GUDRUN
Trochę nie spodziewała się tego porannego ataku ze strony
Arii. Fakt, że Gudrun nie miała na ten dzień żadnych większych planów, lecz nie
do końca rozumiała, dlaczego Vasco wysłała do demonów akurat ją. Wprawdzie
wciąż była bardzo ciekawa tej rasy, nie wspominając o tym, że to oni byli
odpowiedzialni za jej drugie życie. Jednak w gruncie rzeczy nie była dla nich
nikim bliskim. Co więcej, Aria wspominała o tym, że demony miały teraz trudny
okres, co tym bardziej wzbudzało w Gudrun coś, co na ogół u niej nie istniało —
instynkt samozachowawczy. Mimo to ani nie chciała, ani nawet by nie umiała
odmówić Arii, dlatego uśmiechnęła się promiennie, zgadzając się na pomoc.
Na szczęście spotkanie miało być o pierwszej po południu,
więc Gudrun miała jeszcze trochę czasu na spokojne dokończenie kawy i być może
zajęcie się jakimś serialem. Na zewnątrz nie miała specjalnej ochoty wychodzić
— błotnista breja, która została po świątecznym śniegu, skutecznie ją
zniechęcała. Tymczasem zrobienie sobie gorącej czekolady, zawinięcie się w
kocyk, otoczenie tabunem poduszek i włączenie jakiegoś serialu było idealnym
pomysłem na ten końcowogrudniowy, ponury dzień. Odrobinę przeszkadzał jej
jedynie fakt, że była sama w domu — Aria i Ish poszli do pracy, Jehanne gdzieś
zniknęła i Gudrun nie miała pojęcia gdzie, a ojciec cały czas spał. Nie lubiła
przesiadywać sama, jej ekstrawertyczna natura na tym cierpiała. Wyszłaby się z
kimś spotkać, lecz pogoda ją odpychała, przez co z dwojga złego wybierała
towarzystwo bohaterów serialowych.
Twór, który akurat oglądała, był na tyle ciekawy, że Gudrun
zaczęła przeglądać w internecie najkorzystniejsze połączenia z Blickling do
Norwich. Na szczęście nie było z tym większego problemu, zwłaszcza że z prawem
jazdy było jej jeszcze nie po drodze — nawet mimo tego, że każdy z domowników oferował jej swoją pomoc przy nauce.
Mniej więcej w tym czasie na dół zszedł jej ojciec. Nie
wyglądał najszczęśliwiej: odrobinę bardziej bladą niż zwykle twarz i lekko
podkrążone oczy częściowo zakrywały włosy pozostawione w niepodobnym do niego
nieładzie. Brwi miał zmarszczone, a powieki zmrużone, jakby wciąż się jeszcze
dokładnie nie obudził.
— Kto by pomyślał — parsknęła Gudrun — że zarywanie nocek
nie służy starym wampirom!
Athan spiorunował ją wzrokiem, wymamrotał jakieś powitanie,
po czym z gracją zombie skierował się do kuchni.
— JA TEŻ CHCĘ KAWĘ! — wrzasnęła za nim, domyślając się, że
po to właśnie poszedł ojciec. — Ale sobie to może ją na głowę wylej, lepiej
podziała — dopowiedziała pod nosem. — Ej — zagaiła, gdy już wrócił — ojciec, a
ty nie jedziesz dziś na zajęcia?
Athan łypnął na nią ponuro, po czym westchnął ze zmęczeniem,
układając głowę na oparciu sofy i przez chwilę wpatrując się tępo w przestrzeń.
— Ani myślę. Mam przerwę świąteczną. Zapomniałaś?
— Te, panie student — zakpiła Gudrun — już ci się
studentowania odechciało?
— A może ty na studia pójdziesz — odparł równie złośliwie —
i zobaczysz, jak to jest wojować z takimi egzaminami, co?
— Oooo — zawołała buntowniczo — czy to ten rodzaj gadki, w
którym rodzice mniej lub bardziej subtelnie wyganiają dzieci z domu, sugerując,
że to lenie i nieroby?
Athan nie wydawał się przejęty tą złośliwością. Zamiast
tego wzruszył ramionami, w spokoju popijając swoją kawę.
— Do niczego zmuszać cię nie zamierzam — wyznał dość
obojętnym tonem. — Masz dość czasu i jakbyś chciała się na coś zdecydować i
zacząć studiować, możesz to zrobić w każdej chwili. Nic cię nie ogranicza. A
kiedy to zrobisz – tylko twoja wola.
Gudrun była odrobinę rozczarowana tą wyrozumiałością ojca,
bo nie dawała pola do kontynuowania złośliwości. Tymczasem dość niespodziewanie
ją pocieszył. Prawdą bowiem było, że myślała nad podjęciem jakichś studiów,
lecz póki co swoje osiąganie się tłumaczyła tym, że dopiero niedawno wróciła z
martwych — nawet jeśli minęły od tego czasu ponad trzy miesiące — i jeszcze nie
wszystko rozumiała. Dlatego pocieszało ją, że wciąż miała czas i jej ojciec to
rozumiał. Lecz to samo oznaczało, że musiała porzucić tę okazję do złośliwości.
— No dobra, nieważne — mruknęła obojętnie Gudrun — ale do
Norwich dziś nie jedziesz czasem?
— Mogę cię podwieźć, jak chcesz. A po co ci tam jechać?
— Mam spotkanie z…
Zamilkła momentalnie, w ostatniej chwili sobie uświadamiając,
że przyznanie się do tego, z kim miała się spotkać, nie było najszczęśliwszym
pomysłem.
— Ze znajomym — wydukała, błyskawicznie odwracając wzrok.
Czuła na sobie podejrzliwe spojrzenie Athana, ale ani myślała
się do niczego przyznawać.
— O jezu — jęknęła — to zawieziesz mnie czy nie?!
Athanasius spojrzał na nią, nieco zaskoczony tym atakiem, co
dla Gudrun było znakiem, że już przynajmniej nie będzie dążył tematu i potulnie
się na wszystko zgodzi. Ta zaś nie miała ani krzty wyrzutów sumienia, że tak się
nim wysługiwała — i tak robiła to bardzo rzadko, a wiedziała, że ojciec nie
widział w tym nic złego i chętnie jej pomógł.
Poprosiła, by zatrzymał się nieopodal umówionej posiadłości,
tuż koło niewielkiej kawiarenki, coby podsycić wrażenie, że naprawdę miała spotkać
się ze znajomym. Na koniec zapewniła ojca, że wróci sama, pożegnała się i wysiadła
z auta, rozglądając się za właściwym miejscem spotkania. Posiadłość, którą
miała na karteczce z adresem, okazała się mało imponującym klocem z czerwonej
cegły — stojącym w sąsiedztwie innych podobnych, niezbyt urodziwych budynków. Sądząc
po tabliczce przy wejściu, był to jakiś pensjonat, choć zapewne niezbyt
dochodowy. Wchodząc do środka, nie zastała nikogo: dość ciemne, choć przyjemnie
urządzone wnętrze zdawało się zupełnie puste. Gudrun rozejrzała się dookoła:
naprzeciw stała wysoka lada recepcyjna, tuż obok, po prawej stronie od recepcji,
pięły się wąskie schody. Po lewej stronie od wejścia widniały jakieś zamknięte
drzwi, na prawo zaś widać było kilka stolików, a gdzieś w oddali majaczył bar.
Sądząc po wątłych odgłosach rozmów i stukotu szkła, było to jedyne miejsce
świadczące o czyjejś obecności.
Jednak samotność Gudrun trwała niedługo, bo tuż po chwili
wyrósł przed nią jeden z pracowników pensjonatu: starszy, wysuszony, nazbyt elegancki
jegomość pytający o cel wizyty.
— Eeee… Ja chciałam się z kimś spotkać…
— Jak nazwisko?
— Eeemmm… — zastanawiała się, nie mając pojęcia, jak Belial
miał na nazwisko. — B… Belial…
— Ach, tak. Przejściem w prawo aż do baru, a przy barze w lewo.
Łatwo poszło, pomyślała, udając się we wskazanym
kierunku. Tak jak poprzednio sądziła, wewnątrz przesiadywało kilka osób,
niespiesznie popijając swoje napoje i wdając się w leniwe dyskusje. I gdzieś
między tymi stolikami Gudrun znalazła tego, do którego przyszła. Wzdrygnęła się
z niechęcią, przypominając sobie ich ostatnią rozmowę. Wprawdzie potem przeprosił,
a dalsza część rozmowy przebiegła wielce sympatycznie, lecz mimo to wmapirzyca
nie mogła pozbyć się wrażenia, że nie przepadała za tym demonem i nic nie
zmieni jej zdania. Mimo to musiała do niego podejść, więc odetchnęła i ruszyła
w jego stronę.
Gdy dotarła na miejsce i ujrzała zawieszoną głowę ozdobioną
gęstymi, jasnymi lokami, odchrząknęła znacząco. Dopiero wtedy Belial podniósł wzrok,
wzbudzając w Gudrun niemałe zaskoczenie: jej kompan wyglądał jak siedem
nieszczęść. Jego wodniste, niemal puste oczy łypnęły na nią bez większego zainteresowania,
ruchem głowy wskazując wolne miejsce po drugiej stronie stolika. Gudrun była
porażona tym, w jak złym stanie znajdował się demon, dlatego niemal bezmyślnie posłuchała
tej niemej prośby, przez chwilę w milczeniu się mu przyglądając.
— Emm… Aria prosiła, żebym przekazała ci jakieś dokumenty… które
ty masz przekazać Goro…
Belial łypnął na nią, krzywiąc się lekko.
— A, i jeszcze coś… — Gudrun wygrzebała ze swojej torby
zioła i amulet. — To też od niej, dla Wiery. Nie wiem, co to dokładnie, ale coś
tam wzmacniające, na pewno Wierze będzie od tego lepiej… A właściwie, to co się
jej stało? — spytała z żywym zainteresowaniem. — Aria coś tam mówiła, że leży
nieprzytomna, ale nie znam dokładnie szczegółów. Ona chyba też nie. Ach — zawołała
nagle — i wybacz, że nie zjawiła się osobiście, ale ma ręce pełne roboty i od
kilku dni średnio wie, jak się tak właściwie nazywa. No więc? — ponagliła po
chwili — co jest Wierze? I co jest tobie? — doprecyzowała. — Wyglądasz jak trzy
ćwierci do śmierci.
Nie wiedząc, co jeszcze dodać, rozejrzała się niemrawo dookoła,
zatrzymując wzrok na barze.
— Chcesz coś? — spytała, dostrzegając, że Belial niczego nie
pił. — Ja i tak nie wracam autem, bo nie mam prawka, to mogę się napić czegoś
mocniejszego. A jest już po dwunastej, to można. A ty? Wyglądasz mi na takiego,
co bardzo mocno czegoś mocnego potrzebuje. Co pijesz? Ja, jak na typową babę
przystało, wino lubię, ale tym razem chętnie spróbuję czegoś nowego. To co?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz