GUDRUN
Gudrun ledwie tu przyszła, a już zdążyła tego pożałować.
Niepotrzebnie była tak ciekawska i przysiadła się do demona, by teraz słuchać
jego użalania się nad swoim biednym losem. Tym bardziej, że na początku nawet
nie rozumiała, o czym Belial bredził. Z tego wszystkiego zignorowała nawet, że
pomylił jej imię. Nieraz się z tym spotykała, jako że była posiadaczką dość
oryginalnego imienia, dlatego w żaden sposób jej to już nie ruszało.
Nie bardzo tylko rozumiała, dlaczego na wstępie zaczął ją
obrażać, przyrównując do Arii. Gudrun zmarszczyła brwi, próbując doszukać się w
tym jakiegokolwiek sensu. Nie zamierzała się kłocić, tym bardziej, że z tym
jednym się zgadzała — Vasco rzeczywiście była kochana. Ale czy ona była aż
takim wcieleniem zła?
No dobra, pomyślała, w wyobraźni obojętnie wzruszając
ramionami, może trochę tak.
— Przy alkoholu najlepiej się gada — mruknęła, niezbyt
poruszona tym wywodem. — Poza tym wyglądasz mi na takiego, co potrzebuje
jednego i drugiego: gadki i chlania. No to najlepiej to połączyć. Nie? Poza tym
— dodała kąśliwie — na pewno jest mnóstwo powodów do zemsty na tobie. Dla mnie
też ostatnio nie byłeś zbyt miły.
Odchodząc w stronę baru uznała, że wspólne picie — czy też jakiekolwiek
picie — to wcale nienajgorszy pomysł. Jej też się przyda jakaś mała rozrywka, a
ten podupadły na duchu demon wyglądał na ciekawy obiekt pijackich drwin. Gudrun
zamierzała sprawdzić, gdzie leżała jego granica cierpliwości, nawet jeśli nie
było to zbyt rozsądne — w końcu to demon.
Jednak Gudrun nigdy przecież nie grzeszyła rozsądkiem. I
było jej z tym bardzo dobrze.
— Wsadź sobie w dupę te orzeszki — warknęła pod nosem, wściekła,
że jeszcze miał jakiekolwiek żądania.
Ostatecznie jednak doczłapała się z butelką whisky, dwiema
szklankami i pieprzoną paczką orzeszków. Gudrun nie rozumiała, po co mu
orzeszki do whisky, ale nie zamierzała się spierać.
— Wiedziałeś, że istnieje różnica między whisky a whiskey? —
zagadnęła, gdy już usiadła; nie czekając na demona, sama nalała sobie alkoholu
do szklanki. — Byłam kiedyś pewna, że to żadna różnica i po prostu dwojako się
to zapisuje. Ale jak kiedyś palnęłam to przy ojcu, który jest wielbicielem tego
trunku, to mi zrobił taki wykład, że do końca życia zapamiętam — dodała z chichotem.
— Whisky — podjęła tonem wielkiego znawcy — pisane bez „e” na końcu, jest wytwarzane
głównie w Szkocji, a whiskey z tym dziwnym „e” to typowo amerykański wynalazek.
Różni się destylacją, czasem, jaki musi przeleżeć w beczkach i tym, no, materiałem,
z jakiego jest tworzone. No wiesz, różnych zbóż i tak dalej. Ciekawe, nie? —
zagadnęła, szczerze zaintrygowana. — To bez sensu, żeby to się aż tak różniło.
Ci Amerykanie to jednak zawsze coś podpieprzą i na swoje przerobią — dodała z
niesmakiem, popijając alkohol.
Uwielbiała ten moment, kiedy whisky zdawało się przepalać
jej przełyk, niemal po nim szorując, a tym samym wnikając w każdą, najmniejszą
cząstkę i rozpalając Gudrun od środka.
— To co — zaczęła, wznosząc szkło — za co wypijemy? Albo za
kogo? No wiem — mruknęła — że ja już łyk upiłam, ale nieważne. To… hm, no nie
wiem… o! Za to — podjęła stanowczo — żebyś jak najszybciej mógł być wrednym,
radosnym bucem. Bo w tym jesteś najlepszy i to chyba najbardziej lubisz. Bo
teraz jesteś tylko wrednym, smutnym bucem. A to, wiadomo, nie to samo.
Gdy szkła się o siebie obiły, a pierwsza wspólna runda
przeszła właśnie do historii, Belial wyglądał tak, jakby powoli szykował się do
wysnucia swojej opowieści o tym, jak stracił w oczach Goro. I rzeczywiście, w końcu
zaczął mówić — choć jego głos był tak ponury, że niekiedy Gudrun mało co z tego
mamrotania rozumiała. Ale w kontekście się nie zgubiła, dzięki czemu nawet mimo
kilki brakujących słów, poskładała sobie to wszystko w całość.
Choć ostatecznie ta całość nie bardzo się jej kleiła.
— Hm — mruczała, gdy Belial już zamilkł — to trochę dziwne…
To znaczy, umówmy się — sprecyzowała — spieprzyłeś
i nic dziwnego, że Goro się na ciebie wściekł, no bo… — Gudrun wzruszyła
ramionami — spieprzyłeś. Ale żeby aż tak? Goro zawsze wydawał mi się taki… no
nie wiem, rozsądny. Myślałam, że to ten typ, który najpierw trzy razy
coś przeanalizuje, a potem zrobi. Zawsze mi się taki wydawał, więc to, że tak
gwałtownie zareagował, zupełnie mi do niego nie pasuje. To znaczy, no wiadomo —
zauważyła — ja go nie znam, ale… no nie wiem, takie sprawiał wrażenie. Mylę
się? Sądząc po twojej minie, to nie za bardzo. No właśnie! A próbowałeś z nim
gadać? Da się w ogóle z nim gadać, czy cały czas przy Wierze siedzi? No ale
nawet jeśli, to chyba jest ci to winien, nie? Zwykłą rozmowę! To z Wierą, z
tego co mówisz, wszyscy wy spieprzyliście. Ty byłeś po prostu w centrum
kryzysu, ale nie odpowiadasz za wszystko złe, co się stało. Poza tym ładnie to
wszystko naprawiłeś. Więc o co mu chodzi? I czemu, do cholery — zagadnęła nagle,
marszcząc brwi — ja cię bronię?
Rozumiejąc, że wydarzyło się właśnie coś dziwnego, Gudrun
wypiła jednym haustem całą, płytką zawartość swojej szklanki, zaraz nalewając
sobie kolejną kolejkę.
— Chcesz? — spytała, dzierżąc w dłoni butelkę i lekko nią
potrząsając. Po chwili, nawet mimo braku odpowiedzi, i tak napełniła jego
szklankę. — Spróbuj z nim pogadać i tyle. Bo że się tylko boczysz jak obrażony
dzieciak, to też nie najlepiej o tobie świadczy. I… hm — Gudrun zastanowiła się
chwilę. — To pewnie nie cierpisz teraz tej całej Wiery, co? Ja tam bym jej nie
cierpiała. Wpadła jakaś idiotka do waszego gniazda, ściągnęła jakiegoś wściekłego
maga, a potem sobie twojego najlepszego kumpla wokół palca okręciła i nastawiła
przeciwko tobie. Nieciekawie to wygląda, co? A to suka! — zakrzyknęła nagle, aż
z tego wrażenia upijając łyk whisky.
Nie chciała go poczuwać, bo sama nie była najlepszym
przykładem osoby pokornej, posłusznej i odpowiedzialnej, lecz lekko wredne droczenie
się z nim i wbijanie maleńkich szpileczek sprawiało jej sporo satysfakcji.
— Ej, a ja cię o coś ostatnio spytałam i mi nie odpowiedziałeś! A skoro już sobie tak słodko gawędzimy… o co wy się tak z moim ojcem pokłóciliście? — spytała z żywym zainteresowaniem, lekko pochylając się nad stolikiem. — Bo sorry, ale on cię nie znosi jak jakiejś dzikiej szarańczy. Albo coś — mruknęła, sama nie wiedząc, do czego tę nienawiść przyrównać. — Bo to trochę dziwne, nie? — spytała, choć brzmiało to bardziej jak pytanie retoryczne. — W końcu mnie wskrzesiłeś! To znaczy, nie ty, tylko Goro, no ale przy tym byłeś, pomagałeś mu! Więc miałeś z tym coś wspólnego, a tym samym pomogłeś mnie wskrzesić! No wiesz, mnie!, jego małą, ukochaną córeczkę. Powinien ci być wdzięczny i nawet jakby się o coś na ciebie wściekał, to i tak by rozumiał, że nie no, twoje zasługi są większe. A on nic! To coś ty mu takiego zrobił, co? Bo ja, wiesz — przyznała, opierając łokcie na stoliku, a na złączonych dłoniach układając brodę — nie bardzo znam tę historię sprzed wskrzeszenia, jak się poznaliście. Wiem, że była wtedy jakaś demonią drama, ale ojciec nie lubi o tym mówić. I w ogóle to jakieś tabu jest. A ty się dzisiaj tak ładnie rozgadałeś — Gudrun uśmiechnęła się uroczo, trzepocząc zalotnie rzęsami — że na pewno chętnie jeszcze byś troszeczkę pogadał, co? Masz, poleję ci! Żeby ci w gardle od tego opowiadania nie uschło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz