ROZDZIAŁ 333

ATHANASIUS 

Dziwnym było spostrzeżeniem, jak wiele zmieniło się w zaledwie jeden rok. A jaki czas był lepszy na tego rodzaju podsumowanie od nadchodzącego kolejnego roku?

Już w trakcie przygotowań świątecznych Athanasius czuł niczym nieuzasadniony lęk, który starał się ukrywać przed bliskimi. Było to dość łatwe, zwłaszcza że wszystkie trzy mieszkające w domu panie bardzo się zaangażowały w organizację wieczerzy świątecznej. Wszak miały to być dla nich pierwsze prawdziwe święta od dawna – dla Gudrun od ponad trzydziestu pięciu lat, nawet jeśli sama tego nie postrzegała; dla Jehanne może nie od aż tak dawna, lecz dotąd spędzała je sama, co tym razem miało być radosnym urozmaiceniem. Podobnie zresztą do Arii, która, choć realizowała swoje podróżnicze pasje i poznawała świąteczne zwyczaje w najróżniejszych zakątkach świata, też zapewne chciała je spędzić w gronie najbliższych.

Tego roku tak właśnie miało się stać, dlatego dołożono wszelkich starań, by wszystko wyglądało idealnie. Tylko Ish, jako naczelny sceptyk, trzymał się od wszelkich przygotowań z daleka, słusznie dochodząc do wniosku, że nie było potrzeby psucia dziewczynom zabawy swoim narzekaniem. Ishmael nigdy nie przepadał za tym okresem i zwykle tylko czekał na Nowy Rok, rad, że tę “całą sztuczność”, jak to nazywał, ma z głowy na kolejne dwanaście miesięcy. W poprzednich latach on i Athan udawali się na ten czas do Londynu, by spędzić święta z Marisą i Elijahem...

...i to właśnie jego brak napawał Athanasiusa tym irracjonalnym niepokojem. Cały czas miał świadomość, że coś jest mocno nie tak, że coś jest zupełnie inaczej. Być może te wahania wynikało z faktu, że Tismaneanu nigdy nie przepadał za większymi zmianami, a ten rok przecież zdawał się istnym synonimem zmian. Dopiero niedawno wszyscy złapali oddech na tyle, by na spokojnie odpocząć i wszystko, co nowe, powoli przestawić. Dopiero wtedy do człowieka docierała ogromna skala zmian i dopiero wtedy mógł ocenić, na ile były to zmiany dobre, a na ile złe.

Złą niewątpliwie była śmierć Elijaha, lecz Athan — nie bez wyrzutów sumienia — zdawał sobie sprawę, że to właśnie to zdarzenie dało początek wszystkim innym szaleństwom, jakie ich dotknęły. I Athanasius wprost nie był w stanie nie pomyśleć o najważniejszej konsekwencji tej lawiny — o jego związku z Arią. O narzeczeństwie i o ślubie, który ich niebawem czekał. Czasami, siadłszy w samotności przy kominku, rozwodził się na tym i z prawdziwym uwielbieniem, bardzo niespiesznie zdawał sobie sprawę z tego szczęścia, które tak niespodziewanie zaszło go od tyłu, nie pozwalając się na nie w żaden sposób przygotować. I dobrze; gdyby Athana ostrzeżono przed tym, jak byle niewinne i krótkie spotkanie z Arią mogło owocować, na pewno by się na to nie zgodził i zaczął kombinować, jak by tu tego uniknąć. Sam siebie pozbawiłby największego w świecie szczęścia, ale i kolejny raz unieszczęśliwiłby tę, którą tak bardzo kochał.

I nagle, tak zupełnie nagle się okazało, że miał rodzinę. Wprawdzie zawsze postrzegał w ten sposób Marisę i Elijaha, ale to, co działo się teraz, było czymś zupełnie nowym. Niebawem miał wziąć ślub, a u jego boku znowu stała jego najukochańsza córeczka. Jakże Athan napawał się słodyczą myśli, że nie zdążył nawet na dobre zrzucić po niej żałoby, gdy Gudrun znowu się pojawiła, po raz kolejny wdarłszy się do jego życia jasnymi, ciepłymi, ożywczymi promieniami słońca. Znalazł także Jehanne, ten mały, wiosenny kwiat tego domu, który nie tylko jego uszczęśliwiał, ale przede wszystkim Ishmaela, co było w tym wszystkim jeszcze piękniejsze.

Właśnie dlatego Boże Narodzenie spędzili w wyjątkowo radosnych nastrojach. Nawet Marisa, choć w naturalny sposób przytłoczona pierwszymi świętami bez męża, uśmiechała się, śmiała i piła, nie chcąc odstępować humorem od reszty swojej rodziny. Ish dał się nawet namówić na zielony sweter z reniferem i życzeniami, a Athan całe święta paradował w czapce Mikołaja.

Było wesoło. Bardzo. Dlatego, z równie dużą radością i jeszcze większą nadzieją witali Nowy Rok.

Rok, który w oczywisty sposób kojarzył mu się tylko z jednym wydarzeniem.

 

Powrót do szarej rzeczywistości nie był najłatwiejszy, lecz Athan, mimo całkiem niedawnego zmęczenia egzaminami, bardzo się cieszył, że wrócił na uczelnię. Znowu mógł bowiem w pełni sobie uświadomić, po co to wszystko robił i co go czekało na końcu tej ścieżki. Kiedy więc nastał pierwszy wtorek po przerwie świątecznej, a on wraz z niewielką grupą innych studentów zasiadł w sali relaksacyjnej, ciesząc się ostatnią niecałą godziną przed kolejnymi zajęciami, zastała go wyjątkowo miła niespodzianka. Bardzo lubił, gdy Aria wpadała na uczelnię bez zapowiedzi, bo to zawsze znacznie poprawiało mu humor — i to na cały dzień. Podobnie on czynił, zaglądając w przerwach do jej muzeum, co spotykało się z podobnym entuzjazmem.

I zaczęły się dziać rzeczy, których Athan kompletnie nie rozumiał. Jednak, jeśli długowieczność czegoś go nauczyła, to tego, by absolutnie pod żadnym pozorem nie wtrącać się w rozmowę dwóch kobiet — zwłaszcza niespecjalnie sobie przychylnych. Athanasius nie widział powodu, dla którego obie panie miałyby się nie lubić, ale zbyt dobrze znał Arię, by nie widzieć, że coś było nie tak. I najwyraźniej nadal nie rozumiał, co się działo, bo gdy jego znajomi się rozeszli, zostawiając ich w sali niemal samych, Aria wpatrywała się w niego z rozbawieniem zmieszanym z politowaniem, co oznaczało, że ta sprawa się jeszcze nie zakończyła.

— Poważnie, nie zwróciłeś uwagi, co tu się działo?

Athan zmarszczył brwi, powoli czując się jak zwierzę otoczone krwiożerczymi padlinożercami. Tak samo jak ta ofiara, nie miał żadnego bezpiecznego ruchu i Tismaneanu wiedział, że cokolwiek by nie odpowiedział, będzie to zła odpowiedź.

— Przecież tu się nic nie działo!

Zaryzykował, zapewne głupio, ale zaryzykował. Zdradził całą prawdę, on bowiem nie widział nic złego w zwykłym spotkaniu studentów. Każdy z nich miał nad czym popracować, miał czego się pouczyć i co nadrobić, a wspólna nauka zawsze szła prościej. Nie sądził, by Aria nie rozumiała takich rzeczy, a więc musiało chodzić o coś innego.

Roześmiał się w głos, gdy Aria zaczęła mu recytować definicję układu limfatycznego. Faktycznie, ostatnio trochę przesadzał z czasem spędzonym na nauce, ale jego ambicja pożerała go od środka. Wiedząc, że kiedyś był czynnym lekarzem uważał, że jego ubytki w wiedzy nie są aż tak poważne. Jednak wraz z udaniem się na studia musiał zweryfikować ten pogląd, że wściekłością, zawodem i żalem rozumiejąc, że nie umiał zaskakująco dużo. Dlatego aż tyle czasu poświęcał nauce — żeby samemu sobie udowodnić, że wciąż był lekarzem.

Dlatego wcale się nie zdziwił, gdy Aria mu wypomniała, że zasnął nad podręcznikami. Już miał ją żartobliwie ostrzec, że to nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz, ale obawiał się, że to nie był najlepszy moment.

Raz jeszcze się zaśmiał, gdy Aria wspomniała o ofiarach z jego koleżanek, jednak był to śmiech niepewny i nieco wymuszony, mający dać ukochanej do zrozumienia, że rzeczywiście go to bawiło i on także uznawał to za zwykły przejaw dobrego humoru. Prawda była zaś nieco inna, ponieważ nie za bardzo wiedział, dlaczego Aria przestrzegała to zwykłe spotkanie jako coś niewłaściwego i...

Aż nagle zrozumiał. Zrozumiał i uśmiechnął się szeroko, na poły z rozbawieniem i rozczuleniem. Przerywając jej w rozkładaniu jedzenia, pochwycił ją w swoje ramiona i przycisnął mocniej do siebie, wpatrując się z nią uwagą.

— Ty jesteś zazdrosna! — stwierdził nie bez dumy, wciąż nieco rozbawiony. — Zazdrosna o to, że biedny, jeden ja, studiuję razem z innymi kobietami! A tak serio — podjął po chwili, wciąż trzymając Arię w swoich ramionach i uważnie się jej przyglądając — nie myślisz chyba, że jestem tak naiwny, że nim się obejrzę, z oferty pomocy w notatkach wyląduję z którąś w łóżku i nie zobaczę w tym nic złego? Będę uważał — obiecał z rozbawieniem — ale wiesz… tak na wszelki wypadek — szepnął iście konspiracyjnym tonem — lepiej żebyś tu od czasu do czasu wpadała i nas tu wszystkich sprawdzała… Zwłaszcza mnie, skoro nie masz do mnie zaufania — zakończył, wpierw udając urażony ton, a następnie wybuchając śmiechem, by po chwili z żarem i ochotą całować Arię — między innymi na znak, że naprawdę nie miała się czego obawiać.

Jednak gdy już myślał, że pojął wszystko, Aria wyraziła swoje zaskoczenie faktem, że nazwał ją swoją żoną i wysnuła teorię, jakoby zrobił to umyślnie. Tym razem Athan nie udawał rozbawienia, tylko zmarszczył brwi, sam nie wiedząc nawet, jak na to odpowiedzieć.

— Sądzisz, że to było specjalne zagranie? — spytał, nagle czując, że nie był z tego zbytnio zadowolony i ta odrobina urazy mogła wybrzmiewać w jego głosie. — Najwyraźniej nie jestem na to dość sprytny — dodał, uśmiechając się półgębkiem. Zaraz jednak spoważniał, uznając, że to kwestia, którą należało wyjaśnić. — Dla mnie to oczywiste — wyznał z lekkim wzruszeniem ramion. — Lubię się do tego przyzwyczajać i zawsze cię w ten sposób przedstawiam. Co powinno być dla ciebie dodatkowym argumentem — szepnął, obcałowując jej szyję — że nie masz się o co martwić. Żadna inna się dla mnie nie liczyła i nie będzie liczyć.

Margot też nie, pomyślał żartobliwie, ale ani myślał wypowiedzieć tego na głos.

Nie zamierzał także wyznawać, że nazywanie Arii “narzeczoną” niespecjalnie mu się podobało. Wiedział, jak bardzo była zachwycona brzmieniem tego słowa — przez tyle czasu nie mogła się nawet nazwać jego dziewczyną, choć tak bardzo tego pragnęła, a teraz nie tylko to osiągnęła, ale przeskoczyła o stopień wyżej. Athanowi jednak narzeczeństwo w oczywisty sposób kojarzyło się bardzo źle i między innymi dlatego tak bardzo spieszyło mu się do ślubu. I chociażby dlatego tak lubił myśleć o Arii już jako o swojej żonie.

— Mam jeszcze trochę czasu — zagaił po chwili, przechylając lekko głowę, by spojrzeć na Arię z nieco innego kąta. — Oprowadzić cię po uczelni? Robiłem to już nieraz, ale za każdym razem zapominam o kilku zakątkach. Głownie ciemnych, zupełnie opustoszałych… takich — Athan pocałował ją raz jeszcze — w których nikt nam nie będzie przeszkadzał…

Błysk, który pojawił się w oczach Arii był jednoznaczny i już wtedy oboje wiedzieli, czego chcieli. Jednak, jako że Athan miał tego dnia wyjątkowo dobry humor, nie mógł się powstrzymać od małej złośliwości.

— Ale tylko ci je pokażę i spadamy — dodał nagle z największą powagą. — Przecież nie będziemy tam nie wiadomo czego robić, prawda?

Gdy dostał kuksańca w ramię, roześmiał się raz jeszcze tego dnia, rad z tego, że Arii chyba nie bardzo podobał się ten mały żarcik — i, co ważniejsze, ani na moment w niego nie uwierzyła. A nawet gdyby, Athan na miejscu natychmiast by ją z tego błędu wyprowadził.

 

Trzy dni później jego ukochana Aria święciła triumfy, gdy wystawa poświęcona Mongolii wreszcie ujrzała światło dzienne. Zainteresowanie na szczęście było duże, tym bardziej, że na premierę zaproszono także ambasadora Mongolii oraz grupę mieszkających w Anglii Mongołów starających się szerzyć kulturę i piękno tego kraju. Poza wystawą fotografii obrazujących Mongolię oraz rekwizytów z tym państwem związanych, wernisaż uświetniały pokazy taneczne oraz wokalne, występ mongolskiej skrzypaczki Alagh Yid oraz prezentacja mongolskiej kuchni. Wszystko działało z pełną parą, goście byli zachwyceni, zaproszeni na miejsce Mongołowie pękali z dumy, że z taką ekspresją i zapałem ukazywano piękno ich ojczyzny, a Aria, jako gospodarz całego przedsięwzięcia, wprost błyszczała.

I to właśnie od niej Athan nie mógł oderwać wzroku. Jego ukochana przyszła żona zdawała się świecić naturalnym blaskiem, który Tismaneanu mógłby dostrzec choćby z najdalszego zakątka muzeum. Nie chciał jej przeszkadzać, dlatego stał nieco dalej, jednocześnie pozostając w zasięgu jej wzroku, aby dodawać swoją obecnością otuchy. I dlatego Athan skupiał się tylko na niej.

A przynajmniej między innymi dlatego.

Prawda bowiem była taka, że niełatwo było mu spoglądać na suche, piaszczyste stepy, na ukazane na fotografiach niebo, które niby było takie samo, jak w Londynie, a jednak Athan potrafił dostrzec jakieś różnice. Niełatwo było patrzeć na coś, co tak doskonale znał i czego dobrowolnie się wyrzekł, nie chcąc do tego wracać. A jednak wrócił, nawet jeśli to wszystko było niczym innym, a sztuczną wystawą. Wobec tego Athan powtarzał sobie, że wciąż był w Norwich, w Anglii, a powrót do Mongolii mu nie groził. I między innymi dlatego, gdy pierwszy dzień wystawy dobiegł końca, Athan nie pozwolił Arii tak szybko usnąć. Wpierw zabrał ją na kolację, by w akompaniamencie delikatnej muzyki, pysznego jedzenia i drogiego wina wysłuchiwać zachwytu narzeczonej nad wystawą, samemu ją w tym zachwycie utwierdzając. Wiedział, że tego potrzebowała — zresztą, niedocenienie jej po tak wspaniałym osiągnięciu byłoby rzeczą co najmniej karygodną. Dlatego doceniał. Rozmawiał z nią, dopytywał, wyrażał swój podziw, by na końcu wznosić kolejny toast za jej sukces. Nocą świętowali ten sukces jeszcze inaczej — ale dlaczegóżby nie? Aria na to zasługiwała, a Athan…

A Athan chciał zajmować swoje myśli wyłącznie Arią.

Byle tylko nie wracać do domu. Choćby nawet myślami.

 

NERGUI

Zamieszkała w świecie, w którym nie ma nieba.

Być może właśnie dlatego przegapiła czarne chmury, które zebrały się nad jej głową. Gdyby je ujrzała, nie byłaby zaskoczona, bo czemu niby miałaby być? Kiedy w jej życiu cokolwiek się układało? Kiedy było dobrze?

Więc — może Nergui dostrzegła te czarne chmurzyska przez ten wieczny, szklany klosz? Może je dostrzegła, lecz tak mocno się do nich przyzwyczaiła, że mimowolnie stłumiła w sobie poczucie zagrożenia?

Może. Zwłaszcza że Nergui nie wierzyła w dobrych ludzi. Znała tylko złych, stąd też wychodziła z założenia, że inni po tym świecie nie chodzili. Idąc zaś tym tokiem rozumowania, Nergui nie ufała ani nie wierzyła zatroskanej kobiecie, która ostatnimi czasy do niej wydzwaniała.

— Proszę mnie wysłuchać! Ci ludzie… oni są niebezpieczni! Nie może pani uwierzyć ich obietnicom! Zniszczą panią!, zniszczą, a to, co pani obiecali, nie jest tego warte!

Nergui już od dawna była zniszczona, dlatego uważała, że nie miała nic do stracenia. Z tego powodu zostało jej już tylko jedno — umrzeć. Aby to osiągnąć, musiała zrzucić z siebie jarzmo wampiryzmu, a w tym mieli jej pomóc ci, których szukała tyle czasu i przed którymi ostrzegała ją kobieta, która podobno została przez nich skrzywdzona. Nergui jej nie wierzyła. Nie wierzyła komuś, komu się wydawało, że wie lepiej, co dla Nergui byłoby najlepsze.

 

Plakat wystawy o Mongolii ciągle ją nęcił. Ciągle wzbudzał tę samą, bolesną tęsknotę za domem — zarówno w tym najszerszym, jak i najwęższym rozumieniu. W Mongolii, tuż przed hibernacją, mieszkała w niewielkim domku, który zostawili jej rodzice. Całość wyglądała jak kilkupoziomowa stodoła, przez której dziurawe deski śmiało hulał wiatr. Pokoje były małe i ciasne, w jednej izbie mieszkały wielodzietne rodziny — ale takie były warunki, na które wszyscy się godzili. Nergui tęskniła za swoim brudnym mieszkankiem. Tęskniła za dwoma wielkimi fotelami, które stanowiły centralne punkty głównej izby oraz za niewielkim okienkiem, dzięki któremu promienie słońca mogły zalać kuchnię. W pewnym sensie było jej tam dobrze i właśnie dlatego tęskniła.

Tęskniła tym bardziej, gdy wpatrywała się w przepiękne fotografie przedstawiające jej ojczyznę.

Premiera wystawy miała miejsce dzień wcześniej, dlatego ludzi było już mniej, choć wernisaż nadal cieszył się wyraźnym zainteresowaniem. Nergui bez strachu wnikała w tłumy kolejnych gapiów, podziwiając kolejne eksponaty. Cieszyła się, że poza angielskimi napisami, niżej dołączone także tę samą treść zapisaną po mongolsku — Nergui nie radziła sobie jeszcze z angielskim na tyle dobrze, by zrozumieć całość, a tekst w jej ojczystym języku jeszcze bardziej ją wzruszał.

Udało się jej znaleźć nazwisko osób odpowiedzialnych za wystawę i z tego zapisku wynikało, że całość powstała z inicjatywy niejakiej Arii Vasco. Nergui nie miała pewności, czy tego dnia wciąż miała szansę zastać ją w muzeum, a bardzo by tego chciała, aby szczerze podziękować za ten choćby maleńki przejaw mongolskości. Zaczęła się więc rozglądać po okolicznych pracownikach, a gdy wypatrzyła ciemnowłosą pracownicę, którą już wcześniej tu widywała, ruszyła w jej stronę, zamierzając spytać o Arię Vasco. Na początku się spłoszyła, bo zdołała wyczuć, że kobieta, do której zmierzała, była wampirzycą, podobnie do niej. Jednak niepokój momentalnie ustąpił, gdy na plakietce przypiętej do uniformu odnalazła poszukiwane nazwisko.

—P-przepraszam — dukała z tak wyraźnym akcentem, że Nergui się wystraszyła, że pani Vasco jej nie zrozumie. — Czy to pani… pani… Pani to — wskazała na ściankę z tradycyjnymi mongolskimi strojami — zrobiła? To pani? Przepraszam — dodała łamiącym głosem — ja… nie znam angielski za dobrze…

Nergui miała ochotę rozpłakać się ze szczęścia, gdy pani Vasco odpowiedziała jej po mongolsku, że nie ma się czym martwić i mogą porozmawiać w jej ojczystym języku. Wprawdzie jej akcent był bardzo silny i wskazywał na to, że pani Vasco nieczęsto mówiła po mongolsku, jednak mówiła płynnie i wyraźnie, więc nie było wątpliwości, że dobrze znała ten język.

— To takie dziwne porozmawiać tu z kimś po swojemu — wyznała ze szczerym, szerokim uśmiechem. — Aż do dziś nie poznałam w Anglii nikogo, od kogo bym usłyszała mongolski.  A to zawsze podnosi na duchu — wyznała, czując prawdziwą ulgę, mogąc się posługiwać tak dobrze sobie znanym językiem. — W Mongolii mieszka ledwie trzy miliony ludzi – zresztą sama pani wie – zaśmiała się cicho – bo wspominała pani o tym na kilku tutejszych tablicach. Więc i po mongolsku mało kto mówi. Ale odbiegam od tematu — Nergui spłoszyła się nieco, bojąc się, że pani Vasco uzna jej paplaninę za bezwartościową i po prostu sobie pójdzie. — Dziękuję za tę wystawę — wyznała, chwytając się za miejsce, w którym powinno znajdować się serce. — Była naprawdę doskonała. Widać, że włożyła pani w tę wystawę całe serce. Ja to czuję — wyznała z całą mocą. — Wyznała, że to coś właśnie dla nas, dla Mongołów. I dla ludzi, którzy chcą zapoznać się z tą kulturą.

Nie śmiała wspomnieć, że sama wiele się dowiedziała z tej wystawy. Żyła biednie, nie wychylała się więc na tyle, by dostrzec te wspaniałe, kolorowe stroje, by poznać historię własnego kraju i odkryć jego sekrety. Tego wszystkiego dowiedziała się dopiero na szkoleniu i o ile większość pokrywała się z tym, co przedstawiono na wernisażu, niektóre przedmioty, informacje i widoki ją zadziwiały.

Dlatego tym bardziej chciałaby tam wrócić.

— Na pewno premiera okazała się wielkim sukcesem — dodała Nergui z ciepłym uśmiechem. Przez chwilę milczała, walcząc sama ze sobą, aż wreszcie zdecydowała się na małą wścibskość: — Przepraszam, że pytam, ale bardzo mnie to interesuje… Dlaczego Mongolia? Mieszkała kiedyś pani w moim kraju? — pytała z uprzejmą ciekawością. — Skąd to wielkie zainteresowanie Mongolią? To rzadko spotykane. Więc tym bardziej to doceniam — doprecyzowała.

— Dla imigrantów to bardzo ważne zobaczyć chociaż kawałek swojego domu — kontynuowała po dłuższej przerwie. — Ja też musiałam wyjechać, chociaż nie chciałam, ale bardzo pragnę tam wrócić. Chociaż wiem, że nie ma tam wielu perspektyw — dodała markotnie — a na pewno jest ich znacznie mniej niż w tu, czy w pozostałej reszcie Europy. Ale to dom — Nergui wzruszyła lekko ramionami. — Do domu zawsze człowieka ciągnie, bez względu na wszystko. Nawet…

Kobiecie momentalnie zrzedła mina, przypominając sobie ostatnie lata, jakie spędziła w Mongolii, lecz jeszcze przed hibernacją. Zadrżała, przejęta nagłym atakiem lęku.

— Nawet jeśli było tam tak strasznie źle — wyszeptała, czując, jak nagle brakuje jej powietrza.

Nie czekając ni chwili dłużej, odwróciła się na pięcie i niemal wybiegła z muzeum, łapczywie chwytając dech. Kilka głębszych oddechów pozwoliło się jej uspokoić i zasnuć wspomnienia mgłą, której wytwarzania nauczono ją w czasie dziesięcioletniego, pohibernacyjnego szkolenia. I gdy wróciła do siebie, poczuła wstyd, że tak nagle przerwała rozmowę i uciekła. Nergui bała się, że pani Vasco uzna ją za idiotkę i tak po prostu zniknie. Nergui bardzo by tego nie chciała, zwłaszcza że był to jedyny łącznik z jej ukochanym domem. Z tego powodu wampirzycy zależało na tym choćby zalążku rozmowy z panią Vasco.

Dlatego bała się, że właśnie bezpowrotnie zrujnowała swoje pierwsze wrażenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^