NERGUI
Tak jak się tego spodziewała, rozmowa przebiegała bardzo miło i gładko. Wprawdzie Nergui nie umiała zlikwidować typowego dla siebie stresowania
się wszystkimi i wszystkim dookoła, lecz do Arii przyzwyczajała się szybciej
niż do innych poznanych dotąd ludzi. Tym bardziej, że z innymi nie miała tak
dobrego i bliskiego kontaktu. Aria Vasco z jakiegoś nieznanego jej powodu
postanowiła podać jej pomocną dłoń, ofiarować jakże bezcenne towarzystwo,
wsparcie i zrozumienie. Nergui już od bardzo dawna nie czuła się tak doceniana
i, co ważniejsze, słuchana. To wszystko sprawiało, że wampirzyca choć na
moment czuła cudowną lekkość.
Ta zaraz zniknęła, gdy Aria zaproponowała jej pracę. Nergui
spłoszyła się nieco, na dłuższą chwilę milknąc. Naprawdę nie wiedziała, jak zareagować,
choć w głębi siebie miała ochotę tak po prostu rozpłakać się w wyrazie wdzięczności.
— Ja… Boże… naprawdę? — wydusiła, zachwycona, wzruszona i
przejęta.
Przez to, jak wiele pieniędzy wydała na badania mające wyleczyć
ją z wampiryzmu, na utrzymanie nie miała wiele. Wprawdzie w każdej chwili mogła
się zgłosić o pomoc do swojej opiekunki, ale Nergui nie chciała jej w taki sposób
wykorzystać. Wolała sama zarabiać, lecz w tej chwili nie miała na to czasu — teraz,
gdy była już tak blisko swojego celu, musiała wszystko dopiąć na ostatni guzik.
Lecz każdy zastrzyk gotówki był jej potrzebny, a tak szczodra oferta ze strony
Arii była jak dar wprost z niebios.
— Bardzo chętnie! — zaćwierkała, wciąż będąc w radosnym szoku. — Będę szczęśliwa, jeśli będę mogła ci choć trochę pomóc! Boże, dziękuję! — ćwierkała z jawnym zachwytem. — Tak bardzo ci dziękuję! Boże! Jak ja się cieszę! Pomogę ci jak tylko mogę! Jestem na twoje zawołanie!
Ekscytowała ją myśl o podjęciu pracy, zwłaszcza że będzie miała
nad sobą kogoś, kto znał jej język. Co więcej, pracując w muzeum, zapewne wchłonie
sporo wiedzy, a przespawszy ponad czterysta lat, była ciekawa i głodna świata.
Jednak wciąż pozostawało jedno pytanie, które bardzo ją
nurtowało. Co więcej, im więcej Aria mówiła, tym bardziej Nergui ta kwestia
ciekawiła.
— Dlaczego właściwie mi pomagasz? — spytała, by po chwili przestraszyć się, że to pytanie brzmiało tak bezpośrednio, że aż niegrzecznie. — Przepraszam — wybąkała — po prostu… to chyba rzadkie… w tych czasach… żeby ktoś pomagał tak bezinteresownie. To znaczy, ja cię nie oskarżam! — zawołała panicznie, obawiając się, że Aria mogła to źle zinterpretować. — Po prostu... Ja… ja bardzo to doceniam, naprawdę — przyrzekła — i niezwykle mnie to wzrusza. Bardzo chciałabym ci się kiedyś odwdzięczyć, choć niestety nie bardzo mam jak — dokończyła niemal ze łzami.
I oto raz jeszcze poczuła się tak nic nieznacząca, tak nijaka i bezwartościowa. Nic nie mogła, niczego nie potrafiła. Była jedynie zdolna do wzbudzania litości i przyjmowania równie litościwej pomocy, sama zaś nie mogąc ofiarować absolutnie nic, bo i nic nie miała. To wszystko sprawiało, że nienawidziła siebie samej i potwornie bała się przyszłości, wierząc, że ta będzie jeszcze gorsza, niż Nergui była sobie w stanie w ogóle wyobrazić.
Mimo to wampirzyca nie chciała się pogrążać w swoich ponurych myślach — a przynajmniej jeszcze nie teraz, gdy przebywała w tak miłym towarzystwie. Pomocą były opowieści o zbliżającym się ślubie, o którym Nergui słuchała z zachwytem, jako że sama tak bardzo marzyła o tym, by kiedyś stanąć przed ołtarzem.
Jednak, jak to już bywało w życiu Nergui, po każdej jednej miłej chwili nadchodziło kilka tragicznych. W tym zaś wypadku wystarczyło jedno zdanie. Tylko jedno.
— Przepraszam, jestem chyba jedną z tych irytujących panien
młodych. Chodzi o to, że ja i Athan, cóż... Nie było między nami kolorowo i…
Nergui poczuła, jak jej policzki momentalnie zaczynają
płonąć intensywną czerwienią. Serce zaś wpierw stanęło, by następnie wznowić
swój bieg w iście szaleńczym tempie. W tamtym momencie nie słyszała już tego,
co mówiła do niej Aria; głuchy pisk rozlał się w jej uszach, a oczy na moment
przysłoniła dziwna mgła, która po tym, jak się rozpierzchła, zostawiła za sobą
wrażenie, jakby Nergui płynęła przez jakiś stresujący, pełen napiętej ciszy
sen. Spłoszona, rozejrzała się panicznie dookoła, próbując się z tego koszmaru
wybudzić i znaleźć jakiś dowód na to, że nic się nie stało, że nic się nie
zmieniło. Że jego nigdzie nie było. Panicznie rozglądała się dookoła,
jakby w obawie, że ujrzy go za rogiem. Nie ujrzała, ale to wcale jej nie
uspokoiło. Z wciąż mocno bijącym sercem błyskawicznie zerknęła na Arię, lecz ta
na szczęście cały czas trajkotała o ślubie i o tym, jak stawała się tą stereotypową,
znerwicowaną przyszłą panną młodą. Najwyraźniej nie zauważyła dziwnego
zachowania Nergui, a nawet jeśli, to umiejętnie to ukryła. Dlatego i ona musiała
to ukryć: czym prędzej chwyciła kubek z chłodnym już latte, by choć na chwilę ukryć
swoją rozemocjonowaną, cały czas rumianą twarz. Ta prymitywna maskarada i tak
nic nie dała, ale Nergui nie chciała dać po sobie poznać, że znowu wpadła w
panikę. Nie znosiła, gdy się nad nią litowano, choć w gruncie rzeczy tylko na
to zasługiwała.
— Powinnaś przyjść i sama zobaczyć, jak to wszystko będzie
wyglądało w ten dzień.
Nergui drgnęła, przestraszona faktem, że zgubiła wątek i nie
miała pojęcia, o jakim dniu mówiła Aria. Na szczęście sprawa wyjaśniła się
chwilę później, gdy jej nowa znajoma rozszerzyła zagadnienie — i to na tyle, że
Nergui dosłownie zamurowało. Wpatrując się tępo w Arię, zupełnie nie wiedziała,
co zrobić ani co powiedzieć. Wpierw, co oczywiste, pomyślała sobie, że nowa
koleżanka się z niej naigrywała. Znalazła gdzieś na ulicy samotną byle sierotę
i postanowiła zakłuć ją w oczy swoją radością, której przecież Nergui nigdy nie
dosięgnie. Jednak była to teza dość mało prawdopodobna, zwłaszcza że Aria
sprawiała wrażenie niezwykle dobrotliwej i czułej na krzywdy innych. Zapewne
nie posunęłaby się do tak ogromnej podłości, ale… w takim razie dlaczego mówiła
coś o jakimś zaproszeniu?
Ona chyba nie… O Boże, jęknęła w myślach, zupełnie
przerażona wnioskami, do jakich doszła.
— Ekhm… — wydukała, nieco zażenowana i onieśmielona.
Stresowała ją nie tylko sama prośba, ale przede wszystkim myśl, że należało jej
odmówić. — To… to bardzo miłe z twojej strony, naprawdę, a-ale… nie.
Nie chciała, żeby to zabrzmiało niegrzecznie, lecz Nergui
włożyła ogrom trudu w ten rzadki jak na nią przejaw asertywności. Wampirzyca
była wręcz z siebie dumna, że zdołała odmówić mimo swojej typowej paniki na
myśl o tym, że mogłaby kogoś urazić. Nienawidziła sprawiać przykrości innym i
potem się z tej przykrości tłumaczyć. Jednak teraz musiała stawić czoła
kolejnemu wyzwaniu: wytłumaczeniu Arii, dlaczego nie będzie mogła pojawić się
na ślubie. Mimo że by chciała.
— To jest zły pomysł — odparła cicho, kręcąc głową. — W tym
dniu powinniście być otoczeni najbliższymi, a ja jestem obca. Obie strony
czułyby się z tym źle: mnie byłoby nieswojo, znając tam tylko ciebie, a gościom
byłoby dziwnie, bo nikt by mnie nie kojarzył. Poza tym, twój narzeczony pewnie nic
o tym nie wie, a nie chcę, by był z tego powodu na ciebie zły. Ja ci bardzo dziękuję
za tę propozycję, naprawdę! — zawołała niemal błagalnie, w wielkiej obawie, że
Aria pogniewa się na nią za tę odmowę. — Ale znamy się od niedawna, a ty tak
wiele dla mnie już zrobiłaś… Dałaś towarzystwo, a nawet pracę… Tak jak z tobą
nie rozmawiałam z nikim od lat! To dla mnie znaczy dużo więcej niż możesz sobie
wyobrazić.
Po chwili westchnęła ze zrezygnowaniem, jak zwykle zalana wątpliwościami.
Ot, taka właśnie była: jednym wielkim kłębkiem nerwów, wahania i wątpliwości.
Ale nie miała już dłużej sił zaduszania w sobie wszystkiego, co czuła.
Zwłaszcza że wreszcie miała z kim porozmawiać.
A ona naprawdę chciałaby pójść na ten cholerny ślub!
— Ja tu raczej nie zostanę długo — tłumaczyła cierpliwie,
mając szczerą nadzieję, że Aria naprawdę to wszystko zrozumie i nie będzie się
na nią gniewać — więc pewnie w czerwcu mnie tu nie będzie. A-ale… ale gdybyśmy…
hm…
Jakże głupio było jej o tym mówić! Jakże niepewnie się
czuła, gdy starała się choćby pomyśleć o tym, że w przyszłości mogłoby się jej
zdarzyć coś dobrego! Zwyczajnie w to nie wierzyła, poza tym obsesyjnie się
bała, że zbyt śmiałe marzenia o szczęściu ześlą na nią jeszcze więcej nieszczęścia.
Nie chciała niczego zapeszać.
— Gdybyśmy — dukała cicho, spuszczając wzrok — do tego czasu
utrzymywały kontakt… chociaż pewnie nie — wybąkała z dogłębnym smutkiem — bo
nie ma we mnie niczego interesującego… ale gdyby jednak — próbowała dalej, wciąż
nie będąc w stanie wykrzesać ani odrobiny swojego dawno zaginionego optymizmu —
to… to wtedy… chciałabym być chociaż na ślubie. Nie na weselu — zaznaczyła
pospiesznie i niemal lękliwie — ale… tak na ślubie… Tylko żeby zobaczyć, jak
jesteś szczęśliwa, jak spełniasz swoje marzenie… To byłoby dla mnie… hm, sama
nie wiem — zaśmiała się cicho, znowu zażenowana swoją nieporadnością. — Nie
wiem, ważne. Piękne. I byłabyś szczęśliwa za nas dwie. Bo ja już nie będę. A
jak się rezygnuje z własnego szczęścia, bardzo łatwo cieszyć się z cudzego,
wiesz? Człowiek nie ma już w sobie żadnej zawiści ani żalu i postrzega tylko
jasne strony. Oczywiście o ile tylko patrzy dookoła — doprecyzowała smutno — a
nie wgłąb siebie.
Gdy na moment zamilkła, Nergui dopiero zaczynała zdawać sprawę,
że najprawdopodobniej Aria nic nie zrozumiała. Bo oto Nergui najpierw
powiedziała, że nie chce przyjąć zaproszenia, o czym zasugerowała, że w sumie to
jednak by chciała. Idiotka!, skrzyczała się w myślach, mając ochotę
zapłakać nad swoją żałością. Była taka słaba! Tak nieporadna, tak nieistotna,
zapomniana i żałosna. Była nikim, bo i nie miała nikogo. A przecież człowiek
właśnie wtedy umiera — gdy wszyscy o nim zapomną. A o niej nie pamiętał już
nikt.
Więc w gruncie rzeczy osiągnęła to, o czym marzyła od lat. Była
martwa.
Z tych ponurych myśli wybudził ją równie ponury glos Arii,
która powiedziała coś, co bardzo Nergui zaskoczyło i natychmiast wzbudziło w
niej całe pokłady współczucia. Dlatego z tym większym wzruszeniem ścisnęła dłoń
Arii, myśląc sobie, że przecież nikomu nie życzyła takiego losu, z jakim sama
się zmagała, a tymczasem jej towarzyszka sugerowała właśnie coś podobnego.
— Hm, spokoju we mnie nie ma żadnego — sprostowała ze
smutnym uśmiechem. — To tylko rezygnacja. Ale… — Nergui zawahała się, nie
wiedząc, czy wolno jej było poruszać ten temat. — Oczywiście jeśli nie chcesz o
tym mówić, to zamilknę, ale… co się takiego działo, że byłaś tak samotna i zagubiona?
I jak sobie z tym poradziłaś? To w ogóle możliwie?
Nawet nie starała się ukrywać, że tym pytaniem szukała dla
siebie resztek nadziei. I niespodziewanie naszła ją myśl tak straszna, że
Nergui natychmiast zaczęła się jej wstydzić. Przez moment bowiem pomyślała, że chciałaby,
aby Arię w przeszłości spotkała jakaś wielka tragedia. Bo jeśli tak było, to znakomicie
się z niej wygrzebała i stanęła na prostych nogach. A przecież skoro ona to
potrafiła, to może i Nergui kiedyś mogła być do tego zdolna. Naprawdę chciała w
to wierzyć.
Zachichotała cicho na wspomnienie o absztyfikantach, rada z tego, że Arii po raz kolejny udało się wyciągnąć ją z tego ciemnego, mrocznego lasu jej równie ponurych wspomnień, myśli i obaw.
— Nie są to jakieś nadzwyczajne historie — rzekła z uśmiechem.
— Kiedyś, za młodu, moim znakiem rozpoznawczym były dwa długie, grube warkocze.
Teraz nie mam ich tak długich — mruknęła z udawanym smutkiem, przyglądając się
swoim prostym, czarnym włosom sięgającym nieco poza łopatki — ale kiedyś robiły
wrażenie. A ja, mały, kolorowy motyl, lubiłam tańczyć. Uwielbiałam to! — zawołała
z istną pasją. — Bywało, że tańczyłam nawet jak szłam ulicami, a widząc
spojrzenia innych, zwłaszcza młodych mężczyzn — Nergui puściła Arii oczko — po
prostu wybuchałam śmiechem, wodząc za nimi wzrokiem. I te moje warkocze tak pływały
w powietrzu, jak tańczyłam — westchnęła z nostalgią. — I dzięki nim tańczyłam też
z tymi wodzącymi za mną mężczyznami. Lubiłam wzbudzać zainteresowanie. Lubiłam
ich w sobie rozkochiwać i potem z uśmiechem oznajmiać, że nie są dla mnie
odpowiedni. Lubiłam ich poniżać i uświadamiać, że jednak nie mogą mieć każdej
panny, jaka im się tylko zamarzy. Wiem, że dużo ryzykowałam – w tamtych czasach…
Wtem Nergui nagle urwała, zdając sobie sprawę, że o mało co
nie strzeliłaby ogromnej gafy. Już miała bowiem powiedzieć, że w tamtych
czasach zbyt zuchwale kobiety prędzej czy później kończyły zgwałcone i
ostatecznie zostawały stłamszonymi żonami i matkami, lecz ten opis przecież nie
pasował już do obecnych czasów. Aria mogłaby się zorientować, że kłamała,
dlatego musiała wymyślić coś innego.
— W tamtych czasach jeszcze nie było takiego pojęcia o
prawach kobiet jak dziś — tłumaczyła, z trudem udając, że wszystko było w
porządku i starając się wrócić na stare tory — więc to moje cwaniactwo mogło
się wielokrotnie źle skończyć…
I skończyło.
— …ale jakimś cudem nie skończyło — skłamała gładko, niemal
siłą przyklejając na usta uśmiech. — Można powiedzieć, że korzystałam z
młodości jak mogłam — dodała, chichocząc cicho, choć odrobinę sztucznie.
Nagle zbladła, zdając sobie sprawę, że być może właśnie
popisała się ogromnym nietaktem. Wszystko przez fakt, że Nergui z takim
zachwytem opowiadała o czymś, czego Aria przez swoją chorobę nigdy nie zaznała.
— Przepraszam — wydusiła słabo. — Nie chciałam, byś poczuła
się źle z tym co mówię. Nie chciałam cię zasmucić.
Naprawdę miała nadzieję, że nie popełniła jakiegoś ogromnego
błędu swoim gadulstwem. To jedno jej zostało z tamtej żywotnej dziewczyny,
którą była kiedyś. Nawet warkocze nie przetrwały, śmiech ugrzązł w gardle, a
błyski w oczach zgasły. Tylko ta pasja opowieści w niej została — i to
wyłącznie w momencie, w którym się zapominała.
I tak na moment przypominała sobie, jak to jest żyć.
— Lepiej zmienić temat — mruknęła, po raz kolejny tego dnia
mocno zażenowana. — Masz jeszcze jakąś rodzinę? Albo twój przyszły mąż? Czy
jesteście tylko we dwoje? Ja kiedyś marzyłam o dużej rodzinie — przyznała — ale
sama byłam jedynaczką, moi rodzice młodo zmarli, a potem zostałam tylko z
babką, więc sama wielu bliskich nie miałam. Zawsze strasznie chciałam mieć
siostrę — rzekła z rozrzewniającym uśmiechem. — Pamiętam, że jak byłam mała,
dużo starsza ode mnie dziewczyna podarowała mi kiedyś swoją starą kukiełkę. To
była słomiana laleczka odziana w jakieś szmaty, nic więcej, ale byłam
zachwycona. Pamiętam, że chodziłam z nią po całej osadzie i każdemu
przedstawiałam jako swoją siostrzyczkę. Teraz kojarzę, że wszyscy dziwnie na
mnie patrzyli albo się śmiali, ale mnie to nie przeszkadzało. Szkoda, że nie
pamiętam, czy nadałam jej imię — przyznała, śmiejąc się krótko. — To dość
okrutne, nie pamiętać imienia swojej siostry, nie uważasz?
Nie mogła uwierzyć, jak dobrze rozmawiało się jej z Arią.
Dzięki niej wiele obaw na moment uciekało, chowało się za zasłoną niepamięci
albo wręcz całkowicie znikało, zastąpione niecodziennym jak dotąd spokojem i
lekką, nieśmiało kłującą w serce radością. Jakże wspaniale było odłożyć choć na
chwilę wór pełen niepowodzeń i cierpień, jakże miło było choć na moment odpocząć
od tego ciężaru. A Aria, ze swoim niepoprawnym optymizmem i zaraźliwą energią
była najlepszym opiekunem i osłonką przed złem, które tak Nergui kusiło i za
nią podążało. I właśnie dlatego naprawdę by chciała zostać w Norwich dłużej —
choćby dlatego, że wreszcie znalazła tu kogoś, kto być może kiedyś stałby się jej
bliski. Kto już w pewnym sensie stał się jej bliski. Jednak priorytety
wciąż miała inne. Wciąż przecież chodziło o jedną rzecz, o tę jedną najważniejszą.
Jakimże przedziwnym paradoksem był fakt, że jedynym, co trzymało
ją przy życiu, była śmierć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz