ROZDZIAŁ 363

ATHANASIUS 

Kilka razy dopytywał Gudrun, czy na pewno dobrze zrozumiała, czy niczego nie przekręciła ani nie podkolorowała. Jego córka, już odrobinę podirytowana, tłumaczyła mu raz za razem, że nic jej się pomyliło, a Nergui bardzo wyraźnie powiedziała, że chciała z nim porozmawiać. Obie z Arią od razu stwierdziły, że byli kochankowie rzeczywiście powinni ze sobą pogadać, ale Athan wcale nie był tego taki pewien. Nie dlatego, że tego nie chciał, bo naprawdę chciał. Nie miał wprawdzie pojęcia, co miałby jej powiedzieć, ale chciał chociaż spróbować cokolwiek jej wyjaśnić. Ale czy ona naprawdę tego chciała? A może Gudrun ją jakoś na siłę przekonała, może jakoś jej to wmówiła, wbrew woli Lakricii? Athanowi nie chciało się w to wierzyć, a zwłaszcza w winę córki, ale z drugiej strony — dlaczego Lakricia chciała z nim rozmawiać? Po tym wszystkim, co się między nimi wydarzyło? Dlaczego tego pragnęła? I co z jej strachem? Zwłaszcza że po tym, co powiedziała Gudrun na temat hibernacji Lari, jasnym się okazało, że jego była narzeczona nie miała czasu przepracować tej traumy. Ta wciąż w niej tkwiła, wampirzyca cały czas nią żyła i nie umiała sobie z nią poradzić. Jego widok nie mógł jej pomóc, więc dlaczego tego chciała?

Gdy Aria poszła na górę, Athan siedział jak na szpilkach. Gudrun starała się go jakoś zagadywać i pocieszać tłumacząc, że Nergui sprawiała wrażenie coraz pewniejszej siebie, a ona z Arią po stokroć ją zapewniały, że nie musi się niczego obawiać, lecz Athan niemal jej nie słuchał — nie przez brak zainteresowania, a pogłębiający się stres, który paraliżował jego ciało i zupełnie wyłączał umysł.

— No idź tam! — pogoniła go w którymś momencie Gudrun. Według niej minęło już około pół godziny, chociaż Athanowi zupełnie umykał ten upływ czasu. Ale tak umówił się z Arią — że zjawi się wtedy pod pokojem gościnnym, aby wreszcie zrobić to, o czym nieśmiało myślał, odkąd Lakricia zjawiła się w ich domu.

Nadal nie miał pojęcia, co jej powiedzieć. W tej krótkiej drodze na górę próbował sobie cokolwiek ułożyć, chociażby na start — zapewne najtrudniej mu będzie wydusić pierwsze słowo, a potem jakoś to pójdzie. Niespecjalnie sam w to wierzył, ale żeby chociaż wiedział, jak zacząć, jak się przywitać!

A on nie wiedział nic. Serce waliło mu jak młotem, a nogi miał jak z waty. 

Nie dam rady, myślał przerażony, czując nagle bardzo silne wątpliwości. Co więcej, gdzieś między jego mętnymi lękami przebiła się troska o główną bohaterkę tego wydarzenia. Co ona poczuje, gdy go zobaczy po tylu latach? Jak sobie poradzi z faktem, że znajdą się w jednym pomieszczeniu? Athan wciąż pamiętał, jak wczoraj zareagowała na jego widok. Była spanikowana i wcale się temu nie dziwił. Dlatego też się nie łudził, że tym razem będzie inaczej, nawet mimo tego, że to Lari poprosiła o spotkanie. Naprawdę miał nadzieję, że nie robiła tego pod presją namów Arii lub Gudrun — choć zdaniem Athana to i tak niewiele zmieniało. 

Bał się już na widok samych drzwi, nie wspominając już nawet o tym, co się z nim stanie, gdy je pokona. Athanasius dosłownie czuł, jak krew odpływała mu z twarzy, zostawiając tylko upiorną, ściągniętą w grymasie strachu maskę. Oddech miał płytki i przyspieszony, ręce mu drżały jak u alkoholika. Gdy dotarł pod umówione miejsce, czekając aż Aria wyjdzie, oparł się ciężko o ścianę, ukrywając twarz w dłoniach. W ciągu tych potwornie ciężkich, nieznośnych minut oczekiwania Athan mimowolnie ujrzał oczyma wyobraźni wszystkie najgorsze sceny z ich wspólnego życia — tak jakby coś w głębi niego samego uznało, że powinien jak najlepiej pamiętać to, o czym za chwilę miał mówić. Ale nawet to blakło pod wpływem tego, czego Athan dowiedział się tak niedawno od Gudrun. 

Chciała go odnaleźć. Dlaczego? O to właśnie chciał ją spytać, tak jakby to miało cokolwiek zmienić. Tak jakby po usłyszeniu odpowiedzi okazało się, że Lakricia wcale za nim nie pobiegła. Nie pobiegła, tylko odetchnęła z ulgą, że wreszcie skończył się jej koszmar, a ona będzie mogła pomalutku się odbudowywać. Powinna uznać to za nowy start.

Powinna. Chociażby po to, by Athan poczuł się lepiej z myślą, że jednak zrobił dla niej choć jedną dobrą rzecz — odszedł. Ale nawet to obróciło się przeciwko niej.

Drgnął przestraszony, gdy usłyszał dźwięk otwierających się drzwi. I tylko odrobinę mu ulżyło na widok Arii; bał się, że to może Lakricia wyjdzie, stając z nim twarzą w twarz prędzej niż sądził i był na to przygotowany. Choć czy na coś takiego dało się przygotować? Wątpił, a nawet jeśli — on tego nie umiał.

Aria nic nie powiedziała. Nie musiała, nie powinna. Chwyciła go jedynie za rękę, posyłając pokrzepiający uśmiech. I, o dziwo, to go odrobinę uspokoiło. Znajdując w niej swoją ostatnią spokojną przystań, przytulił ją do siebie mocno, przymykając oczy i chłonąc zapach jej włosów. Zacieśniając uścisk, poczuł nagłą potrzebę, aby nie przerywać tej chwili, aby była wieczna. I właśnie dlatego im dłużej trwał w jej ramionach, tym było gorzej, ponieważ coraz trudniej i niechętniej było mu się z nich wyrwać. 

Ale w końcu musiał. A gdy to zrobił, Aria szepnęła mu cichutko, że Lakricia czekała na niego w sypialni. Jego luba zaproponowała jej, by została w pokoju razem z nimi, ale ta odmówiła i Athan nie potrafił stwierdzić, czy postąpiła słusznie czy nie. Może w towarzystwie Arii poczułaby się raźniej, bezpieczniej. Ale z drugiej strony, mogłaby nie powiedzieć wszystkiego, z jakiegoś powodu blokując się przez obecność Arii. A może wcale by się nie blokowała? Sam już nie wiedział, co myśleć.

Wiedział tylko, że bardzo bał się tam wejść.

Aria słusznie postąpiła, w pewnym momencie zostawiając go przed drzwiami i schodząc na dół. Gdyby tam z nim została, Athan mimowolnie by ją przy sobie zatrzymywał, maksymalnie odkładając w czasie spotkanie z Lakricią. 

Zbliżywszy się do drzwi i chwyciwszy klamkę, myślał tylko o tym, że gdy już to zrobi i otworzy drzwi, nie będzie powrotu. Gdy otworzy drzwi, będzie już mógł tylko czekać, aż za jakiś czas je zamknie, licząc na to, że ten gest przyniesie mu ogrom ulgi. Ta zaś miała być swoistą nagrodą za to, co teraz przeżywał.

Więc chwycił za klamkę. Otworzył drzwi. 

I natychmiast ją ujrzał, a ów widok złamał mu serce na pół. Strach i panika zmieszały się w przedziwnych proporcjach, wzbudzając w nim uczucie lękliwego niedowierzania rodem z niepokojącego, mętnego snu. I choć nagle jakimś cudem zwątpił, że naprawdę ją widział, to ona naprawdę tam była. Siedziała skulona na łóżku, gdy zaś go dostrzegła, natychmiast przycisnęła do ściany, chcąc znajdować się możliwie jak najdalej od swojego “gościa”. 

Chciało mu się płakać na jej widok. Mógłby rzec, że jeszcze nigdy nie widział jej tak spanikowanej, zaszczutej, skulonej w sobie, ale przecież widywał ją taką dzień w dzień przez trzynaście lat, a on sam był mistrzem świata w doprowadzaniu jej do tak skrajnego psychicznego wycieńczenia. I gdy tak na nią patrzył, bojąc się jej tak samo, jak ona bała się jego, ze strachem, paniką i łamiącym serce żalem uświadomił sobie, że nic się nie zmieniło. Wciąż wyglądała tak, jak wtedy, tylko jakby... śmiałości było w niej więcej. Lecz nie była to śmiałość czynów, a okazywania emocji. Kiedyś zwykła spuszczać oczy i próbować zlać się z otoczeniem, byle tylko Athan jej nie zauważył, byle znowu za tę obecność nie ukarał. Teraz zaś miała tę specyficzną odwagę na niego spojrzeć, obserwować go czujnie. Lecz mimo to w jej oczach gnieździł się ten sam, dobrze mu znany, stary strach. 

I wtem, tak zupełnie nagle, zdał sobie sprawę, że Lakricia już nigdy nie pozbędzie się tego strachu ze swoich oczu. Nawet wtedy, gdy nadejdzie ten piękny dzień, w którym wreszcie przestanie się bać.

Co miał jej powiedzieć? Jak się przywitać? Tak po prostu? Czy w jakiś specjalny sposób? A może to ona pierwsza powinna się odezwać? Nie, na pewno nie, przecież ona jest przerażona. W końcu jednak musiał coś powiedzieć, bo ta przedłużająca się cisza tylko nasilała i tak ogromne napięcie między nimi.

— Zosta... — odezwał się w końcu cichutko, niepewnie, ale gdy usłyszał, jak potwornie zachrypiał, odchrząknął lekko, zażenowany tym tragicznym startem. — Zostawię drzwi otwarte... tak... żebyś nie czuła się zbyt...

Osaczona? Zagrożona? Zagoniona w kozi róg? Bał się to powiedzieć, nie chciał brzmieć aż tak dobitnie. Zbliżywszy się do szafy stojącej naprzeciwko łóżka, które zajmowała Lari, przycisnął się do niej, nie wiedząc, gdzie podziać oczy. Bał się na nią spojrzeć, tak zwyczajnie się bał. Ale znowu: powinien coś powiedzieć. Powinien ją przeprosić! Ale jak? Jeszcze nigdy nie miał aż tak wielkiej pustki w głowie.

— Lari — westchnął, niemal zmuszając się do zabrania głosu — chcę, żebyś wiedziała, że jesteś tu całkowicie bezpieczna. Zrobimy wszystko, żeby ci pomóc, a potem będziesz mogła odejść gdzie i kiedy zechcesz. 

Nadal nie mógł znieść jej spojrzenia. Tylko co jakiś czas na nią zerkał, ale to nie trwało dłużej niż parę sekund — po tym czasie zaraz spuszczał wzrok, przejęty i spanikowany. Tym bardziej, że jednocześnie miał nadzieję i obawiał się tego, że za chwilę to Lakricia zacznie mówić. 

I zaczęła. Athan drgnął przerażony, słysząc jakieś ciche, niewyraźne mamrotanie. Choćby się starał, wampir nie był w stanie niczego wychwycić z tego bardzo cichutkiego pisku. Dlatego przez chwilę milczał, mając nadzieję, że Lakricia powtórzy swoje słowa lub powie coś jeszcze innego. Ale coraz cięższa cisza kazała mu jakkolwiek reagować.

— Słucham...? — spytał niepewnie, nie będąc pewnym, czy powinien zdradzać się tego rodzaju nieuwagą. Nie chciał, by Lari uznała to za przejaw ignorancji, poza tym bał się, że nie dosłyszał czegoś ważnego. 

Niestety, tak jak się obawiał, prośba o powtórzenie tylko jeszcze bardziej spłoszyła Lari: kobieta jeszcze szczelniej objęła kolana podkulone pod brodę, skrywając w nich swoją twarz. Drżała tak silnie, że Athan z łatwością był w stanie to wychwycić, a to zaś tylko potęgowało jego wewnętrzną rozpacz. 

Właśnie wtedy naszła go myśl, by chwycić za nóż i głęboko nim ranić — ale nie ją, lecz siebie. Miał ochotę pociąć sobie ramiona, nogi, brzuch i twarz. Chciał cały krwawić, a głębokie skaleczenia posypać solą. Chciał cierpieć najmocniej, jak to było możliwe. Chciał umierać z bólu i chciał to robić na jej oczach, aby jego ból ją natchnął, aby ją uzdrowił. Chciał, by zobaczyła, że dostał, na co zasłużył, ale...

Ale prawda była taka, że nawet najstraszliwszy ból fizyczny był nieporównywalny do tego psychicznego, na który nie można było nałożyć żadnego plastra, którego nie można było zszyć ani opatrzyć. Tego bólu nie było widać, co tak strasznie Athana gnębiło — bo Lakricia mu w ten ból nie uwierzy. 

Bał się choćby ruszyć w obawie, że swoją zbyt nagłą reakcją całkiem wystraszy Lakricię, więc stał jak spetryfikowany, z szaleńczo bijącym sercem i niemal pustą głową. Tylko lekko podniósł wzrok, gdy zobaczył, że Lari zaczęła się delikatnie wiercić. Zdołała nawet na moment odsłonić twarz i wtem Athan zauważył, że próbowała coś powiedzieć: jej usta otwierały się i zamykały na przemian, ale słowa były dławione strachem i nie mogły wydobyć się z krtani. Ale Athan czekał, w żaden sposób jej nie pospieszał. Nie miał już takiego prawa.

— P-proszę...

Athan drgnął, z szerzej otwartymi oczyma spoglądając na Lakricię, która wreszcie po cichutku się do niego odezwała. Poprosiła go o coś! Poprosiła, a więc miała jakieś nadzieje, jakieś życzenia — a Athanasius momentalnie poczuł, że chciał spełnić je wszystkie. 

— P-proszę... — kwiliła, tylko od czasu do czasu płochliwie na niego spoglądając, by po chwili chować twarz w kolanach. — Proszę... t-tylko nic mi n-nie rób...

W tej jednej chwili poczuł, jak coś w nim umarło.

Serce stanęło i zdawało się już nigdy nie wznowić swojego biegu. Duszne gorąco pozbawiło go tchu, a zimne, kłujące dreszcze przebiegły mu po twarzy, znikając gdzieś w myślach, które skupiały się tylko na wrażeniu, jak coś w głębi niego rozpadało się na miliony kawałków. 

Zmartwiały, przerażony, spojrzał na nią z niespotykaną wcześniej śmiałością zmieszaną ze zrezygnowaniem. Ale ona już na niego nie patrzyła, już schowała głowę między kolanami. Wyglądała jak zlęknione, zagonione w kąt dziecko, które próbowało sobie wytłumaczyć, że całe zło, które ją spotkało, wcale nie istniało, że to tylko wytwór jej bujnej wyobraźni. Że on był tylko wytworem jej wyobraźni.

Ale teraz przynajmniej rozumiał. Wcześniej był prawie pewien, wcześniej się tego domyślał, ale tym razem już wiedział. Wiedział, jak bardzo ją złamał, jak potwornie się go bała. Wiedział, że widziała przed sobą swój największy koszmar. Dlatego początkowo nie powiedział nic, a jedynie pokiwał głową, przełykając ślinę, aby tym samym jakoś się otrzeźwić, ochłonąć, osuszyć delikatnie zwilgotniałe oczy.

— Pójdę już — rzekł cicho, uśmiechając się delikatnie. Lecz ten gest kosztował go dużo więcej niż sądził, bo im dłużej się uśmiechał, tym śmielej łzy zbierały się w kącikach oczu. Aż tyle kosztowała go ta deklaracja, aż tak go bolała. — Odpoczywaj. Obiecuję, że więcej mnie nie zobaczysz. 

Powiedział to spokojnym, kojącym, ale jednocześnie niemal robotycznym tonem. Powiedział to, co musiał powiedzieć, a nie to, co chciał. Bo nie chciał wychodzić. Nie chciał jej tam zostawiać. Chciał spojrzeć na nią z pękającą w oczach rozpaczą, chciał przysiąc, że już nigdy jej nie skrzywdzi, paść na kolana i w płaczu przepraszać za całe zło, które jej wyrządził, nawet w najśmielszych snach nie marząc o wybaczeniu. Ale to złudzenia, którymi niepotrzebnie się karmił, dlatego wreszcie zdołał się od niej odwrócić i ruszyć w stronę drzwi, choć nogi miał z ołowiu. 

— N... Nie! 

Stał tuż przy wyjściu, gdy usłyszał ten krzyk, pełen niepewności, wahania, ale i swoistej determinacji. Athan chciał jej posłuchać, ale jednocześnie tak bardzo bał się odwrócić, tak bał się ponownie na nią spojrzeć. Ale nie był w stanie tego powstrzymać, nie był w stanie udawać, że mu nie zależało.  

— Błagam — szepnęła z rozdzierającą serce nadzieją jaśniejącą w jej szklanych od płaczu oczach. — Błagam, z-zostań... 

Odwrócenie się było najtrudniejszym, co do tej pory musiał zrobić. Wyjście z pokoju byłoby łatwiejszą, milszą opcją, ale niczego by nie rozwiązała. A on chciał tu zostać, chciał tu zostać razem z nią. Dlatego wreszcie, bardzo powoli, odwrócił się w jej stronę, spoglądając na nią błyszczącymi od łez oczyma. 

— Dlaczego? — szepnął wręcz lękliwie. — Dlaczego chcesz, bym został? 

Chyba ją zadziwił tą swoją bezpośredniością, bo Lari nie była gotowa, by tak szybko odpowiedzieć na to pytanie. 

— Chciałam... — wydukała wreszcie po cichutku — chciałam ci p-podziękować...

— Nie, błagam! — krzyknął i oboje przeraźliwie się zlękli tej nagłej reakcji. — Błagam — powtórzył nieco łagodniej, ale równie rozpaczliwie — za nic mi nie dziękuj! Nie mnie — szepnął, spoglądając na nią z całą swoją mocą. — Nie po tym wszystkim. 

Tak jak się tego spodziewał, tym podniesionym głosem tylko przestraszył Lari, która momentalnie utraciła całą zebraną dotychczas śmiałość.

— Przepraszam — wydusił cicho, mocno się martwiąc, że właśnie zniweczył niepowtarzalną szansę na ich rozmowę. — Przepraszam, że się uniosłem, a-ale... Nie chciałem. 

Nie odezwała się ani słowem, ale co miała powiedzieć? Zresztą, całkiem ją wystraszył swoim podniesionym tonem, więc to do niego należał obowiązek kontynuowania rozmowy. A pytań miał wiele. 

— Dlaczego — spytał cicho, lękliwie, aż do przesady ostrożnie — chciałaś się ze mną widzieć? Nie powinnaś — dodał jeszcze ciszej. 

Nie odpowiedziała. Wciąż była skulona, wciąż zbyt przerażona, by drgnąć, by się odezwać; tak jakby ten jeden protest wydobył z niej całe pokłady energii i śmiałości. Teraz milczała, ale Athan nie wiedział, czy chciała słuchać, czy może sama po prostu bała się mówić. A więc to niego należała pałeczka, co wzbudzało w nim najczystszą panikę. 

— Nie wiem, co mam ci powiedzieć — wyznał dobitnie szczerze, walcząc sam ze sobą o to, by łzy nie spłynęły po policzkach. — Że cię przepraszam? — spytał z odrobiną gorzkiej drwiny. — Że żałuję wszystkiego, co ci kiedykolwiek zrobiłem? Tak, żałuję! — przyznał żywiołowo. — Żałuję i przysięgam, że nigdy, nigdy sobie tego nie wybaczę! Ale co to da? — pytał z najgłębszym zrezygnowaniem, nagle tracąc całą energię. — To tylko słowa. One nie mają żadnej mocy.

Nigdy nie marzył o tym, by ją tak po prostu przeprosić. Tak się mówi, że to jedno słowo ma większą siłę niż ktokolwiek może pomyśleć, że to jedno słowo wystarczy, by naprawić tak wiele. Ale nie to. I Athan szczerze wątpił, by jego przeprosiny jakkolwiek Lakricię uspokoiły. Choć przecież tak bardzo by tego chciał. 

— Nie pomagam ci po to, by jakkolwiek zrekompensować ci koszmar, który ci zadałem — tłumaczył cicho i tym razem to on spuścił wzrok, nie mając odwagi dłużej na nią patrzeć. — Nie robię tego, żeby wyżebrać od ciebie wybaczenie, bo ja go nie chcę. 

Po tych słowach jednak musiał na nią spojrzeć, bo wiedział, jak źle brzmiały. Tak jak się spodziewał, Lari szerzej otworzyła oczy, wciąż maksymalnie wciśnięta w ścianę za sobą. Jej zaschnięte, zalegające na policzkach łzy zaraz poprawiały kolejne, świeższe. Lecz — może tylko mu się wydawało — ale poza strachem w jej ciemnych oczach jaśniało jeszcze coś. Jakiś... głód. Głód jego słów. Lakricia zdawała się je chłonąć, a im więcej słyszała, tym więcej nadziei rozświetlało jej zapłakaną twarz. Athan tego nie rozumiał, ale nie doszukiwał się w tym żadnych optymistycznych znaków. Nie był aż tak naiwny.

— Nie chcę twojego wybaczenia, nie zabiegam o nie — kontynuował, znowu spuszczając oczy — bo nigdy nie powinnaś mi go dawać. Nie zasłużyłem na nie, a gdybym je otrzymał, wyrzuty sumienia do końca życia nie dałyby mi spokoju. Chcę ci pomóc — tłumaczył z nagłą mocą w głosie — bo w taki sam sposób pomógłbym każdemu bliskiemu. Chcę ci pomóc, chcę sprawić, byś była wolna i szczęśliwa. I byś któregoś dnia — szepnął, znów czując to drażniące gorąco na policzkach, które zapowiadało kolejne zbierające się w kącikach oczu łzy — była w stanie o mnie zapomnieć.

— Nie chcę o tobie zapominać.

Jej cichutki, niepewny, zachrypnięty głosik zdawał się dobiegać z innego świata i to wrażenie było w Athanie tak silne, że wpierw rozejrzał się zdezorientowany, nie dając wiary, że naprawdę usłyszał to z jej ust. Lecz gdy natknął się na jej spojrzenie, które zresztą już po chwili ukryła, szarpnął nim strach; strach na myśl o tym, że Lari niczego się nie nauczyła. I najwyraźniej nie chciała się uczyć. 

— Lari, musisz — odparł błagalnie, spoglądając na nią z rozdzierającą go rozpaczą. 

— Powiedziałeś — szeptała, wciąż tak lękliwie i niepewnie, brzmiąc jednocześnie tak, jakby wcale nie słyszała jego poprzedniej wypowiedzi — że mi pomagasz... bo... b-bo... jestem ci bliska. 

Bał się przyznać jej rację, choć przecież tak właśnie było. Trudno było powiedzieć, że Lari zawsze była mu bliska, bo w tym najciemniejszym okresie ich historii Athan wcale tego tak nie postrzegał. Ale później nie umiał o niej zapomnieć, zawsze towarzyszyła mu w myślach. Dlatego powinien przyznać jej teraz rację, ale się bał, ponieważ brzmiałoby to  wyjątkowo okrutnie. Któż tak okrutnie traktowałby kogoś, kogo uważał za swojego bliskiego? 

Bał się tylko, jak to wszystko postrzegała Lari. 

— Ty też jesteś mi bliski — wydusiła, coraz silniej dławiona kolejnym wydzierającym się z gardła szlochem. — T-tylko ciebie mam... — kwiliła, nie będąc w stanie powstrzymać dłużej płaczu. — T-tylk-ko c-ciebie... m-mam... A-ale ty masz rodzinę, p-przeszkadzam ci....

— Nie, Lari — odparł błyskawicznie z wyraźnie słyszalną nadzieją w głosie — to nieprawda! 

— N-nie chcesz... nie chcesz m-mnie...

— Co? Nie!, posłuchaj, przysięgam, że to nieprawda, że... 

— ALE JA JESTEM ZBĘDNA! — wrzasnęła niespodziewanie, aż podrywając się na łóżku. Przez moment wyglądała tak, jakby coś w nią wstąpiło: jej piękną, zwykle łagodną, a teraz błyszczącą od łez twarz wykrzywił gniew, a w oczach zalśniła panika i desperacja. — Zawsze byłam ci zbędna! — mówiła tylko trochę ciszej, już nie tak gniewnie, lecz bardziej rozpaczliwie. 

Lari sprawiała wrażenie, jakby wciąż chciała coś powiedzieć, ale nagle przerwała, otworzyła szerzej oczy i spięła się gwałtownie, raz jeszcze próbując bardziej się wycofać, choć było to już niemożliwe. Jeszcze mocniej się skuliła, jak ognia unikając jego spojrzenia. A Athan próbował zrozumieć, co spowodowało tak nagłą zmianę. 

— Przepraszam — pisnęła zapłakana, sparaliżowana paniką — błagam... przepraszam, już nie będę... 

Zmroziły go jej słowa, uderzyły najgłębiej, zraniły do żywego. Dławiony strachem i żalem, próbował się uspokoić, głęboko odetchnąć, ale to na nic. Nie w momencie, w którym w głowie tłukła mu się tylko jedna myśl. 

Ona myślała, że ją uderzę. Za to, co powiedziała, za to, że się uniosła. 

Nie wiedział, co powinien zrobić. Za to tuż po chwili niemal automatycznym ruchem schował dłonie za plecy, te bowiem zupełnie nagle zaczęły go parzyć. Przerażony, kompletnie osuszony z sił, przysiadł na skraju drugiego łóżka. Dopiero wtedy zauważył, jak mocno sam się trząsł, a więc jak wiele kosztowała go ta rozmowa, która szła w zupełnie innym kierunku niż się spodziewał. Myślał, że Lakricia po prostu będzie się go bała. Powinien przewidzieć jej pierwsze pytanie oraz jej niedawną reakcję, a on powinien na to odpowiedzieć, choć nadal tego nie zrobił. Ale nie rozumiał, dlaczego Lari zdawała się zabiegać o jego uwagę. Do głowy przychodziło mu kilka odpowiedzi, ale jedna była gorsza od drugiej. Jednak musiał wziąć się w garść i ten temat poruszyć. Choć najbardziej bał się tego, że to Lari się wystraszy. I zacznie się bać jeszcze bardziej. 

— Nie skrzywdzę cię — szepnął, bardzo ostrożnie i dokładnie dobierając każde słowo. Chciał, by właściwie wybrzmiało, by w całym swoim pełnym znaczeniu dotarło do Lakricii. Przeszkadzał w tym jednak fakt, że jego głos brzmiał drżąco i wątło. Brzmiał tak, że w pełni wyrażał cały strach, który odczuwał. — Ani teraz, ani nigdy później, przyrzekam — tłumaczył, a głos coraz bardziej mu drżał i coraz bardziej słuchać w nim było łaskoczące go pod powiekami łzy. — Ale wiem, że się mnie boisz — tłumaczył cichutko, spuszczając głowę. — Całkowicie to rozumiem, to oczywiste następstwo tego, co cię spotkało z mojej strony. I właśnie dlatego — podjął, bardzo ostrożnie na nią spoglądając — chciałbym ci pomóc, byś nie musiała się obawiać ludzi Blome’a i byś potem mogła stąd odejść gdzie i kiedy tylko zechcesz. Chcę byś była bezpieczna — zapewniał — i byś już zawsze się tak czuła. A ja, co oczywiste, ci tego ostatniego zapewnić nie mogę — dodał gorzko z bolącym sercem. 

Przez dłuższy czas oboje milczeli, mierząc się z właśnie wypowiedzianymi słowami, przyjmując je do świadomości i próbując się z nimi oswoić. Zastanawiało go, czy Lakricia zechce się odezwać, a im dłużej panowała z jej strony cisza, tym bardziej Athan się bał, że tak naprawdę był tu niemile widzianym gościem i jak najszybciej powinien zostawić ją w spokoju. Ale sam już nie wiedział, co powinien robić. 

— Dlaczego — zaryzykował, cichutko powtarzając pytanie, na które uprzednio nie dostał odpowiedzi — chciałaś się ze mną zobaczyć? Przecież nie czujesz się przy mnie bezpiecznie — zauważył ponuro, z jawnie wybrzmiewającą w głosie boleścią. — I... i ja też... chciałem ci tego oszczędzić. Miałem nadzieję, że się na siebie nie natkniemy podczas twojego pobytu tutaj. Nie dlatego — zapewnił naprędce — że bym tego nie chciał! Po prostu... 

Nagle zwątpił w sens swoich słów. Poczuł bowiem, że niepotrzebnie krążył dookoła, błądził, dukał, a sens uciekał im obojgu przez palce. A przecież tak wiele chciał jej przekazać. Jeśli się nie pospieszy, Lari prędko poczuje się zmęczona i zastraszona tą rozmową, czego przecież bardzo by nie chciał. 

— Złamałem cię — przyznał łamiącym się głosem, patrząc gdzieś w dół. — Zniszczyłem cię i odebrałem wszystko, co miałaś. Jestem twoim żywym koszmarem. Miałaś nadzieję nigdy mnie nie ujrzeć, a ja miałem nadzieję, że kiedyś zdołasz o mnie zapomnieć, ułożysz sobie jakoś życie i będziesz choć trochę szczęśliwa. A teraz, gdy się spotkaliśmy... — Athan westchnął ciężko. — Chciałem ci tego oszczędzić. Tym bardziej że nie masz powodu, by mi wierzyć, że naprawdę potwornie tego wszystkiego żałuję. Nie chcę cię dłużej ranić — wyznał cichym, dławiącym głosem, spoglądając na nią z rosnącą rozpaczą. — Nie chcę cię w żaden sposób skrzywdzić, ale robię to nawet teraz, bo z tobą rozmawiam. Nie powinienem się zgodzić na tę rozmowę — mruknął, kiwając głową nad swoją głupotą. — Powinienem ci oszczędzić tego widoku, tego strachu i niepewności, czy... czy... 

Nie mogło mu to przejść przez gardło, ale czuł, że w tej rozmowie musiało paść to jedno zakazane słowo. 

— Czy... cię nie uderzę. Bo przecież się tego boisz — rzekł ze łzami w oczach. — Boisz się tego cały czas. Zerkasz na mnie z tym samym strachem, wciąż go pamiętam. Zerkasz na moje dłonie, sprawdzasz, czy nie chcę wykonać jakiegoś gwałtownego ruchu, który każe ci się przygotować na najgorsze. Prawie nic nie powiesz, bo boisz się, że gdy powiesz coś złego, ukażę cię tak jak kiedyś. Nie zrobię tego — wyjaśnił błagalnym tonem — ale wiem, że się tego boisz, to całkowicie zrozumiałe. Więc... dlaczego? — pytał. — Dlaczego mimo tego wszystkiego, chciałaś się ze mną widzieć? Lari — rzekł nagle, jak gdyby sobie o czymś przypominając — jeśli tylko chcesz, żebym wyszedł, proszę cię, powiedz mi. Wyjdę natychmiast i obiecuję, że więcej mnie nie... 

— Nie chcę.

Zdziwił się, gdy coś spłynęło mu po policzku, zwłaszcza w momencie, w którym się tego nie spodziewał. Zaskoczony, nieco niepewny, starł z twarzy pierwszą łzę, która zdołała się wymknąć jego paranoicznej samokontroli. Czuł na sobie spojrzenie Lari i w pewnym sensie się z tego cieszył. Chciał, by widziała, że i jego ta rozmowa wiele kosztowała. Być może to miał być pierwszy krok do tego, by choć odrobinę zaczęła mu wierzyć. 

— Gdy zniknąłeś, pobiegłam za tobą. Chciałam cię znaleźć. Chciałam... chciałam, żebyś wrócił. 

Mimo że słyszał o tym od Gudrun, usłyszenie tego właśnie od Lakricii bolało podwójnie. Poza tym, do było takie ostateczne potwierdzenie czegoś, czego miał nadzieję nigdy nie usłyszeć. 

— Dlaczego? — spytał rozpaczliwie. Spytał, mimo że tak panicznie bał się odpowiedzi. 

— Bo cię kochałam. I kocham cię nadal. Zawsze będę. 

Nie dał rady, coś w nim pękło. Oczy zaszły mu łzami, świat się rozmazał, a wszystko, co znajdowało się poza tym pokojem, straciło jakiekolwiek znaczenie. Nie mogąc się już dłużej powstrzymać, pozwolił aby z gardła wydobył się cichy, dławiony kolejnymi spływającymi łzami jęk. To była właśnie ta rzecz, ta jedna jedyna, której nie chciał usłyszeć, której bał się najbardziej. Aż do końca się łudził, naiwnie liczył, że to wcale nie o to chodziło, że Lari była silniejsza i znacznie ponad tę słabość... ale nie była. 

— Lari... — wydusił płaczliwie, spoglądając na nią z największym żalem i wstydem. Ale ona na niego nie patrzyła. Wpatrywała się w kawałek koca, którym zakryła kolana, skupiona, zamknięta w swoich ponurych myślach. 

— Ale ja nie chcę stawać między tobą a Arią — szepnęła lękliwie, cichutko, ledwie słyszalnie. — To nie o to chodzi. Ale ty nie rozumiesz... Ty nie wiesz, jak to jest. 

Tym razem nie odezwał się ani słowem, wyraźnie czując, że to do niej teraz należał głos, to ona miała mu coś do powiedzenia i to ona musiała coś z siebie wyrzucić. A on nie miał żadnego prawa jej przerwać. 

— Gdy odszedłeś... — kontynuowała, wbijając nos między kolana; robiła tak w geście ochronnym, nadal się obawiając, że Athan mógł jej coś zrobić, był tego pewien. — Gdy odszedłeś... myślałam tylko o tym, byś do mnie wrócił. Czułam się taka samotna, zagubiona, nie umiałam się odnaleźć w rzeczywistości bez ciebie... 

— Po tym wszystkim, co ci zrobiłem? — spytał bezsilnie, załamany tym, czego słuchał i co sam mówił. — Przecież ja... ja... 

— Dlatego ty tego nie rozumiesz — jęknęła płaczliwie. — Nikt tego nie rozumie! Każdy puka się w głowę i mówi, że „po co z nim jesteś, skoro robi ci takie rzeczy”. Każdy myśli, że takie osoby na moim miejscu powinny od razu uciec, przecież to takie proste! Nie! — krzyknęła, na moment podrywając głowę. — To nie jest proste! Nie wtedy, gdy przez lata tłumaczyłam sobie, że to się zmieni, że będzie lepiej! Ja sama w to uwierzyłam i nie dopuszczałam innej możliwości! Trzymałam się tylko tego, że cię kocham i ty mnie przecież też kochasz! Czasem... — Lari mocniej się w sobie skuliła, momentalnie tracąc całą niedawno przejawianą moc. — Czasem się złościłeś... mocniej... ale to przecież niczego nie zmieniało. A gdy odszedłeś... wtedy, dopiero wtedy pomyślałam, że... że... że j-już m-mnie nie chcesz... 

Jej kolejne słowa ugrzęzły w gardle, zdławione przez nagły napad płaczu. Zasłaniając twarz dłońmi, wyglądała jak wrak człowieka, pokonana przez wszystko, w co wierzyła i w co pokładała nadzieje. W Athanie aż coś się rwało, by jak najszybciej do niej podejść, przytulić ją mocno i kojącym głosem tłumaczyć, że wszystko będzie dobrze, że jej pomoże, że już nigdy jej nie opuści. Ale jego dotyk był zły, nie miał prawa się do niej nawet zbliżyć, już nie wspominając o dotyku. Nie mógł zrobić nic i ta niemoc doprowadzała go do szału. 

— Chciałam cię... z-znaleźć... — dukała zapłakana — a-ale... nie m-mogłam... A potem... 

Na moment Lari przestała płakać, a przez jej twarz przebiegł cień wstrętu. 

— A potem... Potem znalazł mnie ten potwór i... 

Milczała długo, wpatrzona gdzieś w bok. Przez ten czas nawet jej łzy zamarły na twarzy, czekając na dogodny moment do wznowienia swojej wędrówki. 

— Wtedy moje życie się skończyło. 

Serce mu pękało, gdy spoglądał na swoją pierwszą miłość, tak skruszoną, załamaną, kompletnie zniszczoną. Nie mógł patrzeć na jej zmartwiałą twarz, na jej puste oczy, na te policzki błyszczące od łez. 

— Nie powiedziałeś mi, że jesteś wampirem. 

Drgnął, zaskoczony tym stwierdzeniem. Zląkł się, że będzie musiał się odezwać, jakoś to wszystko tłumaczyć. Bał się też, że gdy on sam zacznie mówić, Lari znowu się w sobie zamknie, a tego bardzo by nie chciał. 

— Zostałem przemieniony w tysiąc pięćset dwudziestym, w takich samych okolicznościach jak ty — wyjaśnił ponuro. — Ktoś mnie dorwał w jakiejś zapyziałej uliczce, pogryzł i zwiał. Jak się obudziłem, nie wiedziałem, co się dzieje. Byłem do tego stopnia skołowany, że gdy po jakimś czasie zacząłem się domyślać, kim się stałem, chroniłem się przed słońcem, bo myślałem, że nas zabija. Sam się wszystkiego uczyłem, kontroli nad głodem też — tłumaczył, wzruszając lekko ramionami — ale trwało to cholernie długo. Ale gdy spotkałem ciebie, już całą, hm, naukę miałem za sobą. Chciałem ci powiedzieć — zapewnił, spoglądając na nią z nadzieją i szczerością. — Myślałem, że po jakimś czasie, jak już nasz związek bardziej wykiełkuje... wtedy ci powiem. Powiem ci, ty się na początku wystraszysz, ale wtedy ci wyjaśnię, że to nic strasznego. Myślałem, że też cię przemienię, kiedyś, żebyśmy razem mogli żyć tak długo jak tylko zechcemy. Ale zanim się za to zabrałem, poznałem twoje zdanie na temat nadnaturalnych i twoje żywiołowe poparcie dla łowców — dodał z bladym uśmiechem. — Przez to musiałem się wstrzymać ze swoimi wyznaniami i najpierw jakoś delikatnie cię urobić, ale... Ale sama wiesz, co było później... 

— Chciałeś mnie przemienić...?

— Chciałem ci to zaproponować —  sprostował pospiesznie. — Nigdy nie zrobiłbym tego wbrew tobie. 

— Nawet później? Jak... 

Nie dokończyła, ale nie musiała; oboje wiedzieli, co chciała powiedzieć. 

— To nie ja cię przemieniłem, Lari — odparł cicho. — Potem... później już o tym nawet nie myślałem. To przestało być ważne. 

To milczenie, które nastało po tych słowach, było najdłuższym, jakie między nimi wisiało w czasie tej rozmowy. Lakricia najwyraźniej znowu się przelękła, że powiedziała za dużo, że była zbyt śmiała, że zostanie za to ukarana. Skuliła się, ramionami ciasno owinęła kolana i wtuliła w nie twarz, bojąc się podnosić wzrok. A i Athan nie miał pojęcia, co więcej powiedzieć lub co zrobić. Z jednej strony powiedział to, co chciał powiedzieć, a z drugiej miał poczucie, że powinien powiedzieć więcej. Ale sam nie wiedział, co. 

Z ponurej, dusznej, lepkiej jak pajęczyna zadumy wybudziło go poczucie, że ktoś go obserwował. Podniósł wzrok i ze zdziwieniem odkrył, że to Lakricia się mu przyglądała, ale nie tak zwyczajnie. Patrzyła na niego tak, jakby zobaczyła go po raz pierwszy raz w życiu. Przyglądała mu się śmiało, z iście dziecięcą ciekawością. Athan nie wiedział, o co chodziło, ale bał się spytać, żeby jej nie spłoszyć. 

Ale właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego nie życiu się nie spodziewał. Lari przysunęła się odrobinę do krawędzi łóżka i odsunęła się nieco na prawo, robiąc więcej miejsca na łóżku, po chwili nieśmiało spuszczając wzrok. Lecz co jakiś czas go podnosiła, zerkała na wolne pole obok siebie, po czym, jeszcze bardziej zawstydzona i załamana, przymykała powieki, podkulając kolana pod brodę. A Athan zupełnie nie wiedział, co o tym myśleć. Z boku to wyglądało tak, jakby chciała, by obok niej usiadł, lecz to przecież niemożliwe. Przecież się go bała, unikała jego bliskości, o dotyku nie wspominając. A i Athan nie chciał ryzykować i wolał się do niej nie zbliżać. 

— Lari... — zaczął, zastanawiając się, co właściwie chciał powiedzieć, ale jego towarzyszka niespodziewanie mu przerwała.

— Usiądziesz... koło mnie?

Wybałuszył oczy, wpatrując się w Lakricię z niedowierzaniem. Dlaczego mu coś takiego proponowała? Jak w ogóle mogła o tym pomyśleć? Przecież się go bała, przecież się przed nim kuliła, przepraszała za każdy swój wybuch w obawie, że coś jej za to zrobi. A teraz chciała go mieć przy sobie tak blisko? Nie rozumiał tego i się tego bał. 

— Lari, ja... — dukał, wciąż kompletnie zaszokowany — nie powinienem... przecież wiesz...

Jej reakcja była błyskawiczna. Zażenowana, zawstydzona, zdawała się natychmiast pożałować swojej propozycji, bo skuliła się tak jak zwykle dotąd. I tym razem wyglądała tak, jakby miała ostatecznie zamknąć się w sobie, zwłaszcza że dało się słyszeć jej cichutki szloch. 

Zupełnie nie wiedział, co zrobić. Wyglądało na to, że Lakricii zależało na tym, by obok niej usiadł, choć tego nie rozumiał. A przecież nie chciał powodować jej gorszego samopoczucia, nie chciał jej dobijać. Teraz właśnie to robił, a przecież chodziło o tak prostą czynność jak zajęcie miejsca obok. Dlatego, choć czuł, że popełniał błąd, bardzo delikatnie, ostrożnie, powoli podniósł się z łóżka, cały czas czujnie lustrując Lakricię wzrokiem. Chciał w ten sposób dać jej do zrozumienia, że zamierzał spełnić jej prośbę, a tym samym dać jej czas do ewentualnego protestu. Ale nie protestowała. Co więcej, szloch ustał, a Lari lękliwie, niepewnie na niego zerkała, jakby upewniając się, że na pewno się do niej zbliżał, że na pewno chciał usiąść obok. 

Aż wreszcie usiadł. W bezpiecznej odległości, sztywno, niepewnie. Nie miał śmiałości choćby drgnąć, nie chcąc w ten sposób przestraszyć Lakricii. Bał się choćby odezwać, choć przecież mieli rozmawiać. Ale i tym razem uprzedziła go Lari, tym samym znowu zaskakując. 

— Możesz mnie wygonić, kiedy tylko zechcesz — szeptała cichuteńko, wciąż ze wzrokiem wbitym w kolana. 

— Nie chcę — odparł równie cicho, równie delikatnie. 

— Możesz... możesz mi powiedzieć, że chcesz o mnie... zapomnieć...

— Nigdy o tobie nie zapomnę.

— Dlaczego? 

Zaskoczyła go tym pytaniem do tego stopnia, że na moment go zamurowało i zupełnie nie wiedział, co powiedzieć. Nie zdążył, Lakricia znowu go ubiegła. 

— Dlaczego po tylu latach — pytała nieco głośniej, spoglądając gdzieś przed siebie, ale nie na niego — o mnie nie zapomniałeś? Przecież mnie zostawiłeś — zauważyła łamiącym się głosem, wyzwalając kolejny potok łez. — Czy wtedy o mnie pamiętałeś? — pytała drżącym głosem przepełnionym rozpaczą. — Nie chciałeś zapomnieć? Minęło tyle lat! — krzyknęła. — Dlaczego wciąż o mnie pamiętasz?! 

Chciał się odezwać, ale co miał jej powiedzieć? “Bo się zmieniłem”? Skłamałby, choć według Arii — powiedziałby prawdę. On jednak nigdy w to nie wierzył i wątpił, by kiedykolwiek do tego doszło. 

Poważny, ponury, z pustym wzrokiem skierowanym przed siebie, zaczął wspominać chwile, o których mówiła Lakricia. I sam nie wiedział, dlaczego tak się działo, być może pod wpływem jej obecności, ale wszystkie te sceny widział nadzwyczaj wyraźnie. W jego pamięci kotłowały się wszystkie uczucia, plany, myśli — wszystko to, co kiedyś przeżywał. Dzięki temu mógł precyzyjnie odpowiedzieć Lakricii na jej pytanie, nawet jeśli wiedział to wszystko od dawna.

— Był taki czas — rzekł cichym, iście pustym głosem — że pogrzebałem pamięć o tobie. Nigdy nie zapomniałem — podkreślił — ale cię nie wspominałem. To było trochę po tym, jak odszedłem. — Nie obchodziłaś mnie wtedy, chciał powiedzieć, lecz w porę się powstrzymał, wiedząc, jak źle by to zabrzmiało. Nawet mimo tego, że Lakricia zapewne się tego domyślała. — Myśląc o całej swojej historii — wznowił opowieść po dłuższej chwili, wciąż tępo wpatrzony w przestrzeń — dostrzegam w tym odejściu od ciebie pewien krytyczny punkt. Tak jakby... nie mogło już być gorzej. I potem, chociaż rozkręcało się to bardzo powoli, faktycznie było lepiej. Poznałem Chambersa, wioskowego medyka, który zaczął mnie douczać. Zainteresowałem się medycyną, lewymi sposobami dostałem się na studia. Skończyłem je, chociaż z trudem, znalazłem pracę w szpitalu. Zacząłem tak jakby powoli wychodzić na ludzi. A im więcej empatii dzięki temu zyskiwałem, tym ciężar wyrzutów sumienia stawał się większy.

Pozwolił, by te słowa zatoczyły między nimi koło, by się wchłonęły, by odpowiednio mocno wybrzmiały. A gdy już miał tę pewność, mógł powiedzieć to, co od początku miał na myśli. 

— Nigdy o tobie nie zapomnę — tłumaczył cicho — bo poznałaś mnie w mojej najgorszej odsłonie. Tej, do której już nigdy nie chcę wracać. Nie mogę cofnąć czasu — rzekł ponuro, uśmiechając się blado. — Ale... jeśli jest jakiś sposób, by ci ulżyć, by ci pomóc i sprawić, byś była choć trochę szczęśliwa... zrobię wszystko, co w mojej mocy, przysięgam. Nawet jeśli będę to robił pośrednio — dodał nieco bardziej markotnie. — Lari, ja... ja naprawdę bym nie chciał rzucać ci się w oczy. Nie chcę, byś musiała wspominać... 

— Dlaczego — wyjęczała, kompletnie zapłakana, niespodziewanie mu przerywając — mi wprost nie p-powiesz... że mnie n-ie... nie chcesz...?

— Lari, ja nie...

— Jestem już dużą dziewczynką — odparowała hardo, choć ta stanowczość głosu została zatopiona przez kolejne, rzewnie wylewające się łzy. — Potrafię o siebie zadbać i przyjąć do wiadomości, że jestem dla ciebie złym wspomnieniem, z którym chciałbyś mieć jak najmniej wspólnego. 

— To nie tak!

— Nie chcesz mnie — powtarzała jak mantrę, zasłaniając  twarz w dłoniach. — P-po prostu m-mi to... p-powiedz... Miejmy to z głowy! 

Oboje byli zdruzgotani tym, a jakim kierunku niespodziewanie poszła ta rozmowa. Znaleźli się w impasie i nie umieli się z niego wydostać. 

— Myślałem — zaczął bardzo powoli, sam nie wiedząc, czy postępował słusznie — że to ja jestem dla ciebie złym wspomnieniem. Bo przecież nim jestem — zauważył, spoglądając na nią z ogromnym smutkiem i żalem. — Boisz się mnie i nie ma w tym nic dziwnego. Dlatego nie chcę rzucać ci się rzucać w oczy, jeśli tego nie chcesz, ale... 

Odetchnął głęboko, szykując się do wypowiedzenia tego, co od początku mu ciążyło i co musiało w końcu zostać wypowiedziane. 

— Chciałbym... — zaczął ostrożnie — po prostu bardzo chciałbym móc cię wspierać. Gdybyś tylko chciała. Gdybym mógł ci jakoś pomóc... Ja wiem — dodał pospiesznie, nieco lękliwie — że pewnie nie powinienem, że pewnie wolisz, bym trzymał się od ciebie z daleka, bo... Ale... Gdybym mógł... Gdybyś chciała... 

Mówiąc to, ani przez chwilę na nią nie spojrzał, choć wiedział, że to niewłaściwe, bo mogło sugerować jego brak szacunku do Lari. Było zupełnie odwrotnie, ale był zbyt przerażony i niepewny, by spojrzeć jej w oczy. Ale w końcu musiał, ponieważ znowu poczuł na sobie jej uważny wzrok. 

— Nie mogę cię rozpoznać. 

Popatrzył na nią zdziwiony, zupełnie nie rozumiejąc, co miała na myśli. Dopiero po chwili pomyślał, że może miała na myśli jego zmiany czysto fizyczne, z długimi włosami na czele, ale wydawało mu się to zbyt trywialne jak na tego rodzaju rozmowę. Nie ważył się spytać, co dokładnie miała na myśli, czekając, aż Lari zechce kontynuować. 

— Twoje oczy... — szeptała, wciąż z największą uwagą w niego wpatrzona — są takie... inne. Takie ciepłe. Tamte były... gorące. A te są po prostu ciepłe. Nie znam tych oczu. 

— To chyba dobrze — mruknął nieco żartobliwe z cieniem uśmiechu. 

Po raz pierwszy podczas tej rozmowy oboje wymienili spojrzenia, uśmiechając się do siebie lekko. Ale gdy Lari momentalnie zmarkotniała, zląkł się, że zrobił lub powiedział coś złego. Co więcej, nie miał pojęcia, jak to naprawić; bał się spytać, co się stało, ale i tym razem Lari go ubiegła.

— Byłbyś w stanie... zrobić mi to... co kiedyś? 

Serce mu na moment stanęło, słysząc to pytanie. I choć nie powinien, odwrócił się w jej stronę i nieco pochylił. Mógł ją tym przerazić, był o krok od przekroczenia czerwonej linii, ale zareagował bezmyślnie, zbyt przestraszony tym, co sugerowała. 

— Nie, Lari — odparł przerażony. — Przysięgam ci na wszystko, co mi drogie, że ja nigdy... 

Zamarł, gdy wpierw usłyszał, jak Lakricia wybuchała głośnym, nagłym płaczem, po czym runęła w jego stronę, mocno do niego przylegając. Objęła go szczelnie swoimi ramionami, wtulając twarz w jego coraz bardziej mokrą od łez koszulę. A on, choć na początku był sparaliżowany szokiem, w końcu bardzo ostrożnie i powoli odwzajemnił gest, nie mając pojęcia, czego się po tym spodziewać. A jednak wyraźnie czuł, jak po jego ciele roztaczało się odprężające ciepło. Pod wpływem tego rozluźnienia, coraz śmielej ją do siebie przyciskał i tulił, zwłaszcza że i jej płacz zaczął brzmieć jakoś inaczej. Nie był bolejący, paniczny i nerwowy, ale pełen wzruszenia i... jakiegoś rodzaju śmiechu. To był dobry płacz, więc Lakricia płakała rzewnie i śmiało, nie bojąc się roniąc kolejnych łez. A i Athan je ronił, wcale się ich nie wstydząc, a zamiast tego czując ogromną ulgę i lekkość. 

Jeszcze długo tak trwali. Na tyle długo, że obojgu łzy zaschły na policzkach, a w sypialni słychać było tylko ich coraz spokojniejsze oddechy. Powiedzieli już dość, dlatego tym razem dali dojść do głosu wszystkim swoim uczuciom, jakie do siebie wzajemnie żywili: tęsknocie, żalowi, wyrzutom sumienia, radości i uldze. 

Wiedzieli, że przed nimi jeszcze bardzo długa droga, choć z drugiej strony nie wiedzieli, czy jeszcze kiedykolwiek się spotkają. Gdy Goro rozwiąże problem z ludźmi Blome’a, Lakricia odejdzie w swoją stronę i niewykluczone, że nigdy więcej się nie spotkają. Athan bardzo tego nie chciał, ale to zależało wyłącznie od Lari i nie miał prawa jej w niczym pospieszać ani czegokolwiek narzucać.

— Wiesz, że gdybyś kiedykolwiek czegokolwiek potrzebowała... — zaczął w pewnym momencie Athan. — Zawsze możesz na mnie liczyć. 

— Naprawdę? — spytała z nadzieją. 

— Oczywiście. Chciałbym... Chciałbym wiedzieć, czy ci się układa, czy na pewno niczego nie potrzebujesz. Ale jeśli nie będziesz chciała mieć ze mną żadnego kontaktu, to oczywiście... 

— Chciałabym mieć — wymruczała cichutko, nieśmiało. 

Athan westchnął, na poły uszczęśliwiony i zmartwiony. 

— Nie wiem tylko, czy na pewno powinnaś... Czy nie powinno być tak, że powinnaś trzymać się ode mnie z daleka... 

— Nie rozumiesz — jęknęła cichutko. — Cały czas nie rozumiesz. Ja nie mam nikogo. Mam tylko ciebie. Bez ciebie... Bez ciebie będę zupełnie sama. Boję się samotności. Ale boję się, że będę się wam za bardzo narzucać, jeśli powiem, że chciałabym, żebyś... Tak chociaż od czasu do czasu... się mną zainteresował... 

— Nie będziesz się narzucać — odpadł stanowczo, posyłając jej ciepły uśmiech. — I jeśli nie chcesz, bym się od ciebie odsunął, bym zniknął z twojego życia, to... 

Nie chciała, wyjaśniła to stanowczo i wyglądało na to, że to kończyło wszelką dyskusję na ten temat. Dlatego Athan nie protestował, tym bardziej, że nie chciał. Zamiast tego posiedzieli jeszcze chwilę w sypialni, dyskutując po cichu o rzeczach nadzwyczajnie trywialnych. Athan streścił jej krótko swoją historię i wyjaśnił, skąd ta blizna na twarzy, która bardzo Lakricię interesował. Opowiedział coś o Arii, coś o Gudrun oraz o nieobecnych Jehanne i Ishmaelu, na końcu obiecując, że poszuka sposobu na wyleczeniu jej z wampiryzmu. 

Na końcu uznali, że czas najwyższy zejść na dół i oznajmić pozostałym, że to, co najtrudniejsze, mieli już za sobą. Wspólnie uznali, że na dłuższe, bardziej szczegółowe i trywialne rozmowy, będą mieli czas później. 

Athan się na to wszystko godził i to z wielką ulgą, choć jednocześnie nie mógł pobyć się pewnego niepokoju, że to poszło za szybko, że Lari tego dobrze nie przetrawiła, że nie co końca zdawała sobie sprawę z tego, co mówiła i na co się godziła. Athan miał obawy, że któregoś dnia Lari tego pożałuje i ponownie zacznie się go bać. Ale teraz musiał zaufać temu, co między nim zaszło i wierzyć, że będzie dobrze. 

W końcu kiedyś musiało być. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^