NERGUI
Nawet sama Nergui nie była w stanie określić, jak się czuła
podczas tej rozmowy. Aria Vasco okazała się bardzo bezpośrednią kobietą — nie
dość, że widząc ją pierwszy raz w życiu od razu zaprosiła na pogaduchy do
kabinetu, to jeszcze zaproponowała przejście na ty oraz zaprosiła kawę. Nergui
była tym bardzo onieśmielona, ale jednocześnie zachwycona. Zastanawiała się,
czy Aria wiedziała, jak wiele dla niej znaczyła rozmowa z kimkolwiek i możliwość
zwierzenia się chociażby z powierzchownych trosk. Niegdyś w tej kwestii mogła
liczyć na Tseren, jej opiekunkę podczas szkolenia, ale w końcu musiała się jakoś
usamodzielnić, tym samym zostając zupełnie sama. I właśnie dlatego, choć Nergui
czuła się jeszcze nieco spięta, bardzo się cieszyła z tej inicjatywy, którą przejawiała
Aria — i którą Nergui zamierzała zaakceptować.
Zmartwiła się wyraźnie, gdy Aria zaczęła opowiadać o swoim
uzależnieniu. Było to bardzo przykre, ale również zaskakujące. Nergui wiedziała,
że dzikie wamiry z natury były uzależnione, ale dało się też samoistnie od krwi
uzależnić. Jednak z tym drugim przypadkiem nigdy się nie spotkała.
— Przepraszam, że dopytuję — wybąkała, nieco zażenowana —
ale… nie masz na myśli przemiany, tak? Z tym uzależnieniem? To bardzo przykre —
dodała ze smutkiem. — Ale świadczy o twojej ogromnej sile woli, jeśli się z tym
uporałaś. Ja pewnie nie dałabym sobie z czymś takim rady — wyznała z dobitną
szczerością. — Nie jestem zbyt silna. Raczej ze mnie taka chwiejąca się trzcina
na wietrze.
To ostatnie okrasiła lekkim uśmiechem, dając w ten sposób do
zrozumienia, że to żart — nawet jeśli nim nie było. Nergui była świadoma swojej
słabości ducha. Wiedziała, że łatwo ją złamać, zwłaszcza ze już była
złamana. Nie było w niej jak dotąd większej woli walki i pragnienia, by jakoś
się poskładać. Jedyną motywacją dla Nergui było poszukiwanie sposobu na śmierć,
co również wiele o niej mówiło. Lecz czy się tego wstydziła? Nie. Co najwyżej
tego żałowała, bo od czasu do czasu przypominała sobie tę roześmianą, wesołą
dziewczynę, którą była kiedyś. Bywało nawet, że za nią tęskniła, lecz to nie
miało już żadnego znaczenia. Nie mogło mieć.
Mimowolnie się uśmiechnęła, słysząc tę dość krótką i ogólną
historię przemiany i późniejszego życia Arii. Jakże jej zazdrościła tak beztroskiego
losu i nawet gdy Aria po chwili wyjaśniła, że wcale nie było tak kolorowo, jak
się mogło wydawać, to fakty przemawiały
za Vasco. Została przemieniona w wampira na prośbę kochającej osoby, wobec czego
przemiana zaszła w kontrolowanych warunkach. Zyskała też opiekuńczego Stwórcę,
którego Aria pokochała i który najwyraźniej pokochał ją. Cokolwiek w tej opowieści
nie było kolorowe, nie mogło być aż tak złe, skoro wyraźnie było widać, że Aria
promieniała szczęściem.
— Zazdroszczę ci — wyznała, wciąż lekko uśmiechnięta, powtarzając
swoją wcześniejszą myśl. — Zazdroszczę ci tego, że od początku miałaś rodzinę i
nadal ją masz. Miałaś kochającego ojca, potem wspierającego Stwórcę, a teraz
ukochanego męża. Wciąż był obok ciebie ktoś, kto cię kochał. Oddałabym bardzo
wiele, by móc zaczerpnąć chociaż odrobinę tego, co miałaś ty — rzekła ze
smutkiem. — Mnie przez całe życie nie kochał prawie nikt — dodała, spuszczając
prędko wzrok. — Tylko rodzice, może, ale oni zmarli, jak byłam nastolatką.
Wychowywała mnie jędzowata babka, ale i ona szybko zmarła. A potem — wyjaśniała
z westchnięciem — nie było już nikogo.
Zlękła się, gdy zdała sobie sprawę, że zanudzała Arię szczegółami
ze swojego nieciekawego, szarego, smutnego życia. Nie chciała, by rozmowa zeszła
na tak ponure tony, choć obie panie nawzajem nakręcały się w tej swoistej
melancholii.
— Przepraszam, że się tak nad sobą rozwodzę — wybąkała
zawstydzona. — Ostatnio nie miałam okazji z nikim dłużej porozmawiać. Łatwo zapomnieć,
jakie to przyjemne tak po prostu się wygadać. Dlatego chętnie spotkam
się jeszcze raz przy kawie — dodała, uśmiechając się promiennie.
Skoro już były umówione, Nergui nie chciała wyprowadzać Arii
z błędu względem tego, kto i jak chciał żyć, a kto nie. Sama nie wiedziała
dlaczego, ale wampirzyca chciała podzielić się chociaż częścią swojej opowieści
z nowopoznaną znajomą. Być może od dawna brakowało jej kogoś chociaż o tyle
bliskiego, by móc porozmawiać o czymś więcej niż o pogodzie i korkach. Aria
Vasco, kimkolwiek była, wzbudzała zaufanie. I może Nergui robiła źle, że okazywała
taką łatwowierność, ale zawsze była naiwna. I odrobinę zdesperowana, co jeszcze
bardziej pchało ją ku znajomości z Arią.
Niedługo potem Nergui pożegnała się z Arią, nie chcąc jej
dłużej przeszkadzać w pracy. Obiecała na odchodne, że skorzysta z oferty
wspólnej kawy możliwie jak najszybciej, zapewne już w przyszłym tygodniu. Naprawdę
miała na to ochotę i była gotowa otworzyć się odrobinę bardziej — z poczucia
samotności, odosobnienia i tęsknoty za jakimkolwiek życiem towarzyskim. Nie
chciała być dłużej sama, bała się być dłużej sama.
A przecież z przyjacielem u boku żyło się zawsze raźniej. I
kto wie? Może Aria kiedyś zajmie to miejsce? Nergui wiedziała, że to czcze,
naiwne mrzonki, ale…
Ale zawsze żyła marzeniami.
— A może weterynaria?
Athan westchnął ze zmęczeniem zmieszanym z irytacją — i to
już któryś raz z kolei w trakcie tego leniwego, sobotniego popołudnia. I tak
między jedną paplaniną Gudrun a drugą, Athanasius wściekał się na siebie, że
niepotrzebnie wspominał córce o możliwości pójścia na studia. I teraz miał za swoje.
— Chociaż nie, to trudne — mamrotała, najwyraźniej targnięta
poważnymi wątpliwościami. — Ale byś mi pomógł! Przecież to też lekarz, tak jak
ty. Tylko od zwierząt!
— Przecież ty nigdy nie przepadałaś za zwierzętami — mruknął
leniwie. — I boisz się psów. Zapomniałaś?
— Oj, już nie przesadzaj — żachnęła się Gudrun, niespecjalnie
przejęta tym zarzutem. — Lubię zwierzęta! A psów się nie boję… nie wszystkich.
Ale takie wielkie bydlęta to chyba we wszystkich wzbudzają strach, nie?
Zupełnie nagle Athan wybuchnął głośnym, niekontrolowanym
śmiechem, który z boku musiał wyglądać absurdalnie, zwłaszcza że Gudrun nie
powiedziała niczego śmiesznego. Jednak obrona, którą zastosowała, odblokowała w
nim kilka wspomnień.
— Taki weterynarz, wioskowy, dajmy na to — tłumaczył, cały
czas z szerokim, rozbawionym uśmiechem na twarzy — musi wykonywać szczepienia
zwierzętom domowym. Jak ty byś niby podeszła do takiego psa, żeby mu zrobić
zastrzyk? Przypominam — zachichotał, pobudzony wspomnieniem — że jak kiedyś wracaliśmy
z wieczornego spaceru, to wrzasnęłaś na pół Blicling i zaczęłaś uciekać, bo
usłyszałaś jakieś wściekłe szczekanie i…
— Tak, tak, mały piesek był za bramą, wiem — burknęła, najwyraźniej
jeszcze bardziej rozgniewana kolejnym atakiem śmiechu swojego ojca. — Ale z
ciebie motywator! — wrzasnęła wreszcie z największym oburzeniem. — Twoje
dziecko pomysłu na siebie szuka, bo niedawno…
— Gudrun!
— …Z GROBU POWSTAŁO! — wrzasnęła z mściwym uśmiechem.
— GUDRUN!
— Tak. Z grobu powstało — tłumaczyła dalej — bo było martwe.
I jak już żyć zaczęło, to chciałoby coś ze sobą zrobić, a…
— JA Z TOBĄ KIEDYŚ OSZALEJĘ!
Gdy Athan gwałtownie zerwał się z kanapy, krążąc nerwowo po
salonie, cały czas czuł na sobie tryumfalne spojrzenie Gudrun, której jak zwykle
doskonale udawało się wyprowadzić go z równowagi. I już nawet nie chciało mu
się powtarzać po raz tysiąc dwieście dziewiąty, jak ciężko znosił temat jej śmierci.
Gudrun jednak zupełnie nic sobie z tego nie robiła, sama zbyt zafascynowana
swoim zmartwychwstaniem, by przestać.
I o ile Athanasius zawsze się cieszył na widok Arii, tak
tym razem miał do tego jeszcze jeden powód — uwolnienie się od Gudrun,
jakkolwiek by to nie brzmiało. Natychmiast więc do niej podszedł, jak zawsze
pocałował na przywitanie i pomógł zdjąć płaszcz, by następnie z ochotą poprowadzić
ją do salonu. Gdy dojrzał krzątającą się po domu panią Adriannę, poprosił o dwa
kubki gorącej czekolady — na zewnątrz mocno mroziło, więc taka gorąca słodycz
była najlepszym pomysłem.
Ilość zamówionych kubków nie uszła uwadze Gudrun, która wygięła
usta w podkówkę, dając w ten sposób upust swojemu niezadowoleniu.
— No a ja? — pytała z wyraźną pretensją. — A gdzie czekolada
dla mnie?
— Ty sobie sama zrób — odparował równie złośliwie, co ona
niedawno. — Trzeba było mnie nie denerwować i nie gadać w kółko o ŚPIĄCZCE — Athan łypnął na córkę
znacząco. — A teraz sio, dzieciak. Dorośli chcą porozmawiać.
Na szczęście nie protestowała i, na poły urażona i rozbawiona,
zniknęła gdzieś w głębinach domu. Athan zaś rozsiadł się wygodnie na sofie i,
objąwszy Arię, przyjrzał się jej z uwagą, starając się samemu ocenić, jak minął
jej dzień w pracy. Nie posiedziała tam długo, jako że mieli sobotę, ale chciała
nadrobić papierkową robotę. Będąc na czysto, mogła z większym spokojem skupić
się na kolejnych projektach, co Athan w pełni rozumiał.
— Działo się coś ciekawego w pracy? — zagadnął. — Jehanne
dziś znalazła jeszcze jakiś artykuł o twojej wystawie — dodał wesoło — gazeta
gdzieś tu powinna leżeć… a może ją ze sobą zabrała, nie pamiętam już. A może by
tak zacząć je wycinać i wklejać do jakiegoś albumu twojej chwały? — zagadnął,
niby w żartach, ale pod podszewką mówiąc całkiem poważnie. — To byłaby miła
pamiątka. Może zmontuję ci coś takiego i dam… hm, na urodziny i święta to nie,
bo za późno. Najwcześniej to chyba nasza rocznica… ta pierwsza — doprecyzował. —
Bo chyba tą nadal uznajemy, tą z końca kwietnia? W zeszłym roku już mogliśmy ją
obchodzić, byliśmy już wtedy razem. A pamiętasz, co przypadło na ten dzień?
Pogrzeb Antony’ego — prychnął. — Ładna mi rocznica, co?
Nagle zdał sobie sprawę z wyjątkowo głupiej rzeczy, a
mianowicie — nie miał pojęcia, jak długo był z Arią w związku. Dwudziesty
czwarty kwietnia był ich „podstawową” datą, ponieważ tego dnia wybrali się na
swoja pierwszą, dość przypadkową randkę, od której wszystko się zaczęło. Jednak
kiedy dokładnie mieli mieć swoją „drugą” rocznicę? Kojarzył jedynie tyle, że
jakoś mimowolnie związali się ze sobą, gdy wyrwali Arię z rąk Blome’a. Athan do
dziś czuł przeszywający go gniew, ilekroć o tym myślał, ale starał się go
wyprzeć, skupiając się na ich związku. Jaka to mogła być data? Jakoś koniec lutego,
może początek marca. Ale tak dokładniej? Nie miał pojęcia.
— Kochanie… — zaczął nieco niepewnie, obawiając się, że albo
zrobi z siebie głupca, albo rozgniewa Arię. Albo jedno i drugie. — Tak właściwie…
to od kiedy my jesteśmy razem? Pamiętasz taki jeden punkt zapalny? Wiem, że po
tym, jak cię znaleźliśmy. Ale tak dokładniej? Tylko nie krzycz ani nie bij —
zażartował, uśmiechając się najbardziej uroczo, jak tylko umiał, aby załagodzić
potencjalny gniew. — Jestem facetem, a my nie mamy za bardzo pamięci do dat. I
tak większość pamiętam! — twierdził, nadal jako tako się broniąc. — Chociaż — mruknął
— niedługo, bo już od czerwca, będziemy świętować inną rocznicę…
Przygarniając ją do siebie, pocałował z wielką czułością i
namiętnością, dając wyraz temu, w jak doskonałym humorze był i jak wspaniale było
pomyśleć o tym, że już tak niebawem zostaną małżeństwem. Jednak właśnie ta kwestia,
wszak tak piękna, jednocześnie niejednokrotnie spędzała im sen z powiek. A
wielu rzeczy nadal nie mieli jeszcze załatwionych. Nie było w tym nic dziwnego —
od listopada do czerwca to niewiele czasu, a oni wiele elementów swojego wesela
przyspieszali poprzez zapłacenie sporo większej ilości pieniędzy. Jednak byli
gotowi wydać więcej, byle tylko wszystko poszło z godnie z planem.
— I chyba musimy porządnie przysiąść do reszty — westchnął
ze zmęczeniem. — Wypadałoby wreszcie pójść na przymiarki garnituru. Aria, my
nadal nie mamy żadnych lekcji tańca ani pomysłu na pierwszy taniec! Jezus, jak
ja nienawidzę tańczyć. No i musimy ostatecznie zamknąć listę gości. A, no
właśnie…
Odetchnął pełną piersią, mentalnie przygotowując się na to,
co miał Arii do powiedzenia. Już od dawna o tym myślał i już dawno podjął decyzję
i sam się sobie dziwił, że jeszcze tego swojej lubej nie obwieścił. Ale
przyszedł najwyższy czas, zwłaszcza że klamka zapadła, co Arię z pewnością
ucieszy.
— Myślałem ostatnio o tej naszej liście gości — tłumaczył z
wolna — i o tym, że nie będzie ona zbyt długa, ale bardzo bogata. W końcu będą
na niej wszyscy nasi przyjaciele, a więc dosłownie nasza rodzina. I na tym to
polega — plótł piąte przez dziesiąte — by w tym dniu otaczali nas ci, którzy są
dla nas tak ważni. I nie może być tak, że ja sobie zaproszę tych co chce, a ty
będziesz miała względem tego jakiekolwiek ograniczenia. Prawda?
Zerknął na Arię oczekująco, lecz brak reakcji zdradził mu,
że nie bardzo rozumiała, co autor miał na myśli. Athan wcale się jej nie
dziwił, dlatego postanowił przejść do rzeczy.
— Pomyślałem, że powinnaś zaprosić Goro — wyznał na wydechu,
ciekaw jej reakcji. Lecz nim się odezwała, naprędce kontynuował. — Wiem, że to
twój przyjaciel i wiem, że jest dla ciebie ważny. I MÓWIMY TU TYLKO O TYM
JEDNYM DEMONIE — zaznaczył natychmiast — wiadomo, razem z jego partnerką. Ale
tylko Goro, żadnych innych, to chyba jasne. I nie myśl sobie, od razu mówię, że
się do czegokolwiek zmuszam. Goro to jedyny z tego gatunku, którego względnie
akceptuję, więc nie będę się czuł źle z jego obecnością. — To znaczy, nie AŻ
tak źle, pomyślał. — I nie, Aria — powtórzył — raz jeszcze zapewniam, że
nie robię niczego wbrew sobie. Jak wylecisz mi teraz z fałszywą skromnością
twierdząc, że „nie no, może lepiej nie, bo ja cośtam”, to przysięgam, że sam
tam wpadnę i osobiście go zaproszę.
Był szczerze ciekaw reakcji Arii, ale obawiał się niepotrzebnej
dyskusji na ten temat. Tymczasem Athan długo i intensywnie nad tym myślał, dzięki
czemu odpowiedź nasunęła się sama. Uzyskawszy ją, Tismaneanu uspokoił się
znacznie, rad z tego, że i on wewnętrznie doszedł ze sobą do zgody, a i jego
ukochana się ucieszy.
Dlatego czekał na wybuch radości. I liczył, że się go
doczeka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz