ROZDZIAŁ 331

GUDRUN 

Rozmowa z Belialem przebiegała… dziwnie. Z jednej strony dobrze, z drugiej — nie bardzo. Z jednej strony Gudrun była rozbawiona, a z drugiej oburzona. Podobał się jej jego humor, lecz nie podobały mniej lub bardziej żartobliwe groźby lub wyzwiska. Gudrun wiedziała, jaki to typ faceta i brała pod uwagę fakt, że ci już tak po prostu mieli — byli nadmiernie pewni siebie, a ów pewność dodatkowo podbijali wulgarnością. Gudrun niejednokrotnie miała z takimi do czynienia i nie mogła powiedzieć, że ją odstraszali. Jednak z pewnością byli dość... specyficzni.

A Belial stanowił istną definicję specyficzności.

— Aha — mamrotała w zamyśleniu Gudrun, od czasu do czasu popijając whisky. Wywód Beliala był jednocześnie chaotyczny i dobitny, a puenta dość mocno Gudrun zaskoczyła. — Czyli nie dość, że ich zeswatałeś, to jeszcze w sumie ją znalazłeś i uratowałeś. A Goro i tak jest na ciebie obrażony. Niby takie nieśmiertelne demony — zakpiła — a zachowujące się jak dzieci. Ja tam na pewno bym się na Wierę na twoim miejscu wkurzyła — mruknęła, wzruszając ramionami — ale widocznie z ciebie wyjątkowo dobroduszny demonik!

Zaśmiała się, widząc jego minę, lecz nic sobie z tego nie robiła. Oboje wiedzieli, że Belial miał tyle wspólnego z dobrodusznością, co młot pneumatyczny z delikatnością, ale Gudrun nie zamierzała mu tego wypominać — przynajmniej na razie.

— Ach, słynne kubki — wampirzyca wyszczerzyła się w geście rozbawienia — słyszałam o nich! Skąd zamiłowanie do zwierzęcych kubeczków? I jakie jeszcze masz? — spytała ze szczerym zainteresowaniem, jeszcze trochę bardziej pochylając się nad stolikiem w stronę swojego rozmówcy. — Masz jakieś z kotkami? Albo z jaszczurkami? To jakieś wersje kolekcjonerskie? Drogie są? Zamierzasz je potem opchnąć, jak już nabiorą wartości? I czy podarujesz ten lisi kubek w prezencie ślubnym Goro i Wierze, uznając to za symbol ich miłości?

Gudrun uważała, że kolekcjonowanie zwierzęcych kubków było co najmniej idiotyczne, co nie zmieniało faktu, że chętnie by się im przyjrzała — zwłaszcza że z pewnością były urocze. Belial nie pocieszył jej za to, kiedy ze śmiertelną powagą oświadczył, że nic nie powie na temat jego kłótni z ojcem. Gudrun bardzo tego żałowała, bo Bel wyglądał na rozgadanego skurczybyka i dziewczyna była pewna, że jak się go odpowiednio podejdzie, to i tak wszystko wypapla. Dlatego wkrótce znowu zamierzała spróbować, zwłaszcza że ta kwestia bardzo ją interesowała. Na ojca nie miała co liczyć — wprawdzie Gudrun miała nadzwyczajny wręcz talent do wyciskania z niego jego tajemnic, dzięki czemu jako jedyna wiedziała naprawdę wiele o jego dawnym związku z Arią, co przecież było dla niego tematem tabu. Ale o Belialu w ogóle się nie odzywał, a jak tylko dotykało się czegoś choćby obok tematu tego konfliktu, od razu się wściekał. To była granica, której nawet Gudrun nie umiała przeskoczyć, więc cała nadzieja w Belu.

— Jak chcesz mi wyrywać język, to wyrywaj, ale wtedy ojciec jeszcze bardziej się na ciebie wścieknie — odpyskowała, nieporuszona tą groźbą. — Poza tym wyrwanie języka nic ci nie da. Uszy nadal będę miała, a ty swój język, więc tak czy siak mógłbyś mi wszystko opowiedzieć. O Jezu — jęknęła nagle z irytacją — no przecież nikomu nie powiem! Komu niby? Ojcu?! No przecież by mnie zabił, jakby się dowiedział, że wiem. Cokolwiek to jest. Więc nie bój się tak, ty mały, nieustraszony demoniku — zaśmiała się kpiąco — nic ci się nie stanie, jak mi powiesz! Gorzej, jak mi nie powiesz — oświadczyła śmiertelnie poważnym tonem — bo wtedy będę dręczyła cię tym pytaniem aż do twojej śmierci. Bo demony też umierają, tak? — spytała, gdy nagle zdała sobie sprawę, że nie zna odpowiedzi na to pytanie. — Czy nie? Czy jesteście tak wszechmogący, że nawet Śmierć może wam co najwyżej do garnka nasrać?

Mimowolnie wywróciła oczami, gdy usłyszała słynną już formułkę: „wiem, że to drażliwy temat dla ciebie”. Gudrun miała wrażenie, że najbardziej drażliwy był dla jej bliskich, ale dla niej ani trochę. Wprost przeciwnie — uwielbiała mówić o swojej śmierci i wskrzeszeniu, jako że ten temat nieustannie bardzo ją interesował. Jednak o mówieniu na ten temat w domu nie było mowy — ojciec, gdy tylko o tym słyszał, dostawał szału i w kółko powtarzał Gudrun, że ma o tym nie mówić, a jeśli już musi, to ma to nazywać śpiączką.

— To nie jest dla mnie żaden drażliwy temat — fuknęła obrażonym tonem. — Czemu wszyscy traktujecie mnie jak jakiś delikatny bluszcz, co?! Nic mi nie jest, żyję, mam się dobrze i wcale nie miewam koszmarów po nocach, czy coś! A z „drugiej strony”, jak to nazwałeś, nic nie pamiętam — wyznała w końcu z nutką żalu w głosie. — Chciałabym, naprawdę, ale nie mam nawet jednego choćby urywka wspomnień. Nie było żadnego światełka w tunelu, aniołków czy kotłów ze smołą. Dla mnie to było jak zwykły sen — odparła ze wzruszeniem ramion. — Ot, zasnęłam, jak mi łeb ucięli, a obudziłam się, jak mnie wskrzesiliście. Jak się ocknęłam — dodała po chwili, nieco ciszej i bardziej ponuro — po prostu myślałam, że zemdlałam. A potem sobie pomyślałam, że byłam z ojcem umówiona na siódmą i jeśli się przez to omdlenie spóźnię, to mnie pewnie zabije. Ale nie miałam pojęcia, co się dzieje! — wyjaśniła żywiołowo. — Nie pamiętasz? Przecież tam byłeś. Ja w ogóle wam nie wierzyłam, że minęło ponad trzydzieści lat, że byłam martwa i tak dalej. No Belial — tłumaczyła — wyobraź sobie, że idziesz sobie uciąć komara, budzisz się, a ktoś ci wciska kit, że minęło, no nie wiem, ze dwadzieścia lat. Uwierzyłbyś im? No pewnie, że nie! I ja też nie! Tylko jak… — Gudrun opadły ramiona na samo wspomnienie, walcząc sama ze sobą, by łzy nie napłynęły jej do oczu — jak zobaczyłam reakcję mojego ojca, jak tak na mnie patrzył z niedowierzaniem i nadzieją, a potem popłakał się jak dziecko, to… to pomyślałam, że… no, nie zareagowałby tak, jakbyśmy się nie widzieli od kilku dni, nie?

Miała nadzieję, że nigdy nie zapomni tej chwili, w której weszła do salonu, gdzie jej ojciec ujrzał ją po raz pierwszy od trzydziestu pięciu lat. Był to moment tak wzruszający i dla obojga ważny, że Gudrun chciała zachować ten moment na zawsze.

Jednak ta krótka chwila wzruszeń została błyskawicznie zrujnowana, gdy Belial zaczął opowiadać o zombie, którego nieudolnie wskrzesił. Dreszcze ją przebiegły po plecach, gdy sobie to wyobraziła. 

— Boże — szepnęła, przerażona nie na żarty — to ja też mogłam być takim zombie?! Jezu — westchnęła — jak dobrze, że to nie ty mnie wskrzeszałeś! Ale kurczę — zawołała z podziwem — to skoro tak mówisz, to ten Goro musi być naprawdę mocarnie potężny! Ale co — Gudrun pochyliła się jeszcze bardziej, choć było to niemal niemożliwe — to on tak po prostu nad kubkiem... no wiesz? I jak to wyglądało? W ogóle jak przebiega taki proces wskrzeszania? Jak to wyglądało ze mną? Że co, że tak nagle się pojawiłam i bum! — krzyknęła nagle, czując na sobie spojrzenia zaskoczonych gapiów — nagle żyję? Czy to się jakoś powoli materializowało, w sensie to całe moje ciało? I co, i najpierw ręka jedna, potem druga, potem szyja, łeb? Jak to wygląda? Bo to ciekawe jest!

Nie bardzo rozumiała, dlaczego Belial nagle chwycił jeden z jej warkoczyków, ale było to dość dziwne. Zwłaszcza gdy przyglądał się jej inaczej niż dotychczas — jednocześnie bardziej intensywniej i subtelniej. Tak jakby patrzył… głębiej. I w tym momencie Gudrun ucieszyła się, że nie miała bluzki z głębokim dekoltem, bo wtedy byłoby widać, że momentalnie zrobił się cały czerwony. Dlaczego tak na nią patrzył? I dlaczego ona nie mogła oderwać wzroku? Jakby na moment połączył ich jakiś magnetyzm, którego Gudrun nie rozumiała. Albo po prostu mózg się jej na chwilę wyłączył, zbyt zaskoczony tym, co się właśnie działo.

— Yyy… eee… — dukała, zupełnie wybita z rytmu tym wyznaniem — tak, tak, perfumami i pierogami, bo niedawno jadłam. Ale dziękuję — odparła, szczerząc się szeroko. — A ty masz ładne włosy. Takie loczki fajne! Chętnie bym je wytarmosiła! No co? Mówię tak, żeby nie było, że na komplementy nie odpowiadam! I tak, chodźmy — oznajmiła, wstając z krzesła. — Dobra Aria nigdy nie jest zła!

Lubiła zaglądać do muzeum, w którym pracowała jej... Czysto teoretycznie, Aria miała niebawem zostać jej macochą, lecz Gudrun nie lubiła tak o niej myśleć. Więc jak miała ją nazywać? Od razu pomyślała o użyciu słowa „przyjaciółka”, ale, szczerze mówiąc, Gudrun nie miała pewności, co o tym sądziła sama Aria, więc wolała się z niczym nie wychylać.

Wobec czego Aria pozostawała na razie po prostu Arią.

— Cześć, Kristen — zawołała Gudrun, gdy już weszli do środka i natknęli się na jedną z pracownic muzeum. — Jest tu gdzieś Aria? Nie jest mocno zajęta? Mamy coś dla niej i chcieliśmy pogadać.

— Zaraz ją zawołam — odpadła z uśmiechem Kristen, po czym zniknęła gdzieś w głębi muzeum.

Belial w tym czasie znalazł sobie inne zajęcie, bo odczytywał jakiś plakat wywieszony na jednej ze ścian w hallu. Gudrun podeszła bliżej i niemal od razu poznała zapowiedzi wystawy na temat mongolskie kultury, nad którą Aria pracowała od dłuższego czasu. Niebawem miała zostać przedstawiona, dlatego „jej macocha” była ostatnio tak zapracowana.

— Fajnie wygląda, nie? — zagadnęła ze szczerym zainteresowaniem. — Nie wiem zbyt wiele o Mongolii, to chętnie się dowiem. No co? — spytała, zaskoczona zaskoczoną miną Beliala. — Ojciec z jakiegoś powodu nienawidzi mówić o swojej ojczyznie. Język znam, jakieś tam podstawy też, ale mówienie o Mongolii wyraźnie nie sprawia mu przyjemności. 

Gudrun nieraz się zastanawiała, dlaczego jej ojciec miał taką awersję do swojego kraju. Nic więc dziwnego, że wyjechał, ale co go do tego skłoniło? Z tego co wiedziała, ojciec od czasu wyjazdu nie odwiedził rodzinnych stron i, co ważniejsze, nie miał takiego zamiaru. Gudrun niesamowicie to ciekawiło, dlatego miała nadzieję, że kiedyś wreszcie pozna te wszystkie sekreciki ojca. 

— A, jeszcze jedno — mruknęła. — Pewnie chciałbyś pojawić się na wystawie i wesprzeć Arię swoją obecnością, ale to nie jest najlepszy pomysł. Ojciec na pewno tu będzie — wyjaśniła z powagą — więc może się jakoś przebierz... I wiesz — puściła mu oczko — przez „przebierz” mam na myśli, no, to wdzianko — mówiąc to, dźgnęła go palcem w sam środek klatki piersiowej. — W innym ciele cię nie pozna. W sumie czemu wcześniej na to nie wpadłeś? Przecież to oczywiste! Chyba że tobie też się tak te loczki spodobały — zachichotała, tarmosząc go lekko po jego jasnobrązowej czuprynie. — Dobra, wiem, wiem, mam tak nie robić, bo mi rękę utniesz albo razem ze stawami wyrwiesz. Chyba już zaczynam się do tych twoich gróźb przyzwyczajać. O, hej, Aria!

Szczerze się ucieszyła na jej widok, natychmiast wyrywając Belialowi torbę, którą nosił na ramieniu. W środku znajdował się pełny obiad wraz z deserem, które zgarnęli z okolicznej jadłodajni. Gudrun miała tylko nadzieję, że Aria nie miała zbytniego apetytu na krew, bo tej przy sobie nie mieli. Ale gdyby tylko Vasco wyraziła taką ochotę, Gudrun była gotowa jakąś załatwić — i, jak się domyślała, Belial również.

— Mam nadzieję, że nie przeszkadzamy? — zagadnęła z uśmiechem. — Jak widzisz, spełniłam twoją prośbę i nawet obiad ci przynieśliśmy, proszę! Belial przekaże wszystko Goro i to, co dałaś, na pewno pomoże Wierze. Belial też ma taką nadzieję, no nie? — Gudrun spojrzała na niego znacząco. — Swoją drogą, miałaś rację — szepnęła w stronę Arii, dobrze siedząc, że demon wsystko słyszał — ten facet to małe dziecko! Musisz mu jakąś babkę znaleźć, skoro tak się przyjaźnicie. Co ty na to, mały demonku? — spytała Gudrun cieniutkim, dziecięcym głosikiem.

Wiedziała, że go denerwowała, ale, w przeciwieństwie do ich ostatniego, niezbyt fortunnego spotkania, tym razem nie tylko nie bała się Beliala, ale nawet go polubiła. Naturalnie zdawała sobie sprawę, że gdy przekroczy cienką czerwoną linię, demon z dość dziecinnego faceta zamieni się w przerażającego mordercę, lecz w tym przypadku liczyła na znajomości, a głównie na przyjaźń, która łączyła Bela i Arię. Vasco raczej nie byłaby zadowolona, gdyby demon zabił kogoś, kogo niedawno na jej prośbę wskrzeszono, co Gudrun traktowała jak swego rodzaju gwarancję bezpieczeństwa. Być może nierozsądnie, ale rozsądek nigdy nie był jej domeną.


NERGUI

Zamieszkała w świecie, w którym nie ma nieba.

Jak wiele mogło się zmienić w ciągu lat jej… nieobecności? Z pewnością wiele, to było jasne od samego początku i choć Nergui nie spodziewała się aż takich zmian, rozumiała, że mogła się narodzić w świecie zupełnie innym. Jak bowiem wyobrażała sobie przyszłość? Na sposób różnoraki, nieraz nieco nieśmiały i subtelny, a innym razem szalony i kreatywny. Jednak nawet w tych drugich wyobrażeniach nie zmieściły się fruwające po niebie ogromne, metalowe maszyny, pędzące z ogromną prędkością auta czy…

Czy szklane chmury zasłaniające jej niebo.

Wiele mogła zrozumieć, lecz nie brak nieba. Mijał właśnie czternasty rok, a ona wciąż tak samo, każdego dnia po wyjściu na zewnątrz zadzierała głowę w poszukiwaniu błękitnego bezkresu, w który wpatrywała się niegdyś z takim uwielbieniem. Lecz nie widziała już śnieżnobiałych obłoków, oślepiającego, choć jakże ogrzewającego skórę i serce słońca. Zadarłszy głowę, widziała jedynie fałszywe, szklane niebo zbudowane z zarysowujących chmury wieżowców oraz strzeliste kominy wypluwające z siebie trujący smog.

Przyszłość miała być lepsza. Jednak okazała się… sztuczna. I to potwornie Nergui przerażało. Lecz nie mogła nic zrobić. Nic poza zadzieraniem głowy, próbując znaleźć choćby najmniejszą namiastkę tego, co znała; próbując otrzepać się z pyłu inności obcości, którą kobieta wciąż się dławiła.

Dławiła się nieprzerwalnie od czternastu lat. W świecie, który nie ma nieba.

Jednak tak zupełnie nagle trafiła między cienie zamknięte w szkle i ona sama musiała stać się jednym z nich, aby przeżyć. Czy tego chciała? Nie.

Nie chciała tego. Po stokroć tego nie chciała. I na tym właśnie polegał największy problem i cała, zamknięta w jej sercu i głowie tragedia.

Niedługo miało minąć czterysta sześćdziesiąt pięć lat, odkąd zapadła w sen. Wybudzono ją ledwie czternaście lat temu i to zupełnym przypadkiem. Gdy Nergui podjęła decyzję o hibernacji, była ona bardzo spontaniczna, dyktowana jedynie żalem, rozpaczą i zrezygnowaniem. Nie myślała o konsekwencjach, nie myślała o tym, co stanie się z nią później. Wiedziała tylko tyle, że od niedawna była wampirem — kreaturą, o której tak wiele słyszała i którą tak gardziła — a więc, wedle jej informacji, pozostawała nieśmiertelna. Próbę samobójczą podjęła tylko raz, podcinając sobie żyły. Ból, który w tamtym czasie czuła, z jednej strony niewiele bardziej odbiegał od tego, który doświadczała wcześniej, lecz z drugiej strony był zupełnie inny. Gdy Nerugi czuła, że robi się coraz bardziej osłabiona i senna, myślała, że oto właśnie umierała i chciała to zrobić z uśmiechem na ustach, co zresztą miało być wyjątkowo ponurym żartem. W końcu zasnęła, lecz nie spodziewała się obudzić. Gdy zaś ocknęła się po kilku godzinach, okazało się, że rany zaczęły się zrastać, a i ona odzyskała koloryt skóry, co oznaczało, że ta znowu była ukrwiona, mimo niedawnej, ogromnej utraty krwi.

Jeśli Nergui nie mogła umrzeć, chciała zasnąć. I skorzystała z możliwości hibernacji niemal natychmiast po tym, jak się o tym dowiedziała od innego, bliżej jej nieznanego wampira.

Chciała przespać wieczność, więc zaszyła się w jakiejś głębokiej norze oddalonej od jakiegokolwiek ludzkiego oka, mając nadzieję, że nikt jej tam nie znajdzie. Ale znalazł. Jak się okazało, któregoś razu wampirza społeczność jej kraju zaczęła wielkie sprzątanie po łowach, które zaczynały cichnąć, starając się dotrzeć do jak największej ilości pobratymców i ich spisać. Dotyczyło to także wampirów zahibernowanych, więc znaleźli też Nergui. Nakazano jej podać swoje dane i przenieść się w inne, wyznaczone przez nich miejsce, jeśli chciała kontynuować hibernację. Nie chciała wiedzieć, jaki to był rok. Czy minęło dziesięć lat? Sto? A może jeszcze więcej? To było bez znaczenia. Nie chciała istnieć, więc ponownie zapadła w sen.

Wybudzono ją, ponieważ podczas kolejnych, typowo papierologicznych porządków, odkryto jej dokumenty i zadecydowano, że ponad czterysta lat snu to zdecydowanie za dużo. Lecz nie zostawiono jej samej: po trafieniu do zupełnie nowego, obcego świata, przeszła niemal dziesięcioletnie szkolenie mające przygotować ją do życia w dwudziestym pierwszym wieku oraz wiele sesji z psychologami. Nergui nadal miała wrażenie, że wielu rzeczy nie potrafiła i wciąż się uczyła, niekiedy wychodząc na idiotkę. Przez ostatnie trzy lata szkolenia pracowała jako sekretarka w biurze jednej z jej opiekunek. Od niej też dostała niewielką kawalerkę, trochę pieniędzy na start i zapewnienie, że w razie kłopotu zawsze jej pomogą. Ale w końcu musiała opuścić bezpieczną przystań i spróbować żyć po swojemu.

Od czterech lat była sama. I od prawie czterech lat miała cel, który zamierzała zrealizować.

Chciała wreszcie umrzeć.

Jednak — nie chciała popełnić samobójstwa. Już wiedziała, że istnieje kilka sposób na zabicie wampira, lecz jej ostatnia próba i koszmarny ból i strach, jaki jej wówczas towarzyszyły, skutecznie ją od tego pomysłu odstraszyły. Otrzymała nowy start. Nowe życie, nowe nazwisko, nową osobowość, nową szansę. Chciała ją wykorzystać, nadrobić wszystko, czego nie zaznała lub co straciła. Chciała przeżyć swoje życie, a gdy jej czas dobiegnie końca, po prostu odejść. Wampiryzm jej w tym przeszkadzał — więc to jego musiała się pozbyć.

Chciała być znów człowiekiem.

Dwa lata zajęły jej poszukiwania sposobu na „odmianę”. Jedynym zdawał się eliksir, który sporządzało się na bazie krwi Stwórcy. Jednak w przypadku Nergui było to niemożliwe — jej przemiana polegała na tym, że jakiś drań zaatakował ją w ciemnej uliczce, przemienił i uciekł. Nergui nie widziała nawet jego twarzy, więc nie było szans go odnaleźć. Najprostszą i, zdawać się mogło, jedyną opcję musiała skreślić, co napawało ją czarną rozpaczą. Ale szukała dalej.

Aż wreszcie znalazła. Dotarły do niej pogłoski, że w Europie żył wampir, który pracował nad antidotum. Mówiono o nim dość nieprzychylnie, straszono, że to niebezpieczny człowiek — lecz czy Nergui miała coś do stracenia? Nic. Dlatego chciała spróbować, ale to wymagało od niej wyjazdu do Anglii. Nie znała angielskiego, ale i tu z pomocną dłonią przyszła jej opiekunka, która pochwalała i wspierała wszystkie formy rozwoju swoich podopiecznych. Nergui intensywnie uczyła się języka półtora roku, by następnie wyjechać do Anglii i przez kolejne sześć miesięcy szukać wampira, który…

Który był martwy.

Trudno było jej znieść tę mieszankę gniewu, strachu, rozpaczy i bezsilności na myśl, że cały ten wysiłek poszedł na marne. Tym bardziej, że pośród tylu cudownych odkryć nauki nadal nie wynaleziono antidotum na wampiryzm. Jak to było możliwe?! A może źle szukała? A może nie wiedziała wszystkiego? Nie miała pojęcia. Wiedziała tylko, że będzie szukać dalej — w końcu miała dość czasu. Na szczęście słyszała plotki, że badania Blome’a nie przepadły, że ktoś cały czas je kontynuował i, co więcej, poszukiwał wampirzyc, na których mógłby testować swój specyfik. Nergui chciała zostać tego rodzaju królikiem doświadczalnym, lecz odnalezienie tych ludzi graniczyło z cudem, przez co znalazła się w ślepej uliczce.

Ale nie zamierzała się poddać. Nie teraz, gdy była już tak blisko.

Niestety, poszukiwania od dłuższego czasu stały w martwym punkcie. W tym czasie Nergui prowadziła drugie śledztwo i próbowała odnaleźć osobę, która odpowiadała za śmierć Blome’a, z nadzieją, że może ten ktoś wiedział więcej. Nergui zdołała się tylko dowiedzieć, że w sprawę zamieszana była policja z Norwich, co kazało jej przypuszczać, że to z tych okolic pochodził zabójca. I to ta mieścina zatrzymała ją na dłużej, gdy dosłownie przypadkiem wampirzyca trafiła na plakat wystawy dotyczącej Mongolii. Wystawa miała mieć premierę za kilka dni, dlatego Nergui postanowiła się tam zatrzymać. Wynajęła nędzny pokój w motelu, w międzyczasie próbując dowiedzieć się czegoś o Blomie, a w reszcie czasu wolnego obserwując muzeum. Ta wystawa była dla niej o tyle ważna, że Nergui bardzo tęskniła za domem. Kochała swój kraj i marzyła o dniu, w którym do niego wróci, nawet jeśli dni tam spędzone nie należały do najszczęśliwszych. Mimo to, to tam był jej dom i to właśnie tam Nergui chciała umrzeć. Dlatego właśnie z taką ostrożnością i jednocześnie niepokojem i ekscytacją codziennie wchodziła do ów muzeum, z uwielbieniem przyglądając się plakatowi i doszukując się pierwszych śladów wskazujących na to, że wystawa rzeczywiście będzie niedługo upubliczniona. Minąwszy troje rozmawiających ze sobą ludzi, w tym jedną z pracownic, którą Nergui już kojarzyła z wyglądu, po raz kolejny wpatrywała się z uwielbieniem w plakat, nie mając ani pieniędzy ani odwagi na to, by wejść głębiej. Gdy zaś poczuła na sobie spojrzenie pracownicy, Nergui spięła się nieco i zlękła, co kazało jej natychmiast wyjść z budynku.

Wróci tam jutro. Choćby tylko po to, by znów tęsknić o powrocie do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^