NERGUI
Sobotnie przedpołudnie malowało się przed Nergui bardzo
spokojnie. Jasnoszare niebo nie przepuszczało ani jednego promienia wciąż
jeszcze dość chłodnego słońca, ale i nie farbowało się na purpurowo, co dawało
nadzieję, że tego dnia nie spadnie żaden deszcz. Wampirzyca bardzo na to
liczyła: od dłuższego czasu planowała przespacerować się po Norwich i tak po
prostu, spontanicznie dać się zgubić, aby wręcz zmusić się do zapoznania
jeszcze innych zakątków miasta. Samotność niespecjalnie jej przeszkadzała;
pamiętała momenty, w których była istną duszą towarzystwa, lecz te czasy już
dawno minęły i Nergui jednocześnie za nimi tęskniła i ich nie żałowała. Teraz,
stojąc tuż przed muzeum, wpatrując się w bezkres szarości, czuła słodką,
odprężającą neutralność. Prawie niczego się nie bała, prawie na niczym jej nie
zależało, nie miała prawie nic do stracenia.
Prawie, prawie, prawie.
Jednak chociaż tego jednego dnia Nergui postanowiła to
cholerne „prawie” zignorować. Zamierzała jeszcze chwilę odetchnąć, uspokoić się
po niedawnym napadzie lęku i ruszyć na spacer. Nie spodziewała się bowiem, że
Aria Vasco zechce ją zatrzymać. Bo i po co? Była obcą kobietą, która najpierw naopowiadała
jakichś bzdur, a potem po prostu uciekła.
Dlatego Nergui bardzo się zdziwiła, ale w głębi ducha także
ucieszyła i uspokoiła, gdy się okazało, że pani Vasco jednak zechciała z nią
porozmawiać. Dostała nawet zaproszenie do gabinetu, gdzie zasiadły, aby w
spokoju pomówić. Nergui była tym nieco zaskoczona i delikatnie speszona:
wszak panie się nie znały, a Vasco podeszła do sprawy ich znajomości dość
swobodnie. Być może taki miała styl bycia, ale Nergui nie zamierzała na to
narzekać. W Anglii nie miała z kim porozmawiać: nie przyjechała tu nawiązywać przyjaźni,
poza tym jej angielski wciąż był dość słaby. Toteż należało docenić ten jakże
przyjemny wyjątek.
Zwłaszcza że zainteresowanie pani Vasco delikatnie łechtało
jej ego.
— Wystawa wzbudziła przede wszystkim tęsknotę — odparła ze
spokojem, uśmiechając się lekko i popijając wodę z odrobiną krwi.
Nergui czuła wstręt, ilekroć czuła na języku
charakterystyczny, metaliczny smak i nigdy nie potrafiła tego ukryć: jej usta
momentalnie wykrzywiały się w najdziwniejsze, nierzadko dość śmieszne grymasy. Jednak
nie mogła udawać, że jej nie potrzebowała. Choć właśnie do tego dążyła — do
swoistego „odwyku”. Krew bowiem w pełni kojarzyła się z wampiryzmem, a to było dla
Nergui jej największym przekleństwem.
— Mongolia to mój dom — wyjaśniła wciąż tym samym, spokojnym
tonem. — To tam się wychowałam, tam spędziłam najlepsze lata. Złe też były —
wymamrotała, lekko wzruszając ramionami — ale kto takich nie ma? Nic nie zmieni
faktu, że to mój dom, że to mój rodzinny kraj i że kocham swoją ojczyznę. To
tam chciałabym dożyć swoich dni. Sądzę — podjęła odrobinkę głośniej — że każdy jest
w jakimś sensie patriotą, nawet jeśli skrywa to uczucie głęboko w sercu. I
każdy prędzej czy później chce wrócić.
Zaskoczyła ją, gdy powiedziała, że nigdy nie była w
Mongolii, co Nergui od razu założyła z góry. Jeszcze chwilę temu wampirzyca dałaby sobie rękę uciąć, że pani Vasco chociaż kilka lat tam mieszkała
— Pani wiedza na temat tego kraju wskazywała na coś innego —
rzekła, uśmiechając się nieco szerzej. — To naprawdę piękny kraj i bardzo bym
chciała, by i pani kiedyś miała okazję się o tym przekonać.
Zaniepokoiła się, gdy pani Vasco zaczęła wysnuwać zbyt
daleko idące wnioski. Nie miała śmiałości, by gwałtownie zaprzeczyć, zwłaszcza
że była w gościach, a dopiero co poznana wampirzyca wykazała się wobec niej ogromną
uprzejmością. Należało jednak pewne rzeczy naprostować.
— Ależ to nie tak, jak pani myśli — pospieszyła z wyjaśnieniami.
— Nie uważam, by ten kraj był… hm, tak trudny. Przykro mi z powodu niełatwych
przeżyć pani narzeczonego — dodała prędko, aby jakoś załagodzić ton odpowiedzi —
ale ja… czegokolwiek bym nie przeżyła — wymamrotała nieco ciszej, czując nagły,
lodowaty dreszcz spływający wzdłuż kręgosłupa — nie śmiem postrzegać tego tak
jak pani. Widocznie oboje mieliśmy pecha — dodała z uśmiechem — i to wszystko.
Zdarza się. Ale — zagaiła nagle, dopiero w tamtym momencie coś spostrzegając —
pani narzeczony pochodzi z Mongolii i nigdy pani nie zabrał do ojczyzny? Nie prosiła
go pani o to? Jeśli stworzyła pani tak piękną wystawę i sama wyraziła chęć
wyjazdu do Mongolii, może warto poprosić narzeczonego, aby zapoznał panią ze
swoimi rodzinnymi stronami?
Osobiście uważała, że to wyborny pomysł i sama chciałaby
mieć kogoś, kogo mogłaby zawieźć do swojej ukochanej Mongolii i zarazić go miłością
do tego kraju. Miała nadzieję, że kiedyś kogoś takiego znajdzie, zwłaszcza że —
jeśli jej plan się powiedzie — nie miała na to zbyt dużo czasu. Ale lubiła żyć
marzeniami, robiła to odkąd pamiętała. I chyba tylko to nie pozwoliło jej
zwariować.
Jednak pytanie o to, skąd pochodziła, nieco ostudziło ten i
tak kruchy optymizm Nergui. Jak bowiem miała odpowiedzieć na to pytanie, skoro
sama nie do końca znała odpowiedź? Gdyby odparła zgodnie z prawdą, że nie wie,
pani Vasco zapewne by ją wyśmiała — bo jak to można nie wiedzieć, skąd się pochodziło?
Jednak jej osada, w której się wychowała, była w gruncie rzeczy niczyja, odseparowana
rozległymi stepami od reszty kraju. W tamtym czasie Mongolia była trzymana za
gardło przez Chiny i tylko wola przetrwania narodu sprawiła, że każdy Mongoł
pamiętał o swoim pochodzeniu, a tę dumę przekazywał kolejnym pokoleniom.
Więc… skąd pochodziła?
— Jestem z Kobdo — wypaliła w końcu, wciąż delikatnie spięta. — To
miasto na zachodzie Mongolii. Bardzo piękne, naprawdę.
Podanie akurat tej nazwy nie było przypadkiem. Podczas
szkoleń jedną z ważniejszych kwestii było poznanie historii własnego kraju.
Dzięki temu udało się chociaż orientacyjnie określić, gdzie znajdowała się jej
osada i w co się przekształciła. Wtem właśnie Nergui się dowiedziała, że większość
swojego życia mieszkała na zachodzie Mongolii, właśnie w okolicach obecnego Kobdo.
— I tak, jestem tu od niedawna — przyznała, upijając łyk krwawionej
wody. — Przyjechałam tu, aby… załatwić kilka spraw. Ale gdy tylko skończę, chcę
wrócić do domu. I widzę to pani spojrzenie — dodała z odrobinką rozbawienia w głosie,
tym samym poruszając szklanką z napojem. — Jestem wampirem, ale nie znoszę
smaku krwi. W ogóle nie najlepiej czuję się ze swoim wampiryzmem — dodała,
nieco markotniejąc. — Minęło piętnaście lat, a ja wciąż mam wrażenie, że żyję w
cudzej skórze.
Skłamała, jednak Nergui tak długo to kłamstwo powtarzała, aż
zdołała sama w nie uwierzyć. Wszystko przez to, że cały swój sen liczyła jako
zaledwie rok straty. Obudzono ją czternaście lat temu, a więc Nergui sama sobie
wmawiała, że wampirzycą była od raptem piętnastu lat. Nawet jeśli została
przemieniona w 1557 roku — ale o tym wolała zapomnieć.
— A pani — podjęła z nagłą nadzieją, dostrzegając w tym
szansę na rozmowę o czymś, o czym nie miała okazji nigdy porozmawiać — jak pogodziła
się ze swoją przemianą? Łatwo to pani przyszło? I przepraszam — dodała szybko —
jeśli to czuły temat. Proszę nie odpowiadać, jeśli pani nie chce. Po prostu… —
Nergui westchnęła smutno — każdy wampir, którego spotkałam, uznaje swoją
odmienność za błogosławieństwo. Mam wrażenie, że jestem jedyna, która źle się z
tym czuje, zwłaszcza że zostałam przemieniona wbrew swojej woli. I wcale nie
widzę wielu zalet takiego żywota. Nawet jeśli to głupie i dziwne.
Raz jeszcze westchnęła, nagle czując ogromne wątpliwości.
Niepotrzebnie się odzywała, bo zapewne i tak nie zostanie zrozumiana. Dlaczego miałaby,
skoro wampiryzm dawał nieśmiertelność, a przynajmniej długożytność oraz wiele usprawnień
ciała i umysłu? Co w tym było złego? Podobno zupełnie nic.
Poza tym, że te czterysta sześćdziesiąt pięć lat temu ktoś skradł
jej ciało i kazał żyć w zupełnie innym. Tym, którego nienawidziła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz