ROZDZIAŁ 327

GUDRUN

Trochę nie spodziewała się tego porannego ataku ze strony Arii. Fakt, że Gudrun nie miała na ten dzień żadnych większych planów, lecz nie do końca rozumiała, dlaczego Vasco wysłała do demonów akurat ją. Wprawdzie wciąż była bardzo ciekawa tej rasy, nie wspominając o tym, że to oni byli odpowiedzialni za jej drugie życie. Jednak w gruncie rzeczy nie była dla nich nikim bliskim. Co więcej, Aria wspominała o tym, że demony miały teraz trudny okres, co tym bardziej wzbudzało w Gudrun coś, co na ogół u niej nie istniało — instynkt samozachowawczy. Mimo to ani nie chciała, ani nawet by nie umiała odmówić Arii, dlatego uśmiechnęła się promiennie, zgadzając się na pomoc.

Na szczęście spotkanie miało być o pierwszej po południu, więc Gudrun miała jeszcze trochę czasu na spokojne dokończenie kawy i być może zajęcie się jakimś serialem. Na zewnątrz nie miała specjalnej ochoty wychodzić — błotnista breja, która została po świątecznym śniegu, skutecznie ją zniechęcała. Tymczasem zrobienie sobie gorącej czekolady, zawinięcie się w kocyk, otoczenie tabunem poduszek i włączenie jakiegoś serialu było idealnym pomysłem na ten końcowogrudniowy, ponury dzień. Odrobinę przeszkadzał jej jedynie fakt, że była sama w domu — Aria i Ish poszli do pracy, Jehanne gdzieś zniknęła i Gudrun nie miała pojęcia gdzie, a ojciec cały czas spał. Nie lubiła przesiadywać sama, jej ekstrawertyczna natura na tym cierpiała. Wyszłaby się z kimś spotkać, lecz pogoda ją odpychała, przez co z dwojga złego wybierała towarzystwo bohaterów serialowych.

Twór, który akurat oglądała, był na tyle ciekawy, że Gudrun zaczęła przeglądać w internecie najkorzystniejsze połączenia z Blickling do Norwich. Na szczęście nie było z tym większego problemu, zwłaszcza że z prawem jazdy było jej jeszcze nie po drodze — nawet mimo tego, że każdy z domowników oferował jej swoją pomoc przy nauce.

Mniej więcej w tym czasie na dół zszedł jej ojciec. Nie wyglądał najszczęśliwiej: odrobinę bardziej bladą niż zwykle twarz i lekko podkrążone oczy częściowo zakrywały włosy pozostawione w niepodobnym do niego nieładzie. Brwi miał zmarszczone, a powieki zmrużone, jakby wciąż się jeszcze dokładnie nie obudził.

— Kto by pomyślał — parsknęła Gudrun — że zarywanie nocek nie służy starym wampirom!

Athan spiorunował ją wzrokiem, wymamrotał jakieś powitanie, po czym z gracją zombie skierował się do kuchni.

— JA TEŻ CHCĘ KAWĘ! — wrzasnęła za nim, domyślając się, że po to właśnie poszedł ojciec. — Ale sobie to może ją na głowę wylej, lepiej podziała — dopowiedziała pod nosem. — Ej — zagaiła, gdy już wrócił — ojciec, a ty nie jedziesz dziś na zajęcia?

Athan łypnął na nią ponuro, po czym westchnął ze zmęczeniem, układając głowę na oparciu sofy i przez chwilę wpatrując się tępo w przestrzeń.

— Ani myślę. Mam przerwę świąteczną. Zapomniałaś?

— Te, panie student — zakpiła Gudrun — już ci się studentowania odechciało?

— A może ty na studia pójdziesz — odparł równie złośliwie — i zobaczysz, jak to jest wojować z takimi egzaminami, co?

— Oooo — zawołała buntowniczo — czy to ten rodzaj gadki, w którym rodzice mniej lub bardziej subtelnie wyganiają dzieci z domu, sugerując, że to lenie i nieroby?

Athan nie wydawał się przejęty tą złośliwością. Zamiast tego wzruszył ramionami, w spokoju popijając swoją kawę.

— Do niczego zmuszać cię nie zamierzam — wyznał dość obojętnym tonem. — Masz dość czasu i jakbyś chciała się na coś zdecydować i zacząć studiować, możesz to zrobić w każdej chwili. Nic cię nie ogranicza. A kiedy to zrobisz – tylko twoja wola.

Gudrun była odrobinę rozczarowana tą wyrozumiałością ojca, bo nie dawała pola do kontynuowania złośliwości. Tymczasem dość niespodziewanie ją pocieszył. Prawdą bowiem było, że myślała nad podjęciem jakichś studiów, lecz póki co swoje osiąganie się tłumaczyła tym, że dopiero niedawno wróciła z martwych — nawet jeśli minęły od tego czasu ponad trzy miesiące — i jeszcze nie wszystko rozumiała. Dlatego pocieszało ją, że wciąż miała czas i jej ojciec to rozumiał. Lecz to samo oznaczało, że musiała porzucić tę okazję do złośliwości.

— No dobra, nieważne — mruknęła obojętnie Gudrun — ale do Norwich dziś nie jedziesz czasem?

— Mogę cię podwieźć, jak chcesz. A po co ci tam jechać?

— Mam spotkanie z…

Zamilkła momentalnie, w ostatniej chwili sobie uświadamiając, że przyznanie się do tego, z kim miała się spotkać, nie było najszczęśliwszym pomysłem.

— Ze znajomym — wydukała, błyskawicznie odwracając wzrok.

Czuła na sobie podejrzliwe spojrzenie Athana, ale ani myślała się do niczego przyznawać.

— O jezu — jęknęła — to zawieziesz mnie czy nie?!

Athanasius spojrzał na nią, nieco zaskoczony tym atakiem, co dla Gudrun było znakiem, że już przynajmniej nie będzie dążył tematu i potulnie się na wszystko zgodzi. Ta zaś nie miała ani krzty wyrzutów sumienia, że tak się nim wysługiwała — i tak robiła to bardzo rzadko, a wiedziała, że ojciec nie widział w tym nic złego i chętnie jej pomógł.

Poprosiła, by zatrzymał się nieopodal umówionej posiadłości, tuż koło niewielkiej kawiarenki, coby podsycić wrażenie, że naprawdę miała spotkać się ze znajomym. Na koniec zapewniła ojca, że wróci sama, pożegnała się i wysiadła z auta, rozglądając się za właściwym miejscem spotkania. Posiadłość, którą miała na karteczce z adresem, okazała się mało imponującym klocem z czerwonej cegły — stojącym w sąsiedztwie innych podobnych, niezbyt urodziwych budynków. Sądząc po tabliczce przy wejściu, był to jakiś pensjonat, choć zapewne niezbyt dochodowy. Wchodząc do środka, nie zastała nikogo: dość ciemne, choć przyjemnie urządzone wnętrze zdawało się zupełnie puste. Gudrun rozejrzała się dookoła: naprzeciw stała wysoka lada recepcyjna, tuż obok, po prawej stronie od recepcji, pięły się wąskie schody. Po lewej stronie od wejścia widniały jakieś zamknięte drzwi, na prawo zaś widać było kilka stolików, a gdzieś w oddali majaczył bar. Sądząc po wątłych odgłosach rozmów i stukotu szkła, było to jedyne miejsce świadczące o czyjejś obecności.

Jednak samotność Gudrun trwała niedługo, bo tuż po chwili wyrósł przed nią jeden z pracowników pensjonatu: starszy, wysuszony, nazbyt elegancki jegomość pytający o cel wizyty.

— Eeee… Ja chciałam się z kimś spotkać…

— Jak nazwisko?

— Eeemmm… — zastanawiała się, nie mając pojęcia, jak Belial miał na nazwisko. — B… Belial…

— Ach, tak. Przejściem w prawo aż do baru, a przy barze w lewo.

Łatwo poszło, pomyślała, udając się we wskazanym kierunku. Tak jak poprzednio sądziła, wewnątrz przesiadywało kilka osób, niespiesznie popijając swoje napoje i wdając się w leniwe dyskusje. I gdzieś między tymi stolikami Gudrun znalazła tego, do którego przyszła. Wzdrygnęła się z niechęcią, przypominając sobie ich ostatnią rozmowę. Wprawdzie potem przeprosił, a dalsza część rozmowy przebiegła wielce sympatycznie, lecz mimo to wmapirzyca nie mogła pozbyć się wrażenia, że nie przepadała za tym demonem i nic nie zmieni jej zdania. Mimo to musiała do niego podejść, więc odetchnęła i ruszyła w jego stronę.

Gdy dotarła na miejsce i ujrzała zawieszoną głowę ozdobioną gęstymi, jasnymi lokami, odchrząknęła znacząco. Dopiero wtedy Belial podniósł wzrok, wzbudzając w Gudrun niemałe zaskoczenie: jej kompan wyglądał jak siedem nieszczęść. Jego wodniste, niemal puste oczy łypnęły na nią bez większego zainteresowania, ruchem głowy wskazując wolne miejsce po drugiej stronie stolika. Gudrun była porażona tym, w jak złym stanie znajdował się demon, dlatego niemal bezmyślnie posłuchała tej niemej prośby, przez chwilę w milczeniu się mu przyglądając.

— Emm… Aria prosiła, żebym przekazała ci jakieś dokumenty… które ty masz przekazać Goro…

Belial łypnął na nią, krzywiąc się lekko.

— A, i jeszcze coś… — Gudrun wygrzebała ze swojej torby zioła i amulet. — To też od niej, dla Wiery. Nie wiem, co to dokładnie, ale coś tam wzmacniające, na pewno Wierze będzie od tego lepiej… A właściwie, to co się jej stało? — spytała z żywym zainteresowaniem. — Aria coś tam mówiła, że leży nieprzytomna, ale nie znam dokładnie szczegółów. Ona chyba też nie. Ach — zawołała nagle — i wybacz, że nie zjawiła się osobiście, ale ma ręce pełne roboty i od kilku dni średnio wie, jak się tak właściwie nazywa. No więc? — ponagliła po chwili — co jest Wierze? I co jest tobie? — doprecyzowała. — Wyglądasz jak trzy ćwierci do śmierci.

Nie wiedząc, co jeszcze dodać, rozejrzała się niemrawo dookoła, zatrzymując wzrok na barze.

— Chcesz coś? — spytała, dostrzegając, że Belial niczego nie pił. — Ja i tak nie wracam autem, bo nie mam prawka, to mogę się napić czegoś mocniejszego. A jest już po dwunastej, to można. A ty? Wyglądasz mi na takiego, co bardzo mocno czegoś mocnego potrzebuje. Co pijesz? Ja, jak na typową babę przystało, wino lubię, ale tym razem chętnie spróbuję czegoś nowego. To co?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^