ROZDZIAŁ 336

Aria Vasco

- Mówmy sobie po imieniu. Wydaje mi się, że jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku, nie licząc wampirzych lat – zaśmiała się i rozsiadła wygodnie w fotelu. Analizowała przez chwilę wszystko, co powiedziała jej kobieta i nie mogła wyjść z podziwu, jak wiele było w niej niepokoju. Nie mogła uwierzyć, że była piętnaście lat wampirem, z tego co wywnioskowała z jej opowieści, a nadal była tak niepewna. Rozumiała fakt, że nie odbierała swego wampiryzm jako dar, bo została przemieniona siłą i wbrew swojej woli. Nie raz już miała do czynienia z takimi osoba, choć większości udało się zaakceptować wieczne życie i pogodzić ze swoim losem. Czerpali z tego satysfakcję i prowadzili żywot pełen przyjemności. Byli też i tacy, jak rudy kleszcz, pijawka przebrzydła. Miała nadzieję, że Nergui nie zaliczała się do tego typu kreatur.

- Cóż, w moim przypadku jest trochę inaczej, ale zapewnia cię, że nie jesteś jedyna, która tego nie lubi. W zasadzie, ja piję tylko tyle krwi, by móc funkcjonować. Nie wzbudza to we mnie odrazy, a raczej strach, bo byłam uzależniona – wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że Aria spięła się na moment. Nie zdawała sobie sprawy, że aż tak otworzy się przed nieznajomą. Nieznajomą, o której miała nieodparte wrażenie, że gdzieś już ją widziała. Być może w czasie swoich podróży natknęła się na kogoś podobnego do niej lub jej rysy twarzy kojarzyły jej się z Athanem z oczywistych względów.

- Chorowałam na gruźlice i praktycznie byłam jedną nogą w grobie. Mój ojciec znalazł lekarza, który okazał się wampirem i wybłagał, by mnie przemienił. Został moim opiekunem, dał mi dom i rodzinę, nauczył życia krwiopijcy, a za kilka miesięcy zostanie moim mężem – uśmiechnęła się szeroko, a widząc minę Nergui od razu pokręciła głową, zapewniając, że nie jest to przyjemne love story i nie powinna tego w ten sposób postrzegać. Aria nie chciała, by kobieta poczuła, że się wywyższała i chwaliła udanym życiem, któremu w rzeczywistości dalece było do ideału. Pragnęła pokazać jej, że rozumiała jej punkt widzenia i nie było w tym nic złego, choć ich położenie względem siebie było zgoła inne. 

- Jeśli zgodzisz się wybrać ze mną na kawę, to opowiem ci o tym trochę więcej. A wracając do wampiryzmu, to po prostu miałam szczęście, a ty nie. Mogłam być na twoim miejscu i naprawdę rozumiem twoją postawę. Nie musisz wstydzić się swoich poglądów i swojego zdania. Nie każdy odnajduje sens życia w piciu krwi i wieczności. Dla mnie jest to dar, bo chciałam żyć. Cholera, najbardziej kocham życie. Jego sporą część spędziłam w szpitalu, a były to okrutne czasy. Wszyscy moi przyjaciele odchodzili dzień po dniu, a ja jedyne, co mogłam robić, to siedzieć na parapecie i odwracać głowę, kiedy pielęgniarki wynosiły ich ciała. Powinno mnie tu nie być, Bóg miał dla mnie inny plan, ale ja go przechytrzyłam, co prawda z małą pomocą, ale jednak. Jestem i mam się dobrze. I ty też będziesz czuła się dobrze. Może nie dziś i nie jutro i nie za sto lat, ale zobaczysz, przyjdzie taki moment, taka chwila, kiedy powiesz sobie, że to właśnie dziś – uśmiechnęła się szeroko i sięgnęła po filiżankę. Spoglądała na kawę i nagle zdała sobie sprawę z sensu swoich słów. Zastanawiała się, co by się stało, gdyby Athan jej nie przemienił. Jak długo jeszcze by żyła i na ile śmierci musiałaby patrzeć? Nie pozwalała sobie zbyt często na powroty wspomnień ze szpitala, z czasów gdy była słaba i bezbronna, czekając jedynie na śmierć. Przyłapała się na tym, że nie pamiętała już twarzy swoich rodziców i brata, nie pamiętała tego uczucia ekscytacji, gdy ojciec brał ją na kolana i opowiadał o swoich podróżach. Zatarła wspomnienia o plackach z jabłkami, które mama przynosiła jej co tydzień i choć nie była w stanie przełykać, zawsze wszystkie zjadała, bo wiedziała ile trudu włożyła w ich przygotowanie. Czy Louis miał dobre życie? Czy się ożenił i miał dzieci? Jeśli tak, to być może gdzieś w świecie żyje jej krewniak. Nigdy się nad tym nie zastanawiała i nigdy nie próbowała tego sprawdzać. Dlaczego? Czyżby ona sama jeszcze nie rozliczyła się z przeszłością na tyle, by stanąć w prawdzie? Nie, to nie dlatego. Po co miałaby szukać dawno zapomnianej, nieznajomej rodziny skoro miała swoją przy sobie. Rozdrapywanie ran nigdy nie kończyło się dobrze. Powroty do przeszłości miały to do siebie, że były trudne i bolesne, a w jej wieczności dość było już bólu. Nie musiała odczuwać go jeszcze na własne żądanie. 

- Jak długo zostaniesz w Norwich? Nie jestem wścibska, po prostu chce umilić ci pobyt tutaj, bo to piękne miejsce i kiedy wrócisz już do tej swojej Mongolii, mam nadzieję, że dobrze będziesz to wspominać – uśmiechnęła się i sięgnęła do szuflady, by wyjąć swoją wizytówkę i wręczyć Nergui.

- To mój numer telefonu. Jeśli chciałabyś pogadać, czy gdzieś się razem wybrać, możesz dzwonić o każdej porze. – zapewniła i miała nadzieję, że wampirzyca skorzysta z jej propozycji. Nie rozumiała siebie, dlaczego tak bardzo chciała zbliżyć się do niej i pomóc, cokolwiek miała do zrobienia Nergui. Być może widziała w niej siebie, gdy opuściła Blickling i nagle została sama. Pamiętała to poczucie pustki i zagubienia. Wtedy właśnie wpadła na Blome i bardzo nie chciała, by kobieta spotkała na swojej drodze kogoś podobnego. Podswiadomie chciała ją chronić. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^