągnęła się powietrzem, jakby to miało ją utrzymać w całości.

- Mogłeś uderzyć pierwszy. Mogłeś ją zmusić. Odebrać jej wolę, złamać ją, zabrać dusze, zanim zdążyła uczynić ze mnie ofiarę. Ze mnie i ze wszystkich innych. - spojrzała mu prosto w oczy. - Dlaczego tego nie zrobiłeś?

Milczał. A to milczenie było odpowiedzią, która bolała najbardziej.

- Zamiast tego rozmawiałeś - mówiła dalej, a każde słowo miało w sobie ciężar. - Negocjowałeś, jakbyśmy mieli czas. Jakby Dis Patre znał pojęcie kompromisu.

W jego spojrzeniu pojawił się cień.

- Dusze nie mogą być odebrane bez konsekwencji - wtrącił się ktoś z boku, ale Seri nie zaprzątała sobie głowy tym, do kogo ten głos należał - Każde takie działanie...

Konsekwencje już są - weszła mu w słowo. — Nie widzicie ich, bo jeszcze nie nadeszły. Ale ja je znam. Znam gniew mojego boga. I wiem, że zapłacimy za to wszyscy.

Głos załamał się jej na moment lecz zaraz znów stwardniał.

- Pozwoliłeś jej odejść z duszami. Pozwoliłeś, by Dis Patre zobaczył wahanie tam, gdzie miała być konieczność. - uśmiechnęła się krótko, gorzko. -Wiesz, co jest w tym najgorsze?

Nie odpowiedział.

- Że przez chwilę naprawdę myślałam, że umrę. A ty stałeś obok i rozmawiałeś. Wszyscy tutaj cierpieliśmy, a ty zamiast działać zdecydowanie w takiej chwili, wolałeś grać w jej grę. Teraz ona ma przewagę, ona dyktuje warunki. 

Zapadła cisza ciężka jak ziemia na trumnie.
Seri odwróciła się pierwsza, bo wiedziała, że cokolwiek powie dalej, nie cofnie już tego.

Była przede wszystkim Wysłannikiem i tej prawdy powinna się trzymać, nawet jeśli ciążyła bardziej niż iluzja śmierci. Nie była tu po to, by osądzać ani by pozwalać sobie na gniew. Została stworzona do przyjmowania woli boga, do niesienia jej dalej bez drżenia dłoni. Emocje były luksusem, na który Wysłannicy nie powinni sobie pozwalać.

A jednak bała się.

Nie o siebie, nie wprost. Bała się konsekwencji decyzji, którą podjął Pierwszy Wysłannik. Decyzji podszytej wahaniem, rozmową tam, gdzie należało postawić kropkę. Wiedziała, że Dis Patre nie rozlicza intencji. Rozlicza skutek. A skutek był prosty i niepodważalny: dusze nie zostały oddane. Porządek został naruszony.

Gniew Dis Patre był nieunikniony.
Nie przychodził nagle, nie wybuchał chaosem. On nadchodził powoli, metodycznie, jak noc, której nie da się zatrzymać. Seri czuła go już teraz, pod skórą, w drżeniu ziemi, w ciężarze powietrza. Znała ten znak aż za dobrze. Wiedziała, że bóg nie zapomniał i nie zapomni.

I dosięgnie ich wszystkich.

Bez wyjątku.

Nie tylko Pierwszego Wysłannika, choć to jego decyzja była iskrą. Nie tylko kobietę, która igrała z duszami. Nawet nie tylko ją samą, stojącą zbyt blisko centrum wydarzeń. Gniew boga nie znał pojęcia winy indywidualnej - znał tylko bliskość. A oni wszyscy byli zbyt blisko.

Seri zacisnęła dłonie i wyprostowała plecy.
Jeśli miała być Wysłannikiem, to do końca. Przyjmie karę, gdy nadejdzie. Wypełni swoją rolę, nawet jeśli będzie musiała patrzeć, jak świat pęka pod ciężarem cudzej decyzji. Bo Dis Patre nie potrzebował wyjaśnień. Potrzebował posłuszeństwa.

A ono - w przeciwieństwie do strachu - nie miało prawa drżeć.

Gdy odwróciła się od Wysłannika, jej wzrok niemal natychmiast odnalazł Petre. Stał kilka kroków dalej, oparty o jedno z drzew, jakby tylko ono trzymało go jeszcze w pionie. Iluzja puściła go powoli -zbyt powoli — zostawiając w jego ciele napięcie, którego nie potrafił ukryć. Oddychał ciężej niż powinien, a jego spojrzenie było mętne, nieobecne, jak u kogoś, kto wrócił z miejsca, gdzie nie da się oddychać.

Seri poczuła ukłucie w piersi, ostre i znajome.

Pierwszym uczuciem nie była ulga. Był nią strach, cichy i natychmiastowy. Nie o to, że mógł ją skrzywdzić - ten strach już znała i nauczyła się z nim żyć. Bała się tego, co iluzja mogła mu pokazać. Bała się, że widział siebie pochylonego nad jej ciałem, że czuł smak jej krwi na języku, że świat kazał mu przeżyć dokładnie to, przed czym oboje uciekali.

Potem przyszła wina.
Lepka, dusząca, nieproszona. Jej krew była jego próbą. Jej obecność nieustanną pokusą. Patrząc na niego, wiedziała, że jeśli walczył ze sobą, to dlatego, że ona stała zbyt blisko. Że jej życie było dla niego polem bitwy, na którym nigdy nie miał wygrać bez strat. 

Ale ponad tym wszystkim unosiło się coś jeszcze  czułość, bolesna i nie na miejscu. Widziała, jak bardzo jest wyczerpany, jak ramiona opadły mu ciężko, jakby dźwigał winę, której jeszcze nikt mu nie przypisał. I nagle zrozumiała, że najbardziej boi się nie jego głodu lecz tego, że iluzja mogła odebrać mu resztki wiary w siebie.

Chciała do niego podejść. Dotknąć jego dłoni. Powiedzieć, że przetrwała. Że on też. Ale była Wysłannikiem Dis Patre, a wysłannicy nie szukają ukojenia - oni je odbierają innym.

Najgorsza była jednak myśl, która pojawiła się na samym końcu, cicha jak szept:
że jeśli Dis Patre upomni się o zapłatę, Petre może zostać tą, którą ona będzie musiała oddać.

I patrząc na niego po iluzji, zrozumiała, że to właśnie ta możliwość boli ją bardziej niż jakakolwiek wizja śmierci.

 

ROZDZIAŁ 827

WYSŁANNIK I

Jęk. Najpierw cichy, słabnący, urywany. Na niego być może nikt nie zwróciłby uwagi, nawet jeśli całe zebrane wokół towarzystwo miało doskonały słuch. Lecz ten niepokojący dźwięk zaczął narastać, każąc innym odwrócić głowy w poszukiwaniu jego źródła. Wtem właśnie ujrzeli Seraphinę zgiętą wpół i zwijającą się z bólu. Krew zaczęła przesiąkać przez jej ubranie i chyba dopiero wtedy reszta zauważyła grot sterczący z jej piersi. Życie uciekało z Wysłanniczki gęstą, czerwoną wstęgą, na jeden duszny, przerażający ułamek sekundy zawieszając wszystko w czasie: wszak od Czasu silniejsza była tylko Śmierć.

A może na odwrót?

Gdy upiorny ułamek minął, zapanował chaos. Petre momentalnie rzucił się w stronę Seraphiny, kucając przy niej i… i co? Nie miał pojęcia, co zrobić, bo nie znał się na pierwszej pomocy. Rana była taka duża, a grot chyba tamował krwawienie, chociaż częściowo, więc może nie powinien go wyjmować? Może nie, ale... ale nagle wyciekająca z rany krew stała się tak kusząca, tak pięknie pachnąca… Bo jak smakować mogła krew boskiego Wysłannika? Na pewno inaczej niż ludzka. A gdyby tak spróbować… Petre czuł, jak jego myśli zachodzą czerwona mgiełką. Przestał drżeć na widok konającej Seraphiny, myśląc sobie z nagłą, niespodziewaną swobodą, że mogłaby już umrzeć, a wtedy cała ta krew byłaby już jego…

Dziwnemu zachowaniu Petre przyglądała się Aria. Jej zmysły działały na pełnych obrotach, dlatego wyraźnie czuła, że działo się coś złego. Panika niczym rdza powoli pokrywała jej myśli, ale nie mogła się im poddać — wszak to nie byłby pierwszy raz, gdy w chwilach grozy przejęłaby dowodzenie, zachowując zimną krew.

Ale krew, bynajmniej nie zimna, a całkiem gorąca, zaczęła malować na czerwono już całkiem okazały brzuch Arii. Głos z szoku i paniki ugrzązł jej w gardle, ale za nich oboje wrzasnął Athan, natychmiast rzucając się w stronę żony. W jego oczach lśnił obłęd sugerujący, że wampir utracił połączenie z rzeczywistością. Cały czas wpatrywał się z rozpaczą w Arię i ich umierające dziecko, prawie nie zwracając uwagi na to, że nie mógł już nic powiedzieć, że oddychało mu się coraz gorzej, a krew wartkim strumieniem spływała na jego pierś z coraz szerszej i głębszej rany na szyi.

Leonard miał te wszystkie okoliczne śmierci kompletnie gdzieś. Z nikim z tej szalonej bandy nie łączyły go żadne zażyłości — a nawet jeśli, to miał teraz znacznie, znacznie poważniejszy problem. Czuł, jak strach miesza się w nim z radosną ekscytacją, kiedy całe wiszące nad nim niebo zasłoniły ciemne chmury. Wir, który utworzył się wewnątrz, był zbyt charakterystyczny, by go nie rozpoznać: oto jego Pan się uwolnił, oto przyszedł go nagrodzić, karząc za błędy. Z gardła wydostał się obłąkańczy, chropowaty śmiech, który ogłuszył potworny trzask, jak gdyby to samo niebo właśnie pękało, przepuszczając na ziemię potężne Bóstwo.

— Och, Panie, Panie… — szeptał z uwielbieniem, nieustannie bijąc pokłony. Nie miało znaczenia, że jego głos był ledwie słyszalny – Batara Kala na pewno go usłyszy.

ZAWIODŁEŚ MNIE.

Jego głos nie brzmiał ludzko. Brzmiał jak seria zlepionych z siebie grzmotów, które tylko intuicyjnie układały się w jakieś słowa. Ale Leonard nie miał wątpliwości, co Batara Kala powiedział, wywołując w nim lodowaty dreszcz.

— Panie… przebacz mi, o Panie, moją głupotę i ślepotę! Ukarz mnie i pozwól dalej wiernie służyć…

Mógł umrzeć. Mógł umierać dziesiątki razy. Wiedział, że sobie na to zasłużył i z ekstatyczną ochotą chciał się temu poddać.

BĘDĘ SIĘ NA TOBIE MŚCIŁ AŻ PO KRES TWOICH DNI. NIGDY JUŻ NIE BĘDZIESZ MI SŁUŻYŁ. STRACIŁEŚ GODNOŚĆ WYSŁANNIKA.

Na Leonarda opadła lodowata kurtyna martwego, cichego strachu.

— N… N-nie… P-p-panie… b-błagam…

Gardło miał zbyt ściśnięte, żeby powiedzieć coś więcej. Tylko nie to! Przecież był jego wiernym sługą, jego…

Po raz kolejny zamarł, gdy kątem oka dostrzegł eleganckie blond loki opadające gładko na idealnie obrysowane, nagie łopatki. Porcelanowa twarz teraz była wyjątkowo blada, a w przepięknych, szaroniebieskich oczach błyszczał strach…

…a potem szok, gdy poczuła, jak ostrze miecza przeszywa ją na wskroś.

— ILARIE!

To nie był wrzask Leonarda; on był zbyt oniemiały, zbyt przerażony i zawstydzony — wszak to jego wina, to on wszystko zepsuł. Krzyczał Petre, który momentalnie zerwał się z nóg i rzucił się w stronę siostry, wisząc niczym duch nad raną, z którą nic już nie dało się zrobić.

 

Chaos. Panował chaos. Jedni umierali, drudzy opłakiwali zmarłych. Wysłannik z nieukrywaną kpiną obserwował całe to widowisko. Ależ oni wszyscy byli słabi! A słabość go odpychała, brzydziła. Dlatego odsunął się znacznie od Goro, z którym jeszcze niedawno rozmawiał: próbował właśnie uspokoić mamroczącą opętańczo Wierę, która zdawała się ze strachu postradać zmysły. Ale i demon nie miał łatwo, bo tuż obok niego stał… drugi Goro. Jego ludzka powłoka we własnej osobie?, zastanawiał się Wysłannik, nie starając się nawet słuchać oskarżeń, jakie człowiek kierował do demona.

— Elijah…?

Wysłannik drgnął, odwracając się. Kilka metrów od niego stała niziutka, czarnowłosa istotka o mokrych od łez policzkach. Była… śliczna. Była piękna. On nie powinien poznawać takich wrażeń, ale coś bardzo głęboko w nim samym kazało określić ją mianem najładniejszej ze wszystkich kobiet. Bo każda inna była… miałka. Byle jaka. Nijaka. Ale ta była inna.

Marisa. Żona tego, którego ciało posiadł.

Oczywiście, to była tylko wizja. On też miał od niej postradać zmysły, dlatego musiał się odwrócić.

Musiał.

Ale coś nie zadziałało. Jakby mięśnie się zbuntowały i kazały stać zwróconym do niej. Prychnął pod nosem, przeklinając pamięć ciała, po czym wreszcie zdołał odwrócić wzrok.

I dobrze zrobił, bo na drugim końcu polany stał ktoś znacznie ciekawszy. Wysłannik nigdy jej nie widział, ale ją, całkiem obiektywnie, być może też można by nazwać ładną. Wszystko przez burzę rudych niczym lisia kita włosów. Duże, zielone oczy błyszczały bystro, a delikatne zmarszczki zalęgające się wokół ust, oczu i na czole nadały jej obliczu dojrzałej szlachetności. Odziana była dość niestandardowo, bo w długą, szeroką suknię, której fałdy oraz szerokie rękawy powiewały na lekkim wietrzyku. Kolor materiału idealnie zlewał się z krwią, która teraz tak obficie podlewała ziemię.

Obok niej stała dobrze mu już znana figura — tajemniczy klecha, niejaki Daniel McKenzie. A więc to jej służył — bo od początku jasnym było, że to nie on był mózgiem całej operacji.

— A więc to ty.

Głos Wysłannika był równy, spokojny. Dostrzegł dzięki temu krótki błysk zaskoczenia w oczach tajemniczej kobiety — widocznie nie spodziewała się aż takiej obojętności. Ale ten blask szybko zgasł.

— To ty nałożyłaś te iluzje — kontynuował Wysłannik. — Zdejmij je.

— Nie, mój drogi. To nie ja.

Jej głos był niski, pewny siebie, przyjemny dla ucha. Wybrzmiewał z nich uśmiech, który na twarzy pozostawał niemal niewidoczny. Jednak ważniejsza była treść: Jak to nie ona? Czyżby klecha? Wysłannik tylko na moment przeniósł na niego wzrok, ale zaraz tę możliwość odrzucił: ten człowiek — bo to tylko człowiek — był zdecydowanie zbyt słaby. Ale kobieta zdawała się nie kłamać. O co więc…

Urwał w połowie myśli, rozglądając się dookoła z taką uwagą, jakby dopiero teraz dostrzegł otaczający go krajobraz. Nie było w nim zupełnie nic nadzwyczajnego, ale znacznie ważniejsze było to, co nieosiągalne dla gołego oka.

— To Kurtyna.

Kobieta nie odrzekła ani słowa, ale uśmiechnęła się w odpowiedzi.

— Znajdujemy się już za Kurtyną. I to ty ją stworzyłaś.

Znowu milczenie jako znak zgody.

Ta wiedza była jednocześnie uspokajająca na swój sposób i niepokojąca. Wreszcie dowiedzieli się, kto odpowiada za kradzież dusz — nie mogło być innego wyjścia, skoro to ona stworzyła Kurtynę. Ale ten fakt jednocześnie martwił, bo sugerował jasno, że nekromantka była wyjątkowo potężna. Poza tym, jeśli znajdowali się pod jej Kurtyną, nie mieli specjalnie dużo opcji, a już na pewno nie mogli jej zabić. Ale i ona nie mogła zabić jego, dlatego rozmowa zapowiadała się co najmniej interesująco.

— Jak cię zwą?

— Morwenna. A ty jesteś szukającym nas Wysłannikiem.

Kiwnął głową.

Zapanowało milczenie, które łatwo było zinterpretować: każde z nich zastanawiało się, ile może ujawnić, a ile zachować dla siebie. Na pierwszy rzut oka byli dla siebie wrogami, którzy nie mają ze sobą nic wspólnego, to i dialog był tu zbędny. Ale Wysłannik nie podjąłby nawet słowa rozmowy, gdyby uznał to za bezcelowe. W tej kobiecie było coś, co drażniło, tym samym fascynując. Uczucie to można byłoby porównać do zbyt intensywnego drapania: łagodzi uporczywe swędzenie, choć powoduje ból; jeden dyskomfort zamieniony na drugi. Podobne, bardzo poplątane odczucia, budziła w nim Morwenna.

In luce patebit quod tenebris tegitur.

Wysłannik wykonał ledwie widoczny ruch nadgarstkiem, półszeptem wypowiadając dobrze sobie znaną frazę. Bardzo delikatny, łagodny błysk światła niczym lewitujący wąż przemknął subtelnym slalomem między zebranymi wokół ludźmi, z czasem nabierając prędkości, aż wreszcie znikając gdzieś za horyzontem. Ale to nie zepsuło efektu, a wręcz przeciwnie: wnętrza wszystkich dookoła jaśniały delikatnie, jak gdyby każde z nich połknęło żarówkę emitującą wyjątkowo silne światło. W każdym, kto motał się w złych iluzjach, drzemał ciemny kłębek przywodzący na myśl splątaną, oblepioną sadzą włóczkę. To jednak nie było ani interesujące, ani zaskakujące. Ciekawsze było to, co znalazł we wnętrzu Morwenny. Znalazł tam bowiem duszę. I owszem, każdy miał swoją, ale ona posiadała jedną dodatkową, i to wyjątkowo brudną i odrażającą.

— Aha — mruknął do siebie Wysłannik, nawet nie starając się ukryć nuty tryumfu. Poczucie wygranej jeszcze w nim wzrosło, gdy zobaczył, że wreszcie uporczywy spokój, jaki błyszczał w oczach Morwenny, zadrgał niespokojnie. Ot, morze zielonych wód, dotąd tak spokojne, wzburzył delikatny, ale wyraźny wiatr. — Chciałaś być silniejsza, zagarniając jedną dodatkową duszę?

Milczała. Ale Wysłannik nie liczył na odpowiedź.

— Cofnij wizje — zażądał ponownie. — Wtedy będziemy mogli porozmawiać. Bo skoro żadne z nas nie atakuje, każde może tą rozmową coś osiągnąć.

Vana, facessite!

Ciszę, która nastąpiła wraz z tym zaklęciem, zastąpiły po chwili głębokie dyszenia, płacz, nerwowe mamrotanie i szeptane słowa otuchy. Wysłannik nie zwracał na to uwagi, skupiając się wyłącznie na Morwennie.

— Jest w tobie dobra wola — zauważył z zadowoleniem. — Dlatego odwdzięczę się i powiem, dlaczego cię poszukujemy. Dis Patre, nasz pan…

— Twój pan.

Do rozmowy niespodziewanie włączył się Leonard, który najszybciej otrząsnął się po dręczących omamach. Morwenna z ciekawością zwróciła ku niemu swój wzrok.

— Nasz pan — kontynuował niewzruszony Wysłannik — zauważył zaginione dusze. To miłościwy Bóg, ale sprawiedliwy. Może nie zechcieć słuchać twoich tłumaczeń. Lecz chętnie wysłucham ich ja. Wierzę, że możemy sobie pomóc.

Wpatrywał się w nią łagodnie, choć oczekująco. Czuł też na sobie spojrzenia tych, którzy całkiem lub w większości oswobodzili się z krwawych wizji. O mało się nie uśmiechnął kpiąco, gdy zdał sobie sprawę, że wszyscy, którzy tam stali, mogliby wykorzystać zaginione dusze na różny, wymyślny sposób. Każdy miał wszak jakieś pragnienie, jakiś cel, jakiś zaprzysięgły zamiar. Lecz…

Lecz wygram tylko ja.  

^