ROZDZIAŁ 357

ATHANASIUS 

Wiedział, że właśnie tego teraz potrzebowała. Oboje potrzebowali, ale dla Arii ta intymna bliskość miała jeszcze jedno znaczenie, tak poza czystą rozrywką płynącą z obopólnej rozkoszy: to, o którym mu szczerze opowiedziała. Athan poczuł ulgę, gdy usłyszał, jak jego luba wyrzuciła z siebie wszystkie swoje obawy, niczego głęboko w sobie nie skrywając. Mówiła o tym, jak bała się jego utraty i o tym, jak ciężko byłoby jej bez niego. Czuła się zagrożona przez Lakricię, czego Athan się spodziewał, choć nie w aż takiej skali, dlatego seks akurat w tym momencie, w trakcie tak ważnej rozmowy, miał podwójne znaczenie.

Na moment udało im się o tym zapomnieć. Zapomnieli o dosłowności i o metaforach, o kłopotach i ich głębi, o przyczynach ich kiepskiego nastroju i niepewnej przyszłości, jaka ich czekała. I może to tylko chwilowe, powierzchowne, może nieodpowiednie i nietrafione czasowo, ale jednocześnie bardzo trafione, bardzo potrzebne. Gdzieś w tym szalonym zawirowaniu znaleźli czas dla siebie; Aria mogła udowodnić Athanowi, że tylko ona była dla niego idealna, a Athan mógł udowodnić Arii, że w pełni się z tym zgadzał.

Ale właśnie na końcu, gdy leżeli tuż obok siebie, tak cudownie zmęczeni, tak zachłannie głodni swojej obecności, właśnie wtedy wszystko to, co na chwilę przykryli pod płaszczykiem seksu, wróciło, lecz nie z podwójną siłą, nie silniejsze i straszniejsze, ale łagodniejsze i wcale nie aż takie złe, jak im się na początku wydawało. Aria chciała udowodnić mu coś, czego według Athana wcale udowadniać nie musiała: że miała wszystko, czego pragnął. Oczywiście, że miała. Żaden dotyk nie działał na niego jak ten od niej. Żaden pocałunek, żadna pieszczota, żaden inny gest nie smakował tak dobrze. To zawsze była Aria i to zawsze będzie ona, choć Athan miał świadomość, że jeszcze długo oboje będą się tego uczyć.

Lecz może Lakricia miała być dla nich ostateczną próbą? Czas na tego rodzaju złośliwość losu był wprost idealny: tuż przed ich ślubem, tuż przed zapieczętowaniem ich losu. Po ślubie przecież wszystko miało być inaczej, ich relacja i pewność własnych uczuć miała wzbić się na niespotykany dotąd poziom. W obliczu prawa, Boga, swoich przyjaciół i przede wszystkim samych siebie, mieli stać się jednością — którą czuli się już od dawna. Małżeństwo miało być ostatnią prostą; czystą formalnością, choć jakże cieszącą i satysfakcjonującą. I Athan wiedział, że dotrą do tego momentu. A pewności nabrał właśnie tego wieczoru, gdy Aria po raz pierwszy od dawna tak szczerze z nim porozmawiała. Teraz oboje wiedzieli, czego się obawiali i oboje wiedzieli, jak sobie z tym poradzić.

I, choć zapewne nie powinien, czuł się poruszony tym, co powiedziała mu Aria. Wszak przecież właśnie tego chciał uniknąć: jej zazdrości, a jednak, gdy o tym opowiadała, gdy tłumaczyła mu, jak bardzo pragnęła z nim być aż po kres dni, czuł się naprawdę szczęśliwy ze świadomością, że oboje chcieli tego samego.

— Wcale się nie dziwię temu, co czujesz do Lakricii — wyznał, lekko wzruszając ramionami. Podejrzewał, że to stwierdzenie mogło ją lekko zaskoczyć, lecz jemu zdawało się całkowicie naturalne. — Już ci mówiłem, ja też nie mogłem się przekonać do Emmeta, chociaż tak bardzo tego chciałaś. A nie mogłem, bo był twoim byłym. To samo przez się oznacza, że muszę go nienawidzić — dodał z cieniem uśmiechu na twarzy. O Emmecie rozmawiałoby się na pewno dużo luźniej, zwłaszcza w tym kontekście, gdyby nie jego śmierć, dlatego Athan wiedział, że powinien być ostrożny. — Ty wiesz, że Lakricia nie jest dla ciebie żadnym zagrożeniem. Ja też to wiem, a ona już tym bardziej. Ale to normalne, co czujesz. Wiesz… — szepnął uwodzicielsko, opierając się na łokciu, by móc się lekko pochylić i pocałować Arię — zazdrość to ogromny komplement!

Wiedział, że jeszcze chwila i przeszarżuje z tym pozornym humorem. Żadnemu z nich nie było do końca do śmiechu, choć jako tako próbowali z tym walczyć. Jednak mina zaraz mu lekko zrzedła, gdy Aria wprost oznajmiła, że nie chciała tu Lakricii. Westchnął z udręczeniem, jednocześnie spodziewając się i nie spodziewając tego wyznania.

— Ona też nie chce tu dłużej zostać — wymamrotał wyjątkowo ponurym głosem, patrząc gdzieś w bok.

Mieli być przed sobą szczerzy, niczego nie ukrywać, więc i on nie chował swojego żalu na myśl, że jedyne, o czym Lakricia teraz marzyła, to by jak najszybciej przed nim uciec. To było z jej strony oczywiste i teoretycznie Athan się temu nie dziwił. Ale z drugiej, z jakiegoś powodu traktował ją jako kogoś bardzo sobie bliskiego, co, biorąc pod uwagę okoliczności, było wręcz okrucieństwem. Dlatego musi odejść, pomyślał ze smutkiem.

— Właśnie dlatego nie chciałem, byś teraz mieszała się w tę sprawę — odparł nagle stanowczym tonem i spoglądając na Arię ze stalową pewnością. — Mogę sobie tylko wyobrażać, jakie to dla ciebie trudne i tego właśnie chciałbym ci oszczędzić. Przykro mi tylko, że jeszcze wczoraj myślałaś o tej znajomości jak o kiełkującej przyjaźni, a dziś to wszystko runęło.

Jęknął cicho, gdy znowu pojawił się temat demonów. Jak zwykle w tym momencie, Athan poczuł napływ irytacji, marząc o tym, by jak najprędzej zakończyć ten wątek — nawet jeśli Aria ledwo o nim wspomniała. Nie wspominając już o tym, że demony, chcąc nie chcąc, były w tę sprawę mocno wmieszane. Miał ogromną ochotę jej odpowiedzieć: “No, ty wybaczyłaś demonom. Szkoda tylko, że nie mogę o sobie powiedzieć tego samego”, ale miał ją przecież pocieszać, a nie wbijać kolejne szpilki.

Początek rozmowy przebiegał idealnie, zwłaszcza z przerywnikiem na ich igraszki, ale potem, gdy przyszło do odpowiedzi Athana, szło tylko gorzej. Wspominając to, co mówiła o Lakricii i z jaką pasją opowiadała o tym, że chciała, by zniknęła, Tismaneanu nie mógł powstrzymać głębokiego żalu, który błyskawicznie podcinał mu wszystkie skrzydła. W tym samym momencie uszła z niego jakakolwiek ochota na cokolwiek; czując nagłe zmęczenie, położył się na poduszkach, wbijając pusty wzrok w sufit. Raniła go tym, co mówiła o Lakricii i pewnie to dostrzegała. Ale Athan nie zamierzał udawać, że Lakricia nic dla niego nie znaczyła.

— Zniknie z naszego życia i to za parę dni — rzekł, choć dość chłodno, bez przekonania. — Nigdy więcej jej nie zobaczysz, nigdy o niej nie usłyszysz.

Będę cały twój, pomyślał bez ani krzty radości.

Na resztę, o której Aria mówiła jakiś czas temu, nie chciało mu się nawet odpowiadać. Coś tam jeszcze odpowiedział na to, że Goro już rozpoczął poszukiwania, ale wzmiankę o ślubie i dziecku zupełnie pominął, czując się kompletnie nie w nastroju na takie pogawędki. Na szczęście po niedługiej chwili pojął, że postępował właśnie w najgorszy możliwy sposób. Aria uzewnętrzniła się przed nim, wyznała wprost swoje obawy, zdając sobie sprawę, że mogą nie spodobać się Athanowi. Co więcej, sama czuła się źle z tym, co czuła, a dość jawna niechęć Tismaneanu nie miała prawa poprawić jej nastroju. Dlatego natychmiast przygarnął ją do siebie, czując przyjemne, doskonale znajome dreszcze, gdy czuł jej nagie, rozgrzane ciało przy sobie. Objął ją mocno i przytulił, jakby dając znak, że była tylko jego i nikomu nie zamierza jej oddawać. Pocałował ją jeszcze w skroń, nim zastanowił się chwilę i zaczął mówić.

— Oboje jesteśmy w szoku. Ty czujesz się oszukana i zagrożona – to drugie zupełnie niepotrzebnie – a mnie właśnie dopadł ten fragment z mojego życia, o którym najbardziej chciałbym zapomnieć, a jednocześnie który najbardziej rozpamiętuję. To nie powinno się wydarzyć — mruknął posępnie — ale musimy się z tym zmierzyć. Czyli po prostu to przeczekać. Nie zbliżaj się do Lakricii, jeśli czujesz, że to ponad twoje siły. Ja też mam takie poczucie — dodał, lekko wzruszając ramionami. — Chciałbym z nią porozmawiać, a jednocześnie bardzo bym nie chciał. Z jednej strony miałbym jej tyle rzeczy do powiedzenia, a z drugiej, nie mam pojęcia, co bym jej miał powiedzieć. Poza tym…

Nie umiał tego wyjaśnić, ale wciąż miał poczucie, że coś w historii Lakricii się nie kleiło — a przynajmniej w tej, którą przedstawiła mu Aria.

— Jak to możliwe, że przez tyle setek lat Lakricia stoi w tym samym miejscu, co wtedy, w połowie szesnastego wieku? — pytał, marszcząc brwi. — Dlaczego nadal jest wampirzycą, skoro tak tego nienawidzi od samego początku? Kiedy tak naprawdę została przemieniona, skoro już wiemy, że żyje znacznie dłużej niż ci się do tego przyznała? I czemu to wszystko ukrywała? Dlaczego miałaby ukrywać swój wiek przed kimś, kogo nie zna? Co to miało jej dać? Nie wierzę, by Lari zro…

Zaciął się na moment, uświadamiając sobie, że użył skrótu, którym posługiwał się wyłącznie on. Nikt inny nie tylko nie mówił, ale wręcz nie miał prawa mówić tak do Lakricii. Ta zresztą bardzo lubiła, jak Athan ją tak nazywał, uznając to za coś, co jest „tylko ich”. Serce aż go zakłuło na samą myśl, z rozrzewnieniem wypowiadając tę skróconą wersję jej imienia w swoich myślach.

— Nie wierzę, by Lari — kontynuował, choć zajęło mu sporo wysiłku wydostanie się ze swoich wspomnień — oszukała cię tak perfidnie, bez żadnego celu, po prostu z czystej złośliwości. Ona nigdy nie była złośliwa. Miała dużo poczucia humoru, ale takiego niewinnego i to nie jest żadna złośliwość. Na pewno cię nie oszukała tylko dlatego, że tak jej się podobało. I na pewno nie chciała cię zmanipulować. Dlatego się martwię — wyznał wprost. — Ona chyba nie powiedziała wszystkiego Goro. Ja z niej tego nie wyciągnę — jęknął po chwili — ty też nie. Zostaje Gudrun, ale… nadal się boję, że Lari, nawet przypadkiem, coś jej powie i…

Westchnął, niespodziewanie czując ogromne zmęczenie nie tylko tą rozmową, ale całym dniem. Athan czuł, że należało go jak najszybciej skończyć, bo każda kolejna minuta będzie się coraz bardziej dłużyć i coraz bardziej boleć.

— Kładźmy się spać — szepnął, całując ją lekko w usta. — To był wyjątkowo męczący dzień, na pewno jesteś bardzo zmęczona. Odrobina snu wszystkim nam się przyda.

Wprawdzie szczerze wątpił, by udało mu się zasnąć, ale zamierzał udawać tylko po to, by Aria poszła jego śladem i faktycznie usnęła. Była wyczerpana, zwłaszcza psychicznie, choć nie powinna w ogóle być zamieszana w tę sprawę. Athan czuł się winny, nawet jeśli nie miał wpływu na to, jak Aria się w to wplątała. Co by jednak nie było, to był jego konflikt, jego sprawa, jego przeszłość.

Następnego dnia nie zamierzał bezczynnie siedzieć w domu. Prędzej by wybuchł z nadmiaru myśli, wątpliwości i niepokoju, poza tym nie chciał stresować Lakricii swoją obecnością. Najlepiej by było, by każdy wrócił do swojego normalnego rytmu dnia. On zamierzał iść na uczelnię, Arię przekonywał, że nie powinna brać żadnego wolnego, tylko normalnie pójść do pracy. W domu wciąż zostałaby Gudrun i pani Adrianna, a wokół domu kręciły się demony, co ten jeden raz Athan uznawał za sprzyjającą okoliczność. Wszystkie trzy przebywające w domu panie były chronione i nic im nie groziło, więc Athan i Aria będą mogli w miarę normalnie funkcjonować.

Zwłaszcza że te zadymione mendy pewnie będą i za nami łazić, pomyślał z niechęcią.

Ale musiał przyznać: demony były potrzebne. Tylko one mogły im pomóc wrócić do swojej umiłowanej normalności.

Nie wiedział tylko, jak wyglądała normalność Lakricii. I nie wiedział, czy chciałby wiedzieć.

 

NERGUI

Bardzo dziwnie było obudzić się w zupełnie nowej rzeczywistości.

Nergui ze zdziwieniem wspominała poprzedni dzień, kiedy była przekonana, że już niedługo zacznie się leczyć z wampiryzmu, nawet nie biorąc pod uwagi czegoś tak absurdalnego jak to, że jej niegdysiejszy kat mógłby być wciąż żywy. Tymczasem nie tylko nadal chodził po tej ziemi jako wampir, ale jeszcze był właścicielem domu, w którym Nergui skrywała się przed tymi, którzy mieli ją ocalić.

Spostrzeżenie, że tak nagle wszystko zaczęło układać się kompletnie inaczej i bardzo źle, wybudziło w niej nagłą panikę. Otworzywszy nagle oczy, zerwała się z łóżka, z jawnym przerażeniem rozglądając się dookoła. Nie zastała wprawdzie nic niepokojącego: ot, pokój Gudrun z dwoma łóżkami, biurkiem, komodą, półkami na książki i kolekcjonerskie figurki. Żadnych podejrzanych osób, żadnych podejrzanych dźwięków ani zachowań. Czysto teoretycznie więc mogła się uspokoić, ale i tak wiedziała, że nie była w stanie. Mimo to musiała próbować.

Samej Gudrun też nie było w środku, co nieco spłoszyło Nergui. Polubiła się z tą szaloną, wręcz nieco postrzeloną dziewczynę, która traktowała ją nie tylko bardzo uprzejmie, ale wręcz po przyjacielsku. Widząc, w jakim Nergui była w stanie, nie tylko nie zasypywała jej pytaniami, ale sama bardzo dużo mówiła, a Nergui chętnie tego słuchała. Tym samym poznała całą historię dziewczyny, począwszy od śmierci jej biologicznych rodziców, przez morderstwo, wskrzeszenie — które brzmiało wielce nieprawdopodobnie, ale jakimś cudem Nergui nie miała wątpliwości, że to prawda — aż po wyznanie, że teraz chciałaby zdać prawo jazdy, a potem znaleźć sobie jakieś ciekawe studia, żeby nie siedzieć w domu „jak jakiś darmozjad”. Nergui naprawdę bardzo doceniała starania Gudrun, tym bardziej, że ta bardzo często mówiła o nim. I robiła to z tak wielką swobodą, że niekiedy Nergui zapominała, że tym miłym, opiekuńczym, „nudnym jak flaki z olejem” ojcem dziewczyny był właśnie ten, którego imienia Nergui wciąż nie umiała wymówić, którego nadal się bała i którego nie mogła zapomnieć, choćby nawet chciała.

A nie chciała.

Jej mniej lub bardziej ponure rozmyślania przerwała Gudrun, która po cichu weszła do pokoju z tacą ze śniadaniem. Ucieszyła się, gdy zobaczyła, że Nergui już nie śni i natychmiast zaczęła trajkotać, opowiadając o śniadaniu, a następnie o tym, że strasznie się nie wyspała, ponieważ śniły się jej jakieś bzdury. Jak się bowiem okazało, Gudrun zawsze wstawała lewą nogą, gdy zapamiętywała swoje sny — co zwykle, na szczęście, się jej nie zdarzało. Nergui nie była w stanie puścić tej paplaniny mimo uszu, zwłaszcza że wywoływała szczery, niewymuszony uśmiech na jej twarzy. Pierwszy od bardzo dawna. Poza tym, gadulstwo Gudrun mogło się do czegoś przydać i Nergui zamierzała to wykorzystać.

— Hm… Gudrun… — zaczęła cichutko, popijając gorąca herbatę, gdy już uporały się ze śniadaniem. — Tak pomyślałam… hm… Mogłabyś mi trochę więcej opowiedzieć o twoim ojcu?

Nie umiała, po prostu nie umiała wypowiedzieć jej imienia. Miała nadzieję, że ten szczegół uszedł uwadze Gudrun, choć na pewno widziała, że jej relacje z panem domu były co najmniej nienajlepsze. Obym tylko nie musiała jej tego wyjaśniać, pomyślała strapiona.

— Jak was wszystkich traktuje? — spytała, niby obojętnie. — Zawsze był taki, jak mówiłaś, czyli taki opanowany i, jak to ujęłaś, nudny?

To wszystko, co wynikało z poprzednich opisów Gudrun, brzmiało jak zupełnie inna osoba i to taka, której Nergui nigdy nie poznała. Dlatego nie wiedziała, czy dziewczyna kłamała, aby nie zdradzać problemów tej rodziny, czy może naprawdę ten człowiek aż tak się zmienił. Nergui sama nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć, dlatego uznała, że rozmowa z Gudrun cokolwiek jej rozjaśni.

— Pytam, bo… — dukała cicho, spuszczając wzrok. — Wiesz, ja… znałam go kiedyś — wyjaśniła ogólnikowo — i wtedy był… powiedzmy… trochę inny. To, co o nim teraz mówisz, zupełnie mi do niego nie pasuje. Ale to było ponad czterysta lat temu — przyznała ze wzruszeniem ramion. — Szmat czasu. Myślisz, że po takim czasie ktoś się może aż tak diametralnie zmienić?

Sama nie wiedziała, dlaczego ją o to pytała. A może i wiedziała? Chciała usłyszeć zapewnienia, że tak, ludzie mogą się aż tak zmienić i on też się tak zmienił, więc już nie musiała się bać. Ale czy to by coś zmieniło? Czy to, jak traktował córkę, mogłoby coś zmienić w tym, jak Nergui go postrzegała?

Miała nadzieję, że tak. Naprawdę bardzo tego chciała.

Ale nawet ona nie była aż tak naiwna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^