ROZDZIAŁ 355

NERGUI 

Wejście do szerokiej wanny pełnej puszystej piany i gorącej wody, było jak przejście do innego świata. I o ile to porównanie mogłoby się zdawać przesadzone, tak Nergui tuż po pierwszym zanurzeniu nogi poczuła się tak, jakby właśnie wydarzyło się coś... innego, dziwnego, oczekiwanego, ale jednocześnie tak odległego. I bynajmniej nie chodziło o coś tak prozaicznego jak kąpiel, ale raczej o wrażenia, jakie owa kąpiel dawała. Przykrywszy się cała pod mięciutką, pachnącą pierzynką z piany, nie była w stanie drżeć ze strachu i niepewności, bo temperatura wody na to nie pozwalała. Była zbyt ciepła, zbyt relaksująca, zbyt odprężająca — choć początkowo nawet przed tym odprężeniem Nergui się broniła. Nie chciała się rozluźnić, aby nie stracić czujności, choć jednocześnie właśnie tego potrzebowała i właśnie temu się po chwili poddała. Odetchnąwszy głęboko, przemyła wciąż czerwoną, opuchniętą, mokrą od łez twarz; w chwili, w której je z siebie zmyła, poczuła się tak, jakby całe jej ciało było brudne od łez. Niespodziewanie Nergui poczuła zażenowanie swoim stanem: jak ona musiała wyglądać, jak się prezentowała?! Jak zwykle narobiła sobie wstydu, wychodząc na niezdolną do niczego miernotę. Jednak właśnie takie myśli spowodowały, że pod lekko przymkniętymi powiekami zaczęły się zbierać nowe, świeże łzy. Teraz zginęłyby w pianie, zmieszałyby się z pachnącą lawendą wodą, teraz nikt by ich nie zauważył. Więc mogła płakać.

Ale nie chciała. Nie chciała, ponieważ to, co powiedziała jej Aria, mimowolnie rozbudziło w niej ogromne pokłady nadziei — i to na tyle duże, że Nergui zaczęła się delikatnie do siebie uśmiechać. Wciąż z lękiem i obawą, wciąż z wahaniem, wciąż ledwie wyraźnie — ale jednak! Wszystko to dlatego, że Nergui bardzo pragnęła, by to, co mówiła jej Aria, było prawdą.

By naprawdę wciąż miała w niej przyjaciółkę.

By naprawdę była tu bezpieczna.

I, co najważniejsze... by on naprawdę był już dobry.

Dlaczego Nergui tego chciała? Co ją to obchodziło? Czy nie chciała po prostu przeczekać burzy, nadal możliwie jak najdalej od niego, a potem jak najszybciej uciec, aby nigdy nie mógł jej dogonić — tak jak ona kiedyś nie zdołała dogonić jego? Ale być może na tym polegał kłopot. Nergui mentalnie nadal pozostawała Lakricią, nawet mimo pozornej zmiany imienia i udawania, że zaczęła wszystko od nowa. W związku z tym, wciąż nie umiała odciąć się od przeszłości, lecz na głębszym etapie niż by się mogło udawać — ona wciąż pozostawała tą słabiutką, rozkochaną kobietą będącą pod całkowitym wpływem swojego partnera. Zawsze tak było i to dlatego rzuciła się na poszukiwania, gdy tylko doszła do siebie po tym ostatnim pobiciu. Nie udało się jej go odnaleźć, a zamiast tego to ją ktoś odszukał — i zamienił w wampira. Przez chwilę Lakricia sądziła, że dzięki nowym umiejętnościom szybciej go odnajdzie, nawet mimo wstrętu, jaki do siebie czuła. Ale i te nadzieje szybko spełzły na niczym, co skończyło się na hibernacji.

Ale dziś wreszcie go znalazła. I mimo całego strachu, mimo całej paniki, która ją ogarniała — czy nie o to właśnie chodziło? Czy nie o to, by go wreszcie odnaleźć?

Aż w końcu znalazła. I choć Nergui sama wstydziła się do tego przyznać, nie umiała ukryć swojej głęboko zagrzebanej radości. Wciąż była przerażona, ale wiedziała, była już tego pewna, że chciałaby się z nim zobaczyć. Porozmawiać, chociaż chwilę, spojrzeć mu w oczy i zobaczyć tam tego, którego znała lub tego, o którym opowiadała jej Aria. Ktokolwiek to miał być, Nergui — oraz Lakricia — chciała go zobaczyć.

Nie powinna. Bała się. Ale nigdy nie potrafiła się pogodzić z jego utratą. I wiedziała, że jeszcze długo się nie pogodzi.


ATHANASIUS

Pogoda zdawała się idealnie odzwierciedlać jego stan ducha. Mimo wciąż stosunkowo wczesnego popołudnia, na zewnątrz robiło się ciemno; sunące po niebie chmurzyska wyglądały tak, jakby składały się z kilku ciężkich, szarych i granatowych warstw, zsyłając na dół ulewny deszcz, porywisty, przenikliwy wiatr, a tym samym paskudne samopoczucie, przygnębienie i wwiercający się do głowy pesymizm.

Siedząc na niewielkim balkonie przylegającym do sypialni, którą tymczasowo zajął, Athanasius myślał nad tym, że często go to spotykało – by pogoda obrazowała jego nastrój. Zaraz później jednak dochodził do wniosku, że przesadzał i widział tylko to, co chciał zobaczyć. Często się tak działo, często zakładał na oczy opaskę, która pod spodem wymalowana była w taki sposób, by przekazać mu, że tak, miał rację, było dokładnie tak, jak myślał. Nigdy wszak nie lubił się mylić, zawsze chciał, by wszystko szło po jego myśli. I wtem, właśnie nad tym myśląc, Athan uśmiechnął się niespodziewanie, ujrzawszy przed oczyma twarz Arii. Jego światła, jego drogowskazu, jego radości, jego wszystkiego. To ona mu udowodniła, że nie zawsze miał rację i, co więcej, to wcale nie było złe. Nie zawsze wszystko musiało iść po jego myśli, by układało się dobrze. To właśnie Aria, miłość jego życia, udowodniła mu, że żyć można właśnie tak, jak sam by tego pragnął: w spokoju i ciszy, u jej boku. Athan, po raz pierwszy od bardzo dawna tak wyciszony, tak nieśmiało szczęśliwy, wreszcie sądził, że był w stanie uwierzyć w swoją zmianę. Był w stanie uwierzyć słowom Arii, że miał dość siły, aby porzucić swoją przeszłość i zacząć żyć ich wspólną przyszłością.

Ale w tym jednym nie miała racji. Z rzednącym uśmiechem pomyślał bowiem, że jego przeszłości nie da się zakopać, nie da się o niej zapomnieć. A nawet gdyby próbował, ona sama się u niego upomni.

Tak jak to zrobiła za pomocą Lakricii.

Nie mógł zapomnieć jej wyrazu twarzy, gdy go ujrzała. Nie mógł zapomnieć tego najczystszego w świecie, niczym nieskalanego, pierwotnego strachu. To był ten rodzaj strachu, który wgniatał człowieka w głąb samego siebie, który odbierał rozum, który w pełni przejmował władzę i nie pozwalał na ani jeden promyk rozsądku czy optymizmu. Ten rodzaj strachu pożerał człowieka od środka i nie pozostawiał nic poza pustką, która miała się napełnić kolejnymi strachami.

Athan doskonale go znał. Niegdyś z lubością wywoływał go u innych, by już wkrótce sam się tym strachem kaleczyć. Nieprzerwanie aż do dziś.

I właśnie dlatego, choć przecież znajdowała się tak blisko i choć widział ją niedawno, Athan niespodziewanie bardzo zatęsknił za Arią. Nie chciał jej w to angażować, nie chciał, by cała ta sytuacja jakkolwiek się na niej odbiła. To był tylko jego kłopot, tylko on powinien sobie z nim poradzić — ale jak miał to zrobić bez narażania się na widok Lakricii, co z pewnością byłoby bardzo złym pomysłem?

Westchnął, czując przeogromne zmęczenie całą tą sytuacją. Lecz ten pozorny spokój momentalnie zniknął, gdy Athan głębiej się zastanowił nad zaangażowaniem Arii. Teraz miała zdecydowanie więcej kontaktu z Lakricią, niż by tego chciał. Oczywiście, Aria już o wszystkim wiedziała, ale co innego to usłyszeć, a co innego zobaczyć na własne oczy i poznać z tej drugiej perspektywy. Wtem właśnie Athan zerwał się z krzesła, zaczynając krążyć po tarasie, a wszystko przez nagłe, bardzo natrętne myśli. A jeśli to, co się wydarzyło, jakoś wpłynie na Arię? A jeśli to każe jej na nowo przemyśleć, z kim niedługo zamierzała wziąć ślub? A jeśli po raz pierwszy Aria zgodzi się z tym, przed czym Athan ostrzegał ją na samym początku, a więc z tym, że nie był dla niej właściwym partnerem? A jeśli zacznie czuć się przy nim nieswojo? A jeśli zacznie odczuwać irracjonalny strach nie przed tym, co ją spotkało, ale przed tym, co może spotkać? A jeśli nawet mimowolnie zacznie myśleć o tym, że może nie powinna z nim zostać? Athanowi zrobiło się gorąco pod wpływem tych potwornych myśli, ale właśnie przez tę ogarniającą go ponownie panikę zdał sobie z czegoś sprawę: już nie chciał stwarzać pozorów i udawać, że wolałby, by Aria od niego odeszła, niby dla jej dobra. Nie chciał tego, nie chciał tego najbardziej na świecie i jeśli zawiśnie nad nimi ta groźba, zrobi wszystko co tylko w jego mocy, by tego uniknąć. Po raz pierwszy w życiu był nie tylko całkowicie tego pewien, ale czuł też ogromną, wcześniej niespotykaną determinację dającą mu do zrozumienia, że te myśli nie były mrzonkami, a stanowczymi postanowieniami, przed którymi Athan już nigdy się nie ugnie.

W tamtym momencie bóstwa, co dziwne, musiały nad nim czuwać, bo w chwili, w której Athan pomyślał, że musiał odszukać Arię, aby mieć ją jak najszybciej przy sobie, drzwi do sypialni uchyliły się lekko, wpuszczając do środka jego ukochaną. Athan, ogarnięty ogromną ulgą, momentalnie ruszył w jej stronę, ale aż go zamurowało w połowie drogi, gdy ujrzał jej wyraz twarzy. Jeszcze nigdy nie widział Arii tak wykończonej: blada skóra zdawała na niej wisieć, z oczu zniknął charakterystyczny blask, pozostawiając je ponuro puste, a kąciki ust zwisały nędznie, niezdolne do uśmiechu. Ten widok poraził go niemniej niż spotkanie z Lakricią, nawet jeśli skala szkód była zupełnie inna. Ale co z tego, skoro obie rzeczy były jego winą? Stan Arii też, ponieważ pozwolił na jej spotkanie z Lakricią, choć nie powinien. Silnie zaniepokojony jej stanem, błyskawicznie do niej podszedł i mocno do siebie przytulił, zamykając ją w swoich ramionach jak najszczelniej. Czuł, jak pod wpływem tego gestu delikatnie się rozluźniała, lecz nie aż tak, jak powinna i jak Athan by tego chciał.

— Kochanie... — szepnął łamiącym się głosem, z boleścią spoglądając na jej umęczoną twarz. Nawet nie wiedział, co jej powinien powiedzieć. Przeprosić? Znowu? A może obiecać, że nic się nie stało i że już będzie dobrze? Jak niby? — Nie chciałem cię w to wplątać — wyznał cicho. — To nie jest twoja walka, skarbie. Wiem, że czujesz się zaangażowana i odpowiedzialna za... za Nergui — z trudem wydukał jej imię — ale dość jej już pomogłaś. Zrobiłaś wszystko, co mogłaś. Resztą zajmie się Goro, a potem Nergui będzie bezpieczna. I wszystko się skończy. Tak? — spytał cichutko, delikatnie stykając ich czoła, by móc spojrzeć głęboko w jej piękne, choć tak potwornie zmęczone oczy.

