NERGUI
Wsłuchiwała się w Gudrun z prawdziwym zaciekawieniem i znowu rosnącą nadzieją. Niespodziewanie naprawdę ucieszyła ją wieść, że on potrafił grać na jakimś instrumencie. Pamiętała, że próbował to zrobić specjalnie dla niej, jako że śpiew zupełnie mu nie wychodził. Wiedział, że muzyka była dla Nergui bardzo ważna, dlatego próbował się do tego dopasować. W końcu się poddał, gdy się okazało, że nie miał ani drygu do muzyki, ani nie czuł przyjemności z jej grania. Dlaczego więc do tego wrócił? Nergui planowała spytać o to Gudrun, ale może troch później, gdy poczuje się odrobinę lepiej.
Pocieszyło ją też to, że podobno pracował nad sobą i już nie narzucał innym swojego zdania, zwłaszcza agresją i siłą. Tym bardziej że, jak twierdziła Gudrun, dało się z nim dyskutować. Coś podobnego nie miało prawa się zdarzyć, gdy byli ze sobą te setki lat temu, a te różnice tylko uwypuklały zupełnie inny obraz człowieka innego od tego, którego pamiętała. Więc czy to możliwe, że on naprawdę zmienił się aż tak? Nergui bardzo chciała w to uwierzyć.
Ulga momentalnie minęła, gdy Gudrun zaczęła delikatnie jej sugerować, że nie powinna się mieszać w związek jego i Arii. I choć dziewczyna starała się brzmieć łagodnie i dobrodusznie, przekaz był jasny: “nie próbuj tego zniszczyć, bo ci się nie uda”. Spoglądano na nią tylko jak na jego byłą, jak na zagrożenie, jak na zawistną kochankę, która pragnie jedynie odbić swoją dawną miłość. Nie postrzegano w niej nikogo innego i to zapewne dlatego Aria już do niej nie zajrzy, a Gudrun tylko udaje tak miłą, w rzeczywistości pilnując, aby nie zaczęła się kręcić wokół jej ojca. A więc wszyscy tam jej pomagali nie dlatego, że chcieli, a dlatego, że musieli. Była dla nich niewygodnym zagrożeniem. I nikt, absolutnie nikt nie rozumiał, co czuła. Nikt nie rozumiał, że się bała — bała się tego, w co się wplątała tym kontraktem, bała się jego, bała się, że zostanie sama i nikt, kompletnie nikt nie zechce jej pomóc.
— A-a-ale... a-ale ja... J-ja nie... — dukała, nagle wybuchając płaczem. Dławiąca się łzami, czkająca, trzęsąca się jak osika, obejmująca się ramionami, jednocześnie spoglądała na Gudrun z błagalną nadzieją, by następnie spuszczać wzrok. — J-ja nigdy... przecież ja nie... W-wy myślicie — pytała spanikowana — ż-że j-ja tu... że j-ja tylk-ko chc-cę...? Ja nie...! — wrzasnęła rozdzierająco z paniką zmieszaną z nadzieją. — T-to nie tak... J-ja nie chcę... niszczyć i-ich z-związku... p-przysięgam...
Kompletnie zapłakana, miała ochotę zapaść się pod ziemię. Nie mogła patrzeć w oczy Gudrun, domyślając się, jak się w nich jawiła. Aż sama się sobie dziwiła, że na to nie wpadła — przecież to oczywiste, że traktowali ją jak wroga, nawet jeśli ukrywali to pod płaszczykiem uprzejmości. Polubiła Gudrun, ale po tym, co powiedziała, Nergui nie mogła mieć pewności, na ile młoda wampirzyca była z nią szczera, a na ile była tylko fałszywie uprzejma. Mimo to, nie mogła jej mieć tego za złe. Starała się, a Nergui nie miała zupełnie nic, więc niczym też nie mogła gardzić ani niczego odrzucać.
— Nie rozumiesz — wymamrotała cichutko, gdy już odrobinę się uspokoiła. — B-byłam z nim kiedyś... to prawda... ale potem zamienili mnie w to coś — wypluła ze wstrętem — i zapadłam w sen. Obudziłam się niedawno, ale... ja nikogo nie mam — wyznała, znowu czując, jak świeże łzy napływają jej do oczu. — Gdy poznałam Arię, myślałam, że będzie mi przyjaciółką, ale teraz, gdy już wie, kim jestem... Chciałabyś mieć bliski kontakt z byłą twojego chłopaka? — spytała retorycznie, nie chcąc nawet słysząc tej bolesnej odpowiedzi. — D-dlatego... dlatego się jej nie dziwię. Ja... j-ja nie miałam p-pojęcia... że on... że jest wampirem — wydusiła z trudem. — Byłam pewna, że od dawna nie żyje i że jestem zupełnie sama. A-ale... ale jest ktoś, kto mnie zna. Kto jest mi bliski i dla kogo ja też... chociaż na krótką chwilę... byłam bliska. Nie wiesz, jak to jest? — załkała cicho. — Gdy jesteś zupełnie sama, nie masz nikogo? I ja też nie mam — szepnęła, spuszczając wzrok. — Bo on pewnie też mnie nie chce. Chciałby o mnie zapomnieć, a ja mu na to nie pozwalam...
A jednak Gudrun zaprzeczyła jej słowom, po raz kolejny wlewając w jej serce trochę nadziei i zapewniając, że jeśli Nergui wyrazi ochotę na rozmowę, on na pewno jej nie odmówi. Miała nadzieję, że to prawda, lecz to z kolei stwarzało kolejny problem: jeśli rzeczywiście dojdzie do rozmowy, co ona miała mu powiedzieć? Nie miała pojęcia. Chciała go po prosu zobaczyć, choć jednocześnie nadal panicznie się tego bała. Ale wiedziała, była tego pewna, że gdyby odeszła z tego domu bez wykorzystania szansy na rozmowę, już do końca życia by tego żałowała.
— Nie chcę, by robił coś wbrew swojej woli — wymamrotała cicho. — Ja... ja chciałabym... chciałabym się z nim zobaczyć... chociaż nadal się tego boję. Ale... czuję, że tego chcę. Tak po prostu go zobaczyć... przekonać się, że... że wciąż o mnie pamięta... że nie zapomniał...
Zamilkła na moment, pogrążona w swoich mętnych, szarych myślach. Zupełnie nie wiedziała, co ze sobą zrobić i czy wprost poprosić Gudrun o umówienie tego spotkania. A jeśli do tego dojdzie i Nergui nagle zacznie tego żałować? A jednak strach w niej ostatecznie wygra? Poza tym — dlaczego ona w ogóle chciała się z nim zobaczyć? Z kimś, kto przez trzynaście lat nieustannie ją łamał, kto od niej odszedł, uprzednio próbując ją zabić? Wciąż się bała, że zechce dokończyć dzieła, wciąż czuła bolesny ścisk w piersi na samą myśl o nim. Więc dlaczego chciała go zobaczyć? Nie wiedziała.
Ale chciała. Tego była pewna. Chciała.
— G-gdybyś mogła... — szeptała niemal wstydliwie. — Gdybyś mogła spytać go... Tylko spytać... czy by chciał... tak po prostu, tylko chwilę, porozmawiać... Ale jeśli nie będzie chciał — odparła nagle, spoglądając na Gudrun stanowczo — gdyby się wahał albo... a-albo coś... to nie. To nie namawiaj go, dobrze? Nie chcę, by robił coś wbrew sobie.
Zadba o ciebie, bo taki już jest. Jakże słodko brzmiały te słowa Gudrun i jakże Nergui by chciała, by były prawdą.
Propozycję spaceru po domu, ze zwiedzeniem pokoju muzycznego na czele, Nergui przyjęła z dużą ochotą. Nie musiała się obawiać, że gdzieś natknie się na niego, ponieważ przebywał w Norwich i miał wrócić pod wieczór. Ona zaś poczuła ulgę, wreszcie wydostając się z ładnego, choć z czasem coraz bardziej dla niej ciasnego pokoju, mogąc znowu podziwiać wspaniale wyrzeźbione sufity, bogate w detale dywany, ogromne, kolorowe obrazy i przepiękne, wspaniale udekorowane wnętrza, zarówno te duże, jak i nieco mniejsze.
Przechodząc przez coś, co Gudrun nazwała “drugim salonem”, Nergui wprost nie mogła się powstrzymać, by nie zatrzymać się przy stojącym tam pianinie. Stary, choć wciąż dumnie połyskujący instrument, prezentował się przepięknie. Delikatnie przebiegając po jego powierzchni opuszkami palców, próbowała sobie wyobrazić jego brzmienie. Tym bardziej, że według Gudrun, to właśnie na tym pianinie najczęściej grał jej ojciec. Wtem Nergui natychmiast zapragnęła posłuchać, jak grał, ale i z tym na pomoc przyszła jej Gudrun, która zdradziła, że jakiś czas temu udało jej się nagrać taki mały występ, gdy ćwiczyła nagrywanie filmów telefonem. Nergui poczuła, jak jej serce zadrżało na samą myśl o ujrzeniu go — nawet jeśli miało chodzić tylko o ekran komórki. Jednak chciała to obejrzeć.
Najpierw ujrzała jego, a wnet poczuła się tak, jakby prąd, jednocześnie przyjemny i potworny, przebiegł jej po plecach. Dopiero potem usłyszała muzykę wygrywaną na pianinie, ale nawet wtedy Nergui wpatrywała się tylko w niego. Spoglądała na niego i jednocześnie poznawała i go nie poznawała. Podświadomie wiedziała, że to ten sam człowiek, a jednak rzeczywiście wyglądał zupełnie inaczej — a ta zmiana nie wynikała tylko z jego długich włosów. Chodziło o coś jeszcze, czego Nergio nie umiała dokładnie określić. I może właśnie dlatego, starając się odnaleźć te szczegóły, a może z innego powodu, nie mogła oderwać od niego wzroku. Obserwowała, jak łagodni obchodził się z instrumentem, jak gładko na nim grał. Jak się skupiał, jaki był wtedy nienaturalnie spokojny i jak uśmiechał się pod nosem, gdy ktoś komplementował jego grę. Był taki łagodny, taki natchniony — zupełnie inny niż ten, którego znała. I wtem Nergui odkryła w sobie myśl, że mogłaby oglądać to nagranie całymi godzinami.
Mimo strachu, który na ten jeden moment w niej zginął.
Dalej było równie dobrze. Gudrun, zgodnie z obietnicą, zaprowadziła ją do pokoju muzycznego, który wyglądał jak mały kawałek królewskiego pałacu. W środku przywitały ich białe ściany z pozłacanymi elementami, niemal w całości pokryte ogromnymi, przepięknymi obrazami w błyszczących ramach. Wzdłuż ścian stały niskie komody, bogato i misternie zdobione, zwykle zastawione wazonami z kwieciem i różnorakimi posążkami, a w jednym przypadku tacką z kilkoma butelkami alkoholu i krwi. Na samym środku pomieszczenia stało kilka foteli z niskim, okrągłym stolikiem między nimi. Jednak pozostałą część sali zajmowało to co najważniejsze: wszelkiej maści instrumenty. Niektóre stały wolno, jak chociażby kolejne pianino, wiolonczela, harfa i kilka gitar. Inne, mniejsze, ułożone były w gablotach, mniej lub bardziej zabezpieczonych. Leżały tam skrzypce, flety oraz wiele ustrojstw, których Nergui nawet nie potrafiła nazwać. Jednak niektóre z nich były wyraźne zaznaczone i traktowane z większą czcią: ich gabloty były lepiej zabezpieczone, stojaki znacznie masywniejsze, a pod spodem zawsze widniała tabliczka ze specyfikacją danego instrumentu. Widać było, że to coś ważnego i dlatego właściciel bardzo o to dbał. Nergui natychmiast zwróciła uwagę na jedno: starą, ciemnobrązową lutnię, delikatnie uszkodzoną, lecz mimo to wzbudzającą najczystszy podziw. Wampirzyca natychmiast sobie przypomniała, jak za ich wspólnych czasów przygrywała im na swojej starej lutni, a on z uśmiechem słuchał tego małego prywatnego koncertu. Jednak to nie był jedyny przejaw muzyki widoczny w tej sali: w prawym kącie stała wysoka, choć wąska szafka wypełniona płytami, kasetami i winylami, a tuż obok stała wieża stereo wraz z wysokimi głośnikami.
Ktokolwiek zgromadził tę kolekcję, wyraźnie kochał muzykę. I tym większe zdziwienie i zachwyt wzbudzały fakt, że to właśnie on był jej właścicielem. Gdyby go nie znała, pomyślałaby, że ten zbiór zgromadził ktoś o wielkiej wrażliwości, nie tylko — choć głównie — muzycznej. Nergui poprosiła Gudrun, aby mogła jeszcze chwilę tu posiedzieć, a ta wielkodusznie zaproponowała, że jeśli chciała spróbować na czymś zagrać, miała wolną rękę. Odmówiła, nie czując się dość pewnie, choć obiecała sobie, że kiedyś powróci do muzyki i zbierze niemniejszą kolekcję od tej.
Chciała spytać właściciela o te wszystkie instrumenty. Chciała spytać właściciela o jego pasję do muzyki.
Chciała go spytać. O tak wiele rzeczy.
ATHANASIUS
Aż się dziwił, że nie spowodował żadnego wypadku. Wszystko przez to, że zarówno jadąc na uczelnię, jak i z niej wracając, jego myśli krążyły wyłącznie wokół Lakricii. Ona wciąż przebywała w jego domu, wciąż tam była... BYŁA. Była, istniała, żyła, wbrew temu, co Athan sądził przez te czterysta lat. Czy tego żałował? Nie, absolutnie nie, co nie zmieniało faktu, że nadal nie umiał otrząsnąć się z tego szoku. Fakt, że jego pierwsza miłość nadal żyła i przedziwnym zbiegiem okoliczności trafiła akurat do niego, cały czas go zadziwiał, ale i niepokoił — tak jakby bogowie skazywali go na wolne konanie, raz za razem podstawiając mu pod nos kolejne dowody jego porażki. Ale mimo tego, Athanasius ani przez moment nie pomyślał o tym, by się jej pozbyć. Wiedział przecież, że Aria przez to czuła się źle, niekomfortowo, ale nie byłby w stanie wygnać Lakricii. Po prostu nie byłby w stanie. Co więcej, jakaś siła, której nie znał i której w związku z tym się bał, pchała go w jej stronę. Po co? Athan nie miał prawa niczego więcej od niej oczekiwać i na nic więcej jej narażać. Jego widok miał być dla niej największą tragedią, której Athan chciał jej oszczędzić. A mimo to, szczerze chciał ją ujrzeć, chociaż na moment. I pomóc, przede wszystkim pomóc. Choćby pośrednio, choćby z daleka, ale pomóc. By nie musiała sobie radzić z tym wszystkim sama.
Co się działo z Lakricią po tym, co ich spotkało? Jak sobie z tym wszystkim radziła później? Czy w ciągu tych czterystu lat jakoś ułożyła sobie życie, założyła rodzinę? Dlaczego dopiero teraz zaczęła szukać sposobu na odmianę? I dlaczego dziś była zupełnie sama? Tak wiele pytań go dręczyło, a sposób, aby znaleźć na nie odpowiedź, zdawał się prosty: rozmowa. Och, z jakiegoś powodu chciał z nią porozmawiać, bardzo chciał. Ale co miałby jej wtedy powiedzieć? Banalne “przepraszam”?! Za coś takiego nie dało się przeprosić. Lecz nic innego powiedzieć jej nie mógł. Wybaczenia od niej nie chciał, bo wiedział, że na nie nie zasługiwał. Nie zasługiwał na jej widok, na jej spotkanie, na rozmowę z nią. Nie zasługiwał na nic.
Najlepiej dla niej będzie, jeśli jak najszybciej opuści mój dom. Jeśli jak najszybciej znajdzie się jak najdalej ode mnie.
Ta myśl bolała, ale Athan wiedział, że tak właśnie było. Chciał dla Lakricii jak najlepiej, a tym “najlepiej” było miejsce położone jak najdalej od niego. Ta pigułka była gorzka i trudna do przełknięcia, ale Athan musiał sobie jakoś z nią poradzić.
— Cześć, skarbie — przywitał się z Arią, całując ją lekko w głowę.
Jego narzeczona wcześniej od niego wróciła z pracy. Siedziała akurat w salonie i przeglądała bliżej nieznane mu papiery. Athan, odłożywszy swoją teczkę na stolik, mimowolnie rozejrzał się dookoła. Bez Isha i Jehanne ten dom wydawał się dziwnie pusty, mimo że ta para przecież nie powodowała zbyt wiele hałasu. Chodziło jednak o samą świadomość ich braku i za tę pewną oczywistość, że Athan zwyczajnie za nimi tęsknił. Co więcej, nigdzie też nie było jego córki, która z całej tej ferajny była zdecydowanie najgłośniejsza.
— A Gudrun gdzie? — zagadnął, opadając na sofę tuż obok ukochanej i obejmując ją ramieniem. — Jak ci minął dzień? — zagadnął, spoglądając na nią z uśmiechem. — Mam nadzieję, że lepiej ode mnie. Ja się nie mogłem zupełnie na niczym skupić. Spędziłem dziewięć godzin na uczelni, a kompletnie nic z tego nie wyniosłem.
W poniedziałek miał egzamin z cytochemii, do którego powinien się przygotować, ale nie było szans, aby ruszył jakiekolwiek podręczniki, dopóki to wszystko się nie skończy.
— Goro coś się odzywał?
Miał nadzieję, że demon jak najszybciej poczyni jakieś postępy. Bynajmniej nie chodziło o to, by jak najszybciej pozbyć się z domu Lakricii, ale aby jak najprędzej jej pomóc.
— Jak raz, te demony się na coś przydają — przyznał, wzruszając lekko ramionami. — I może się zdziwisz, ale szczerze przyznam, że ten cały Goro faktycznie się przejął. I jeśli faktycznie zaraz wyłapie tych typów Blome’a, będę w stanie naprawdę stwierdzić, że jednak może sprawdzi się zamiast Baltimotre’ów. Wiadomo — kontynuował ten swój prawie monolog — że lepszym od Baltomore’ów jest nietrudno, ale mimo wszystko. Wiesz, że im nie ufam. A tak to, kto wie, może kiedyś faktycznie zacznę. Ale najpierw niech mi udowodnią, że się serio do czegokolwiek nadają.
Nagle niczym tornado ze schodów zbiegła Gudrun, która wyglądała na bardzo czymś podekscytowaną. Athanowi nie bardzo się to podobało, ale jednocześnie był ciekaw przyczyny.
A tej, stety lub niestety, prędko się dowiedział.
Gudrun, jak to Gudrun, zaczęła jak katarynka opowiadać o tym, jak cały dzień spędziła z Nergui, zdradzając wszystko, co od niej usłyszała, co jej pokazała i czego się dowiedziała. A to akurat bardzo Athana i Arię interesowało.
— Ale biedna babka — lamentowała Gudrun — żeby tak czterysta lat spać... To Marisa tylko pół roku w hibernacji spędziła, a taka Nergui czterysta...
— CO?!
Gudrun była wyraźnie zachwycona tym, że wzbudziła swoimi rewelacjami zamieszanie oraz przyciągnęła pełną uwagę Arii i Athana. Dlatego tym chętniej zaczęła streszczać przebieg ich przedpołudniowej rozmowy, co oboje narzeczonych ścięło z nóg.
Zwłaszcza Athana.
— Przemienili ją... — dukał, bezradnie układając łokcie na kolanach, a dłonie wplatając we włosy — gdy poleciała za mną, żeby mnie szukać? I potem zapadła w sen? Chryste...
Ta informacja dotknęła go bardziej niż sądził. To bowiem oznaczało, że skrzywdził ją na każdym możliwym poziomie i krzywdził na długo po tym, jak od niej odszedł. Athan aż dotąd miał złudne nadzieje, że może po tym, jak się rozstali, Lakricia jakoś ułożyła sobie życie — ale teraz było jasnym, że nic z tego. Co więcej, wyglądało na to, że aż do dziś nosiła na sobie piętno ich tragicznego związku.
— Nie wiem, co powinienem zrobić — szepnął Arii, mocno ją do siebie tuląc. W tym momencie potrzebował jej bardziej niż kiedykolwiek. Wszak tylko ona go aż tak dobrze znała, tylko ona aż tak dobrze go rozumiała. I tylko ona potrafiła mu cokolwiek doradzić.
Choć wiedział, jakie to było dla niej trudne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz