ATHANASIUS
Czy Aria uspokoiła go swoimi wyjaśnieniami? Nie, ani trochę.
Nawet mimo tego, że zaczynał rozumieć jej punkt widzenia, a argumenty, które mu
podawała, brzmiały logicznie i faktycznie do siebie pasowały. Zwłaszcza
fragment o jej rodzinie go poruszył, tym bardziej, że na samym początku ich
wspólnej przygody był to dość drażliwy temat. Athan umyślnie nie poruszał go
przy dopiero co przemienionej Arii, aby nie rozbudzać w niej starych wspomnień i
aby nie dawać żadnych nadziei na to, że jeszcze ich kiedyś spotka. Athanasius
nie wykluczał tego w późniejszych latach, gdy jego wychowanka już opanuje
wampiryzm i zacznie panować nad sobą na tyle, by nie zagrozić swoim bliskim.
Nie wiedział jednak, jak James Vasco wyjaśnił zniknięcie córki żonie — a może
wcale tego nie wyjaśnił? Może uznali ją za zmarłą, pochowali z pustym grobie, przełknęli po niej żałobę, a potem zaczęli żyć dalej, upychając Arię gdzieś
głęboko w swoich miłych, lecz odległych wspomnieniach? Świadomość, że
najbliższa rodzina o tobie nie pamięta, musiała być bolesna, dlatego wcale się
nie dziwił, że Arię to ubodło. Choć mocno się dziwił, że ubodło akurat teraz. I
to przez jakąś byle wampirzycę.
Kimkolwiek więc była ta Nergui, już jej nie lubił.
— Nigdy nie miałaś ich gdzieś — wyjaśnił ze spokojem, mocno
ją do siebie tuląc. — Oboje wiemy, dlaczego odseparowałaś się od rodziny – aby
ich chronić. Te początki były najtrudniejsze, ale, jakkolwiek brutalnie by to
nie brzmiało, z czasem oboje nauczyliście się żyć bez siebie. Twoi rodzice… —
Athan zawahał się na moment. — Aria, oni wiedzieli, że twoje dni są policzone.
Przygotowali się na to. A jednak rzutem na taśmę twój ojciec znalazł sposób, by
cię uratować. Wiedział, że to oznacza rozstanie, ale był gotów to poświęcić, byle
byś tylko żyła. I jestem w stanie to poświęcenie całkowicie zrozumieć — zapewnił.
— Twoja rodzina wiedziała, że gdziekolwiek jesteś, jesteś bezpieczna i zaufaj
mi, to ogromnie dużo. Dlatego nie powinnaś się obwiniać o brak kontaktu z nimi.
Gdybyś po wielu latach nagle się u nich pojawiła, to mogłoby otworzyć stare
rany, a to nigdy nie jest dobre, bo takie wtedy zaczynają ropieć i goją się
jeszcze dłużej. Wiem, że za nimi tęsknisz — wyjaśnił cicho — ale nie masz
żadnego powodu, by się obwiniać. Bo wciąż ich kochasz i cały czas o nich pamiętasz.
A to bardzo wiele. Najwięcej, ile możesz im dać.
Naprawdę miał nadzieję, że choć odrobinę pocieszy tym Arię, tym
bardziej, jeśli rzeczywiście to był główny powód złego nastroju ukochanej.
Gorzej, jeśli to była tylko jakaś zasłona dymna albo tylko jedna z kilku przyczyn.
— Całkowicie też rozumiem tęsknotę za Elijahem — westchnął
ze smutkiem. — Pewnie wiesz, jak to jest, ale czasami tak nagle do mnie dociera,
że już go z nami nie ma. Zwłaszcza teraz, kiedy za nieco ponad tydzień wybije
rocznica jego śmierci. Ja nie myślałem o ślubie tak śmiało jak ty — rzekł z
lekkim uśmiechem — ale byłem pewien, że gdyby nawet kiedyś miało do niego dojść,
Elijah był jego obowiązkowym elementem. Nawet nie jestem w stanie objąć
wyobraźnią, jak wiele mu zawdzięczam i jak wielki miał udział w tym, kim staram
się być dzisiaj.
Kiedy Aria mu zarzuciła, że był na nią zły, westchnął i
zmarszczył brwi, zastanawiając się, jak i dlaczego ta rozmowa się tak nie
układała. Ostatecznie uznał, że to przez to, że jego luba chciała mu się wyżalić,
a on zamiast ją wesprzeć, zwyczajnie jej nie rozumiał — po czym sam sobie
dopowiadał resztę, która wzbudzała w nim ogromny strach.
— Aria, tu nie chodzi o to, że mam do ciebie jakieś pretensje
albo że nie masz prawa mieć kiepskiego nastroju — wyjaśnił cierpliwie, uznając,
że najlepiej będzie postawić wszystko na jedną kartę i wytłumaczyć wszystkie swoje obawy – nawet jeśli Aria powinna je znać. — Po prostu… kiedy mówisz, że czujesz
się dziwnie z takim spokojem i masz wrażenie, że coś jest nie tak, panicznie się
boję, że to znowu ja popełniłem gdzieś błąd. Boję się — tłumaczył dosadnie — że
nasz związek cię rozczarował, że oczekiwałaś czegoś innego… czegoś więcej. To
irracjonalne obawy i na ogół sobie z nimi radzę — dodał — ale podczas takich
rozmów jak ta zaczynam panikować. Zresztą, oboje panikujemy — mruknął, słysząc fragment
o jego odejściu. — Chyba jest nam aż tak dobrze, że aż tak się boimy tego
stracić. A może to właśnie o to chodzi? — spytał, spoglądając na nią z uwagą. —
Może właśnie o to? Póki nie byliśmy razem, nie mieliśmy w zasadzie nic. A nie
mając niczego do stracenia, niczego nie żałowaliśmy i niczego się nie baliśmy.
Bo źle lub choćby neutralnie już było, to znaliśmy i do tego przywykliśmy. Ale
nagle zaczęło się robić bardzo dobrze. Nagle mamy siebie i myśl o tym, że ta
bańka może kiedyś pęknąć, jest przerażająca. Ja też się tego boję i to bardzo —
przyznał. — Chyba już zawsze będę się bał, zwłaszcza że gdy dzieje się między
nami źle, dzieje się tak zwykle przeze mnie. Ale tym bardziej wolę o tym nie myśleć.
Po co martwić się na zapas? — spytał retorycznie. — Jeśli boimy się, że będzie źle,
w końcu wywołamy licho z lasu. Jeśli będziemy tak panikować, to nie zostanie
nam nic, tylko ze sobą zerwać, żeby mieć to kojące poczucie, że „uff, nie mamy
już nic do stracenia, więc nie ma się czym martwić”. A chyba nie o to chodzi,
prawda? — spytał, puszczając jej oczko i uśmiechając się nieco szerzej. — Ale
rozumiem… teraz rozumiem, że ta rozmowa z tamtą wampirzycą, myśl o rodzicach i
Elijahu mogła cię zdołować. Pozostaje mi mieć nadzieję, że jak najszybciej ci
to minie.
Na szczęście potem szło już tylko lepiej — po stwierdzeniu,
że przygarnięcie psa lub kota wcale nie było takim najgorszym pomysłem,
przeszli do jeszcze przyjemniejszej części. Okazało się bowiem, że wbrew jego
początkowym obawom, Arii bardzo się podobała propozycja wspólnej kąpieli.
Słysząc o nowej, koronkowej bieliźnie Athan udał zainteresowanie, choć w tamtym
czasie dużo bardziej wolał ujrzeć Arię nago, a jakieś koronki i inne materiały
mogły mu w tym jedynie przeszkadzać. Gdy więc go zaatakowała, niespodziewanie
wbijając w jego szyję swoje kły, natychmiast odpowiedział pięknym za nadobne, błyskawicznym, gwałtownym ruchem przygarniając ją do siebie i bez wahania czy wręcz czułości, zatapiając kły w jej szyi. Nie
zrobił tego zbyt delikatnie — wgryzając się w skórę, niemal szarpał to miejsce
niczym wygłodniałe, dzikie zwierzę. Rana miała się niedługo sklepić, Aria zaś
nie czuła z tego powodu zbytniego bólu — a sądząc po jej coraz cięższym oddechu i cichych pojękiwaniach, cokolwiek właśnie czuła, zaczynało się jej
podobać. Dlatego poszerzał ranę, dlatego nie był delikatny, a gwałtowny i porywczy.
Gdy wbijał się kłami z drugiej strony, jego dłonie już wędrowały po jej brzuchu
i piersiach, zdzierając górną część garderoby. Rozgrzany, podniecony i gotowy,
oderwał się od Arii tylko na chwilę, aby spojrzeć na nią z istnym głodem w
oczach, napawając się widokiem jej nagości zmieszanej z krwią. Namiętnie
obcałowując jej skórę, co jakiś czas zahaczał o krwawiące miejsca, a gdy zaczynały
się zrastać, na nowo je poprawiał — lubił, gdy krew gęstym strumieniem wypływała
z rany; lubił, gdy obcałowując ranę smakował tej krwi, a potem, wraz z wędrowaniem
wargami po jej ciele, znaczył tę podróż czerwonymi smugami.
Mętnie i tylko na moment zdał sobie sprawę, że znajdowali się
w salonie, gdy coś gdzieś zaszeleściło. W każdej chwili ktoś mógł tam wejść i
choć Athan w tamtym czasie zupełnie o to nie dbał, nadludzką siłą woli oderwał
się od Arii, lecz tylko na chwilę: wstając, podniósł ją i gorąco pocałował, mocno
przyciskając do siebie i łapczywie chwytając za jej pośladki, pozwalając, by Aria oplotła jego biodra nogami. Nie przerywając
pieszczot, powoli kierował się w stronę schodów, by ostatecznie dotrzeć do
łazienki. Tam, wedle swoich niedawnych obietnic, mieli dokończyć resztę, tym samym
przestając myśleć o wszystkich głupich, niedotyczących ich wówczas
zmartwieniach.
— To prawda, Kurt Blome nie żyje. Nie wiem, kto go zabił,
ale nie sądzę, by to miało większe znaczenie.
Nergui wierciła się w siedzeniu, coraz silniej zaniepokojona
i zżerana przez narastające wątpliwości. Wystrój lokalu, który wybrano na miejsce
spotkania, nie pomagał: zimny, ponury pub zlokalizowany w piwnicy budynku,
który w pozostałej części służył za pocztę, sprawiał wrażenie lochów rodem z
horroru. Siedzący naprzeciwko niej łysiejący z wolna mężczyzna o szerokiej,
pomarszczonej twarzy, szarych, obojętnych oczach i orlim nosie, nie wyglądał na
specjalnie poruszonego jej wyraźnym lękiem. Być może przywykł już zarówno do
tego miejsca, jak i do rozmów z takimi głupimi gęsiami jak ona.
— Zwykle pracował w Londynie, tak? — dopytała cicho. — To
tam nad wszystkim tym pracował?
— Teoretycznie tak — przyznał wyraźnie znudzonym tonem — ale
tu też miał trochę roboty. Tak naprawdę nasi ludzie są rozsiani po całej
Anglii, więc obojętne, gdzie się zgłosisz. Więc to też nieważne. Pieniądze
masz?
—Tak — odparła natychmiast, przysuwając w jego stronę całkiem
grubą, białą kopertę. Te pieniądze zbierała od wielu lat, będąc świadoma, że jeśli
już znajdzie sposób na przemianę, zapewne będzie ją to słono kosztować. I
faktycznie, kosztowało. Mężczyzna po drugiej stronie chwycił kopertę i bez
słowa schował w zewnętrznej kieszeni marynarki, najwyraźniej w ogóle się nie przejmując
jej zawartością. — Nie przeliczysz? — spytała, nie kryjąc swojego zdziwienia.
— Wierzę ci na słowo — burknął. — Dalej. Jest ktoś, kto by
cię szukał?
— Nie, jestem zupełnie sama.
— Na pewno nikogo? Żadnej rodziny, przyjaciół, psa?
— Jestem zupełnie sama — powtórzyła z przewiercającym jej
serce smutkiem.
Jej towarzysz pokiwał głową, po czym schylił się, wyjmując
coś z torby. W przeciwieństwie do Nergui, w ogóle nie wyglądał na przejętego ta
rozmową, podczas gdy ona cała się trzęsła.
— Tu masz kontrakt, podpisz — fuknął, podsuwając jej plik
kartek i długopis. — Tego jest trzynaście stron, to nie wiem, czy chce ci się
to czytać. Chodzi o to — tłumaczył ze znudzeniem — że będziesz poddawana
eksperymentalnym badaniom, że ewentualne niepożądane skutki bierzesz na siebie.
No i że to wszystko to ścisła tajemnica i jak ktoś się o tym dowie, to koszta są
wysokie. Tak samo, jak się nagle wycofasz. Po podpisie jesteś w gruncie rzeczy nasza
— wyjaśnił z dobitną szczerością — i będziesz nasza już do końca. Tak, to
kontrakt dożywotni — rzekł, widząc zaskoczenie Nergui. — Jak cię wyleczymy,
jesteś wolna, ale klauzula milczenia nadal obowiązuje. Ktoś się o nas dowie i
zacznie przeszkadzać: jesteś pierwszym podejrzanym.
— I co wtedy? — zaryzykowała się spytać, czując się coraz mniej
pewnie w towarzystwie tego faceta.
— Różnie — mruknął, obojętnie wzruszając ramionami. — Ale kary
są zwykle wysokie. Stać cię na nie?
— Nie — wybąkała cicho.
— No właśnie. Umowa jest prosta: my cię po cichu leczymy, a
ty po cichu dziękujesz i po cichu odchodzisz. I o nas zapominasz. Jasne?
Nergui pokiwała głową, czując, że drży coraz bardziej.
— To tylko wstępne rozmowy — uprzedził, wstając. — Jeszcze
się do ciebie odezwiemy. Czekaj na znak i pamiętaj, żeby milczeć.
Z tymi słowy minął stolik, przy którym wciąż siedziała Nergui,
po czym wyszedł z lokalu, zostawiając wampirzycę zupełnie samą. A ona jeszcze długo nie mogła się ruszyć, nie będąc pewna, czy oby na pewno właśnie podjęła najlepszą decyzję w swoim życiu. Z taką myślą wchodziła do tego baru i z taką samą zamierzała wyjść, lecz...
Czyżby coś poszło nie tak? Co uległo zmianie? Nergui nie wiedziała, ale coś musiało. Musiała, bo wcale nie czuła ulgi, tak jak się tego spodziewała.
Nie czuła ulgi. Ona się bała.
Sama nie pamiętała, jak dotarła do małej, przytulnej
kawiarenki, w której umówiona była z Arią Vasco. Tym bardziej, że dwa razy o mało
co nie wpadła pod auto, aż tak pogrążona w podszytych lękiem myślach.
Spotkanie, które właśnie odbyła, wzbudziło w niej mnóstwo niepokoju i niepewności
— a przecież miało być odwrotnie. Myśl, że właśnie finalizowała swoje
wyleczenie z wampiryzmu powinno ją uskrzydlać, a nie martwić. Nergui starała
się pocieszyć, że to wina miejsca oraz tego mężczyzny, który nie sprawiał
najmilszego wrażenia, ale jakoś niespecjalnie jej wychodziło. Kolana wciąż się
jej trzęsły, a serce łomotało jak szalone. Nie pomagał też fakt, że na miejscu
zjawiła się sporo wcześniej, a czekanie na Arię tylko potęgowało w niej całe setki
ponurych myśli.
Kiedy więc ujrzała idącą w jej stronę uśmiechniętą Arię,
Nergui z trudem, choć szczerze odwzajemniła gest, wstając i wyciągając z
wahaniem dłoń na powitanie. Nie za bardzo wiedziała, co powinna zrobić,
zwłaszcza że przecież znały się ledwie… pół godziny. Jednak Aria zupełnie ją
zaskoczyła, bo z największą swobodą tak po prostu ją przytuliła. Nergui początkowo
zdębiała, aż wreszcie z wahaniem zmieszanym z rozczuleniem odwzajemniła uścisk.
— Cieszę się, że cię widzę — wyznała z uśmiechem. — Czy możemy
nadal mówić po mongolsku? Wiem, że powinnam mówić jak najwięcej po angielsku,
aby się uczyć, ale jak zacznę się stresować tym, że nic nie umiem, to w końcu całkiem
się speszę i nic nie pogadamy — wyjaśniła z krzywym, nieco wstydliwym
uśmiechem.
Zamówione latte z syropem orzechowym przyjemnie ją osłodziło,
choć częściowo i na chwilę przykrywając wspomnienia o niedawnej rozmowie.
Nergui wciąż nie umiała stwierdzić, czy przeszła pozytywnie czy nie. Niby tak,
skoro podpisała kontrakt, który miał jej umożliwić przemianę w człowieka. Ale
jej rozmówca cały czas wzbudzał w niej wiele wątpliwości, których chciałaby się
jak najszybciej pozbyć.
W końcu ten mężczyzna chciał jej pomóc. A ona tę pomoc
przyjęła.
Miała nadzieję, że Aria nie zauważy jej spadku nastroju, dlatego
uznała, że najlepiej będzie zagadywać ją o jej sprawy i jej osobę. Tym bardziej,
że ostatnio jej coś obiecała.
— Jeszcze raz gratuluję fantastycznej wystawy. Widziałam
wiele artykułów w gazecie na jej temat. Wygląda na to, że osiągnęłaś dzięki niej
wielki sukces. Mam nadzieję, że jakoś cię w pracy za nią nagrodzono? I chyba
teraz masz już trochę więcej czasu, prawda? — dopytywała z uprzejmą, szczerą
ciekawością. — Wyobrażam sobie, że przygotowywanie takiej wystawy musi być
bardzo wyczerpujące i czasochłonne.
Choć nigdy tego nie robiła, niespodziewanie naszła ją myśl,
że chętnie pomogłaby w organizowaniu takich rzeczy, nawet jeśli jej zadaniem
byłoby proste układanie sztalug i przecieranie obrazów z kurzu. A może była to
po prostu tęsknota za byciem przydatną, bo tego poczucia Nergui nie miała od dosłownie
setek lat.
— Teraz pewnie będziesz miała więcej czasu na planowanie
ślubu — dodała, przypominając sobie, że Aria wspominała o tym, że za pół roku miała
wyjść za swojego narzeczonego. — Tak bardzo ci tego zazdroszczę — wyszeptała
rozmarzona. — Kiedyś, dawno temu, gdy jeszcze nosiłam na barkach mniej niż dziś,
byłam pewna, że prędzej czy później też stanę na ślubnym kobiercu. Miałam tę pewność
stąd, że w tamtym czasie miałam wielu adoratorów — przyznała z lekkim, odrobinę
rozbawionym uśmiechem. — Przywykłam do tego, że wzbudzam zainteresowanie płci
przeciwnej i, przyznam, wachlowałam ofertami, stawiając sobie coraz to wyższe
wymagania względem mężczyzn. I dotąd mnie zaprowadziły, że ostatecznie jestem
sama — zakończyła, śmiejąc się cicho i perliście.
Ten śmiech był jednak dość sztuczny, zwłaszcza że miał zakryć
spory kawałek z jej historii, której Nergui nie ważyła się opowiadać.
— Ale wciąż jestem niepoprawną romantyczką — dodała z odrobinę
drżącym już uśmiechem — i mam nadzieję, że może kiedyś mi się jeszcze
poszczęści.
Ale jeszcze nie teraz, pomyślała nieco lękliwie. Nie,
gdy nie przebolałam jeszcze ostatniego.
— Pewnie macie już wszystko zaplanowane? — spytała, chcąc
kontynuować jakikolwiek temat, byle tylko nie zahaczać o jej postać. — Jak będzie
wyglądał wasz ślub? Chętnie posłucham, zwłaszcza że opowieści o ślubie z ust przyszłych
panien młodych brzmią najpiękniej!
Nergui chciała zaznać choćby odrobinę cudzego szczęścia.
Tylko to jej pozostało, tylko tego mogła się chwytać.
Bo własnego nie miała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz