ROZDZIAŁ 329

GUDRUN

Gudrun ledwie tu przyszła, a już zdążyła tego pożałować. Niepotrzebnie była tak ciekawska i przysiadła się do demona, by teraz słuchać jego użalania się nad swoim biednym losem. Tym bardziej, że na początku nawet nie rozumiała, o czym Belial bredził. Z tego wszystkiego zignorowała nawet, że pomylił jej imię. Nieraz się z tym spotykała, jako że była posiadaczką dość oryginalnego imienia, dlatego w żaden sposób jej to już nie ruszało.

Nie bardzo tylko rozumiała, dlaczego na wstępie zaczął ją obrażać, przyrównując do Arii. Gudrun zmarszczyła brwi, próbując doszukać się w tym jakiegokolwiek sensu. Nie zamierzała się kłocić, tym bardziej, że z tym jednym się zgadzała — Vasco rzeczywiście była kochana. Ale czy ona była aż takim wcieleniem zła?

No dobra, pomyślała, w wyobraźni obojętnie wzruszając ramionami, może trochę tak.

— Przy alkoholu najlepiej się gada — mruknęła, niezbyt poruszona tym wywodem. — Poza tym wyglądasz mi na takiego, co potrzebuje jednego i drugiego: gadki i chlania. No to najlepiej to połączyć. Nie? Poza tym — dodała kąśliwie — na pewno jest mnóstwo powodów do zemsty na tobie. Dla mnie też ostatnio nie byłeś zbyt miły.

Odchodząc w stronę baru uznała, że wspólne picie — czy też jakiekolwiek picie — to wcale nienajgorszy pomysł. Jej też się przyda jakaś mała rozrywka, a ten podupadły na duchu demon wyglądał na ciekawy obiekt pijackich drwin. Gudrun zamierzała sprawdzić, gdzie leżała jego granica cierpliwości, nawet jeśli nie było to zbyt rozsądne — w końcu to demon.

Jednak Gudrun nigdy przecież nie grzeszyła rozsądkiem. I było jej z tym bardzo dobrze.

— Wsadź sobie w dupę te orzeszki — warknęła pod nosem, wściekła, że jeszcze miał jakiekolwiek żądania. 

Ostatecznie jednak doczłapała się z butelką whisky, dwiema szklankami i pieprzoną paczką orzeszków. Gudrun nie rozumiała, po co mu orzeszki do whisky, ale nie zamierzała się spierać.

— Wiedziałeś, że istnieje różnica między whisky a whiskey? — zagadnęła, gdy już usiadła; nie czekając na demona, sama nalała sobie alkoholu do szklanki. — Byłam kiedyś pewna, że to żadna różnica i po prostu dwojako się to zapisuje. Ale jak kiedyś palnęłam to przy ojcu, który jest wielbicielem tego trunku, to mi zrobił taki wykład, że do końca życia zapamiętam — dodała z chichotem. — Whisky — podjęła tonem wielkiego znawcy — pisane bez „e” na końcu, jest wytwarzane głównie w Szkocji, a whiskey z tym dziwnym „e” to typowo amerykański wynalazek. Różni się destylacją, czasem, jaki musi przeleżeć w beczkach i tym, no, materiałem, z jakiego jest tworzone. No wiesz, różnych zbóż i tak dalej. Ciekawe, nie? — zagadnęła, szczerze zaintrygowana. — To bez sensu, żeby to się aż tak różniło. Ci Amerykanie to jednak zawsze coś podpieprzą i na swoje przerobią — dodała z niesmakiem, popijając alkohol.

Uwielbiała ten moment, kiedy whisky zdawało się przepalać jej przełyk, niemal po nim szorując, a tym samym wnikając w każdą, najmniejszą cząstkę i rozpalając Gudrun od środka.

— To co — zaczęła, wznosząc szkło — za co wypijemy? Albo za kogo? No wiem — mruknęła — że ja już łyk upiłam, ale nieważne. To… hm, no nie wiem… o! Za to — podjęła stanowczo — żebyś jak najszybciej mógł być wrednym, radosnym bucem. Bo w tym jesteś najlepszy i to chyba najbardziej lubisz. Bo teraz jesteś tylko wrednym, smutnym bucem. A to, wiadomo, nie to samo.

Gdy szkła się o siebie obiły, a pierwsza wspólna runda przeszła właśnie do historii, Belial wyglądał tak, jakby powoli szykował się do wysnucia swojej opowieści o tym, jak stracił w oczach Goro. I rzeczywiście, w końcu zaczął mówić — choć jego głos był tak ponury, że niekiedy Gudrun mało co z tego mamrotania rozumiała. Ale w kontekście się nie zgubiła, dzięki czemu nawet mimo kilki brakujących słów, poskładała sobie to wszystko w całość.

Choć ostatecznie ta całość nie bardzo się jej kleiła.

— Hm — mruczała, gdy Belial już zamilkł — to trochę dziwne… To znaczy, umówmy się — sprecyzowała —  spieprzyłeś i nic dziwnego, że Goro się na ciebie wściekł, no bo… — Gudrun wzruszyła ramionami — spieprzyłeś. Ale żeby aż tak? Goro zawsze wydawał mi się taki… no nie wiem, rozsądny. Myślałam, że to ten typ, który najpierw trzy razy coś przeanalizuje, a potem zrobi. Zawsze mi się taki wydawał, więc to, że tak gwałtownie zareagował, zupełnie mi do niego nie pasuje. To znaczy, no wiadomo — zauważyła — ja go nie znam, ale… no nie wiem, takie sprawiał wrażenie. Mylę się? Sądząc po twojej minie, to nie za bardzo. No właśnie! A próbowałeś z nim gadać? Da się w ogóle z nim gadać, czy cały czas przy Wierze siedzi? No ale nawet jeśli, to chyba jest ci to winien, nie? Zwykłą rozmowę! To z Wierą, z tego co mówisz, wszyscy wy spieprzyliście. Ty byłeś po prostu w centrum kryzysu, ale nie odpowiadasz za wszystko złe, co się stało. Poza tym ładnie to wszystko naprawiłeś. Więc o co mu chodzi? I czemu, do cholery — zagadnęła nagle, marszcząc brwi — ja cię bronię?

Rozumiejąc, że wydarzyło się właśnie coś dziwnego, Gudrun wypiła jednym haustem całą, płytką zawartość swojej szklanki, zaraz nalewając sobie kolejną kolejkę.

— Chcesz? — spytała, dzierżąc w dłoni butelkę i lekko nią potrząsając. Po chwili, nawet mimo braku odpowiedzi, i tak napełniła jego szklankę. — Spróbuj z nim pogadać i tyle. Bo że się tylko boczysz jak obrażony dzieciak, to też nie najlepiej o tobie świadczy. I… hm — Gudrun zastanowiła się chwilę. — To pewnie nie cierpisz teraz tej całej Wiery, co? Ja tam bym jej nie cierpiała. Wpadła jakaś idiotka do waszego gniazda, ściągnęła jakiegoś wściekłego maga, a potem sobie twojego najlepszego kumpla wokół palca okręciła i nastawiła przeciwko tobie. Nieciekawie to wygląda, co? A to suka! — zakrzyknęła nagle, aż z tego wrażenia upijając łyk whisky.

Nie chciała go poczuwać, bo sama nie była najlepszym przykładem osoby pokornej, posłusznej i odpowiedzialnej, lecz lekko wredne droczenie się z nim i wbijanie maleńkich szpileczek sprawiało jej sporo satysfakcji.

— Ej, a ja cię o coś ostatnio spytałam i mi nie odpowiedziałeś! A skoro już sobie tak słodko gawędzimy… o co wy się tak z moim ojcem pokłóciliście? — spytała z żywym zainteresowaniem, lekko pochylając się nad stolikiem. — Bo sorry, ale on cię nie znosi jak jakiejś dzikiej szarańczy. Albo coś — mruknęła, sama nie wiedząc, do czego tę nienawiść przyrównać. — Bo to trochę dziwne, nie? — spytała, choć brzmiało to bardziej jak pytanie retoryczne. — W końcu mnie wskrzesiłeś! To znaczy, nie ty, tylko Goro, no ale przy tym byłeś, pomagałeś mu! Więc miałeś z tym coś wspólnego, a tym samym pomogłeś mnie wskrzesić! No wiesz, mnie!, jego małą, ukochaną córeczkę. Powinien ci być wdzięczny i nawet jakby się o coś na ciebie wściekał, to i tak by rozumiał, że nie no, twoje zasługi są większe. A on nic! To coś ty mu takiego zrobił, co? Bo ja, wiesz — przyznała, opierając łokcie na stoliku, a na złączonych dłoniach układając brodę — nie bardzo znam tę historię sprzed wskrzeszenia, jak się poznaliście. Wiem, że była wtedy jakaś demonią drama, ale ojciec nie lubi o tym mówić. I w ogóle to jakieś tabu jest. A ty się dzisiaj tak ładnie rozgadałeś — Gudrun uśmiechnęła się uroczo, trzepocząc zalotnie rzęsami — że na pewno chętnie jeszcze byś troszeczkę pogadał, co? Masz, poleję ci! Żeby ci w gardle od tego opowiadania nie uschło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^