NERGUI
Nergui śmiało mogła powiedzieć, że ostatnie dwa tygodnie były wyjątkowo intensywnym okresem, znacznie wybiegającym poza jej strefę komfortu. I o ile kiedyś uwielbiała taki szaleńczy rytm, tak te czasy już dawno minęły i dziś Nergui marzyła tylko o tym, by zaszyć się w jakimś głębokim cieniu i po prostu zasnąć. Tak przynajmniej było do niedawna, bo przez ostatnie dwa tygodnie żyła z czymś, czego nie zaznała od tak bardzo dawna: z nadzieją. A wszystko to za sprawą dwóch wydarzeń: podpisania kontraktu na dobrowolny udział w eksperymentalnym badaniu, które miało wyleczyć ją z wampiryzmu, oraz poznania Arii Vasco.
Pierwsze miało jej dać to, o czym marzyła odkąd tylko zamieniono ją w tę obrzydliwą bestię. W latach, w których przeżywała swoją młodość, ludzie bardzo wierzyli w magię, a tym samym we wszystkie nadprzyrodzone stworzenia. Nergui także w nie wierzyła i całym swoim sercem stała po stronie łowców, mając nadzieję, że kiedyś dane będzie jej żyć w świecie pozbawionym tych potworów. Dlatego tak wielką tragedią był dla niej fakt, że oto sama stała się jedną z takich bestii. I mimo spotkania na swojej drodze wielu dobrych, ujmujących, wielkodusznych wampirów, nigdy nie zdołała się przekonać do tej rasy i jej atutów, od zawsze traktując to jak klątwę. Dlatego myśl, że wreszcie mogła ją z siebie zdjąć, była bardzo budująca.
Drugą nadzieją była niespodziewana, dość krótka, ale bardzo intensywna znajomość z Arią Vasco. Obie panie znały się zaledwie dwa tygodnie, lecz Nergui miała wrażenie, że gdyby nie ona, nie poradziłaby sobie z tym natłokiem nowości. I właśnie w tym momencie, mając obok siebie Arię, czując do niej ogromną sympatię i przywiązanie i wiedząc, że mogła na nią liczyć w każdej chwili, Nergui uświadamiała sobie, jak bardzo była samotna i jak głęboko sama zakopała tęsknotę za bliższą znajomością. Nergui dosłownie zapomniała, jak bardzo potrzebowała kogoś bliskiego i jakże przyjemnie ciepła była myśl o tym, że nie pozostawała w tym zimnym świecie sama.
Zgodnie z umową, Nergui pomagała Arii w muzeum, zajmując się głównie drobnymi zadaniami, głównie porządkowymi. Dzięki temu miała kontakt niemal wyłącznie z Vasco, ale nawet gdy już trafił się ktoś obcy, był bardzo miły, chętny do pomocy i wysoce tolerujący jej niedociągnięcia w angielskim. To wszystko bardzo podnosiło Nergui na duchu i pozwalało nieśmiało wierzyć w to, że przyszłość mogła się malować w kolorowych barwach.
Zwłaszcza że właśnie po dwóch tygodniach odezwało się do niej stowarzyszenie, które miało jej pomóc w walce ze swoją „chorobą”. Poinformowano ją, że maksymalnie za trzy dni zostanie doprowadzona do ośrodka i ma spakować wówczas tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Zabroniono jej brać telefonu ani mówić komukolwiek o swoich planach, tłumacząc tę tajemniczość tym, że „badania są na tyle eksperymentalne, że mogą wzbudzić bunt w pewnych oficjalnych kręgach”. Nergui ostrzegano przed tym, że to dość niejawne badania i zgłaszała się na nie na własną odpowiedzialność, lecz nijak jej to nie odstraszało. Wychodziła z założenia, że to, co najgorsze, już i tak ją spotkało — czterysta sześćdziesiąt pięć lat temu. Nie mogło być więc gorzej, tylko lepiej, dlatego Nergui ekscytowała się tym z każdym dniem coraz bardziej. Ta radość nie uszła uwadze Arii, któregoś dnia zapraszając ją do swojego domu, aby poznać szczegóły, które Nergui w tej radości była skłonna zdradzić. Tak śmiała propozycja jak zwykle ją onieśmieliła, jednak ani nie miała odwagi, ani ochoty jej tego odmawiać.
Słyszała od Arii, że mieszkała w dość sporym dworze, ale za żadne skarby świata nie spodziewała się czegoś takiego. Wjeżdżając do niewielkiego Blickling, już w oddali widać było charakterystyczne wieżyczki czegoś, co Nergui początkowo wzięła za jakiś zabytkowy pałac udostępniany zwiedzającym. Na pytanie, ile kosztuje wstęp, Aria roześmiała się tylko i wyjaśniła, że przez znajomość załatwi jej darmową wejściówkę. Nergui nie rozumiała i pojęła dopiero w momencie, w którym wjechały na przesadnie aż długo podjazd, zbliżając się do olbrzymiej, przepięknej rezydencji. Zbudowana z czerwonej cegły, ozdobiona mrowiem okien i okalających je starych, choć zadbanych okiennic, o czterech smukłych wieżyczkach, dzwonnicy wbudowanej na samym środku i dwuskrzydłowych, mocarnych drzwiach, sprawiał wrażenie pałac jak z bajki. Tak wielka budowla musiała wymagać wielkiego wysiłku, aby utrzymać ją w dobrym stanie, lecz właścicielom z całą stanowczością się to udawało. Nergui aż nie mogła się doczekać wejścia do środka i zaznania chociaż odrobiny tej bajkowej magii. Gdy więc Aria zaprosiła ją do swojego domu, wampirzyca nie wiedziała, gdzie podziać oczy. Ukazało się jej bowiem jednocześnie to, czego się spodziewała i czego się nie spodziewała. Zgodnie ze swoim wyobrażeniem, wnętrza były bogato udekorowane, gdzieniegdzie wręcz z przepychem. Ściany były niemal w całości pokryte ogromnymi obrazami, w niektórych miejscach znajdowały się też wnęki, które zajmowały pokaźne rzeźby. Nad każdymi drzwiami znajdowały się łukowate zdobienia z marmuru, także wszystkie sufity były wymyślnie rzeźbione. Schody pokryte były długimi, wąskimi dywanami, w wielu zakamarkach stały też pomniejsze statuetki i kwiaty osadzone w ozdobnych donicach. Jednak tym, co ją zaskoczyło, było metraż poszczególnych pokoi. Zarówno hall, jak i kolejne pomieszczenia, przez które przechodziły, były dość niewielkie. Nergui myślała, że w tak ogromnym pałacu nawet łazienka miała wielkość całej kawalerki, tymczasem salon zdawał się dość ciasny, zwłaszcza że umeblowany w taki sposób, aby wykorzystać każdą możliwą przestrzeń. Mimo to, nie było w tym wrażenia bałaganu: trzy kremowe sofy ustawione były wokół niskiego, ozdobnie rzeźbionego stolika. Pod ścianą znajdował się kominek, w którym trzeszczał wesoło ogień, nad nim wisiał plazmowy telewizor, a po obu jego stronach, w odległości około dwóch metrów, stały po dwie wysokie półki z książkami. Pod bocznymi ścianami umieszczono dodatkowe fotele z czymś, co przypominało dawne biurko zastawione laptopem i jakimiś papierami oraz barek z mnogim wyborem alkoholi. Salon więc nie był zbyt duży, lecz z całą pewnością bardzo przytulny i Nergui od razu poczuła, że bardzo chętnie rozsiadałaby się tam wieczorami z kotem na kolanach i jakąś miłą książką do przeczytania.
— Boże, jak tu pięknie — szeptała, gdy Aria poprosiła, by usiadła na sofie, a sama zaproponowała, że zaraz załatwi im coś do picia. — To zabawne, że pracujesz w muzeum, ale i mieszkasz w czymś, co też mogłoby nim być — zażartowała, śmiejąc się cicho, choć perliście. — Która by nie marzyła mieszkać w takim pałacu? Żyjesz tu jak księżniczka.
Wyjrzawszy przez okno, nie zobaczyła nic nadzwyczajnego: zaczynało kropić, co tylko podsycało ponurość pogody. Na szczęście wesoło trzaskający kominek znakomicie sobie z tym radził.
— Ten dom należy do ciebie? Czy to twojego narzeczonego? — spytała z ciekawością. Może nie powinna, zwłaszcza że to dość wścibskie, lecz nie mogła się powstrzymać. — Jest naprawdę przepiękny, nie mogę się na niego napatrzeć! Możesz opowiedzieć mi o nim coś więcej? I oprowadzić może później, jakbyś mogła — zaryzykowała, zdając sobie sprawę, że jak na nią, to przeogromna śmiałość. — Przepraszam — rzekła nagle, przestraszona, że może rzeczywiście brzmiała zbyt bezczelnie. — Nie chciałam być wścibska, jestem po prostu... zachwycona tym, jak to wygląda! Kto tu jeszcze mieszka? Mówiłaś o ludziach, których traktujesz jak rodzina: oni tu mieszkają, czy jesteście tu tylko we dwoje? Jak na tak wielkie zamczysko to mielibyście tu sami tak wiele przestrzeni...
Chciała wiedzieć wszystko o tym budynku, wiedząc, że jeszcze długo będzie o nim myśleć. Był przepiękny i nigdy nie sądziła, że dane jej będzie ujrzeć takie cudo, już nie mówiąc o tym, że będzie w nim pić herbatę.
— Twój narzeczony jest w pracy? — zagaiła uprzejmie, zastanawiając się, czy dane będzie jej go poznać.
Nie chciała się tego przyznać, ale dla Nergui ważnym było spotkanie jakiegoś Mongoła. Fakt, że narzeczony Arii podobno nie miał miłych wspomnień ze swoim krajem, ale Nergui była pewna, że nawet mimo to gnieździło się w nim wiele pozytywnych wspomnieć z domowego środowiska, o którym mógłby porozmawiać z Nergui.
— Pytałaś, co się stało, że ostatnio jestem taka zadowolona — odezwała się w końcu dość cicho, choć z coraz śmielej powiększającym się uśmiechem. — Ogólnie nie mówię o tym i... I w zasadzie mi tego zabroniono... Ale czuję, że mogę ci zaufać — wyznała szczerze z sercem przełyku, nie mając pojęcia, jak Aria na to zareaguje. — Mówię ci to w wielkiej tajemnicy, ale... mówiłam ci, że nie przepadam za wampiryzmem. To... — Nergui zawahała się na moment. — To nie do końca prawda. Bo widzisz... prawda jest taka, że... Że ja... Ja nienawidzę bycia wampirem.
Westchnęła, w nerwach zauważając, że nawet mówienie o tym sprawiało jej jakiegoś rodzaju trudność. Całość była niczym tabu, które Nergui bała się poruszać. Co więcej, wyjawienie swoich wątpliwości wcale nie powodowało żadnej ulgi. Nie opowiadałaby więc o tym Arii, gdyby nie fakt, że właśnie to, co sprawiało jej tyle trudności i niechęci, miało się niebawem skończyć. Nergui nie miała nikogo, z kim mogłaby dzielić swoją radość, dlatego tym bardziej doceniała bliską znajomość z Arią.
— Mówiłam ci, że kiedyś zostałam napadnięta i w ten sposób przemieniona — wyjaśniła cicho. — To było jak gwałt. Po wszystkim miałam szczęście, że znalazły mnie inne wampiry i się mną zaopiekowały, ale… — Tu zamilkła na moment, wiedząc, że musiała ukryć ogromny fragment swojej historii — ale nigdy nie chciałam pozostać… taka. Długo szukałam sposobu na odmianę. Wiem, że najprościej jest stworzyć wywar na bazie krwi Stwórcy, ale w moim przypadku to niemożliwe, bo zwyczajnie nie wiem, kim on jest. Znalezienie innego sposobu wcale nie było proste, zajęło mi to mnóstwo czasu, ale… — Nergui uśmiechnęła się szerzej — chyba wreszcie znalazłam!
Nergui obawiała się odrobinę, że Aria, jako zakorzeniona wampirzyca, nie uzna takiego podejścia i będzie starała się ją odwieść od tego pomysłu. Mimo to miała nadzieję, że uzyska zrozumienie — a nawet jeśli nie, nie zmieni decyzji.
— Podobno istnieją pewne eksperymentalne badania — tłumaczyła z istną ekscytacją — które mogą, hm, „usunąć” ze mnie wampiryzm. Nie znam się na tym dokładnie, w zasadzie niewiele wyjaśnili — bąknęła niepewnie. — Ale nawet jeśli, to nieważne! — zaćwierkała z niespotykaną u siebie pewnością. — Widzisz, ja... Ja nie mam nic do stracenia. Cokolwiek się stanie, chcę zaryzykować. Może to niemądre, ryzykowne, ale trudno. Zależy mi tylko na tym — wyjaśniła niemal błagalnie. — Szukałam ich tam długo... Przyjechałam tu do Anglii specjalnie po to, by odnaleźć tego doktora. Niestety na miejscu się dowiedziałam, że doktor Blome został zamordowany — dodała z żalem — ale jego badania są nadal kontynuowane i...
Urwała nagle, spoglądając na Arię. Nergui nie miała pojęcia, co się zmieniło, ale sądząc po jej nagłej bladości i jawnym przerażeniu, musiało zmienić się wszystko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz