ROZDZIAŁ 819

ATHANASIUS

Nie spodziewał się usłyszeć niczego innego. Mógł łatwo odtworzyć sobie w głowie cały przebieg tej rozmowy i prawdopodobnie nie pomyliłby się za bardzo. Lecz mimo to Athan w tamtym momencie poczuł znajomy strach, że oto naruszyli puszkę Pandory, a Aria, tak zachłanna w swoich celach, nie spocznie, dopóki nie odkryje całej prawdy, jaka się w niej kryje. Martwił się o nią, kiedy tak się nakręcała, kiedy chwytała się nadziei ulotnej jak wiatr. Nadzieja nie miała smaku ani zapachu, była niewidzialna, więc można by rzec, że prawie nie istniała. Ale była wyczuwalna, dokładnie jak to delikatne, kuszące muskanie po policzku ciepłych, wiosennych powiewów. A skoro dało się to wyczuć, dało się też odnaleźć kierunek, z którego ten wiatr wiał, podążyć w tym kierunku i usiłować znaleźć niemożliwe.  

Aria była do tego zdolna. Nie tylko jako niepoprawna optymistka, ale przede wszystkim jako osoba, dla której Elijah był wyjątkowo ważny. I o ile on i Marisa mogliby powiedzieć dokładnie to samo, tak Aria była przywiązana do Cavendisha w sposób szczególny i wyjątkowy. To ten rodzaj więzi, którego nie dało się opisać prostymi słowami; który dotykał najgłębszej, najwrażliwszej struny, wygrywając na niej przepiękny, delikatny dźwięk. Nazwanie tego przyjaźnią byłoby zbyt dużym niedomówieniem, a określenie tego rodziną zdawało się w ich przypadku teoretycznie trafne, choć wciąż zbyt płytkie. 

Więc jaka to więź? Nawet Athan nie umiał tego określić.  

Lecz wtem, zupełnie nagle, dopadła go bardzo gorzka, podszyta zazdrością myśl. 

Mnie nie szukałaś, jak zaginąłem po porwaniu przez demona. Ale martwego Elijaha po jednym zamazanym zdjęciu natychmiast musisz odnaleźć.

Zamilkł. Błyskawicznie uleciała z niego ochota na jakiekolwiek tłumaczenie, przekonywanie, błaganie. To i tak by nic nie dało. I o ile Athan dotąd sądził, że powinien zaprezentować chociaż pozory troski, którą w istocie bardzo silnie odczuwał, tak teraz nawet na to nie miał siły.  

— Nie wierzę ci. 

Czuł na sobie spojrzenie Arii, ale się nie odwrócił. Zamiast tego wyjrzał przez okno, za którym, mimo pięknych, kolorowych pejzaży, nie widział zupełnie nic.  

— Nie wierzę — podjął cicho po chwili — że nie dasz się w to za bardzo wciągnąć. Nie musisz przede mną udawać. Znamy się zbyt dobrze, więc możemy ominąć tę scenę, kiedy ja jeszcze raz cię błagam, byś podeszła do tej sprawy z zimną głową, a ty mi czule obiecasz, że będziesz o siebie dbać i nie pozwolisz sobie wpaść w obsesję. Oboje wiemy, że będzie inaczej. I nie — odwrócił się do niej, patrząc z chłodem w oczach — to nie oznacza, że ci nie pomogę. Pomogę. Zawiozę do Goro, przysłucham się rozmowie i zrobię dokładnie tyle, ile się da, by odkryć czy to był Elijah. Problem w tym, że ty nie chcesz tego odkryć. Problem w tym, że ty już wiesz, że to Elijah i nikt i nic nie jest w stanie wybić ci tego z głowy. Tylko że jak się okaże, że to jednak nie on — mówił już nieco głośniej, z wybrzmiewającym w głosie gniewem zmieszanym z niepokojem — to cię ta wiadomość przygniecie do ziemi tak mocno, że nie będziesz mogła wstać. I TAK — syknął, już całkiem zły — to JEST egoistyczne. W twoim stanie cały czas chodzisz do pracy, ale okej, nawet nie myślałem się spierać, bo to nic nie da. Poza tym czujesz się dobrze, więc nie ma powodu, by ci tego zabraniać. Ale wciąż powinnaś zachować chociaż minimum odpoczynku i zadbania o siebie. Tego faceta — wskazał ręką gdzieś w losowym kierunku — Edmund znalazł gdzieś na północy Anglii! I co, będziesz sobie teraz krążyć po całym kraju w poszukiwaniu duchów? Fantastyczny pomysł, po prostu FANTASTYCZNY!  

Więcej już nie miał do powiedzenia. Niech Aria sobie dzwoni do Petre i pyta o Seraphinę, niech gada z Goro, niech robi co chce. On oczywiście jej pomoże, wszędzie ją zawiezie, spełni każde jej życzenie. Bo przecież co da jego sprzeciw? Nic poza tym, że Aria tylko się na niego wkurzy. Czasami myślał, że był jej całkiem niepotrzebny, choćby w takich chwilach jak ta. 

— Szykuj się. Jedziemy za dziesięć minut.  


Przez całą drogę prawie ze sobą nie rozmawiali. Aria w tym czasie zadzwoniła do Petre i wypytała go o Seraphinę. Dzięki temu poznali historię dwóch braci-bogów oraz ich Wysłanników, których można by porównać do aniołów. Były to byty, które z boskich zaświatów zeszły na Ziemię, aby wypełnić zadania zlecone im przez Boga. Nie były to jednak zwyczajne misje, tylko kwestie, których nie byłby w stanie załatwić żaden śmiertelnik — lub nie dość potężny nieśmiertelny. Nawet demony ze swoją Radą były tu bez znaczenia, co oznaczało, że ci cali Wysłannicy musieli być naprawdę potężnymi istotami. Ale Petre powiedział im jeszcze jedną ciekawą rzecz — Wysłannicy nie mieli duszy. Oznaczało to mniej więcej tyle, że na Ziemię zstępowały puste muszle: rozumne, nieczujące dusze mające wygląd zmarłych. Zdaniem Athana, niespecjalnie się to różniło od tworów nekromantów: różnica leżała tylko w potędze i samoświadomości. Choć z tego, co powiedział Petre, Wysłannicy są w pełni posłuszni i lojalni swemu Bogu, co jednak stwarzało pewne podobieństwo do ożywionych zmarłych.  

— Czyli z tego co rozumiem — odezwał się po rozmowie, i był to jeden z niewielu razów, kiedy przemówił do żony w trakcie jazdy — nawet jeśli na zdjęciu to był faktycznie Elijah, i to w roli Wysłannika – bo innej opcji na razie nie widzimy — to wychodzi na to, że nie ma duszy. Więc to tylko ktoś, kto wygląda jak Elijah, ale nim nie jest. Więc jaki sens go szukać? Chcesz się z nim spotkać i widzieć, jak cię nie rozpoznaje? A co z Marisą? Przecież my byśmy ją zabili, gdybyśmy jej takiego pokazali.  

A jak ty się czułaś, gdy zobaczyłaś mnie opętanego przez demona? I jak byś się czuła, gdyby się okazało, że w środku jestem martwy?

Wspomnienia o opętaniu wracały do niego tego dnia jak bumerang. 

Owszem, Athan wiedział, że tylko dołował Arię, zamiast ją wspierać, ale potwornie drażniło go, jak ta kobieta bez reszty zatracała się w swojej nowo narodzonej obsesji. I nie sądził, by Aria rozumiała, że jego gniew wynikał z tego, jak bardzo się o nią martwił. Bo, wbrew pozorom, nie chodziło tu tylko o ciążę. Chodziło o to, jak łatwo Aria da się w to wciągnąć, sama dobrowolnie się krzywdząc. A on, próbując ją od tego odwieść albo chociaż studzić jej nadmierny zapał, oczywiście był tym złym.  

Kiedy wreszcie dojechali pod wielki londyński dwór, Athan poczuł nieprzyjemne ciarki na plecach. Nienawidził tych wysokich, szarych murów upstrzonych dekoracyjnymi wieżyczkami. Nienawidził tego wielkiego, zadbanego ogrodu rozpościerającego się po obu stronach szerokiego wjazdu, który właśnie przemierzali. Nienawidził każdego wspomnienia, które natychmiast pchało mu się do głowy, a które dotyczyło chwil opętania. Bardzo rzadko miał okazję tu bywać; dużo częściej wpadała tu Aria, ale ona zwykle przyjeżdżała tu sama, zostawiając Athana z dala od tej traumy. Teraz ta trauma górowała nad nim niczym przerażający gigant, a on w żaden sposób nie był przed tym uciec.  

Gdy zatrzymał samochód, nie wysiadł od razu. Zaciskając palce na kierownicy, spuścił na moment głowę i odetchnął głęboko. Stres wyrósł w jego wnętrzu niczym dzikie, żarłoczne zwierzę, rwąc się i szalejąc. Zaatakował go z zaskoczenia, niespodziewanie, a Athan nie miał siły ani ochoty z tym walczyć. Trzeba było po prostu zacisnąć zęby, wysiąść i jakoś to przetrwać. Wypuszczając nosem powietrze, otworzył wreszcie drzwi i wysiadł. 

Nie przypuszczał, że ten dzień będzie aż taki trudny. 

Chłód korytarzy o oświetlanych słabym, jasnym światłem przejmował aż do kości, nawet jeśli jako wampir nie odczuwał dotkliwości zimna. Kamienne ściany zdawały się wchłonąć całe zło mieszkających wewnątrz właścicieli, a słuch płatał figle, wmawiając, że wszędzie wokół słychać echo rozdzierających wrzasków i schizofrenicznych majaczeń. I nawet gdy weszli do sal znacznie przytulniejszych, elegancko udekorowanych i ciepło oświetlonych, Athan nie był w stanie wyzbyć się tego porażającego poczucia, że ten dwór go tu nie chciał, że wyganiał go stąd wszystkimi możliwymi sposobami. I Athan bardzo chętnie dałby się wygonić, gdyby nie to, że nic tu nie zależało od niego. 

Goro przywitał ich z klasyczną dla siebie uprzejmością. Na szczęście nigdzie nie było drugiego demona, jego prawej ręki. Kręcili się za to inni, a ilekroć Athan poczuł na sobie ich spojrzenie, cały się w sobie spinał. Nade wszystko nienawidził jednego: czuć słabości, ale tutaj kulił się w sobie niczym drobne zwierzątko rzucone do gniazda żmij. Oddech miał płytszy niż zwykle, troszkę przyspieszony, ale robił co mógł, by niczego po sobie nie poznać.  

—  Chcieliśmy doprecyzować trochę naszą dzisiejszą rozmowę przez telefon — wyjaśnił cicho. — To sprawa niecierpiąca zwłoki, dlatego zjawiliśmy się osobiście. Aria wszystko ci wyjaśni.  

Przekazując pałeczkę małżonce, sam nie zamierzał już się włączać do tej dyskusji, jeśli nie będzie potrzebny. Najchętniej zamknąłby się w sobie i odleciał myślami gdzieś hen, bardzo daleko, byle tylko zapomnieć, gdzie się właśnie znajdował, z kim rozmawiał i, co gorsza, czego dotyczyła sprawa. 

Ciemniejące za oknem niebo przyciągnęło zmęczone spojrzenie Athana, dając mu znak, że z pewnością będzie już tylko gorzej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^