Po tych słowach Athan chwycił Arię ostrożnie w pasie i nad kolanami, aby lekko ją unieść. W drodze do łóżka zaszedł jeszcze do lamp, aby je zapalić: półmrok panujący w pomieszczeniu sprzyjał panoszącemu się w ich głowach marazmowi, dlatego należało go jak najszybciej zlikwidować. Ułożywszy Arię na łóżku, wykonał jeszcze szybki telefon do pani Adrianny, prosząc ją o jakiś lekki posiłek, z zaznaczeniem, by się nie spieszyła, a po chwili podszedł do barku, w którym znajdowały się jakieś skromne zapasy alkoholu. Spośród kilku butelek wpadło mu w oko jakieś czerwone wino półwytrawne. Wiedział, że oboje nie mieli ochoty właściwie na nic, ale w tak niełatwych chwilach alkohol był zawsze dobrą opcją.

Podając Arii kieliszek, swój postawił na nocnym stoliku, po czym ostrożnie ułożył się na łóżku i, pochyliwszy się nad Arią, pocałował ją lekko, choć czule, na dłużej zawieszając na niej spojrzenie. Chciał, by czuła jego obecność i by ta obecność dodała jej choć trochę sił, tak jak jemu.

Jednocześnie tę samą energię wysyłała z niego myśl o Lakricii. Wciąż nie mógł uwierzyć ten nieszczęsny chichot losu. Albo raczej szyderczy śmiech, a nie chichot, pomyślał ponuro. Westchnął, układając głowę na poduszkach, choć wciąż stykając ją z czołem Arii, a lewą ręką ją do siebie tuląc. Sięgnął jeszcze po swój kieliszek, niezręcznie milcząc, bo i nie wiedząc, o czym powinien mówić. Najlepiej byłoby uniknąć dręczącego ich tematu, ale jaki to miało sens, skoro ta sprawa dotyczyła ich obojga? Poza tym pojawienie się jego byłej, i to tuż przed ich ślubem, brzmiało jak początek wybitnie słabej komedii romantycznej. Athan szybko wyobraził sobie jej przebieg: zwykle była partnerka mieszała między główną parą, aby odbić faceta. Przez to między bohaterami działo się źle, ślub był niby zagrożony, ale na końcu jak zwykle następował happy end. Athan miał nadzieję graniczącą z pewnością, że i w ich przypadku tak będzie, lecz niespodziewanie zaczęło go zastanawiać, czy Aria myślała tak samo.

— Sądzisz, że to, co się wydarzyło, jakoś na nas wpłynie? — spytał cicho i na pozór spokojnie. Wtem jednak przypomniał sobie o swoich niedawnych obawach i aż się podniósł, spoglądając na Arię z niepokojem. — Wiem, że pewnie nie chcesz o tym rozmawiać, to zrozumiałe, ale chyba im prędzej to zrobimy, tym lepiej. Zawsze tak było — tłumaczył stanowczo, choć łagodnie — że gdy dochodziło do takich ważnych wydarzeń, nie umieliśmy ze sobą rozmawiać, a nawet jak rozmawialiśmy, nie mówiliśmy sobie wszystkiego. Chcę to teraz przełamać i powiedzieć ci wszystko, co o tym myślę i czego się obawiam, oczekując od ciebie tego samego.

Pochylił na moment głowę, zbierając myśli, by następnie upić łyk wina i ponownie ułożyć się tuż obok Arii, znowu delikatnie ją do siebie przyciskając. Lecz tym razem nie wpatrywała się w sufit, a prosto w jej oczy.

— Kocham cię najmocniej na świecie — wyznał cicho i spokojnie — i nic nigdy tego nie zmieni. Wiem, że to wiesz — dodał z lekkim uśmiechem — i mam nadzieję, że już zawsze będziesz wiedziała. Mam nadzieję — kontynuował, nadając swojemu głosowi lekko rozmarzony ton — że niedługo zostaniesz moją żoną, spełniając nasze wspólne marzenie. Ale... — Athan zawahał się na moment, odrobinę bojąc się tego, co za chwilę miał powiedzieć, choć wiedział, że musiał to zrobić. — Powiedz mi, że ty też nadal tego wszystkiego chcesz. Powiedz, że nic się nie zmieniło.

Wtem Athan poczuł, że nie mógł spokojnie leżeć i znowu miał ochotę się podnieść, by popatrzeć na Arię z całą, pełną uwagą. To była tak ważna kwestia, że Athan czuł, iż leżenie nie było odpowiednio... godne. Z trudem to powstrzymał, choć się domyślał, że prędzej czy później znowu zacznie go nosić.

— Wiem, to dziwne, że o to pytam — przyznał — ale nie możemy udawać, że to, co się stało, na nas nie wpłynie. Znasz Lakricię z moich opowieści, wiesz, co jej zrobiłem — szepnął, na moment spuszczając wzrok — i nawet jeśli kiedyś przeszło ci przez myśl, że przesadzałem, to masz teraz pełen obraz katastrofy, do której doprowadziłem. I widzisz, że nawet setki lat nic nie zmieniło, tak głęboko i nieuleczalnie ją złamałem...

Miał wrażenie, że zbyt długo o tym mówił, unikając sedna sprawy. A przecież przed tym sam przestrzegał i Arię, i samego siebie: by unikać takiego krążenia dookoła.

— Boję się, że to może jakoś na ciebie wpłynąć — wyznał wreszcie z mocno bijącym sercem. — Boję się, że jak już zobaczyłaś to na własne oczy, możesz zacząć wątpić. Może nie od razu, może nie teraz, ale za jakiś czas coś zacznie cię męczyć, niepokoić... Chcę, byś mi o tym wtedy powiedziała, ale mam nadzieję, że to nigdy nie nastąpi.

Wiedział, że nie przestanie się tego bać, dopóki do tego nie dojdzie. A więc będzie się bał albo wcale nie tak długo, gdy Aria jednak mu oznajmi, że nie może być z nim dłużej, albo będzie się stresował jeszcze długie lata, nim pojmie, że miłość jego życia cały czas chciała z nim być.

Ale wiedział, że to nie wszystko. Koniecznym było wyjaśnienie Arii jeszcze jednej kwestii. Nie można było bowiem zignorować faktu, że w ich domu przebywały obie jego narzeczone: jedna była, druga obecna. Dla Athana kwestia jego uczuć do obu pań była jasna i może kilka lat temu nie widziałby z tym żadnego problemu, ale w czasie tego roku „prawdziwego związku” z Arią, zdołał się wiele nauczyć. Poza tym pamiętał, jak się czuł, gdy przyjechał do nich Emmet. Pomijając żal ściskający go za gardło na myśl o jego śmierci, tak wyraźnie pamiętał, jak chorobliwe zazdrosny był o tego wesołego szczeniaka. Pamiętał, jak nie znosił patrzeć na to, jak oboje śmiali się i cieszyli swoim towarzystwem. Pamiętał, jaki był wściekły na tę lekkość Arii, której przy nim nie okazywała, a która najwyraźniej była zarezerwowana tylko dla Emmeta. Pamiętał też, jak zazdrościł mu tego optymizmu, wewnętrznej radości pogody ducha, które tak wyraźnie Arię ujmowały, a których Athan nigdy nie miał szansy zdobyć. Pamiętał, jak nie umiał wyrzucić z głowy tej dręczącej myśli, że to właśnie Emmet był jej pierwszym. To zawsze powinien być Athan, lecz on w tamtym czasie był zajęty wmawianiem sobie, że Arii było lepiej bez niego. Nie było, teraz to wiedział, ale zebranie tej wiedzy zajęło mu zdecydowanie zbyt wiele lat.

Pamiętał, jak się czuł, gdy w domu przebywał były partner kobiety, którą tak mocno kochał. I dlatego miał obawy, że i Aria mogła się czuć podobnie, choć sytuacja była zupełnie inna. Na logikę Aria powinna wiedzieć, że to, co Athan czuł do Lakricii, to wyłącznie wyrzuty sumienia. Ale idąc tą samą logiką, Athan też powinien wtedy wiedzieć, że Aria już nic do Emmeta nie czuła. A i tak się bał. I miał obawy, że i Aria mogła się bać. Dlatego musiał jej to jakoś wytłumaczyć, choć nie bardzo wiedział jak.

— I jeszcze jedno... — wydusił w końcu, rad z tego, że wreszcie zdołał się odezwać, dzięki czemu machina opowieści mogła śmiało ruszyć. — Ja... Ja nie jestem w stanie nie przejmować się jej losem — wydusił. — Wiem, że najlepiej dla niej – i dla nas – by było, żebym po prostu o niej zapomniał i by ona mogła zapomnieć o mnie, ale oboje wiemy, że to niemożliwe. I ja nie jestem w stanie jej teraz tak po prostu porzucić. Jeśli będę mógł jej jakoś pomóc... chociaż z daleka... to będę próbował. Chciałbym tego. Chciałbym móc zrobić cokolwiek dla niej, ale nie po to, by zrekompensować jej całą krzywdę, bo to zwyczajnie niemożliwe. Chcę jej pomóc, bo wiem, że potrzebuje pomocy.

Zamilkł na moment, zastanawiając się, czy nie powiedział za dużo o samej Lakricii i czy to czasem nie zburzyło całego efektu, który chciał osiągnąć, a do którego był to dopiero wstęp.

— Mówię ci to wszystko — kontynuował, wzdychając cicho i upijając mały łyk wina — byś nigdy nie pomyślała, że robię to, bo cokolwiek jeszcze do niej czuję. Lakricia zawsze była między nami kością niezgody. Dosłownie zawsze — podkreślił — bo to ze strachu przed tym, że podzielisz jej los, unikałem naszego związku... Zresztą dobrze już o tym wiesz. Potem dziwiłaś się, że mam jej pomnik w ogrodzie i że nie jestem w stanie o niej zapomnieć. Nigdy nie będę — przyznał z trwogą — ale nie że względu na to, co do niej czuję! Nie kocham jej od wielu lat, nie kochałem jeszcze za czasów, gdy byliśmy razem. Ale trudno zapomnieć o tym, co jej zrobiłem, zwłaszcza teraz — dodał markotnie. — Lakricia zawsze będzie dla mnie symbolem... tamtego mnie. Aż do momentu, w którym od niej odszedłem, było... najgorzej, a to, co jej robiłem, było szczytem moich możliwości, tak jakbym nie mógł już zrobić nic gorszego. I faktycznie, dalej było tak jakby... coraz lepiej. Wiadomo, nie od razu, ale jednak. Odejście od Lakricii było dla mnie granicą, za którą miałem zacząć coś nowego. Z dużym opóźnieniem, ale chyba się udało. Więc sama widzisz, ona daje wiele powodów, by o niej nie zapomnieć. Ale nie chciałbym, byś kiedykolwiek pomyślała, że ona jest dla mnie ważniejsza niż ty. Nie chcę, byś myślała, że coś jeszcze do niej czuję, że choć trochę ją kocham, podczas gdy kocham wyłącznie ciebie, a moje serce od prawie dwustu lat należy tylko do ciebie. To długo — zauważył z odrobinę rozbawionym tonem. — To znacznie dłużej niż szesnaście lat. A uczucie, które przetrwało tyle lat, tak ogromną rozłąkę i tyle złych słów i wydarzeń... Coś takiego nie może zgasnąć. I nie zgaśnie — szepnął, delikatnie przejeżdżając wierzchem swojej dłoni po jej policzku — to jedno mogę ci przysiąc.

Niemal na ślepo okładając kieliszek na stolik, ujął twarz Arii w dłonie, czule, gorąco ją całując. Chciał, by w tym pocałunku wyczuła, jak bardzo za nią tęsknił i że wszystko, co właśnie powiedział, było prawdą. Kochał ten moment, w którym jego najdroższa odwzajemniała pocałunek, udowadniając mu, że czuła to samo. Uwielbiał, jak ich ciała rozpalały się z tego samego powodu, w tym samym rytmie i z tą samą intensywnością.

— Chciałbym też, byś szczerze mi opowiedziała o tym, co ty czujesz — poprosił łagodnie po dłuższej chwili, kontynuując delikatnie głaskanie jej po twarzy. — Razem jakoś dojdziemy do właściwych wniosków, a potem wspólnie pomyślimy, co robić dalej. Bylebyśmy nie działali osobno, bez pojęcia o tym, o czym myśli ta druga strona. To już nieraz między nami mocno psuło — zauważył z ponurą miną — i chyba żadne z nas nie chce powtórki z historii, prawda?

Zwłaszcza teraz, w środku takiego kryzysu, pomyślał niespokojnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^