Rozdział 822

Aria

To uczucie wracło do niej zawsze o zmierzchu, gdy świat cichnie, a myśli stają się zbyt głośne, by je uciszyć. Siedzi wtedy przy oknie, patrzy w przestrzeń, w której kiedyś on był: w każdym wspomnieniu, w każdym niedopowiedzianym zdaniu, w śmiechu, który wciąż słyszy gdzieś w głowie. Czuje jego obecność w najmniejszych rzeczach: w zapachu deszczu, w dźwięku kroków na korytarzu, w książce, którą kiedyś jej polecił. I choć minęło tyle czasu, wciąż ma wrażenie, że zaraz wróci, że otworzy drzwi, uśmiechnie się tym swoim spokojnym, łagodnym uśmiechem i powie coś, co sprawi, że świat znów będzie miał sens.

Ale nie wraca.

W jej sercu mieszka tęsknota, ciężka jak kamień, który codziennie dźwiga, choć nikt tego nie widzi. Czasem próbuje o nim nie myśleć, zajmuje się drobiazgami, rozprasza, śmieje z innymi lecz to tylko cienka warstwa spokoju, pod którą pulsuje cichy ból. Brakuje jej jego głosu, jego pewności, jego wiary w nią. To on był światłem, kiedy gubiła się w mroku, a teraz sama musi znaleźć drogę, idąc po omacku wśród wspomnień, które parzą, jak popiół po największym ogniu. Sama powoli się w niego zamieniała, od środka. Ból spopielał jej dusze, kawałek po kawałku i bardzo powoli zbliżał się do serca. Co się stanie, kiedy tam dotrze? Czy sprawi, że stanie się zgorzkniała, czy po prostu zapomni o Elijahu? Okropnie się tego bała. Nie chciała, by jego twarz zniknęła z jej wspomnień, nie chciała zapomnieć jego głosu i jego zapachu. Pragnęła, by to wszystko w niej żyło.

W nocy, kiedy wszystko milknie, szeptem wypowiada jego imię. Nie po to, by przywołać, bo wie, że nie wróci, ale po to, by nie zapomnieć brzmienia, by nie pozwolić, żeby czas starł je z jej pamięci. Czasem śni, że znów z nim rozmawia. W snach nie ma śmierci, nie ma pożegnań tylko ciepło, spokój i to uczucie, że jest zrozumiana. Budzi się wtedy z sercem pełnym łez i uśmiechem, którego nie potrafi wytłumaczyć.

Nie umie się pogodzić, ale też nie chce zapomnieć. W jej życiu pozostało po nim coś więcej niż pustka, została lekcja, sposób patrzenia na świat, echo jego słów, które wciąż ją prowadzą. I choć czasem wydaje jej się, że tęsknota ją pochłonie, w głębi serca tli się cicha, irracjonalna nadzieja, że tam, gdzie teraz jest, on też o niej pamięta. Że ich rozmowy nigdy tak naprawdę się nie skończyły tylko przeniosły się w inne miejsce, gdzieś poza granicę, której nie da się dotknąć, ale można ją poczuć.

I tak trwa pomiędzy bólem, a wdzięcznością, między ciszą a wspomnieniem głosu, który nauczył ją, jak słuchać świata.

Spojrzała najpierw na Athana, a później przeniosła powoli spojrzenie na Goro. Wszyscy obecni w gabinecie zapewne domyślali się, co za chwilę usłyszą od Arii. Wampirzyca nie mogła postąpić wbrew sobie i temu, co właśnie czuła. Wiedziała, że prawdopodobnie demon ma rację i że ten cały Wyslannik, to nie Elijah, ale jeśli był cień szansy, który oczywiście Aria widziała, nie mogła odpuścić i żyć z myślą, że jej przyjaciel, jej mentor i powiernik, gdzieś tam jest i ona nie zrobi nic, by go odzyskać.

- Przepraszam, ale nie mogę wam obiecać, że nie spróbuję do niego dotrzeć. – zaczęła ostrożnie i nie musiała nawet patrzeć w stronę męża, by wiedzieć, jak bardzo zbolałą minę zrobił w tym momencie.

- Wiem, co o tym myślicie, ale przecież też mnie znacie. Jeśli on wygląda, jak Elijah, to jest szansa, że to on tylko jakoś zablokowany. Może to działa na zasadzie wyparcia człowieczeństwa. Wampiry mogą coś takiego zrobić, jeśli emocje nas przytłaczają i nie potrafimy sobie z czymś poradzić. To odwracalny proces, ale trudny. Nie wierzę, że nie ma w nim nic z Elijaha. Oczywiście mogę być w błędzie, ale mogę też mieć rację. Mówicie, że w zasadzie niewiele wiecie o Wysłannikach, więc jest możliwość, że się mylicie i to jednak Elijah.- głos Arii był wyjątkowy spokojny, choć targały nią teraz silne emocje. Nie mogła do końca uwierzyć, że jej najdroższy przyjaciel, ten którego pożegnała na zawsze nie tak dawno temu, być może powrócił. Nie chciała robić sobie nadziei ani nikomu innemu. Nie tylko ona straciła Elijaha i nie tylko ona nosiła w sercu pustkę po nim. Athanasius, Marisa i wiele innych osob, na których Cavendish wywarł większe lub mniejsze wrażenie. 

To była osoba, której nie dało się nie lubić.
Był mężczyzną o nienagannych manierach i spojrzeniu, które jednocześnie budziło respekt i zaufanie. Jego blada, szlachetna twarz zdradzała wieki doświadczeń lecz uśmiech – ciepły i subtelny – sprawiał, że każdy czuł się w jego towarzystwie swobodnie. Mimo że był wampirem, emanujący z niego spokój i sympatia od razu przełamywały wszelkie uprzedzenia.
W kręgach politycznych słynął z elokwencji, inteligencji i niezwykłej zdolności do słuchania innych. Nie forsował własnych poglądów siłą, a potrafił przekonać do swoich idei dzięki logice, szacunkowi i umiejętności dostrzegania racji po obu stronach sporu. Wielu mówiło, że jego słowa mają moc gaszenia konfliktów, a obecność przy ważnych spotkaniach była zawsze gwarancją konstruktywnej rozmowy. Elijah brylował na salonach i czuł się tam, jak ryba w wodzie. Był skromny, a jednocześnie uwielbiał być w centrum uwagi.
Choć otaczała go aura tajemnicy, był powszechnie lubiany i darzony zaufaniem. Zawsze elegancki, dystyngowany, jakby wyjęty z innej epoki, ale również przystępny i serdeczny. Łączył w sobie to, co rzadkie: mądrość wynikającą z długiego życia i autentyczną dobroć, która nie wymagała żadnych nadnaturalnych mocy.
Był kimś, kogo chciało się słuchać, na kim można było polegać i kogo trudno było zapomnieć.

- Aria, rozumiem Cię w pełni. Gdyby istniał sposób na to, bym ja mogła przywrócić do życia moją rodzinę, to również bym próbowała. Nikt nie będzie cię powstrzymywał, ale błagam, bądź ostrożna i nie rzucaj się w całości na tą sprawą. Pamiętaj, że nie chodzi tylko o ciebie. Jest Athan, który umiera ze strachu i przede wszystkim, wasze dzieci. Goro i ja też się martwimy, ale pomożemy, jak będziemy mogli. Weź pod uwagę, że Goro bierze odpowiedzialność za to wszystko i jeśli coś ci się stanie, to będzie się obwiniał. Obiecaj nam tylko, że będziesz ostrożna, dobrze? – pierwsza przemówiła griszka, a Aria niemal przestała oddychać, gdy dotarł do niej sens jej słów. Viera miała rację, Aria nie była odpowiedzialna tylko za siebie samą, ale i za wszystkich swoich bliskich. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby ktoś cierpiał z powodu jej wyborów. 

- Dobrze, obiecuję. Będę uważała i podejdę do tego ostrożnie, w pierwszej kolejności będę brała pod uwagę swoje dobro i komfort. Nie będę się narażała – uśmiechnęła się delikatnie, spoglądając najpierw na kobietę, a później na Goro. W końcu przeniosła spojrzenie na męża i tam zatrzymała je na dłużej.

- Obiecuję – powiedziała raz jeszcze, kierując te słowa tylko do niego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^