ATHANASIUS
Ta rozmowa szła jak po grudzie. Z jednej strony Athan się temu nie dziwił, biorąc pod uwagę obecną sytuację i fakt, że dosłownie każdy obecny w domu był w szoku – Athan spotkaniem z Lakricią, Lakricia spotkaniem z Athanem, Aria odkryciem, że Nergui to Lakricia, a Gudrun tym, że aż tyle przed nią ukrywano. Ale z drugiej strony, Tismaneanu miał wrażenie, że oboje narzeczeni byli myślami w swoim świecie i oboje mówili tylko to, co sami chcieli usłyszeć, nie biorąc pod uwagę tej drugiej osoby. I choć z tyłu głowy wiedział, że to bezczelne i przesadzone, ale czuł mały żal do Arii, bo miał wrażenie, że nie do końca go rozumiała.
Ale musiało mu się wydawać. A przynajmniej taką miał nadzieję.
— Już ci mówiłem, to nie w jej stylu — wymamrotał ze zmęczeniem. — Nie wiem, dlaczego cię okłamała. Nie wiem, co tu robi po tylu latach i czemu, skoro miała prawie pięćset lat na znalezienie sposobu na odmianę, nadal go nie znalazła. Ja sam wiem, że to możliwe, chociaż trzeba się trochę postarać i głębiej poszukać. Ale w tym czasie by już na to wpadła. Więc nie wiem, czemu cię okłamała, ale nie dlatego — powtórzył zniecierpliwionym tonem — że chciała cię wykorzystać i się zemścić. Ostatni raz ci tłumaczę, że to nie w jej stylu.
Wiedział, że brzmiał szorstko, ale uważał, że w jego stanie powinno być mu to wybaczone. Nie myślał jasno, był rozdrażniony paniką, która szalała w jego głowie. A powtarzanie w kółko tej samej, dość bzdurnej obawy w niczym nie pomagało.
Lecz dalej wcale nie było lepiej.
— Aria — zawołał wzburzony — ty naprawdę sądzisz, że ja się teraz będę przejmować tym, czy byłem miły dla jakiegoś bydlaka?! Ten demon ma po prostu zrobić to, co do niego należy, skoro już się siłą wpieprzył na ten baltimore’owy stołek! Ma robić to, co sam sobie wymyślił, więc ja NIE BĘDĘ się przed nim korzyć i mu jeszcze laurki słowne słać!
Aria zaskakująco mocno zdenerwowała go tą uwagą o Goro, co było dla Athana kolejnym dowodem na to, że jego narzeczona nie brała dostatecznie poważnie sytuacji, w której się znaleźli. A raczej w której on się znalazł. Arii to w zasadzie prawie nie dotyczyło, a przynajmniej już nie — jej rola w tym kuriozum skończyła się w momencie, w którym zniknęła Nergui, a pojawiła się Lakricia. Pierwszą znała Aria, ale drugą znał tylko Athan i musiał się z tym jakoś uporać — a skoro demony miały dbać o ich bezpieczeństwo, bawiąc się w jakąś nadnaturalną straż, Athan postanowił ich wezwać. I nie widział żadnego powodu, dla którego miałby zmienić swojego podejście do tej przeklętej rasy.
Dalej naprawdę było już tylko gorzej. Gdy Aria zarzuciła mu, że źle zwracał się do Gudrun — do jego Gudrun, jego córeczki, którą znał najlepiej — był wściekły i zamierzał wytknąć narzeczonej, że w kwestii wychowywania własnego dziecka miał jednak dużo większe doświadczenie od niej. Niemiłosiernie go drażniło, że cokolwiek Athan by nie zrobił, Aria zamiast go wspierać w tej trudnej sytuacji, po prostu go karciła — i to za takie małe, kompletnie nieistotne rzeczy! Był gotów na nią nawrzeszczeć, ale wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi, a do domu wszedł jakiś wysoki mężczyzna o lśniącej skórze koloru gorzkiej czekolady, ciasno zbitych, krótkich, czarnych lokach, ogromnych, ciemnych oczach i iście atletycznej posturze. Obrzuciwszy ich wszystkich czujnym spojrzeniem, nieznajomy przywitał się i przedstawił, a wtedy Athan zdębiał. I momentalnie zalała go krew. Przez to niemal nie słyszał wesołej, przyjacielskiej pogawędki Arii i tego drania. Zamiast bowiem zająć się poważnymi sprawami, oni gadali o jakichś amuletach, a gdy już przeszli do rzeczy, Athan musiał słuchać, jak Aria o tych sprawach opowiadała komuś, kogo traktował w najlepszym razie jako obcego. Dlaczego musiała o tym mówić w jego obecności? Dlaczego nie później, gdy już pójdą na górę? Robiła to specjalnie? Umyślnie starała się go upokorzyć? Mściła się za to, jak przez telefon potraktował Goro? Athan był skłonny uwierzyć, że tak. Momentalnie też pożałował, że Aria w ogóle była w to zamieszana. Teraz będzie robić za wielką zbawicielkę; kogoś, kto jako jedyny będzie mógł sobie poradzić z kłopotem, a tym samym zamiast Athana wspierać w tych niełatwych chwilach, zacznie czynić mu rady i wyrzuty, czego by nie zniósł.
Przez moment pomyślał, że jej nienawidzi. I wcale nie czuł się z tą myślą nieswojo.
— Znowu kogoś opętaliście? — warknął podniesionym tonem, gdy oboje zaczęli się kierować ku schodom. — Czy ten facet w ogóle żyje?! — krzyknął, celując w niego palcem.
Goro, jak to Goro, ze spokojem wysłuchał zarzutu, nie zdradziwszy na swojej zmienionej twarzy ani jednej emocji. Inaczej sprawa się miała z Arią, która właśnie mordowała go wzrokiem. A im dłużej Athan to czuł, tym większą ochotę miał nawrzeszczeć także na nią. Nawrzeszczeć, przegnać ich oboje z tego domu i wywarczeć, że oboje sprawiają więcej kłopotu niż to potrzebne, więc ze wszystkim poradzi sobie sam. Nie miał pojęcia, co sprawiło, że się powstrzymał, ale wiedział, że to bomba z opóźnionym zapłonem, która prędzej czy później wybuchnie.
— Tak, to ciało jest żywe — wyjaśnił ze spokojem Goro — lecz nie zostało… skradzione. Właściciel ciała jest w pełni świadomy i pogodzony ze swoim losem. Znamy się dobrze, a że znajdował się najbliżej miejsca państwa zamieszkania, poprosiłem go o pomoc.
Athana nie obchodziły żadne powody i ani przez moment nie dawał wiary, że to ciało rzeczywiście było świadome. Dałby sobie rękę uciąć, że Goro opętał tego mężczyznę tak samo, jak niegdyś Belial opętał jego — nagle, bez żadnej zgody i wyjaśnień. I właśnie dlatego Athan nie mógł tego przeboleć.
— Ja pierdole — wysyczał przez zaciśnięte zęby — niczego się nie uczycie! Jak tak ta wasza ochrona ma wyglądać, to wiecie co? Chyba jednak wolę Baltimore’ów! Byli draniami, ale chociaż nie można było im zarzucić aż takiej hipokryzji!
Miał dość. Miał dość tego, że ciągle musiał użerać się z demonami. Miał dość Arii, której widocznie bardziej zależało na demonach i Lakricii niż na nim. Miał dość tych ścian, miał dość tego miejsca. Musiał wyjść, inaczej się udusi i gdy już miał rzucić ostatnie, rozwścieczone spojrzenie, poczuł, jak Goro łapie go za rękaw marynarki, z nadzwyczajną lekkością przysuwa do siebie, po czym układa dłoń na jego czole.
Ta dłoń była… zimna. Przerażająco zimna, jak wykonana z bryły lodu: twarda i gładka, choć o ostrych końcach. Athan, zupełnie zaskoczony i niespodziewanie sparaliżowany, wyraźnie czuł, jak ten przeszywający chłód rozlewał się grubą warstwą po jego ciele i o ile w tym nie było nic dziwnego, tak zaskakiwał fakt, iż wampiryzm sobie z tym zimnem nie radził. Ono wciąż trwało i nie tylko nie znikało, ale zaczynało się nasilać. Mocno zaniepokojony, pozwalał swojemu ciału marznąć, po raz pierwszy od ponad pięciuset lat, bo i nie miał żadnego innego wyjścia — cokolwiek Goro mu robił, miał nad nim pełną kontrolę.
Chłód najpierw sparaliżował ciało. Spływał od szyi w dół, wnikając w każdą komórkę ciała. Aż w pewnym momencie zaczął piąć się w górę, by ostudzić gorącą głowę i zaognione myśli. Gniew był pożarem, ale zimno było kojącym, łagodnym spokojem, które nie tylko oczyszczało jego umysł, ale wręcz wyczyściło go do cna. Był otępiały, zagubiony, ale przede wszystkim zaniepokojony — bo po chwilowej ciszy Athan wiedział, że cokolwiek go niedawno tak drażniło i martwiło, a czego już nie pamiętał, prędzej czy później do niego wróci. Ale nawet jeśli, to miało się zdarzyć za milion lat — bo tyle, jak mu się zdawało, miało zająć przedarcie się przez bardzo grubą, ciężką zasłonę, którą postawił na jego drodze Goro. Za tą kurtyną było coś, co Athan bardzo dobrze znał. Za tą stał ktoś, kogo bardzo dobrze znał.
Za tą kurtyną stoję ja. I wiem, że nie chcę tej zasłony odsuwać. Ale kiedyś tego zapragnę. I wtedy to zrobię.
— Przyszedłem tutaj, aby wam pomóc.
Ten głos, dziwnie znajomy i obcy zarazem, brzmiał na odrobinę stłumiony, choć jednocześnie ostry. Był cichy, ale wyraźny, łagodny, ale stanowczy. Przedzierał się przez zasłonę, jakby dochodził z tej drugiej strony — strony, którą Athan znał, ale której nie pamiętał.
— Przyszedłem tutaj, aby wam pomóc — powtórzył głos, a Athan z niemałym trudem zdał sobie sprawę, że to przecież Goro przemawiał.
Goro tu jest, pomyślał Athan, czując odrobinę ulgi. Jeśli Goro już tu jest, to zaraz zaczną działać. Znajdą tych drani i ich zabiją. To dobrze, że zgodził się nam pomóc, nawet jeśli to ten cholerny demon.
— Porozmawiam z tą kobietą, aby poznać jak najwięcej szczegółów — kontynuował demon, a Athan czuł, że chciał go słuchać i zgodzić się na wszystko, co zaproponował. — Jeśli zechcecie, zabiorę ją stąd, a jeśli uznacie, że powinna tu zostać, za pana pozwoleniem poproszę moich demonich przyjaciół, aby pilnowały posiadłości. W tym czasie ja będę mógł odszukać osoby odpowiedzialne za jej niedoszłą krzywdę i je odpowiednio ukarać. Jestem tu tylko po to, aby wam pomóc — powtórzył kojącym tonem — a pan potrzebuje świeżego powietrza. Może powinien pan wyjść na krótki spacer?
— Naprawdę dziękujemy za pomoc — wymamrotał Athan, wciąż dziwnie zdezorientowany i ospały. — Wiem, że to nasze prywatne sprawy, ale… te gnoje mogą skrzywdzić dużo więcej wampirzyc. Trzeba coś z tym zrobić. A ta kobieta… — Athan zawahał się na moment, momentalnie czując, jak robi mu się gorąco — to… hm…
— Aria już mi wszystko opowiedziała — odparł Goro z pokrzepiającym uśmiechem.
Athan popatrzył na swoją ukochaną zaskoczony, próbując przypomnieć sobie moment, w którym Aria w ogóle się odzywała. Jak dotąd mówili tylko on i Goro, ale Athan dopuszczał możliwość, że przez swoje dziwne ospanie coś pominął.
— Kiedy? — spytał, marszcząc brwi. — Kiedy ty zdążyłaś to zrobić? — dopytywał, tym razem z odrobiną rozbawienia w głosie. — Ale to dobrze. Powinieneś wiedzieć, skoro masz nam pomóc. To logiczne, więc wszystko jest w porządku.
— Cieszę się — odparł Goro z lekkim uśmiechem. — A to ciało, panie Tismaneanu — dodał, spoglądając na niego z nagłą czujnością — jest żywe. Nie zostało opętane wbrew woli właściciela, którego zresztą dobrze zrobił i zgodził się mi pomóc, abym mógł tu do państwa jak najszybciej dotrzeć.
Athan obrzucił Goro spojrzeniem, jakby dopiero teraz rejestrując, że znajdował się w innym ciele. Sam nie rozumiał, jak mógł tego wcześniej nie zauważyć, zwłaszcza że zmiana była znaczna. Jednak także i to zwalił na swój kiepski stan psychiczny i poczucie, że nad niczym już nie panował, nawet nad swoimi zmysłami.
— Rozumiem. Nie przepadam za terminem opętania — rzucił z krzywym uśmiechem — ale jeśli tak, to… w porządku. To ja faktycznie może się przejdę… strasznie szumi mi w głowie. Poza tym, ta cała sprawa — mruknął ponuro, czując nagłe ukłucie strachu i wstydu na samą myśl, kto znajdował się w sypialni na piętrze. — Chyba faktycznie świeże powietrze dobrze mi zrobi. A ty, kochanie…
Athan podszedł do Arii, przytulił ją do siebie mocno i ucałował w głowę, z przyjemnością wdychając zapach jej szamponu. Już dawno zauważył, że nawet takie drobnostki związane z jego ukochaną działały na nią kojąco. Ale to właśnie dlatego, że były związane z nią.
— Nie chcę, żebyś zbyt mocno się w to angażowała — szepnął, spoglądając na nią z troską. Aria, zdawało mu się, miała jakiś dziwny wyraz twarzy, ale Athan wciąż czuł się tak, jakby ktoś niedawno dał mu po głowie, dlatego nie do końca potrafił te emocje rozszyfrować. — To tak samo trudne dla ciebie, jak i dla mnie. Dość się o niej okropieństw nasłuchałaś, nie wspominając już o tym, że to przecież moja była narzeczona. I wiem, co sobie pomyślisz — dodał z lekkim uśmiechem — ale pamiętaj o tym przedrostku „była”, dobrze? Tylko ty — szeptał, opierając swoje czoło o jej — jesteś moją teraźniejszością i całą przyszłością, jaką dane nam będzie przeżyć. Tylko ty, Aria; proszę, nigdy o tym nie zapominaj.
Po tych słowach pocałował ją czule, na moment przymykając powieki. Walczył ze sobą, by jej tak po prostu ze sobą nie zabrać, zwłaszcza że nie powinien jej obarczać problemem z Lakricią. Sam nie wiedział, dlaczego ostatecznie tego nie zrobił — może dlatego, że on by sobie z tym nie poradził i tylko Aria miała w sobie siły za nich oboje. Ale czy w takim razie Athan powinien ją w taki sposób wykorzystywać? Nie powinien. I już miał się odezwać, kiedy niespodziewanie przerwał mu Goro.
— Niedługo znowu zacznie się pan bać.
Athan zmarszczył brwi, nie bardzo wiedząc, co Goro miał na myśli. A jednak z jakiegoś powodu poczuł nieprzyjemne dreszcze, jakby to zdanie, choć przez niego niezrozumiane, zwiastowało coś bardzo złego.
— Słucham?
— Strach jest pana dominującym uczuciem. Nie gniew, wbrew temu, co pan o sobie nieraz myślał. To strach. To zawsze był strach.
Athan odsunął się od Arii, spuściwszy głowę. Po chwili uśmiechnął się pod nosem i prychnął cicho, choć nie było w tym dźwięku ani krzty wesołości. Ciekawił go bowiem ten wniosek demona, zwłaszcza że według niego był chybiony. Niestety.
— Cokolwiek mi zrobiłeś — rzekł powoli, lustrując Goro czujnym spojrzeniem — widocznie nie sięgnąłeś we wspomnienia dostatecznie daleko.
Athan ostatni raz uśmiechnął się do Arii, kiwnął głową w stronę Goro, po czym wyszedł z domu, rzeczywiście rad z tego, że wreszcie mógł odetchnąć świeżym powietrzem. Wprawdzie na zewnątrz padał deszcz, ale jemu wcale to nie przeszkadzało, a wprost przeciwnie. Bezlistne, ciemne kikuty drzew straszyły na tle ciemnoszarego nieba, wiatr gnał przegniłe, pobrudzone błotem liście, a trawa i krzewy płakały, uginane pod naporem padającego deszczu. Ale wszystko było lepsze niż to, co działo się w domu. Dlatego śmiało ruszył przed siebie, oczyszczając swoją głowę z tego dziwnego otępienia, którym potraktował go Goro.
Ruszył naprzód, by mógł znów zacząć się bać.
GORO
Aż dotąd nie miał świadomości, że Athanasius Tismaneanu był aż tak złożoną postacią, co Goro uznawał za swoją małą porażkę. Mimo bardzo skąpego kontaktu i jawnej niechęci gospodarza do demonów, Goro sądził, że poznał go całkiem dobrze. A jednak tego, co najważniejsze, dowiedział się właśnie teraz, a spojrzawszy na Arię, która miała przecież niebawem zostać jego żoną, uśmiechnął się pokrzepiająco.
Po czym zachichotał, widząc jej zupełnie otępiałą minę.
— Uważam, że póki jestem na miejscu — zaczął — pani gość jest bezpieczny. Naturalnie, należałoby jak najszybciej się do tej pani udać, ale chciałbym poświęcić chwilę na rozmowę między nami. Możemy?
Gdy Aria kiwnęła głową i wskazała ręką na sofę, Goro spojrzał na swoją dłoń, nagle czując, że była brudna i lepka, a to poczucie przywodziło na myśl chwycenie butelki pobrudzonej lepkim, zaschniętym już prawie syropem. Wraz ze świadomością, to uczucie tak mocno się nasiliło, że demon był pewien, iż tak szybko nie zniknie. Musiał to z siebie zmyć, inaczej nie zdoła się na niczym skupić.
— Przepraszam, gdzie tu jest toaleta?
Tylko dobre wychowanie pozwoliło mu zachowanie swojego rozbawienia głęboko w sobie, bez choćby jednego śladu na twarzy. W innym przypadku roześmiałby się w głos, widząc tak mocno zaskoczoną, a wręcz zdezorientowaną i osłupiałą Arię. Najpierw jej partner, który zachowywał się przedziwnie i skrajnie, a teraz demon, który zadaje pytanie, którego zadawać nie zwykł. Na szczęście Aria wskazała mu odpowiednie pomieszczenie, dzięki czemu Goro mógł dokładnie przemyć dłonie. Fizycznie to nic nie dało, bo i nie było żadnego fizycznego brudu. Ale sama myśl o myciu wraz z faktycznym wykonaniem tej czynności działały zbawiennie na jego psychiczne poczucie nieczystości. I właśnie przemywając dłonie, Goro zaczął się zastanawiać, jak to możliwe, że Belial z taką łatwością — i radością — opętał Tismaneanu, bez żadnego poczucia zniechęcenia. Jednak ledwie to pytanie uformowało się w jego głowie, pojawiła się odpowiedź — Belial był jednostką równie zdegenerowaną, a, jak wiadomo, swój ciągnął do swojego.
— Należą ci się wyjaśnienia — rzekł z łagodnym uśmiechem, gdy już oboje siedli w salonie. — Wyobrażam sobie, że ta scena musiała cię zaskoczyć, a przede wszystkim zachowanie twojego narzeczonego. Najpierw był strasznie zły, a potem bardzo uległy – i chyba sama przyznasz, że żadna z tych opcji nie jest dla niego typowa. Przyznaję, że ta nagła zmiana była mechaniczna, ale nie martw się, nie stała mu się żadna krzywda. Chciałem go tylko trochę uspokoić, a ciebie ostrzec.
Goro mimowolnie spojrzał na swoje dłonie, wciąż czując, że nie były zbyt dokładnie doczyszczone.
— Na postawie tego, co od ciebie usłyszałem i tego, co wyczułem u twojego narzeczonego, gdy próbowałem go uspokoić, łatwo wywnioskować, że cokolwiek się stało, już teraz bardzo się odbiło na jego psychice. Ta skrajność zachowań, jaką widziałaś niedawno, bierze się stąd, że... Hm...
Goro zastanowił się, jak go wyjaśnić, najlepiej dość obrazowo.
— Wyobraź sobie, że wewnątrz każdego człowieka, i zwykłego, i nadnaturalnego, znajduje się duża, przezroczysta kula z grubego szkła. W tej kuli znajdują się umysł i dusza każdego z nas. Każdy zły uczynek i każda negatywna emocja zostawia na tej kuli ślad w postaci rysy, a im silniejsze emocje i gorsze uczynki tym te rysy głębsze. Niektóre z nich mogą spowodować pęknięcia, a takie pęknięcia, jak łatwo się domyślić, mogą doprowadzić do rozsypania się kuli, a więc rozstrojenia psychiki. Nie znam szczegółów — zapewnił — ale...
Westchnął, zaskoczony tym, jak trudno mu się o tym mówiło. Naprawdę bardzo nie chciał urazić Arii; bał się, że nie potraktuje tego jak przyjacielskiej rady i troski, czym w istocie były, tylko jak niepotrzebną nachalność. A im więcej chciał powiedzieć, tym bardziej czuł, że nie powinien.
— Przez to, co wynikło między Belialem a Athanasiusem — wyjaśnił ogólnie — mam tylko małe pojęcie o tym, że twój przyszły mąż miał raczej trudną przeszłość. Nie chcę wiedzieć nic więcej — zapewnił — chodzi tylko o to dokończenie metafory. Athanasius właśnie pod wpływem tamtych wydarzeń tak jakby umyślnie zniszczył tę kulę, która charakteryzowała go w jego młodości. Na postawie kawałków, które zostały, starał się ją odbudować, ale wyobraź sobie kulę poskładaną i posklejaną klejem. Ta kula jest popękana i pełna ostrych odłamków, które nadal go kaleczą, czego dowodem są dzisiejsze wahania nastroju i niedawny atak paniki. Martwię się, że...
Przerwał, wychwyciwszy zaskoczone spojrzenie Arii, która wyraźnie czegoś nie rozumiała. Wahanie nastroju zapewne zauważyła, więc musiało chodzić o coś innego.
— Wyraźnie czułem, że niedawno przeżył coś, co można określić jako stan podpaniczny. Coś jak taki mniejszy, trochę słabszy atak paniki. Niczego nie zauważyłaś? To musiało się stać niedługo przed tym jak przyszedłem. Jeśli zachowywał się inaczej niż zwykle, nieco dziwnie, ale nie aż tak, jak przed chwilą — dodał z szerszym uśmiechem — to zapewne było to. Ale, przechodząc do rzeczy, wygląda na to, że twój narzeczony strach zakrywa gniewem. Tego rodzaju wahania i napady paniki mogą mu się zdarzać coraz częściej i przed tym chcę cię ostrzec. Absolutnie nie zniechęcić — dodał z uśmiechem — ale ostrzec i uspokoić, że to nie wygląda na nic groźnego, tylko... męczącego, dla was obojga. Sugerowałbym spotkanie z jakimś terapeutą — dodał — ale nie sądzę, by istniał taki, który poradziłby sobie z kilkusetletnią traumą. Mówię ci o tym z troski — powtórzył — bo domyślam się, że to cię może martwić. I pewnie często złościć. Ale ma być twoim mężem, a nie wiem, czy on zdaje sobie do końca sprawę, co się z nim dzieje. Niewykluczone, że gdy go spytasz o dzisiejszy napad paniki, będzie tak samo zaskoczony jak ty. I raz jeszcze przepraszam, jeśli uznasz to za mieszanie się w nieswoje — odparł prędko, naprawdę nie chcąc, by Aria się na niego pogniewała. — Wiesz, że masz we mnie przyjaciela, że możesz mi zaufać. Ja też traktuję cię jak swoją przyjaciółkę i właśnie dlatego chciałem ci to wszystko powiedzieć; uspokoić i uczulić. No dobrze — rzekł, wstając — a teraz zajmijmy się naszym głównym kłopotem. Jak rozumiem, to była partnerka Athanasiusa. Więc rozumiem, że to może być dla ciebie nieswoje. Ale jednocześnie to właśnie ty wyciągnęłaś do niej pomocną dłoń, dlatego nie ukrywam, że twoja obecność może być bardzo przydatna. Chodźmy więc.
Już zbliżając się do drzwi słychać było krzyki i płacz. Mieszały się dwa damskie głosy i łatwo było się domyślić, że jeden należał do Lakricii, a drugi do Gudrun. Nie czekając, Goro ostrożnie otworzył drzwi, co spotkało się z natychmiastową reakcją. Młoda Azjatka wrzasnęła przeraźliwie, chwiejnym, plączącym się krokiem uciekając do tyłu, by wreszcie z impetem uderzyć o ścianę – lecz nawet to zdawało się jej nie powstrzymać. Rozglądając się błagalnie, panicznie szukała sposobu na ucieczkę, bojąc się spojrzeć przed siebie – zapewne w obawie, że ujrzy tam tego, którego ujrzeć się tak bała. Dlatego dopiero zamknięcie drzwi odrobinkę ją uspokoiło, gdy jasnym się stało, że do środka wszedł tylko on i Aria. I o ile na demona łypała ze strachem i niepewnością, tak na Arię patrzyła z ogromną nadzieją, by zupełnie nagle rzucić się w jej stronę, chwycić kurczowo ubrań i zbliżyć swoją twarz do jej, spoglądając prosto w oczy. Oczy samej Lakricii były ogromne: mocno rozszerzone, podkrążone i zaczerwienione, a przede wszystkim załzawione.
— Aria — wycharczała z trudem, na moment przełykając łkanie — b-błagam... błagam, z-z-zabierz m-mnie... stąd... Zabierz... On mnie zabije! Z-zabije... Tak jak k-kiedyś prób-ow-wał...
— Co?! — zawołała zszokowana Gudrun, stojąc tuż obok łóżka — kto niby?!
Jej pytanie, co naturalne, pozostało bez odpowiedzi. Zresztą, niedługo potem sama Gudrun skierowała spojrzenie na Arię I Lakricię. Goro wcale się nie dziwił, że Aria nie wiedziała, co powiedzieć i jak zareagować, więc postanowił interweniować. Podobnie jak w przypadku Athanasiusa, przyłożył Lakricii dłoń do czoła, wyciągając z jej głowy tyle paniki, ile zdołał. Wszystkiego i tak nie był w stanie usunąć, ale wystarczyło tyle, by umożliwić względnie spokojną rozmowę. Po wszystkim Lakricia, nieco otępiała i zagubiona, popatrzyła na nich wszystkich ze zdziwieniem, powoli rozglądając się po pomieszczeniu. Przez chwilę wyglądała tak, jakby go nie rozpoznawała, ale to trwało tylko kilka sekund; gdy wspomnienia zaczęły do niej docierać, jej delikatną twarz wykrzywił paskudy grymas strachu, a łzy po raz kolejny stanęły w oczach. Lecz tym razem Lakricia nic nie powiedziała. Zamiast tego opadła na kolana, zakryła twarz w dłoniach, skuliła się i zaczęła płakać, targana swoim zrezygnowaniem i bezradnością. Także i to Goro rozumiał, dlatego również usiadł na podłodze, choć w bezpiecznej odległości od niej, aby nie czuła się przez niego osaczona.
— Lakricio — zaczął ostrożnie — nazywam się...
— NIE! NIE JESTEM NIĄ! — wrzasnęła rozdzierająco, nagle podrywając głowę. — NIE JESTEM! ONA NIE ŻYJE! ON JĄ ZABIŁ!
Goro zrozumiał, że właśnie popełnił olbrzymi błąd — i to na samym początku rozmowy, co nie zwiastowało najlepiej. Ale musiał próbować dalej.
— Nergui — poprawił łagodnym tonem. — Nazywam się Goro, jestem przyjacielem Arii i oboje chcemy ci pomóc.
— Więc mnie stąd wypuśćcie — wymamrotała cichutko, ponownie spuszczając głowę. — Ale nie wypuścicie, prawda? On tu zaraz przyjdzie i mnie zabije. Zrobiliście to specjalnie? — spytała cichutkim, drżącym głosem. Gdy podniosła głowę, jej twarz była przerażająco spokojna. Tylko łzy bardzo obficie spływały po opuchniętych policzkach, a w oczach błyszczał strach. — Dowiedzieliście się o tym, że tu jestem i postanowiliście mnie zwabić, by mógł dokończyć dzieła?
— Nie, Nergui — rzekł łagodnie Goro — wasze spotkanie było przykrym zbiegiem okoliczności. Ale to nie on jest dla ciebie zagrożeniem. On ci nic nie zrobi. Ja, Aria i Gudrun ci pomożemy. Jesteśmy twoim przyjaciółmi. Wierzysz nam?
Wiedział, że uwierzy — jego specyficzna perswazja nie pozwalała na inny scenariusz. Dlatego Nergui wkrótce pokiwała leciutko głową, choć wciąż z lekkim zawahaniem.
— Więc nam zaufaj. Przysięgamy ci, że cię ochronimy przed jednym zagrożeniem, jakie nad tobą wisi, a więc ludźmi niejakiego Kurta Blome’a. Zgodziłaś się na eksperymentalne badania mające na celu przemianę w człowieka, prawda?
Nergui jedynie kiwnęła głową, ale nie dodała ani słowa.
— Możesz mi coś o nich opowiedzieć?
— Niewiele wiem — wymamrotała. — Ten, z którym rozmawiałam, to Mikkael Riece. Ale nic poza tym. Badania miały być prowadzone w jakimś nowoczesnym ośrodku gdzieś na obrzeżach Norwich. Podpisałam z nim umowę i mają się po mnie zgłosić w ciągu trzech dni.
— Ta umowa, masz jej kopię?
— Nie.
— To nic, bez niej też sobie poradzimy.
— Zabierze mnie pan stąd?
Goro westchnął, spoglądając w jej załzawione, pełne nadziei oczy. Jakże żal mu było tę nadzieję złamać, jakże żal było skruszyć jej wiarę i choć tę odrobinę wątłego spokoju. I choć mógł znów zastosować odrobinę swojej magii to na dłuższą metę nic nie da. O tym, że ze strony Athanasiusa Tismaneanu była bezpieczna, mogła przekonać ją tylko Aria, a więc największy tego dowód.
— Lepiej, abyś została tutaj — wyjaśnił spokojnie.
Nie zamierzał zdradzać prawdziwego powodu, jakim było ściągnięcie tu oprawców na wypadek, gdyby demony Goro nie znalazły ich wcześniej. Rzeczywiście bowiem, Goro mógłby ją przenieść w jakieś inne miejsce, ale tu naprawdę była bezpieczna. Kłopot leżał jedynie w jej relacji z gospodarzem, ale tym musiała zająć się Aria, choć demon zdawał sobie sprawę, jakie to dla niej trudne.
— Ale ja nie chcę... Boję się...
— Im szybciej złapiemy tych, którzy ci zagrażają, tym szybciej będziesz wolna. Musisz nam zaufać, Nergui. Chcemy ci tylko pomóc. Wierzysz nam, prawda?
Wierzyła. Nie miała innego wyboru, co niespodziewanie Goro bardzo zasmuciło.
— Teraz to ty powinnaś z nią porozmawiać — szepnął w stronę przyjaciółki. — Jeśli chcesz, zostanę z tobą i wesprę cię swoim towarzystwem, otuchą i magią, lub odejdę, abyś mogła się skupić. Mnie chwilowo wystarczy to jedno nazwisko. Najpierw sprawdzę, co mogę z nim zrobić, nim zacznę szukać kolejnych wskazówek. Ale teraz twoja kolej. Jesteś gotowa?
Na coś takiego nie można być gotowym, sam sobie odpowiedział, z żalem spoglądając na Arię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz