ROZDZIAŁ 335

 NERGUI

Sobotnie przedpołudnie malowało się przed Nergui bardzo spokojnie. Jasnoszare niebo nie przepuszczało ani jednego promienia wciąż jeszcze dość chłodnego słońca, ale i nie farbowało się na purpurowo, co dawało nadzieję, że tego dnia nie spadnie żaden deszcz. Wampirzyca bardzo na to liczyła: od dłuższego czasu planowała przespacerować się po Norwich i tak po prostu, spontanicznie dać się zgubić, aby wręcz zmusić się do zapoznania jeszcze innych zakątków miasta. Samotność niespecjalnie jej przeszkadzała; pamiętała momenty, w których była istną duszą towarzystwa, lecz te czasy już dawno minęły i Nergui jednocześnie za nimi tęskniła i ich nie żałowała. Teraz, stojąc tuż przed muzeum, wpatrując się w bezkres szarości, czuła słodką, odprężającą neutralność. Prawie niczego się nie bała, prawie na niczym jej nie zależało, nie miała prawie nic do stracenia.

Prawie, prawie, prawie.

Jednak chociaż tego jednego dnia Nergui postanowiła to cholerne „prawie” zignorować. Zamierzała jeszcze chwilę odetchnąć, uspokoić się po niedawnym napadzie lęku i ruszyć na spacer. Nie spodziewała się bowiem, że Aria Vasco zechce ją zatrzymać. Bo i po co? Była obcą kobietą, która najpierw naopowiadała jakichś bzdur, a potem po prostu uciekła.

Dlatego Nergui bardzo się zdziwiła, ale w głębi ducha także ucieszyła i uspokoiła, gdy się okazało, że pani Vasco jednak zechciała z nią porozmawiać. Dostała nawet zaproszenie do gabinetu, gdzie zasiadły, aby w spokoju pomówić. Nergui była tym nieco zaskoczona i delikatnie speszona: wszak panie się nie znały, a Vasco podeszła do sprawy ich znajomości dość swobodnie. Być może taki miała styl bycia, ale Nergui nie zamierzała na to narzekać. W Anglii nie miała z kim porozmawiać: nie przyjechała tu nawiązywać przyjaźni, poza tym jej angielski wciąż był dość słaby. Toteż należało docenić ten jakże przyjemny wyjątek.

Zwłaszcza że zainteresowanie pani Vasco delikatnie łechtało jej ego.

— Wystawa wzbudziła przede wszystkim tęsknotę — odparła ze spokojem, uśmiechając się lekko i popijając wodę z odrobiną krwi.

Nergui czuła wstręt, ilekroć czuła na języku charakterystyczny, metaliczny smak i nigdy nie potrafiła tego ukryć: jej usta momentalnie wykrzywiały się w najdziwniejsze, nierzadko dość śmieszne grymasy. Jednak nie mogła udawać, że jej nie potrzebowała. Choć właśnie do tego dążyła — do swoistego „odwyku”. Krew bowiem w pełni kojarzyła się z wampiryzmem, a to było dla Nergui jej największym przekleństwem.

— Mongolia to mój dom — wyjaśniła wciąż tym samym, spokojnym tonem. — To tam się wychowałam, tam spędziłam najlepsze lata. Złe też były — wymamrotała, lekko wzruszając ramionami — ale kto takich nie ma? Nic nie zmieni faktu, że to mój dom, że to mój rodzinny kraj i że kocham swoją ojczyznę. To tam chciałabym dożyć swoich dni. Sądzę — podjęła odrobinkę głośniej — że każdy jest w jakimś sensie patriotą, nawet jeśli skrywa to uczucie głęboko w sercu. I każdy prędzej czy później chce wrócić.

Zaskoczyła ją, gdy powiedziała, że nigdy nie była w Mongolii, co Nergui od razu założyła z góry. Jeszcze chwilę temu wampirzyca dałaby sobie rękę uciąć, że pani Vasco chociaż kilka lat tam mieszkała — i to co najmniej. 

— Pani wiedza na temat tego kraju wskazywała na coś innego — rzekła, uśmiechając się nieco szerzej. — To naprawdę piękny kraj i bardzo bym chciała, by i pani kiedyś miała okazję się o tym przekonać.

Zaniepokoiła się, gdy pani Vasco zaczęła wysnuwać zbyt daleko idące wnioski. Nie miała śmiałości, by gwałtownie zaprzeczyć, zwłaszcza że była w gościach, a dopiero co poznana wampirzyca wykazała się wobec niej ogromną uprzejmością. Należało jednak pewne rzeczy naprostować.

— Ależ to nie tak, jak pani myśli — pospieszyła z wyjaśnieniami. — Nie uważam, by ten kraj był… hm, tak trudny. Przykro mi z powodu niełatwych przeżyć pani narzeczonego — dodała prędko, aby jakoś załagodzić ton odpowiedzi — ale ja… czegokolwiek bym nie przeżyła — wymamrotała nieco ciszej, czując nagły, lodowaty dreszcz spływający wzdłuż kręgosłupa — nie śmiem postrzegać tego tak jak pani. Widocznie oboje mieliśmy pecha — dodała z uśmiechem — i to wszystko. Zdarza się. Ale — zagaiła nagle, dopiero w tamtym momencie coś spostrzegając — pani narzeczony pochodzi z Mongolii i nigdy pani nie zabrał do ojczyzny? Nie prosiła go pani o to? Jeśli stworzyła pani tak piękną wystawę i sama wyraziła chęć wyjazdu do Mongolii, może warto poprosić narzeczonego, aby zapoznał panią ze swoimi rodzinnymi stronami?

Osobiście uważała, że to wyborny pomysł i sama chciałaby mieć kogoś, kogo mogłaby zawieźć do swojej ukochanej Mongolii i zarazić go miłością do tego kraju. Miała nadzieję, że kiedyś kogoś takiego znajdzie, zwłaszcza że — jeśli jej plan się powiedzie — nie miała na to zbyt dużo czasu. Ale lubiła żyć marzeniami, robiła to odkąd pamiętała. I chyba tylko to nie pozwoliło jej zwariować.

Jednak pytanie o to, skąd pochodziła, nieco ostudziło ten i tak kruchy optymizm Nergui. Jak bowiem miała odpowiedzieć na to pytanie, skoro sama nie do końca znała odpowiedź? Gdyby odparła zgodnie z prawdą, że nie wie, pani Vasco zapewne by ją wyśmiała — bo jak to można nie wiedzieć, skąd się pochodziło? Jednak jej osada, w której się wychowała, była w gruncie rzeczy niczyja, odseparowana rozległymi stepami od reszty kraju. W tamtym czasie Mongolia była trzymana za gardło przez Chiny i tylko wola przetrwania narodu sprawiła, że każdy Mongoł pamiętał o swoim pochodzeniu, a tę dumę przekazywał kolejnym pokoleniom.

Więc… skąd pochodziła?

— Jestem z Kobdo — wypaliła w końcu, wciąż delikatnie spięta. — To miasto na zachodzie Mongolii. Bardzo piękne, naprawdę.

Podanie akurat tej nazwy nie było przypadkiem. Podczas szkoleń jedną z ważniejszych kwestii było poznanie historii własnego kraju. Dzięki temu udało się chociaż orientacyjnie określić, gdzie znajdowała się jej osada i w co się przekształciła. Wtem właśnie Nergui się dowiedziała, że większość swojego życia mieszkała na zachodzie Mongolii, właśnie w okolicach obecnego Kobdo.

— I tak, jestem tu od niedawna — przyznała, upijając łyk krwawionej wody. — Przyjechałam tu, aby… załatwić kilka spraw. Ale gdy tylko skończę, chcę wrócić do domu. I widzę to pani spojrzenie — dodała z odrobinką rozbawienia w głosie, tym samym poruszając szklanką z napojem. — Jestem wampirem, ale nie znoszę smaku krwi. W ogóle nie najlepiej czuję się ze swoim wampiryzmem — dodała, nieco markotniejąc. — Minęło piętnaście lat, a ja wciąż mam wrażenie, że żyję w cudzej skórze.

Skłamała, jednak Nergui tak długo to kłamstwo powtarzała, aż zdołała sama w nie uwierzyć. Wszystko przez to, że cały swój sen liczyła jako zaledwie rok straty. Obudzono ją czternaście lat temu, a więc Nergui sama sobie wmawiała, że wampirzycą była od raptem piętnastu lat. Nawet jeśli została przemieniona w 1557 roku — ale o tym wolała zapomnieć.

— A pani — podjęła z nagłą nadzieją, dostrzegając w tym szansę na rozmowę o czymś, o czym nie miała okazji nigdy porozmawiać — jak pogodziła się ze swoją przemianą? Łatwo to pani przyszło? I przepraszam — dodała szybko — jeśli to czuły temat. Proszę nie odpowiadać, jeśli pani nie chce. Po prostu… — Nergui westchnęła smutno — każdy wampir, którego spotkałam, uznaje swoją odmienność za błogosławieństwo. Mam wrażenie, że jestem jedyna, która źle się z tym czuje, zwłaszcza że zostałam przemieniona wbrew swojej woli. I wcale nie widzę wielu zalet takiego żywota. Nawet jeśli to głupie i dziwne.

Raz jeszcze westchnęła, nagle czując ogromne wątpliwości. Niepotrzebnie się odzywała, bo zapewne i tak nie zostanie zrozumiana. Dlaczego miałaby, skoro wampiryzm dawał nieśmiertelność, a przynajmniej długożytność oraz wiele usprawnień ciała i umysłu? Co w tym było złego? Podobno zupełnie nic.

Poza tym, że te czterysta sześćdziesiąt pięć lat temu ktoś skradł jej ciało i kazał żyć w zupełnie innym. Tym, którego nienawidziła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^