NERGUI
Sama nie umiała tego zrozumieć, ale poczuła dość nagłe i niespodziewane zaufanie do ciemnoskórego mężczyzny, który wypytywał Gudrun o szczegóły dotyczące jej kontraktu. Biło od niego ciepło, którego Nergui bardzo potrzebowała, za którym tęskniła, którego zazdrościła i którego od bardzo dawna nie zaznała — i być może dlatego czuła się tak dobrze w towarzystwie Goro, kimkolwiek on był. Jednak Nergui z jakiegoś powodu nie wątpiła, że naprawdę chciał jej pomóc. Z jakiego? Może go jego aura lub po prostu jej naiwność, którą charakteryzowała się zawsze. To właśnie ta naiwność ją gubiła, to ona nie pozwalała rozwinąć skrzydeł. I to ona wielokrotnie omal jej nie zabiła. Kiedyś poprzez wmawianie sobie, że on się zmieni. Dziś przez karmienie się pustymi nadziejami o przemianie. W obu przypadkach Nergui była zbyt słaba i zbyt zapatrzona w swoje naiwne mrzonki, by jakikolwiek zareagować, więc płynęła z prądem niczym zdechłe ryby i biernie czekała na to, co wydarzy się dalej.
Tak jak teraz, gdy drzwi nagle się zamknęły, a w pomieszczeniu zostały tylko ona i Aria. Choćby pozory bezpieczeństwa, jakie roztaczał tamten mężczyzna, zniknęły wraz z odejściem, a wróciły niepewność i strach, które z nieznośną miarowością wwiercały się w jej brzuch. Jeszcze całkiem niedawno patrząc na twarz Arii, Nergui czuła radość, spokój — i tę przeklętą nadzieję, która już niejednokrotnie zaprowadziła ją na manowce. Teraz zaś odczuwała cały ogrom obaw i wątpliwości. Kim ona naprawdę była? Czego od niej chciała? Czy rzeczywiście chciała jej pomóc? Przecież żyła z tym potworem, więc nie mogła być dobra. Jak mogłaby, skoro go znosiła? Nergui, pod wpływem tych myśli, rzuciła szybkie spojrzenie na odsłonięte fragmenty ciała Arii, chcąc doszukać się jakichkolwiek siniaków czy zadrapań. Nie znalazła żadnych, ale to jej nie uspokoiło, kiedy zdała sobie sprawę, że przecież była wampirzycą, a więc jej rany natychmiastowo się goiły.
Jej rany, już dawno pozornie zaleczone i zabliźnione, nagle zaczęły ją swędzić i piec. Nagle Nergui poczuła się jak tamten zsiniały, wycieńczony cień samej siebie. I wiedziała, że jeśli tu zostanie, historia się powtórzy.
A przecież Nergui tego nie chciała.
Nergui nie. Chyba.
Ale Lakricia? Czy ona tego chciała?
Nergui znała odpowiedź. Wstydziła się jej i bała.
Pytanie, które zadała jej Aria, tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że ta kobieta była tak samo zła, jak jej obecny partner. A jednak Nergui z jakiegoś powodu nadal nie mogła w to uwierzyć. Kolejne łzy stawały jej w oczach na myśl o tym, jak dobrze czuła się w towarzystwie Arii, jakie nadzieje wiązała z tą znajomością i jak wielką pustkę właśnie czuła na myśl, że i to utraci. Bo nie było innego wyjścia. Nergui wiedziała, że gdy tylko ją stamtąd wypuszczą, zechcą natychmiast zapomnieć, pozostawiając Nergui bez nikogo i bez niczego. Samą, tak jak zawsze. Powinna się do tego przyzwyczaić, ale do samotności nie można było przywyknąć. Nie do takiej.
A więc jednocześnie chciała uciec i zostać. Chciała uciec, by być wolna, przestraszona i samotna. I chciała zostać, aby być zniewolona i w tym mentalnym zniewoleniu uspokojona, nakarmiona swoją umiłowaną, zdradliwą nadzieją.
— Skrzywdzić? — powtórzyła szeptem, niezdolna do podniesienia tonu, o krzyku nie wspominając. — Dlaczego ja... Jakbym mogła... Przecież ja... W życiu bym się nie zbliżyła do tego miejsca, gdybym wiedziała, że... Nie miałam pojęcia — dukała, dławiąc w sobie płacz.
Nagle poczuła się winna tego, że Aria potraktowała ją jak zagrożenie i zrozumiała, że trzymała ją tu tylko dlatego, że wypadało. Była dla niej niewygodnym ciężarem, którego należało się pozbyć jak najszybciej. I nawet mimo tego, że Nergui chciała, tak po prostu nie była w stanie przestać płakać. Więc płakała. Nad tym, że nigdy nic się jej nie udało i nic nigdy nie uda. Nad tym, że wszystko, w co pokładała nadzieję, sypało się jak domek z kart. Nad tym, że każdy, komu zaufała i komu powierzała swój los, prędzej czy później ją krzywdził i opuszczał. Płakała nad tym, że zawsze była sama i już zawsze tak będzie.
— Nie zrobiłam tego specjalnie — wyjęczała niczym małe, spanikowane dziecko, nerwowo ocierając wciąż i bez przerwy wypływające łzy. — Proszę, wypuść mnie stąd — jęknęła błagalnie. — Nie chcesz mnie tu, jestem tylko niepotrzebnym kłopotem! A ja się boję tu zostać — wyszeptała drżącym głosem. — Boję się, że pomożesz mu mnie znowu skrzywdzić...
Wiedziała, że nie powinna mówić tego na głos, aby przypadkiem niczego Arii nie zasugerować i nie zdradzać się ze swoimi obawami, ale zaczynało jej być wszystko jedno. I tak zginę, myślała z paniką i spokojem jednocześnie. Miałam umrzeć wtedy, ale nie umarłam, to umrę teraz. Dokończy, co zaczął. Po to tu jestem.
Między innymi dlatego Nergui nie zależało aż tak bardzo na usilnym przekonywaniu Arii. Wiedziała, że i tak jej nie wypuszczą, że i tak pozostanie ich więzieniem. Lecz z drugiej strony, czy śmierć była taka zła? Przecież od lat żyła na siłę i tylko dlatego, że musiała. Od lat szukała sposobu na to, by móc umrzeć naturalnie, ze starości, lecz po tym wszystkim, co ją spotkało, każda śmierć była dobra.
Byle już nie musiała się męczyć.
Kolejne słowa Arii odbijały się od Nergui jak od ściany. Gdyby nie to, że była śmiertelnie przerażona i wycieńczona drżeniem i płakaniem, zaśmiałaby się kpiąco na deklaracje, że jej kat żałował tego, co zrobił. Nie żałował przez trzynaście lat, więc dlaczego nagle miałby zacząć — zwłaszcza sądząc, że ostatecznie dobił swoją marną zabawkę? Dlaczego Aria jej o tym opowiadała? Aby uśpić jej czujność? Aby pozornie uspokoić, zaczarować pięknymi słówkami, a potem wpuścić tutaj tego, którego miała nadzieję już nigdy nie ujrzeć, aby bez wahania dokończył dzieła? Zapewne. Ale na to Nergui nic już nie mogła poradzić, nie miała już na nic wpływu.
A czy kiedykolwiek na cokolwiek miała? Chociażby w swoim życiu?
— Odtrącał w obawie, że zrobi ci to samo? — powtórzyła ledwie słyszalnie, wpatrzona pustym spojrzeniem gdzieś w bok. — Na pewno zrobi. Dlaczego jesteś tak głupia jak ja? Dlaczego nie odejdziesz?
Ona to wiedziała, ale Aria sprawiała wrażenie tak wojowniczej, pewnej siebie i dumnej. Ty też kiedyś taka byłaś, podszepnęła jej Lakricia, lecz Nergui starała się ją zignorować.
— Nie wierzę ci.
Sama była zaskoczona, że to powiedziała, zwłaszcza że nie do końca tak myślała. A jednocześnie myślała. Wszystko więc sprowadzało się do strachu — strachu przed tym, że Aria kłamała i ten potwór wcale się nie zmienił, wcale nie przeniósł się do innej części domu i wcale nie chciał jej skrzywdzić. Tymczasem Nergui nie potrafiła wyzbyć się nawyku nerwowego spoglądania na drzwi; jej serce szalało ze strachu i rozpaczy, gdy do jej uszu docierał choćby pisk czy szelest, który mógłby zwiastować czyjeś nadejście. Jego nadejście. Nergui wiedziała, że on prędzej czy później tu przyjdzie.
Lakricia masochistycznie nie mogła się tego doczekać.
Nergui się bała. Więc czy tego nie chciała? Sama nie była pewna.
Ale nawet w takich chwilach nie potrafiła być twarda, jakkolwiek można było to określić. Nie potrafiła się zbuntować, trzymać uparcie swoich racji. Więc na ten przedziwny gest Arii powinna odskoczyć, dając jej do zrozumienia, że nie ufała ani jej, ani jej fałszywym przejawom troski.
Ale nie odskoczyła. Nie odskoczyła, bo choć nie chciała, Nergui bardzo chciała Arii uwierzyć i jej zaufać. Dlatego gdy poczuła, jak Vasco ją do siebie przytuliła, wampirzyca natychmiast do niej przyległa, bardzo silnie drżąc pod wpływem targających nią emocji. Czuła, że zupełnie pęka, zwłaszcza gdy z jej gardła zaczęły się wydobywać chrapliwe, agresywne spazmy płaczu. Niemal się nim dławiąc, wciskała mokrą od łez twarz w sweter Arii, czując się jak zagubione dziecko obejmowane przez ukochaną matkę. W matczynych ramionach zawsze było ciepło i bezpieczne, one zawsze były wspierające i wyrozumiałe. W nich zawsze można było się ukryć, tak jak to czyniła właśnie Nergui.
— Masz tu przyjaciół, którzy troszczą się o ciebie i ci pomogą.
Te słowa bardzo Nergui poruszyły, lecz jednocześnie mocno zasmuciły.
— Nie jestem waszą przyjaciółką — wychlipała łamiącym się głosem, czując niemal fizyczny ból przez to, co mówiła i co zamierzała powiedzieć. — Jestem tylko przybędą, która przypadkiem sprowadziła na was mnóstwo zagrożenia i zmartwień. Odejdę najszybciej jak będę mogła mając nadzieję, że prędko o mnie zapomnicie.
Wiedziała, że tak będzie. Zawsze tak było, więc dlaczego tym razem coś miałoby się zmienić? Nergui była naiwna, owszem, ale nie aż tak i w taki happy end nie wierzyła.
Któż bowiem chciałby za przyjaciela taki wrak emocjonalny? Któż chciałaby przy sobie kogoś, nad kim można było się jedynie litować i z tej litości oferować pomoc, wiedząc, że sama Nergui sobie z niczym nie poradzi? Nikt nie chciał mieć kogoś takiego u swojego boku, Nergui z trudem zdołała to pojąć i nie chciała burzyć tej gorzkiej, choć bezpiecznej strefy komfortu zbyt nachalnymi i kolorowymi nadziejami.
Jednak nagle coś wgrywało ją z pesymistycznych rozmyślań, a konkretnie jedno słowo, które padło z ust Arii.
— Ten mężczyzna — Nergui mimowolnie wskazała na drzwi, za którymi niedawno zniknął ciemnoskóry obcy — to... to był... demon?!
Z szeroko otwartymi oczami i wypiekami na twarzy — nie tylko od łez — czekała na odpowiedź. W życiu by nie powiedziała, że ktoś tak miły i opiekuńczy był stworzeniem, któremu przypisywało się całe zło na świecie.
— Ta dziewczyna... Ta z warkoczykami, nie pamiętam imienia, mówiła coś o demonach, ale... Jak to możliwe, że istnieją? — spytała, choć na moment tym zadziwieniem zasłaniając strach. — Jak ich poznałaś? Kim właściwie był ten człowiek, z którym rozmawiałam?
Nergui zalewała Arię pytaniami nie tylko z czystej ciekawości. Prawdziwy powód był dużo prostszy: strach przed tym, że gdy Vasco jej już wszystko wyjaśni, po prostu stąd odejdzie, a ona zostanie sama, drżąc przed tym, że on zaraz przyjdzie. Więc Nergui ją zagadywała, aby jak najdłuższej trzymać się tej swoistej ochrony.
— I kąpiel chyba nie będzie taka zła... — wybąkała cicho. Bałaby się wychodzić poza pokój, ale widziała że w środku były trzy drzwi: jedne były wyjściowe, drugie prowadziły na wspomniany już taras, a trzecie zapewne wiodły do łazienki. — I w porządku — rzekła cichutko, kiwając głową — ale czy Gudrun nie będzie miała nic przeciwko? — spytała nagle, silnie zaniepokojona tą myślą. — Jestem obca... Ja naprawdę nie chcę nikomu przeszkadzać...
Ale przeszkadzała i doskonale to wiedziała. Jednak, z drugiej strony, jej bezradność pożerała ją od środka, niemal nakazując podporządkować się obcym. Bo tym właśnie byli, nawet jeśli czysto teoretycznie Nergui znała gospodarzy. Dreszcze silnie nią wstrząsały na samą myśl i trudno było wtedy skupić się na czymkolwiek innym, choć się starała.
I choć się bała, choć czuła, że nie powinna w ogóle poruszać tego tematu, nie mogła zignorować nagłego uderzenia gorąca i dosłownie bolesnego poczucia, że naprawdę była zupełnym nikim jeśli nie nad nią się litowano, a nad jej katem.
— „Które jego zniszczyło”? — powtórzyła, spoglądając na Arię z nieśmiałym niedowierzaniem. To do niej nie pasowało; ta bezczelność i lekko podniesiony głos zdawały się nawet jej samej dziwne, ale jednocześnie wiedziała, że nie miała już niczego do stracenia, więc co jej szkodziło spróbować? — Jego?! — wrzasnęła rozdzierająco. — Powiedziałaś, że wiesz, co on mi zrobił! Na pewno?! Gdybyś wiedziała, nie mówiłabyś, że to on cierpi! A ja?! — jęknęła rozpaczliwie, czując, jak momentalnie opada z sił. — A ja się nie liczę? — pisnęła cichutko, choć przecież doskonale znała odpowiedź.
Nagle zalała ją fala kolejnych pytań, ale nie była pewna, czy powinna je zadać. Nie tylko przez nieśmiałość, ale też przez myśl, że to może nie miało sensu. Aria nie widziała winy tego drania, stała z nim ramię w ramię, jednocześnie uznając się za jej przyjaciółkę. Więc o co tu chodziło, kim tak naprawdę była? Które z nich udawało: on tego, który się zmienił, czy ona tą, która dzielnie to znosiła? Nergui nie wiedziała, które z nich, ale któreś na pewno kłamało.
— Jak on cię traktuje? — wybąkała cicho, ostatecznie podejmując tę małą walkę. — I tę dziewczynę, Gudrun? Mówiłaś, że to jego przysposobiona córka. Ktoś taki jak on może czuć ojcowską miłość? — spytała, mając nadzieję, że w jej głosie wybrzmi kpina, ale nic z tego. — Nie boisz się go? Skoro co o wszystkim powiedział? Aż tak bardzo nic dla ciebie nie znaczę?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz