NERGUI
Każde jej słowo był jak sztylet wbijany wprost w plecy. Sztylet ów wbijany był bardzo powoli, niemal delikatnie, tak samo jak delikatne w brzmieniu były słowa Arii. Ta delikatność mordu sprawiała, że gdyby tylko Nergui nie chciała, nie poczułaby tych jakże poważnych ran; niczego nieświadoma, dalej słuchałaby swojej nowej przyjaciółki, uparcie nie rozumiejąc, co do niej mówiła, a następnie zapewniając ją, że źle się zrozumiały, a ci, z którymi podpisała umowę, to z całą pewnością nie ta sama banda okrutników, która torturowała ją oraz Jehanne. Jednak im dłużej ten sztylet tkwił w plecach Nergui, tym wyraźniej go czuła, coraz silniej uświadamiając krążącą gdzieś wokół nich prawdę — oraz świadomość, że zbliżał się jej upragniony koniec, ponieważ nie było możliwości, by przeżyć tak głęboki cios.
I ona przeżyć go nie zamierzała.
Każde słowo było jak sztylet wbijany w serce. To, pod wpływem zbyt wielu ubytków, wreszcie pękło, do tak dawna przecież zszywane cienkimi, słabymi szwami, które prędzej czy później musiały się zerwać. I zerwały, doszczętnie łamiąc serce: coś, co zasilało jej duszę i bez czego duch Nergui, niegdyś tak żywy i barwny, a dziś słaby i kruchy, ukruszył się jeszcze bardziej. Stał się też lżejszy niż zwykle, lecz ów lekkość nie wynikała z ulgi, a z myśli, że tak oto Nergui już nawet nad swoją duszą nie miała kontroli. Była już zbyt wyczerpana, zbyt upadła, by zdołać ją złapać.
Przejęta tą czarną matnią, z trudem zdała sobie sprawę, że te mokre policzki nie były spowodowane deszczem lejącym na zewnątrz, a jej łzami. Przesadnie wyciszona, chorobliwie w sobie zamknięta, resztkami sił podświadomości próbowała wykrzesać z siebie jakiekolwiek emocje; ostatnie, które w niej zostały. A więc zaczął płonąć strach, że już na zawsze zostanie wampirem. Gniew na siebie za swoją naiwność i brak ostrożności. Niepewność, bo nie wiedziała, co teraz zrobić. I... i...
Zrezygnowanie. To ono tarmosiło jej strzępy ducha najmocniej.
Zrezygnowanie. Bo co jeszcze jej zostało? Co miała? Co mogła zdobyć, co osiągnąć? Kiedy miała być znowu szczęśliwa? Nie dosięgnie tego, jeśli pozostanie wampirem — ta odmienność zbyt mocno bolała, zbyt mocno raziła i wzbudzała w niej zbyt mocną odrazę — odrazę do samej siebie.
Czy zamierzała się kłócić z Arią? Nie. Czy zamierzała tak czy inaczej odszukać ludzi Blome’a, czy zamierzała oszukać przyjaciółkę? Nie. Zamierzała postąpić dokładnie tak, jak Aria jej to zalecała, wierząc, że to ją uratuje. Może niedługo, gdy już dojdzie do siebie, zacznie się bać. Zda sobie sprawę, że gdy tamci się dowiedzą, zaczną jej szukać, a gdy znajdą, wymierzą ostateczną karę. Może zacznie drżeć o swoje życie, może zacznie dziękować za schronienie, może kiedyś znowu zacznie mieć nadzieję.
Może kiedyś. Ale jeszcze nie teraz.
— Nie wiedziałam — wymamrotała pustym, bezbarwnym tonem, który brzmiał tak, jakby dochodził zza grubej, starej, zakurzonej zasłony. — Nie przygotowałam się, nie zebrałam informacji. Chciałam tylko — jęknęła, targnięta nagłym spazmem płaczu — chciałam... ja chciałam t-tylko wreszcie zacząć żyć...
Człowieczeństwo miało być jej drugą szansą. Nergui bardzo dobrze sobie to zaplanowała: gdy wreszcie zrzuci z siebie jarzmo wampiryzmu, zamknie za sobą całą przeszłość, narodzi się na nowo i przeżyje swoje życie tak, jak zawsze powinna to zrobić, by po kilkudziesięciu latach spokojnie odejść z uśmiechem na ustach i myślą, że umierała jako szczęśliwy, spełniony człowiek.
— NIE MOGĘ ŻYĆ, GDY JESTEM TYM — ryknęła, czując jak łzy coraz obficiej spływają po policzkach, a gardło dławi intensywny szloch. — Miałam gdzieś, co się ze mną stanie, byle tylko być znowu człowiekiem! A teraz?! — pytała wściekle i w normalnych warunkach zlękłaby się, że urazi tym Arię, lecz nie wtedy. — Teraz wszystko stracone!
Opadła ciężko na sofę, by po chwili zakryć twarz w dłoniach i pogrążyć się w swoim płaczu. To miało dać ulgę, lecz Nergui nic takiego nie czuła. Płakała, bo sądziła, że powinna płakać. Bo to był przejaw jej beznadziei i zrezygnowania, osiągniętych w maksymalnym stopniu.
Płakała, bo nic innego jej nie pozostało.
W tym wszystkim nie była nawet zdolna przejąć się losem Arii. Chciała i miała nadzieję, że gdy zacznie wracać do siebie, ocknie się, pojmie wszystko, co usłyszała i okaże Arii należyte współczucie. Podobnie w przypadku niepoznanej jeszcze Jehanne, zwłaszcza że Nergui miała podzielić ich los. Powinna załamać ręce, powinna płakać nad Arią, nie nad sobą. I choć nie było to do niej podobne, w tym czasie zachowywała się jak ostatnia egoistka, która skupiała się tylko na swoim bólu.
I, jak ostatnia egoistka, zamiast przygarnąć do siebie Arię, aby razem rozpaczać nad swoją tragedią – jej dokonaną, a swoją niedokonaną – delikatnie odsunęła od siebie Arię, by wstać i ostrożnym, wolnym, niemal chwiejnym krokiem ruszyć przed siebie.
— P-przepraszam, chcę... Ja... Chciałabym być na moment sama.
Nie czekając na zgodę, skierowała się wgłąb domu, byle dalej od Arii i jakichkolwiek innych ludzi. Być może po tym jawnym pokazie niewdzięczności Aria uzna, że jednak nie chce jej pomóc, że jednak powinna radzić sobie sama i jeśli chce, to niech sobie idzie do Blome’a. Czy by poszła? Sprawdziłaby, czy Aria miała rację, złudnie licząc, że być może jej dramatyczne, przeszłe doświadczenia nie miały nic wspólnego z rzeczywistością? Nie. Nie poszłaby, nie sprawdziłaby, kto miał rację. Wierzyła Arii i właśnie dlatego płakała – bo jej największa nadzieja ostatnich lat została brutalnie obrócona w coś, co miało ją zabić.
Wiedziała, że to niegrzeczne kluczyć samotnie po czyimś domu, zwłaszcza że wystarczyła chwila, by Nergui się zgubiła: nagle małe, przytulne pokoiki stały się klaustrofobiczne, korytarze niepokojąco wąskie, a schody zbyt strome i odległe. Oświetlenie, uprzednio ciepłe i klimatyczne, teraz było przytłumione i nieprzyjazne, jednocześnie rażąc w oczy niczym na policyjnym przesłuchaniu. Przerażona, skołowana i zagubiona, nagle zdała sobie sprawę, że nie wie, gdzie jest i gdzie powinna iść. Należało wrócić do Arii, ale na to, choć to haniebne, nie miała ochoty. Uratowała ją dopiero gosposia, która wskazała jej drogę do wyjścia na jeden z tarasów. Nergui nie zamierzała łamać tajemnicy danej Arii i nie chciała uciekać, ale musiała ochłonąć i głęboko odetchnąć świeżym powietrzem. Dodatkowo łagodzącą okolicznością był deszcz, który już nie lał tak intensywnie, ale wciąż mżył. Maleńkie, ledwie zauważalne kropelki osiadały na jej czerwonej z nerwów i opuchniętej od płaczu twarzy, ofiarując choć odrobinę chłodnej ulgi. To dzięki temu Nergui zdołała się choć odrobinę uspokoić. Mogła też już zebrać myśli, lecz tych w zasadzie nie było co zbierać: musiała zostać tutaj, ponieważ ludzie Blome’a na pewno będą jej szukać. A tym samym, prędzej czy później, trafią tutaj, do Blickling. I właśnie ta myśl nagle otrzeźwiła Nergui, każąc jej wrócić do salonu, przeprosić Arię, wyrazić żal i współczucie z powodu traumatycznych przeżyć, a potem...
— Przecież ja nie mogę tu zostać — szeptała na poły błagalnym i spanikowanym tonem. — Oni mnie znajdą! Na pewno znajdą, wiedzą o mnie wszystko! I... I skoro ciebie też więzili, a twój chłopak zabił Blome’a... Jeśli oni zrozumieją, że mogą upiec tyle pieczeni na jednym ogniu... Aria — jęczała niemal płaczliwie — ja nie chcę was narażać! Za głupotę się płaci i ja za swoją zapłacę, ale nie waszym kosztem, błagam!
Nie wybaczyłaby sobie, gdyby tej rodzinie stało się coś złego z jej powodu. To ona wpadła w kłopoty, to ona popełniła straszną głupotę przez swoją naiwność i ona musiała ponieść za to karę. Jednak, ku jednoczesnej rozpaczy i nieśmiałej uldze Nergui, Aria kategorycznie zabroniła jej stąd wychodzić, zapewniając z całą stanowczością, że nic im się nie stanie, że potrafią o siebie zadbać i mają środki, by zacząć ścigać ludzi Blome’a, a jej bezpieczeństwo było w tym momencie najważniejsze. Gdyby Nergui mogła pozwolić sobie na całkowicie szczere, niezmącone niczym emocje, po prostu by się ucieszyła i podziękowała Arii za pomoc, której teraz potrzebowała. Ale nie mogła, zżerana przez wstyd i wyrzuty sumienia.
Lecz została. Bo cóż innego miała zrobić?
Aria zaczęła działać od razu: wraz ze swoją pasierbicą wskazały jej sypialnię i zaczęły debatować nad garderobą. Nergui była od nich wyższa o jakieś pół głowy, a do tego bardzo wąska w ramionach i talii, więc ich ubrania na nią nie pasowały. I o ile dla samej Nergui garderoba nie była kłopotem, tak Aria i Gudrun potraktowały to bardzo poważnie. Ta druga chwilę później poleciała po zieloną herbatę i kilka przekąsek, których wampirzyca nie była w stanie tknąć, przejedzona stresem i nerwami. Gdy zaś gosposia oznajmiła, że wrócił pan domu, Aria przeprosiła na moment i wyleciała jak strzała, zapewne po to, żeby natychmiast opowiedzieć mu o wszystkim i zaprowadzić do znajdy, którą na kilka dni postanowili przygarnąć. W sypialni razem z nią została tylko Gudrun, która spoglądała na nią czujnymi, choć radosnymi oczami.
— Nie będę ukrywać, że prawie wszystko słyszałam — odparła z nieco przepraszającym tonem, lekko wzruszając ramionami — ale obie byłyście dość głośne, a ja nie umiem wyłączyć swojego nadwrażliwego, wampirzego słuchu. W każdym razie — Gudrun machnęła ręką — nie martw się, tutaj jesteś zupełnie bezpieczna! Wiesz, Aria i mój ojciec nazbierali sobie całkiem sporo znajomości, na przykład demony! Słyszałaś o nich? — Nergui wybałuszyła oczy, nie bardzo rozumiejąc, o czym była mowa. — Och, nie słyszałaś! No, to są takie... hm — Gudrun zamyśliła się na moment — takie najpotężniejsze istoty na świecie. Chyba. W sensie, nie odkryto nikogo silniejszego, to chyba nie ma nikogo w ogóle. No, i oni zakładają taką Radę, co to ma chronić wszystkich nadnarturalnych przed różnymi takimi. I tymi twoimi też! — zapewniła energicznie. — No bo, skoro to takie dranie i sukinsyny, to demony się do nich dobiorą, spokojnie! A i mój ojciec, jak się wkurzy, też im chętnie pomoże — dodała ze śmiechem.
Jednak Nergui wcale nie było do śmiechu.
— Nie lubię agresywnych mężczyzn — wydusiła słabo.
— Nie no, ja też nie — tłumaczyła Gudrun. — Chodzi tylko o to, że...
Nergui już nigdy się nie dowiedziała, o co miało chodzić, ponieważ oto zbliżała się Aria, która miała przyprowadzić swojego narzeczonego. Wampirzyca wstała, spłoszona i zestresowana faktem, że znowu spotka przed sobą kogoś obcego, komu, na dodatek, będzie musiała się spowiadać z tych wszystkich okropności. Nie bardzo miała na to ochotę, ale wiedziała, że to konieczne, dlatego odetchnęła i śmiało podniosła głowę, postanawiając sobie, że tuż po tym, jak się przedstawi, podziękuje gospodarzom jak należy — bo dotąd nadal tego nie zrobiła.
Lecz zanim umysł zrozumiał, ciało, tak pamiętliwe i doświadczone, pojęło od razu, kto właśnie przed nią stanął. Jej oczy, przepełnione łzami, choć wciąż jeszcze pustymi, pozbawionymi nadal niewykształconych emocji, wnet wychwyciły wszystkie znaki ostrzegawcze. Wychwyciły te same oczy, ich kształt, krzywiznę i kolor. Wychwyciły niemal niezauważalny garb na nosie, wychwyciły charakterystyczne, dość kanciaście wycięte usta. Nie wychwyciły jedynie tych iskierek w oczach, które bardzo szybko zamieniały się w pożar trawiacy wszystko, co spotkały na swojej drodze.
Ale ciało tego nie dostrzegało. To miał wychwycić dopiero umysł, nadal splątany, zamglony, nierozbudzony. I tylko jej ciało pamiętało, wybudzając w sobie wszystkie, wyuczone przez trzynaście lat mechanizmy obronne. Dlatego Nergui, zataczając się niby podrzędny pijak, o drżących nogach błyskawicznie odskoczyła do tyłu, wpadając na ścianę. Ciało pamiętało, by za wszelką cenę zdławić płacz, więc tak też Nergui postąpiła, przełykając łzy i, niemal czując fizyczny ból, milknąc jak mysz pod miotłą. Ciało pamiętało, że każdy choćby pisk powodował jeszcze większą dawkę bólu, więc kazało Nergui wciskać się jeszcze bardziej w ścianę za swoimi plecami, jeszcze bardziej skurczyć w sobie, aż wreszcie przemienić w to, co niegdyś jedynie egzystowało jako kawał obitego mięsa, bez duszy, uczuć i wiary.
Jednak umysł nadal spał. Rozdrażniony i coraz bardziej przejmowany irracjonalną, nierozumianą jeszcze paniką, pospiesznie próbował połączyć kropki; próbował pojąć, dlaczego ciało tak gwałtownie zareagowało, czego się bało i dlaczego mężczyzna, którego Nergui miała przed sobą, zdawał się dziwnie znajomy.
Umysł starał się to wyprzeć. Starał się to robić to, co przez ostatnie lata.
Lecz ciało pamiętało. Ono nigdy nie zapomni.
Ostatnim, co pamiętała, były otwierające się usta w geście krzyku, który miał wyrazić wszystko, co dopiero zaczynało się w niej kotłować, a który zamarł w krtani. Niespodziewanie bowiem Nergui poczuła, jak zalewa ją błogie, a jednocześnie przerażające odprężenie, a świat przed oczami robił się czarny.
Zupełnie jak te czterysta sześćdziesiąt pięć lat temu, gdy leżała obok niewielkiego, drewnianego stolika, resztkami sił zgarniając pod zamykające się powieki wpadające przez okno wieczorne promienie słońca.
Zupełnie jak wtedy, gdy była pewna, że umiera.
Zemdlała.
ATHANASIUS
Telefon Arii był co najmniej niepokojący, dlatego Athan postanowił urwać się z zajęć i jak najszybciej dojechać do domu. Być może najpierw powinien zebrać jakiekolwiek szczegóły, których w rozmowie brakło, aby ocenić, czy kłopot był faktycznie na tyle poważny, by wyrywać go tak nagle z uczelni. Jednak Aria nie należała do osób, które panikowały bez powodu; dumna, pewna siebie i śmiała, zwykle sama stawiała czoła wyzwaniom, raczej niechętnie prosząc o pomoc. Przez telefon wyraźnie było słychać, że cokolwiek to było, jego lubej bardzo zależało, by Athan jej w tym pomógł i tak też zamierzał uczynić.
Nie wiedział, czego się spodziewać, więc nie miał żadnych oczekiwań, z otwartym umysłem gotów wysłuchać Arii. Jednak to, co w roztargnieniu opowiedziała mu narzeczona, postawiło go w natychmiastowej gotowości. Odrobinę spięty i śmiertelnie poważny, był w szoku, że ta byle znajoma, do której Aria tak mocno się przywiązała, wpadła w aż takie tarapaty. Być może się obawiała, że przez delikatną niechęć, jaką dotychczas Athan okazywał wobec Nergui, nie zechce jej tu trzymać, ale Tismaneanu od razu zapewnił, że Aria postąpiła w jedyny słuszny sposób.
— Będą jej szukać — martwił się na głos. — Na pewno tu dotrą. Podejmowałaś już jakieś inne kroki? — Spytał, a gdy Aria pokiwała przecząco głową, rozejrzał się mimowolnie po salonie. — Zabezpieczę posiadłość, wszystko będzie zamknięte. Masz dostęp do kamer w telefonie, nie? Miej to w gotowości. Dam znak Ishowi i Jehanne o tych podwyższonych środkach ostrożności, żeby się nie zdziwili, jakby wcześniej wrócili. Choć w tej sytuacji zdecydowanie nie powinni.
Spochmurniał na myśl, że Aria jednak miała rację – rzeczywiście, coś wreszcie musiało się zepsuć. I, co dodatkowo go drażniło, choć powinno cieszyć, nie musieli użerać się z tym sami. Rada miała się niedługo zebrać, ale ilekolwiek by to jeszcze trwało, Goro pozostawał na stanowisku jako ich „opiekun”, toteż szajka torturujacych kobiety wampirów powinna być ich zmartwieniem. Nergui też, ale Athan był więcej niż pewien, że Aria nie pozwoli wyprowadzić stąd jej nowej przyjaciółki, jako że poczuła się za nią odpowiedzialna. Athan nie zamierzał tego negować, a już tym bardziej czynić zarzutów, że swoją znajomością z Nergui ściągnęła na nich kłopoty. Te bowiem zaczynały się stawać ich domeną i Athan podejrzewał, że niedługo nikt nie będzie się kolejnym kłopotom dziwił.
— Goro musi się tym zająć — powtórzył to, nad czym niedawno myślał, podejrzewając, że i Arii to chodziło po głowie. — Chce się bawić w szeryfa? Proszę bardzo, ma ku temu najlepszą okazję. Ale najpierw pokaż mi tę twoją Nergui. Czas najwyższy ją wreszcie poznać.
Wnętrzności mu się skręcały na samą myśl o tym, że będzie musiał się kontaktować z demonami, lecz jednocześnie musiał przyznać, że z nich wszystkich Goro był najbardziej zjadliwy. A oni nie byli żadnymi niezniszczalnymi cyborgami, które wychodziły ze wszystkich katastrof bez żadnego szwanku. Więc jeśli pojawił się ktoś, kogo rolą ma być zwalczanie niebezpieczeństw, to zadanie właśnie dla nich.
Wszedłszy do sypialni, nie spodziewał się niczego nadzwyczajnego. Z kojącym jej nerwy spokojem zamierzał porozmawiać z Nergui, zapewnić, że jest tu bezpieczna, a oni zajmą się resztą i wezwą posiłki, które rozprawią się z problemem.
Nie zdążył, bo nim choćby jego wzrok dobrze osiadł na obcej kobiecie, ta nagle runęła na ziemię. Zaskoczeni i przestraszeni, wszyscy rzucili się w jej stronę, choć Athan niespodziewanie poczuł, jak coś go od tej wampirzycy odpychało; jakby coś wewnątrz niego wiedziało więcej niż on sam i wysyłało mu sygnały ostrzegawcze, by czym prędzej odsunął się od Nergui, nie udzielał jej pomocy i po prostu wyszedł. Athan z łatwością stłumił te obawy; był lekarzem i gospodarzem tego domu, więc nie było mowy, by pozostawił gościa bez pomocy.
Dlatego zbliżył się do niej. Uklęknął tuż obok i z rosnącymi gdzieś z tyłu głowy obawami spojrzał na jej twarz.
Tę, którą momentalnie rozpoznał.
Odskoczył od niej jak oparzony, czując, jak robi mu się gorąco i zimno jednocześnie. Athanasius dosłownie czuł, jak krew odpływa mu z twarzy, z ciała ubywają wszelkie siły, a w głowie panuje nieznośny mętlik. I w pierwszej chwili po tym, jak tak nagle odsunął się od tej kobiety, dotarło do niego, że to głupie tak panikować, a Aria i Gudrun wezmą go pewnie za pomyleńca. Przez ten ułamek sekundy bowiem nie dowierzał w to, co widział, a że jasnym było, że to niemożliwe, umysł momentalnie to odrzucił, tłumacząc mu, że tylko mu się wydawało, a on niepotrzebnie panikował na widok zemdlonej, zupełnie obcej kobiety.
Tylko dłonie nadal drżały jak u alkoholika, tylko pod kołnierzem wciąż czuł nieznośny gorąc, tylko serce biło mu tak mocno, że aż bolało — jakby chciało przebić żebra i wydostać się z klatki. Coś połaskotało go w brew i choć Athan miał ochotę to zetrzeć, był zbyt sparaliżowany, by wykonać jakikolwiek ruch. Dopiero gdy to coś samo opadło, mężczyzna zrozumiał, że to pot spływał mu z czoła. I kiedy Athanasius próbował się ruszyć, poczuł, jak jego ciałem wstrząsnął silny dreszcz, a potem po każdym, najmniejszym skrawku rozlało się potworne, uporczywe mrowienie, kurczące mięśnie i ograniczające jego ruchy.
Przejęty dusznościami i gorączką, niczym uciekający przed wodą pająk wcisnął się w regał stojący tuż za nim, dobrowolnie wpadając w mętne nurty swoich rozdartych na strzępy myśli. Ogarnięty skrajną paniką, poczuł nagle, że nie zniesie w tym pokoju ani sekundy dłużej — a gdy wyjdzie, ta kobieta stamtąd zniknie, by na końcu się okazało, że tak naprawdę nigdy jej tam nie było.
Duszności, ta męcząca mieszanka wstydu, strachu, niedowierzania i wyrzutów sumienia, wciąż się nasilały i tylko uaktywniający się instynkt samozachowawczy pozwolił mu dźwignąć się na nogi, choć zrobił to z wyraźnym trudem.
— Wy się nią zajmijcie — wyszeptał niemal chorobliwie słabym, cichym głosem, już odwrócony do nich plecami, już gotowy do ucieczki — ja muszę wyjść.
Nie zamierzał składać żadnych wyjaśnień, nie zamierzał dodawać nic więcej. Niemal wybiegając z sypialni, usłyszał jeszcze Gudrun pytającą „co to, do ciężkiej cholery, miało być”, lecz Athan ani myślał wracać, by jej na to odpowiedzieć.
Parter, na który wreszcie dotarł o drżących nogach, zdawał się innym światem, istnym rajem, w którym nie było miejsca na żadne demony przeszłości. Gdy zaś wyszedł na balkon, uderzający w niego z impetem podmuch zimnego powietrza choć na moment ostudził jego rozszarpane nerwy, na chwilę przywracając do życia. Starając się jak najmniej myśleć, drżącymi rękami sięgnął pod marynarkę, by wyjąć stamtąd paczkę papierosów i zapalniczkę. Od czasu opętania nie mógł się pozbyć tego nałogu, zwłaszcza że nie był dla niego niczym nowym, a więc na przestrzeni lat zdążyli się polubić. Wiedział, że Aria byłaby szczęśliwa, gdyby rzucił palenie, nawet jeśli nigdy nie czyniła mu dosadnych pretensji. I musiał przyznać, że nawet się do tego powoli przymierzał, korzystając ze chwili spokoju w ich życiu. Poza tym, na ślubnym kobiercu nie śmierdziały dymem, co na pewno dodatkowo by Arię ucieszyło. Jednak teraz, po tym, co zobaczył, kogo spotkał, nie było mowy o rzuceniu.
— To nie była ona — tłumaczył sobie z szaleństwem i paniką wybrzmiewającymi w głosie. — To nie mogła być ona...
Nie mogła, z pewnością nie mogła. Przecież to niemożliwe, ona nie żyła od prawie pięciu wieków. Więc dlaczego tamta kobieta była tak podobna? Dlaczego, gdy tylko ujrzał jej twarz, wszystkie wspomnienia do niego wróciły? Dlaczego widząc jej włosy, momentalnie wyobrażał je sobie zaplecione z dwa grube, długie warkocze, ozdobione kolorowymi wstążkami? Dlaczego w ciągu ledwie ułamka sekundy wiedział, że to ona?
Ale to nie mogła być ona. Nie mogła być! To na pewno ktoś bardzo podobny. A może jakaś jej rodzina, ktoś kto został przemieniony w wampira? Nie mógł tego wykluczyć, choć o żadnej jej rodzinie nie słyszał. Albo to jakaś reinkarnacja, ktoś z ciałem jego byłej narzeczonej, lecz o zupełnie innej, obcej duszy. Athan jednocześnie szczerze w to wierzył, uznając to za jedyne logiczne wyjaśnienie i tym samym uparcie nie przyjmując do wiadomości, że Lakricia mogła być wampirem. Znał ją tak dobrze, znał jej podejście do stworzeń nadnaturalnych. Poza tym, to byłby zbyt duży zbieg okoliczności, by po tylu latach nagle się spotkali, a Athan nigdy w nie nie wierzył.
Co więcej, choć wytresowana już podświadomość starała się zepchnąć tę myśl pod dywan, on ją wtedy zabił. Zwykle wmawiał sobie i tym, którym o tym opowiadał, że nie był pewien, co jej zrobił, nie miał pojęcia, czy przeżyła ten atak, a nigdy później tam nie wrócił, by to sprawdzić. Jednak odchodził stamtąd z satysfakcją, że dostała to, na co zasłużyła. Odchodził stamtąd z przeczuciem, że Lakricia tego nie przeżyje. I im częściej przywoływał w wyobraźni twarz tej niby Nergui, tym większa zalewała go pewność, że ją wtedy zabił. I, co gorsza, myśl o tym morderstwie sprzed setek lat napawała go ulgą. Ulgą, bo kimkolwiek była Nergui, nie mogła być tą, za którą początkowo wziął ją Athan. To nie mogła być ona. Nie mogła.
Nie mogła. Wobec czego był tak samo pewien tego, że zabił Lakricię, jak i tego, że kobieta leżąca w jednej z sypialni to nie kto inny, jak jego Lakricia.
Gdy tylko usłyszał szelest, niczym paranoik błyskawicznie się odwrócił w poszukiwaniu zagrożenia. Był pewien, że zobaczy tam ją: w tej samej, szaro-brązowej sukience, w której widział ją po raz ostatni, z rozciętym policzkiem i wargą, z pękniętym łukiem brwiowym, z niemal sinymi ramionami. Odwróciwszy się, właśnie to widział: jak spoglądała na niego z zimną, nienawistną obojętnością, jak upiornie milczała i jak torturowała go swoją obecnością. Nie zamierzała odejść, ale Athan bez trudu odczytał z oczu jej zamiary. Czy i ona odczytywała je z jego oczu? Czy wiedziała, co ją czekało, gdy tylko na niego spoglądała?
Musiała. Miała na naukę całe trzynaście lat.
Ta koszmarna, potworna, przerażająca Lakricia, jednocześnie martwa, choć tak bardzo żywa, nie tylko wciąż tam stała, ale coś do niego mówiła. Athan nie wiedział, co; bał się słuchać, bo wtedy byłby o krok od uwierzenia, że to naprawdę była ona. Gdy zaś chwyciła go z rękę, niemal czuł, jak ten dotyk go parzył. Ten był bowiem dowodem jej istnienia, a jego zguby. Przejęty dziecięcym, paranoicznym strachem, momentalnie wyrwał swoją dłoń, chwiejnym krokiem odsuwając się aż pod samą barierkę.
I być może chłód metalu tak na niego podziałał, a może coś innego, lecz nagle poczuł się tak, jakby ktoś wybudził go z nieprzyjemnie jaskrawego, lepkiego snu. Obraz przed oczami zaczął się wyostrzać i tak jakby wracać do rzeczywistości. Nagle dostrzegał rzeczy tak trywialne jak krzesła i fotele, jak okna, jak drzewa rosnące za jego plecami. Aż wreszcie dostrzegł ją. Zszokowany uświadomił sobie, że przez cały ten czas, w którym widział Lakricię, stała przed nim Aria, teraz wyraźnie zaniepokojona jego stanem.
— Wariuję — prychnął, choć wcale nie było mu do śmiechu. — Wariuję... Przepraszam — szepnął w stronę ukochanej, nie będąc pewnym, czy powinien chwycić ją za dłoń, aby naprawić to, co niedawno zepsuł. Jednak panika, która już całkiem nim zawładnęła, podpowiedziała mu, że wtedy to Aria ją odtrąci, zbyt urażona i zawiedziona jego zachowaniem. Dlatego zawahał się, by następnie schować dłoń za plecami. — Wariuję i myślałem, że... Miałem omamy, że ty to nie ty, tylko...
Tylko ona.
— Zajmę się załatwieniem jej bezpieczeństwa —odparł nagle, chcąc zająć myśli czymkolwiek innym. — Osobiście pojadę do Londynu i pogadam z Goro — nawet jeśli wystarczyłoby tylko zatelefonować, ale to przecież nie pozwoliłoby ci uciec — i wszystko załatwię. Wszystko załatwię, nic się nie martwcie, wszystko sam załatwię. A wy tu siedźcie... Tu, tutaj, ja sam pojadę...
Plótł piąte przez dziesiąte, z każdą sekundą czując, jak coraz bardziej odrywał się od rzeczywistości.
— Przypatrz się jej, też tak możesz skończyć — prychnął, niespodziewanie dziwnie rozbawiony tą myślą. — A jak mi nie wierzyłaś wtedy, jak ci wszystko mówiłem, albo myślałaś, że może to zmiękczam, to jej spytaj. Ona — wskazał ręką na piętro — wszystko ci powie! Wszystko potwierdzi! A nie, co ja gadam — wymamrotał nagle pod nosem z największą powagą zmieszaną z zadumą — ona ci nic nie powie. Ona nic nie wie. To nie ona przecież. Co ja gadam. Wybacz mi, kochanie — zerknął na Arię przepraszająco — zupełnie bredzę. To pewnie przez zmęczenie. To nic. To nic.
To nic. Bo nic się nie działo. Niczego się nie bał. Nikogo się nie bał. W sypialni na piętrze nie było nikogo poza Gudrun. To nic.
To nic. Nic się przecież nie działo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz