BELIAL
Wiery nie było w zamku.
Ta jedna myśl jeszcze długo huczała mu w głowie, nie mogąc
się weń zagnieździć. Nie mogła, bo była zbyt absurdalna, zbyt niepasująca,
zbyt… zła. Zła, niepokojąca, niemal paniczna. Jak to możliwe, że cały czas
dawali się ograć jak małe dzieci? Jak to możliwe, że wciąż zachowywali się tak,
jakby lekceważyli problem Rumena? Tymczasem mag zagrał im na nosie w ich
własnym, niby tak dobrze strzeżonym zamku. Wiera miała mieć całodobową ochronę
i wszyscy byli pewni, że nic jej tu nie groziło, że włos jej z głowy nie
spadnie, toteż jej przyboczna gwardia miała być tylko formalnością.
Czy to dlatego zniknęła? Przez to rażąco nieodpowiedzialne
podejście do jej ochrony? Belial nie wiedział, choć miał pewność, że jeszcze
długo będzie sobie zadawał to pytanie.
Niemniej gorsze było to, że należało powiadomić o tym Goro.
Samo przerwanie mu rytuału było kłopotliwe, nie wspominając już o tym, że
trzeba będzie go poinformować o powodzie. A ten, lekko mówiąc, mógł Goro trochę
wkurzyć.
Bał się. To było głupie, małostkowe i zdecydowanie poniżej
jego godności, ale się bał. Wiedział, że Wiera była dla Goro ważna i nie
chodziło już nawet o ich kiełkujący romans, ale o fakt, że czarodziejka
pozostawała pod jego opieką, a jednak wciąż coś szło nie tak. Teraz zaś doszło
do jej porwania i choć wina leżała po stronie Beliala, zapewne i Goro będzie
miał sobie za złe, że nie dopełnił wszystkich możliwych zabezpieczeń i
osobiście się tym nie zajął.
Jednak Bel musiał to w końcu zrobić. Nie kto inny, ale
właśnie on, jako że to on wszystko spieprzył. Pozostałym demonom kazał
przeszukiwać zamek, inną grupę wysłał w teren, aby możliwie jak najbardziej
zwiększyć szansę na odnalezienie Wiery, nim dotrze w miejsce, w którym miał ją
przetrzymywać Rumen. Działania zostały wdrożone, więc zostało już tylko jedno.
I bogowie mu świadkiem, że do piwnic schodził na drżących
nogach. Czuł bowiem w kościach, że ta rozmowa nie przebiegnie zbyt pomyślnie.
Choć nie spodziewał się, że pójdzie aż tak źle.
Nie powiedział zbyt wiele. Nie zdążył. Wystarczyło zaniepokojone, nieco lękliwe spojrzenie w stronę Goro, i tak zirytowanego przerwaniem mu rytuału. Wystarczyło to spojrzenie i wymienienie jej imienia. Starczyło. Goro potrzebował ledwie sekundy, by pomieścić w niej zrozumienie, ujarzmić niedowierzenie i naładować się w pełni strachem, rozpaczą i gniewem.
Ten ostatni został natychmiast wymierzony w Beliala. Błyskawicznie poczuł, jak jakaś niewidoczna dla oka siła popycha go z ogromną mocą na ceglaną ścianę. Bel syknął cicho czując, jak ból głowy rozlewał się po całym ludzkim ciele. Jednak nie to było najgorsze, a duszności, które z czasem zaczęły się coraz mocniej nasilać. Wybałuszając oczy, nie mógł oddychać; płuca były atakowane milionem bardzo ostrych igieł, przez co ból narastał w zastraszającym tempie. Oczywiście, że to nie mogło go zabić, ale znacznie osłabić. I zadać zwykły, niepotrzebny, lecz jakże wiele wyrażający ból.
Gdy Goro nagle znalazł się tuż przy nim, od razu w oczy rzucało się jedno. Desperacja. Jego twarz ukazywała idealne połączenie rozpaczy i nienawiści i choć Belial to rozumiał, jednocześnie nie rozumiał. Jednak nie zdążył się nad tym zastanowić, bo gdy Goro uniósł rękę i zamaszystym ruchem skierował ją w stronę Bela, natychmiast zamknął oczy, obawiając się uderzenia.
Lecz co dokładnie się stało? Nie
wiedział. Nie zdążył tego zarejestrować.
Później poczuł się tak, jakby zapadł w sen. Długi i krótki
jednocześnie, męczący, duszny i lepki.
Gdy się obudził, drgnął przestraszony, bo wyraźnie coś było
nie tak. Zamazane kontury ścian wirowały wokół niego, przez co Belial miał
wrażenie, że wisi w powietrzu i lada chwila spadnie. Mimo to nic się nie
działo, a on potrzebował chwili, by wybudzić swoje zmysły i zrozumieć, że leżał
na jakiejś twardej powierzchni. Wraz z tą świadomością powróciło wszystko inne:
kształty i kolory się wyostrzyły, zaczęły też docierać do niego dźwięki i
zapachy. Z trudem dźwignął się z chłodnej podłogi, uświadamiając sobie, że
jakimś magicznym cudem teleportował się do biblioteki. Przy nim zaś nie było
już Goro, a Moloch: niepozornie wyglądający demon o czarnych, gładko
przylizanych włosach i szczupłej, podkreślonej ostrymi kośćmi policzkowymi
twarzy o ciemnych oczach i wąskich, ściśniętych w cienką linię ustach.
— K... kurwa... Co się odjebało...
— Masz.
Moloch coś mu rzucił, co Belial z trudem złapał.
Przyjrzawszy się zdobyczy, próbował pojąć, dlaczego jego pieczęć miast wisieć
na szyi, leżała teraz na jego dłoni. I to z zerwanym łańcuszkiem.
A potem sobie przypomniał i momentalnie zalały go zimne
poty. Goro zamknął go w pieczęci. Jeszcze długo analizował to, co się
stało, a gdy w końcu doszedł ze sobą do zgody, zaczął sobie wszystko powoli
układać. Pamiętał ten ogromny, niemal emanujący od niego gniew. Pamiętał też,
że ten gniew był tylko przykrywką dla strachu i boleści, jakie musiały go
rozrywać od środka. I, tak jak zdołał pomyśleć tuż przed uwięzieniem, z jednej
strony to rozumiał, lecz z drugiej — nie rozumiał. Owszem, Wiera była dla niego
ważna, ale czy aż tak?
Rozdrażniony, pokiwał głową, po czym zerknął na swojego
kompana.
— Ty mnie wyciągnąłeś? — sapnął, najwyraźniej wciąż umęczony
tym uwięzieniem.
— Ta — mruknął Moloch bez większych emocji.
— Goro wie?
— Miał to w dupie. Więc chyba tak.
Aha, czyli faktycznie uwięził mnie tylko w nerwach, nie
było w tym większego planu, pomyślał Belial, co znowu jednocześnie go
uspokoiło i zaniepokoiło. Goro, zawsze tak opanowany, objawiający się twardą
głową i zimną krwią, teraz zachowywał się jak wariat. I to przez kogo? Przez
Wierę.
— Dobra, dzięki, stary — mruknął Belial, kierując się w
stronę drzwi. — Jestem twoim dłużnikiem. A gdzie jest teraz Goro?
— Pojęcia nie mam.
— Kurwa. Ale dalej jej szukają?
— Ta, jak coś, to cię poinformuję.
— Dzięki.
Musiał się spieszyć; wiedział, że w znalezieniu Wiery
kluczowa mogła być każda sekunda. Jednak najpierw musiał możliwie na spokojnie
porozmawiać z Goro, choć cholera jedna wiedziała, gdzie się teraz podziewał. Belial
wiedział, że jego przyjaciel był skrajnie osłabiony i jeśli naprawdę chciał
szukać Wiery na własną rękę, musiał się najpierw jakoś wzmocnić. Gdyby tego nie
zrobił, niezbyt by się przydał w takim stanie. Normalnie Belial by uznał za
pewnik, że Goro chciał się najpierw wzmocnić, lecz teraz zachowywał się jak
świr i trudno było przewidzieć, co zrobi. Mimo to Belial postanowił raz jeszcze
odwiedzić lochy, naiwnie licząc, że go tam znajdzie.
I znalazł. Choć wcale nie był z tego powodu aż tak
ucieszony. Zwłaszcza że gdy tylko Goro go dojrzał, rzucił mu spojrzenie tak
złe, że momentalnie zatrzymało Beliala w progu. Lecz trwało to tylko chwilkę:
zaraz potem Goro wrócił do manipulowania przy fiolkach z bliżej nieznaną
substancją, z czego jedną wypił jednym haustem.
— I co — zaczął Belial buntowniczym tonem — myślisz, że się
swoimi soczkami wyleczysz?
Goro nie odpowiedział, nawet na niego nie spojrzał. Ale nie
chwycił też żadnej innej fiolki. Zamiast tego ułożył dłonie na biurku i spuścił
głowę, jakby na coś czekał.
— W pieczęci też się fajnie siedziało.
Oczywiście Goro nie zamierzał puścić tego płazem:
spoglądając na niego morderczo pochylił się groźnie do przodu, powoli posuwając
się w stronę Beliala.
— Zaufałem ci — wysyczał wściekle — I CO?!
— No — zastanawiał się Belial, choć z trudem powstrzymał się
od wrzasku — i spieprzyłem, przyznaję. Mogłem siedzieć na dupie i pozwolić, aż
mój zmiennik przyjdzie, a w tym czasie ten, którego nakryłem na kretowaniu,
zrobiłby z Wierą to, co stało się dzisiaj. Jak chcesz — podniósł głos — mnie
znowu w pieczęci zamykać, to mnie, kurwa, zamykaj! I jak chcesz obwiniać
innych, to też obwiniaj, chuj z tym! I pewnie tak zrobisz, bo nagle ci te
romanse całkiem mózg przeżarły!
Ledwie skończył mówić, jak znowu poczuł, jak coś przyciska
go do ściany. Lecz był to atak zdecydowanie słabszy niż poprzedni, co było
jasnym sygnałem, że soczki nie pomagały. I wtem właśnie Belial zrobił coś, o
czym nigdy w życiu by nie pomyślał.
Użył tej samej siły wobec Goro. Lecz wówczas efekt był dużo
lepszy: jego przyjaciel błyskawicznie grzmotnął o ścianę, nie będąc w stanie
się ruszyć — choć, sądząc po grymasach na twarzy, wyraźnie próbował. Belial,
aby upewnić się w tym, co potrafił, jeszcze mocniej przyciskał Goro do ściany,
z uwagą obserwując, jak całe jego ciało coraz bardziej się spinało. Walczył,
walczył jak mógł. Choć przecież nie mógł.
— Mógłbym cię teraz zdetronizować — parsknął Belial, choć
wewnątrz był wściekły. — Mógłbym — mówił dalej z udawanym spokojem, podchodząc
do Goro — zamknąć cię znowu w tej pieczątce — z tymi słowami zerwał mu z łańcuszka
niewielki, choć jakże znaczący kamień. — W tej samej, z której nie tak dawno
pomogłem ci wyleźć. Kto by mi nie uwierzył, że przekazałeś mi władzę? No
przecież każdy by uwierzył!
Wiedział, że już dawno przekroczył nieprzekraczalną granicę,
ale trudno. Jednak musiał przyznać, że przedziwnie patrzyło się na uwięzionego
Goro, który wodził za nim oczami i czekał na kolejny ruch. Gdyby był w pełni
swoich sił, bez najmniejszego problemu pokonałby Beliala, tym bardziej, że
wcześniej z pewnością nie dałby się usidlić. Teraz zaś był zupełnie bezsilny,
skazany wyłącznie na swojego przyjaciela.
— Ktoś mi ostatnio powiedział — gadał dalej — że zakochany
nie powinien dzierżyć władzy, bo ma wtedy spermę zamiast mózgu. Bo nie myśli
trzeźwo, bo skupia się tylko na jednym. Poprawisz mnie zaraz — albo i nie — że
przecież z ciebie żaden władca. Tylko że się, kurwa, tak zachowujesz! —
wrzasnął. — Jakbyś był naszym właścicielem! A niby tak z tym wizerunkiem
walczyłeś! I co, kurwa teraz?! Ja wiem — tłumaczył nieco spokojniej — że musimy
ją znaleźć. I znajdziemy. Jak dotąd cię nie zawiodłem, to był pierwszy raz i
sam to odkręcę. A ty tu siedź i wyjmuj te demony, bo…
Drgnął nieco niespokojnie, gdy usłyszał rozdzierający salę
wrzask Goro, który z całej siły próbował wyrwać się z uwięzi.
— Jeszcze nigdy nie widziałem cię tak wściekłego — mruknął
Belial z tonem fałszywego podziwu. — To ja spierdalam, bo zaraz się uwolnisz i
mnie zabijesz. Plan jest taki: ja idę sprowadzić ci tę twoją Wierę, a ty tu
siedzisz, wyjmujesz demony, a potem się regenerujesz…
— BELIAL — ryknął wściekle Goro — JA MUSZĘ JĄ ZNALEŹĆ!
— Chuja, a nie musisz — skontrował od razu Belial. — Zabiją
cię, rozumiesz?! — krzyknął, wreszcie szczerze ukazując swoje zirytowanie. — To
znaczy pokonają, ale wiesz, o co chodzi. Ledwie stoisz na nogach, nie umiesz
się wyzwolić z byle zaklęcia! Każdy byle motłoch Rumena jak cię dorwie, to cię
na strzępy rozerwie! I jak wtedy tej swojej wiedźmie pomożesz?!
Goro go nie słuchał. Wciąż tylko wrzeszczał i próbował
wydostać się z uwięzi, lecz był na to wyraźnie za słaby. A Beliala na poły to
bawiło i załamywało. Bo jego przyjaciel naprawdę zachowywał się jak opętany
przez tę czarodziejkę.
— Siedź tu — zawyrokował Belial, już coraz bardziej zmęczony
tą przekomarzanką. — Znienawidzisz mnie, ale nie dam zabić ani Wiery, ani tym
bardziej ciebie.
Nie mając ochoty dodawać ani słowa, wyszedł z pomieszczenia,
dodatkowo zabezpieczając je symbolami ochronnymi. Goro w tym stanie, w którym
się znajdował, nie miał żadnych szans się wydostać. Co innego, jak wydobrzeje,
lecz do tego czasu Belial zamierzał sprowadzić Wierę całą i zdrową. Bel
wiedział, że porządnie wykurzył Goro swoim zachowaniem i gdy już dostarczy
Wierę, będzie musiał pakować manatki, ale nie żałował. Jego przyjaciel nie
myślał racjonalnie i z ochotą wpakowałby się w kłopoty, byle siedzieć w nich
razem z Wierą. Na to Bel nie chciał pozwolić — bez względu na to, czy za zgodą
Goro, czy bez.
— Teraz to dopiero mam przesrane — mruknął ponuro do siebie,
chcąc jak najszybciej wydostać się z tych przeklętych piwnic.
Wiedział, że demony rozproszyły się po całym Londynie, by
znaleźć Wierę. To dawało spore nadzieje, ale Bel nie byłby sobą, gdyby sam nie
zaangażował się w poszukiwania — zwłaszcza że Wiera przepadła na jego warcie.
Zebrał więc swoją świtę, z Rudym na czele, którego trzymał na czarną godzinę —
lecz co dalej? Nie bardzo wiedział. Mógł szukać jej w Londynie, lecz poza nim
było kilka innych oddziałów. Jego było stać na więcej, dlatego myślał. Lecz gdy
jeden z demonów zaproponował poproszenie o pomoc Gwiazdki, Bel głośno jęknął,
wyraźnie niezadowolony z tego pomysłu — który w gruncie rzeczy był dobry.
Gwiazdkami nazywano ostatnie przedstawicielki Wieszczy — hybryd
demonów i ludzi, które posiadły wybitne umiejętności przepowiadania przyszłości
— lecz w dość specyficzny sposób. Demony wprawdzie potrafiły czytać z gwiazd,
lecz była to umiejętność dość męcząca i mało praktyczna. Gwiazdki mogły to
zrobić szybciej i prościej, problem zaś polegał na tym, że były to istoty
wyjątkowo rozkapryszone. Poza tym Belial miał z jedną z nich niemały zatarg, a
kolejny kłopot polegał na tym, że to właśnie ta mieszkała najbliższej, bo
kilkadziesiąt kilometrów od Londynu. I tak nie mieli lepszego pomysłu, więc
musieli spróbować, choć Bel był daleki od zachwytu.
Gdy dotarli na miejsce, ich oczom ukazał się niewielki
antykwariat, który wewnątrz pachniał słodyczą starych, zakurzonych książek. Za
wysoką, starą ladą siedziała niepozorna brunetka o okrągłej, pyzatej buzi,
której dobrą połowę twarzy zasłaniały okulary. Wczytana w jakąś książkę, z
umiarkowanym zainteresowaniem zerknęła na gości, z równie umiarkowanym
zainteresowaniem zamierzając ich obsłużyć. Lecz po chwili zdołała się
zorientować, z kim miała do czynienia, bo zmrużyła oczy, spoglądając na nich
tak, jakby chciała przejrzeć ich dusze na wylot.
— Wasze imiona — zażądała, wciąż łypiąc na nich nieufnie.
Każdy po kolei grzecznie się przedstawiał i gdy już tylko
Belial został, zerknęła na niego groźnie, tym samym go pospieszając. Mógłby
wprawdzie skłamać, ale wiedział, że to skończyłoby się jeszcze gorzej.
— Ym… ekhm… no więc, ja…
— O NIE!
Sądząc po tym gniewnym okrzyku, Gwiazdka już wiedziała, z
kim miała do czynienia. Belial nabrał tej pewności, gdy kobieta chwyciła jedną
z książek, stając w pozycji gotowej do ataku.
— Belial! — wrzasnęła wściekle. — Nie masz wstępu do mojego sklepu!
WYNOCHA!
— A oni mają? — spytał niewinnie, wskazując na swoich
kompanów. — Słuchaj, ja nie chcę pomocy dla siebie, tylko dla…
— NIE INTERESUJE MNIE TO!
— Ale to dla Goro!
Wiedział, że ją tym argumentem uciszy. Belial nie miał
pojęcia, jakie relacje łączyły ją i Goro, ale było w tym dużo tajemnicy, której
Gwiazdka nie chciała zdradzać. Co więcej, kwestia ich kontaktów zakrawała o
tabu, dlatego wiedział, że Wieszczka zaraz będzie chciała zmienić temat.
— To jemu chcę pomóc — tłumaczył powoli i spokojnie. —
Zaginął ktoś… hm, ktoś mu bliski. Porwał ją taki jeden zjeb, który zaraz zaczai
się na inne rasy. O nas już wie, a jak się o was dowie, to już nie ma przebacz!
Gwiazdka wciąż łypała na niego ponuro i nieufnie, ale
przynajmniej odłożyła książkę.
— Kim on jest?
— Nazywa się Rumen i jest griszem. Czy coś.
— Dlaczego byle mag jest taki niebezpieczny?
— To rozmowa na dłuższa herbatkę. Pomożesz nam? Szukamy jej…
tu masz zdjęcie. I karteczkę z danymi. Coś jeszcze ci trzeba? Proszę, Gwiazdko
— jęknął — to jest dosłownie sprawa życia i śmierci!
Ucieszył się, gdy Gwiazdka najwyraźniej całkiem się uspokoiła,
bo zasiadła na swoim miejscu, układając łokcie na blacie, a na złożonych
dłoniach opierając brodę. Tak przygotowana, przyglądała się ze spokojnym
zainteresowaniem Belialowi.
— I co ja z tego będę miała?
— O rany — jęknął, czując, jak opadają mu ramiona — no co
tylko chcesz, Gwiazdko! Ja naprawdę nie mam czasu na targi, więc to
wykorzystaj!
Chyba zamierzała, bo dość długo się zastanawiała, zapewne
chcąc wybrać najbardziej upokarzający warunek, na jaki tylko będzie ją stać.
Lecz i na to Bel zamierzał się zgodzić, zwłaszcza że i tak nie miał zbytniego
wyboru.
— Chętnie zgłębiłabym wiedzę o demonach…
— Oh — Belial uśmiechnął się nonszalancko — możesz, złotko,
zgłębiać mnie jak i kiedy tylko chcesz…
Zdziwił się, gdy książka świsnęła nad jego ramieniem — i to
z ręki naburmuszonej Gwiazdki.
— Nie to miałam na myśli, idioto! — fuknęła wściekle.
— No co to?! Doprecyzuj to szybciej, ja czasu nie mam…
— Dasz mi się zamknąć w pieczęci!
Tym go zaskoczyła, lecz ostatecznie uznał, że nie jest to
taki najgorszy warunek.
— No dobra — mruknął ze wzruszeniem ramion. — Niech bę…
— Na dwa miesiące!
— Na ile?!
— Na dwa! Słyszałeś! To albo wypad!
Belial raz jeszcze jęknął w duchu, upewniając się, że to był
jednak bardzo zły pomysł z tą wizytą. Nie zdziwiłby się też, jakby ostatecznie
poszli na ugodę, a wróżba, którą postawi im Gwiazdka, będzie nic niewarta.
— Powiedziałeś, że się spieszysz! — zauważyła złośliwie
Gwiazdka. — To ile jeszcze będę czekać na decyzję?
— Dobra — burknął — niech ci będzie. Ale dwa miesiące I ANI
DNIA DŁUŻEJ!
Gwiazdka uśmiechnęła się promiennie, rozglądając się
dookoła, jakby czegoś szukała. Przez moment Bel myślał, że może chciała na
czymś spisać umowę, lecz zaraz to od siebie odrzucił — Gwiazdki doskonale znały
ich rasę i wiedziały, jak ważne i niezłomne były dla nich obietnice. Do tego
żadne umowy nie były potrzebne. A jednak Gwiazdka faktycznie wyjęła białą kartkę
papieru, najpierw spoglądała na nią w milczeniu, po czym podsuwając Belialowi.
Ten chwycił ją i obejrzał z każdej strony, ale nic nie znalazł, więc nie bardzo
wiedział, o co chodzi.
— Podpisz się — zakomunikowała Gwiazdka.
— Hę?
— Po prostu się podpisz. Napisz gdziekolwiek, że to
„własność tego skurwysyna Beliala”.
Bel zachichotał, sięgając po coś do pisania.
— Wiesz, że nawet dokładnie tak to ujmę? — spytał, zapisując
dokładnie to, co przed chwilą powiedziała Gwiazdka.
— Nie wątpię — burknęła, niemal wyrywając mu kartkę,
odwracając ją na drugą stronę i układając tuż przed sobą.
Wtedy miała się zacząć magia. Gwiazdka przymknęła powieki,
odetchnęła głęboko, po czym, wciąż mając zamknięte oczy, uniosła prawą rękę,
chwyciła długopis i zaczęła pisać. Jednak coś wyraźnie było nie tak; pomijając
fakt, że Gwiazdka pisała na ślepo, jej ruchy były bardzo nienaturalne: sztywne,
iście mechaniczne. Nie było w nich żadnej swobody, za to sprawiały wrażenie,
jakby ktoś inny niż Gwiazdka sterował tą ręką. Wieszczka jednak zachowywała
spokój i w ciszy zapisywała kolejne wersy.
Gdy Gwiazdka drgnęła i odkaszlnęła, jasnym było, że hipnoza
się skończyła. Sekundę później chwyciła karteczkę w dłonie i kilka razy
przeleciała po nim wzrokiem. Gdy zaś podała ją Belialowi, miała nieodgadnięty
wyraz twarzy, co specjalnie go nie zdziwiło. Wiedział, że to banda bezczelnych
oszustek, choć, niestety, wyjątkowo uzdolnionych.
Nie bez obaw, Belial spojrzał na tekst, spodziewając się, że
to nie będzie nic prostego.
I miał rację.
Niebo sięga wysoko
Sięga aż do przeszłości
Niebo sięga wysoko
A z niego spadają anioły
Czarne, nie białe
Szaleństwem podżegane
Smakują upadku
Na zakrwawionych ustach
Niebo sięga wysoko
Pod niebem kraina
Kwitnąca w maju,
W dziesiątce zamknięta
Gdzie jest trzech, choć tylko dwóch
A zostanie tylko jeden
Miłość sięga wysoko
Sięga aż do przyszłości
Za nią jest przeszłość
Za przeszłością anioły
Zostanie tylko jeden
Bo niebo sięga wysoko
Sięga aż do przeszłości
— Nie mam pojęcia — odezwała się po dłuższej ciszy Gwiazdka
— o co tu chodzi.
Belial gwałtownie podniósł głowę, wpatrując się w kobietę
morderczym spojrzeniem.
— Jak, kurwa, zwykle. Żadne z was Wieszczki, tylko maszynki
do produkcji pierdolonych wierszyków!
— TOWAR NIE PODLEGA REKLAMACJI! — wrzasnęła wściekle
Gwiazdka. — Ani żadnym zwrotom! A cena nie podlega negocjacjom!
Bel ściągnął brwi, wpatrując się w wykrzywioną gniewem twarz
Gwiazdki. Dzięki temu przypomniał sobie, dlaczego tak nie lubił ich odwiedzać —
każda jedna była niezrównoważoną psychopatką.
— Dobra, dobra, wiem — tłumaczył uspokajająco. — Dwa
miesiące przymusowego urlopu, spoko. Tylko mnie przypadkiem nie zabij! —
zastrzegł, celując w nią palcem. — I wypuść w umówionym terminie, wiedźmo
pieprzona!
Gwiazdka uśmiechnęła się złośliwie, krzyżując ręce na piersi.
— Czy ja cię kiedyś oszukałam?
— Cała twoja nacja to jedni wielcy oszuści.
— Ale pamiętasz, że w naszych żyłach płynie krew demonów?
— Nikt nie jest bez wad — Bel rozłożył ramiona — to i my je
mamy. A wy, w tej waszym procencie demoniej krwi, wyssałyście z nas wszystkie
najgorsze…
Uchylił się w ostatniej chwili, gdy coś świsnęło mu nad
głową. Nie zdążył nawet zauważyć, co to było, zwłaszcza że Gwiazdka zaczęła
wrzeszczeć i wyganiać go ze swojego sklepiku. Bel nie zamierzał protestować i
momentalnie prysnął z budynku, napotykając rozbawione spojrzenia swoich
kompanów. Belial uśmiechnął się blado, nawet krótko zaśmiał, chcąc w ten sposób
udowodnić, że jego też ta sytuacja rozbawiła — choć wcale tak nie było. Jednak
zaraz po chwili zawołał do siebie Rudego i razem usiedli przy pobliskiej
ławeczce. Bel podał kompanowi wierszyk, a gdy już go przeczytał i, podobnie do
Gwiazdki, zakomunikował, że nic z tego nie rozumie, obaj pochylili się nad
tekstem, organizując burzę mózgów.
— W sumie to nawet mi się wydźwięk podoba — zauważył po
dłuższej chwili Bel. — Bo te czarne, szalone anioły to pewnie Rumen i jego
świta. A z tego wynika, że raczej marnie skończą.
Gdy Rudy podniósł głowę, spoglądając na niego niepewnie,
Belial już wiedział, że przyjaciel chciał właśnie zrujnować resztki jego
optymizmu.
— Ja myślałem — zaczął powoli — że te czarne anioły to
Cienie. Podejrzewam, że Rumen to tam nie jedyny cienisty, że pewnie sobie docienił
resztę swoich kompanów. No i Wiera też ma Cień, więc tak samo pasuje.
— Kurwa mać — jęknął, tym samym przyznając Rudemu rację. —
Czyli szanse są wyrównane. No ale zakładamy, że Cienie to te czarne anioły. A z
tym niebem to niby co?
— Dobra, chuj z niebem — burknął Rudy. — Co to za kraina
jakaś?
— Ona nam chyba nie każe wrócić tutaj w maju?
— I jej w maju szukać?
— Chuj z tymi Gwiazdkami wie.
— Nie no — mamrotał Belial — aż tak to chyba nie…
I tak oto stali w miejscu. Dlaczego niebo sięgało do
przeszłości — nie wiedzieli. Czym były anioły i dlaczego miały upaść — tylko
się domyślali. Dlaczego z trzech miało się zrobić dwóch, a z dwóch tylko jeden?
Pojęcia nie mieli. Z tych wszystkich bredni najbardziej treściwa — i tym samym
najbardziej przydatna — wydawała się jakaś kraina związana z majem.
— Dobra, ale co się kojarzy z majem? — rzucił Likard
zmęczonym tonem.
— Wiosna — wymieniał Belial bez cienia emocji — kwiaty,
jabłonie, słońce, pyłki… Dzień Matki chyba wtedy jest…
— A może jest jeszcze jakieś święto dziesiątego maja? —
zaproponował Dijan.
— Moment, sprawdzę — odparł Rudy, zerkając w telefon. —
Mmmm… nie…
— A jakieś historyczne daty?
Rudy łypnął na niego ponuro, lecz nic powiedział i
posłusznie zajął się wertowaniem Wikipedii.
— Nie no — mruknął z powątpiewaniem — tu nic takiego nie ma…
jakaś wojna żydowska… hm, Michał Anioł rozpoczął malowanie Kaplicy
Sykstyńskiej, ale tam jej chyba nie zabrał… jacyś piraci coś… kurwa, za dużo
tego, nie chce mi się tego czytać.
Jednak upór był zbyt duży, dlatego wkrótce każdy chwycił
telefon, dzieląc artykuł o dziesiątym maja na części, które porozdzielali
między siebie. Każdy miał spisywać wszystko, co wydawało im się pasujące, choć
jednocześnie każdy miał świadomość, że to dość dziurawy pomysł — jeśli nazbiera
im się dwadzieścia miejsc na całym świecie, trudno będzie im to jakoś
zorganizować.
— Chociaż — mruczał Rudy — jak zamknąłeś Goro, to w sumie
możemy sobie bez ciał polatać i na miejscu kogoś opętać, nie? Co za problem?
— KOGO ZAMKNĄŁEŚ?! — krzyknął Likard.
— Oj — Belial machnął ręką — nic takiego się nie stało. A to
z duszkami to dobry pomysł, Rudy, tak zrobimy. A teraz szukajcie.
— Kurwa — śmiał się Likard — to jak już wrócisz, będziesz
pewnie szorował kible do końca twoich zasranych dni!
— Ja to właściwie już nie mam po co wracać — mruknął Bel,
siląc się na obojętność. — Jeśli wrócę, Goro natychmiast mnie zabije. Chociaż,
jak nie wrócę, to i tak mnie znajdzie i zabije — zarechotał cicho, choć wcale
mu nie było do śmiechu.
Nie chciał tego po sobie okazywać, ale wcale nie żartował, gdy
mówił, że nie będzie już tam dla niego miejsca. I nie mógł powstrzymać
rozdzierającego go od środka żalu, że Goro był w stanie poświęcić wszystko i
wszystkich dla tej jednej magiczki. I mimo że Bel w tym momencie szczerze jej
nienawidził, wciąż tak samo mocno chciał ją znaleźć. Lecz nie dla niej, tylko
dla swojego przyjaciela.
— Ej, panowie — odezwał się Rudy po kilkunastu minutach — bo
tak sobie szperam w necie o tym dziesiątym maja i wiecie co… w jednej jakiejś
zapyziałej wiosce mają swoje święto dziesiątego maja…
— Tak? — spytał Bel z rosnącą nadzieją. — I jak się nazywa?
— No nie uwierzycie.
Maytenth było zapyziałą, opuszczoną wioska w okolicy
Bristolu. Nie wyróżniało jej absolutnie nic: kilka starych, dziurawych domków
stało wzdłuż prostej dróżki, która rozwidlała się na dwie części, gdy
natrafiała na niski wiejski kościółek. Dookoła rosły lasy, gdzieś po lewej
straszyło jakieś zarośnięte boisko do grania w piłkę nożna, kilkadziesiąt
metrów za wsią zaś znajdował się jakiś płytki, zielonkawy staw. Belial
zastanawiał się, dlaczego ta wioska opustoszała i dosłownie nikt już tam nie
mieszkał. Prawdą pozostawało, że do najbliższej ludzkiej cywilizacji, a więc do
Bristolu, było jakieś dwadzieścia kilometrów, lecz w dobie aut i internetu to
nie powinien być problem. Najwyraźniej był, bo wieś stała zupełnie pusta.
I choćby dlatego było to idealne miejsce dla Rumena.
— Oho — mamrotał Rudy, stojąc na środku polnej dróżki i z
uporem wpatrując się przed siebie. — Znowu bawili się tymi swoimi śmiesznymi
czarami, co ostatnio. Stworzyli osłonkę — wyjaśnił — i jak w nią wleziemy, to nas
na jakiś czas unieruchomi. Z tą różnicą — zauważył — że teraz jesteśmy na to
przygotowani.
Cała załoga stanęła kilka metrów od zasłony, po czym
opuściła swoje ciała, by z impetem naprzeć na magiczną ścianę. Gdy na nią
wpadali, mieli takie wrażenie, jakby wpadli do stawu wyjątkowo lepkiego,
ciągnącego się karmelu — nie było to nic przyjemnego i trudno było się
wydostać, lecz to wciąż pozostawało możliwe i wcale nie wysysało z nich tak
dużo sił. Zaklęcie unieruchamiało ich ciała i wzięło w nim ducha, dlatego z
zaskoczenia działało na demony dużo lepiej. Lecz sam duch dość prosto mógł
sobie poradzić — zwłaszcza z większą ekipą.
Dzięki temu po kilku minutach stworzyli dziurę, przez którą
mogli spokojnie przejść, ubierając z powrotem swoje ciała. Zdawali sobie jednak
sprawę, że dalej może być trudniej — zapewne Rumen obstawił cały teren swoimi
demonami. Ale i tu mieli przewagę, ponieważ demony na usługach nie-demona
zawsze były słabsze niż te wyzwolone.
— Nie ma co się pierdolić w tańcu — oznajmił Belial. — Zapierdolmy
ich!
— A ty? — spytał Rudy. — Zostawiasz ciało?
— Tak. Zabezpieczę je, schowam i lecę. Trzeba ją jak
najszybciej znaleźć.
Już po kilku minutach był gotów: oswobodzony, w błyskawicznym
tempie przeszukiwał opustoszałe domostwa, podejrzewając, że Rumen pewnie chciał
efektownego porwania, wiec ukrył ją w kościele. Jednak Belial z trudem nie
dawał się pokusie i grzecznie przeczesywał każdy jeden domek, razem z piwnicami,
strychami i stęchłymi szopami.
I dopiero odgłosy walki w pobliżu nieco oddalonego od reszty
gospodarstwa dały mu znać, że to może być tam. Belial był nieco rozczarowany,
że nie padło na kościół, ale nie miał czasu narzekać. Jego wątpliwości budził
szeroki, otwarty teren, na którym osadzony był budynek wraz z kilkoma szopkami.
Zastanawiał się, gdzie był Rudy — jego oko do wszelkich pułapek bardzo by się
wtedy przydało. Lecz zapewne gdzieś walczył, a Belial musiał się spieszyć, więc
musiał zaryzykować.
Dość szybko się okazało, że Rumen był przygotowany na nieproszonych
gości, bo gdy tylko zbliżył się do posiadłości, naparło na niego trzech demonów.
Belial domyślił się, że to jakieś przejęte płotki Hakaela, co akurat go
pocieszyło — im dłużej byli opętani, tym mniej mocy w sobie mieli, więc ci
pewnie byli z niej całkiem solidnie osuszeni. I to było widać po walce: ich
ruchy były ociężałe i przewidywalne, dzięki czemu Bel dość szybko pokonał
pierwszego, zamykając go w pieczęci. Dwa pozostałe nie chciały się tak łatwo zamknąć,
ale na pomoc ruszył mu Likard, też już bez ciała, więc Bel mógł się skupić na
próbach dotarcia do domku.
Brama była ozdobiona kilkoma symbolami ochronnymi, które
nieco Bela spowolniły, ale nie powstrzymały. Zastanawiał się, kto stał za tym
rumenowym czary-mary, ale ktokolwiek to był, chyba nabrał zbytniej pewności
siebie po ostatnich sukcesach i uznał, że demona może zatrzymać prawdziwe byle
co. Ale Belial nie narzekał, bo dzięki temu mógł łatwiej dostać się do środka.
Tym bardziej, że jego kompani radzili sobie wystarczająco dobrze. Po drodze
wprawdzie natarło na niego jeszcze kilka demonów, lecz albo Belial radził sobie
z nimi sam, albo ktoś ruszał mu na pomoc. Cała walka trwała dobrą godzinę, lecz
Bel wreszcie zdołał dotrzeć do niewielkiej szopki, w które Rumen
najprawdopodobniej ukrywał Wierę.
I się nie pomylił. Gdy wpadł do środka, jego oczom ukazał
się nadzwyczaj dziwny widok. W zaciemnionej izbie znajdowało się troje griszów:
ledwie przytomna Wiera leżała na jakimś stęchłym łóżku. Kilka metrów dalej stał
Rumen i, co dziwne, łączył ich jakiś ciemny twór, wyglądający jak jakiś czarny
dym albo mgła. Cokolwiek to było, w bardzo wolnym tempie przechodziły od Wiery do
Rumena, czemu przyglądał się jakiś nieznany mu facet.
Nie mając wiele czasu do namysłu, zebrał w sobie wszystkie
siły i z impetem naparł na Rumena. Wprawdzie nie miał ciała, lecz moc, jaką w
sobie zgromadził, wystarczyła, by pchnąć maga na ścianę. Co więcej, atak
przerwał przekazywanie tej przedziwnej, czarnej mgły; łączący ich węzeł podzielił
się na dwie części i rozproszył, unosząc się maleńkimi drobinkami nad Wierą i
Rumenem. Będąc pewnym, że ten kretyn zaraz wstanie, Bel rozejrzał się za
trzecim griszem, dostrzegając, że był idealnym naczyniem, Ah, pomyślał
Belial, spoglądając na grisza, bardzo nierozsądnie zostawiać go takiego
gołego i wesołego.
Tak jak się tego spodziewał, opętanie go było bardzo proste:
kimkolwiek był ten facet, musiał mieć sporo za uszami, bo duszę miał dziurawą
jak sito. Co więcej, czarownik nawet się specjalnie nie wyrywał, dzięki czemu
Bel mógł nim sterować bez większych problemów. Zadowolony, że wszystko się tak
ładnie ułożyło, podszedł do nieprzytomnego Rumena, zamierzając ostatecznie
załatwić sprawę.
Dlatego mocno się zdziwił, gdy okazało się, że Rumen już był
martwy. Jego serce nie biło, oddech ustał i nawet powieki nie były dobrze
domknięte, a lekko uchylone. Nie bardzo rozumiejąc, co się tak właściwie stało,
wstał, spoglądając spod zmarszczonych brwi na ciało Rumena. Niemożliwym było,
by pchnięcie go na ścianę aż tak go uszkodziło, więc co mogło być przyczyną
śmierci? To przyniosło Belialowi sporą zagwozdkę i choć do tej pory sądził, że
nie poświęci temu śmieciowi ani jednej myśli więcej, tak naprawdę chciał się tego
dowiedzieć.
— I co, kurwa — pytał Belial nie wiadomo kogo — to już
wszystko? Tak po prostu sam zdechł? Ja pierdole!
A w tym wszystkim Belialowi nie dawała spokoju pewna
wyjątkowo natrętna, irytująca myśl. Myśl, że ta denerwująca zabawa z Rumenem
trwała tak długo tylko po to, by miała się skończyć w ciągu sekundy. Nie było
żadnej walki, żadnej wielkiej przemowy złoczyńcy, żadnego szantażu, żadnego
punktu krytycznego. Rumen był niczym innym, jak tylko marnym człowiekiem,
którego mogło zabić wszystko. Tymczasem ich rywal leżał martwy tuż pod
wilgotną, zanurzoną w półmroku ścianką. Zapewne gdzieś wokół krążyli wspólnicy
Rumena, ale tym miały się zająć pozostałe demony, dlatego Belial nijak się tym
nie przejmował.
Przejmował się Wierą, która wciąż leżała bez ruchu na tym
wilgotnym, niespecjalnie przyjemnie pachnącym łóżku. Gdy sprawdził jej funkcje
życiowe, uspokoił się lekko, ale tylko lekko — jej serce biło, lecz z
ledwością, oddech zaś był nitkowaty. Cokolwiek się z nią działo, działo się
źle. A mogło być jeszcze gorzej, bo Belial zauważył kątem oka, jak z ciała
Rumena wydobywało się coś, co przypominało postrzępiony cień. Setki maleńkich,
czarnych drobinek, o średnicy około centymetra, zdawało się pływać wokół ciała
Rumena, lecz nie tylko nie mogły się wchłonąć, ale wręcz były w jakiś sposób
odpychane. Co więcej, choć poruszały się bardzo wolno, widać było, że wszystkie
te drobinki zmierzały w stronę Wiery. Belial starał się je odpychać, ale ku
swojemu wielkiemu niepokojowi, szybko zrozumiał, że cokolwiek to było,
pozostawało nieczułe na wszelką demonią magię. Belial nie miał pojęcia, jak z
tym walczyć, lecz nim coś wymyślił, zauważył, że im więcej tych drobinek
wnikało w ciało Wiery, tym łatwiej było jej oddychać. Bel szczerze nie
wiedział, co o tym sądzić, a dziwności było coraz więcej. Cokolwiek Rumen
robił, przerwanie tego procesu natychmiast Rumena zabiło, a w przypadku Wiery
wprost przeciwnie.
Jednak uznał, że zastanowi się nad tym później. Teraz trzeba
było zwołać resztę ekipy i doprowadzić Wierę do Goro, pilnując przy tym, aby jej
stan zdrowia się nie pogorszył. Lecz Belial nie zdążył nawet dobrze uformować
tego planu, kiedy do środka wszedł ktoś pozornie mu nieznany: nieprzeciętnie
wysoka kobieta o cienkich blond włosach sięgających ramienia. Jej twarz była pociągła,
a szczęka lekko kwadratowa, co z jakiegoś, nieznanemu Belialowi powodu kłóciło się
z jej drobnym, nieco zadartym nosem i małymi, szeroko rozstawionymi niebieskimi
oczami. Ubrana była w szary komplet biurowy, a sądząc po jej minie, wyglądała
tak, jakby właśnie wpadła do swojego podwładnego nawrzeszczeć na niego, że nie
poukładał faktur w porządku alfabetycznym.
I, jak się domyślał Belial, tym podwładnym był właśnie on.
Na szczęście Goro w ciele tej kobiety nie zwrócił na niego
większej uwagi: jego wzrok przeskoczył od Bela do martwego Rumena, a zaraz potem
zatrzymał się na Wierze, do której natychmiast popędził i przy której uklęknął.
Cały drżał, Belial bez trudu to dostrzegał. Jedną ręką chwycił Wierę za dłoń,
drugą zaś odgarnął z jej twarzy kilka wilgotnych kosmyków, delikatnie głaszcząc
ją po pobladłej twarzy. Lecz w końcu i on zainteresował się drobinkami
wiszącymi wokół jej ciała, których Belial nie rozumiał.
— To coś — odezwał się w końcu, wiedząc, że sporo tym ryzykował
— łączyło ją i Rumena, gdy to wpadłem. Jak to dziwne coś przerwałem, ten gość
chyba od razu od tego zdechł. I potem te drobinki, czy co to tam jest, zaczęły
powoli tak jakby przepływać w stronę Wiery, a potem się wchłaniać w jej ciało.
Próbowałem to odgonić, ale się nie dało. A od Rumena to jakoś odskakiwało —
dodał, nagle sobie o tym przypominając. — Jakby nie chciało się wchłonąć.
— To jej Cień — wytłumaczył drżącym głosem Goro. — Rumen chciał
go przejąć… a teraz do niej wraca…
— Chciał przejąć cień? O skurwisyn — Bel gwizdnął w udawanym
podziwie, choć gdy natrafił na spojrzenie Goro, obiecał sobie, że nie odezwie się
już ani słowem.
Zamiast tego obserwował, jak Goro przymyka oczy, by po chwili
unieść dłonie nad czarnymi drobinkami i powoli je obniżać, by z czasem opadły
na klatkę piersiową Wiery. Co ciekawe, drobinki zdawały się go słuchać, bo, choć
bardzo powoli, powoli opadały, zbliżając się do ciała griszki. Spora część
zdołała się wchłonąć, dzięki czemu Wiera zdawała się oddychać spokojniej.
Widząc, że to działa, Goro w milczeniu powtarzał czynność, zamierzając zapewne
zagonić w ten sposób cały Cień.
— Więc Cień trzyma ją przy życiu? — spytał, choć przecież
sobie obiecał, że nie będzie się odzywał.
— Cień to część niej. Obie połówki są od siebie uzależnione.
Jedna nie przetrwa bez drugiej. — Gdybyś mnie nie uwięził — dodał po dłuższej chwili
lodowatym tonem — nie zajęłoby ci to aż tyle czasu. Znam tę wieś. Od razu
odczytałbym wskazówkę.
Bel nie zdążył nawet zmarszczyć brwi, gdy Goro wyjął z
kieszeni małą karteczkę, odrzucając ją na podłogę. Zaintrygowany Bel podniósł
ją i osłupiał. Na zewnętrznej stronie znajdował się doskonale znany mu napis: „własność
tego skurwysyna Beliala”. Na drugiej zaś widniał wierszyk podobny do tego od
Gwiazdki, lecz jednak nieco inny.
Niebo sięga wysoko
Sięga do przeszłości
W dziesiątej krainie
Kwitnącej w majach
Znajdziesz trzech,
choć tylko dwóch
A zostanie tylko jeden
Miłość sięga wysoko
Sięga do przyszłości
Zasłoniętej niebem przeszłości
— Skąd to masz? — spytał Bel, zupełnie nic już nie
rozumiejąc.
Goro niechętnie odwrócił głowę, spoglądając na niego z
irytacją.
— Od ciebie.
— No nie bardzo — zaprzeczył. — Ja nikomu nie… A zresztą,
nieważne.
Belial spoglądał to na Wierę, której Cień do niej wracał, to
na Rumena, który padł martwy tuż po przerwaniu połączenia, próbując jakoś to
zrozumieć. Nie bardzo mu wychodziło, a nie chciał drażnić Goro swoimi
pytaniami, dlatego wyszedł z budynku, wysłał kilka demonów na pomoc przyjacielowi,
a sam zamierzał od razu wrócić do zamku.
On i tak zrobił, co miał zrobić. Więcej już nikomu nie był potrzebny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz