ROZDZIAŁ 323

GORO

Nie tego się spodziewał. Nie tak to miało wyglądać i nie tak to sobie wyobrażał. Przecież Goro wiedział, co się działo między nim a Wierą. Wiedział, co griszka do niego czuła lub dopiero zaczynała czuć — lecz bez względu na to, czy to dopiero zalążki czy nie, to nowe, wyjątkowe uczucie powstawało między nimi i zacieśniało ich więzi z każdym dniem coraz mocniej. Gdyby nie Rumen, gdyby nie całe zamieszanie wokół niego, wszystko to, do czego teraz zbliżali się tak nieporadnie, już dawno by wybuchło, uświadamiając im, kim tak naprawdę dla siebie byli, kim chcieli i zamierzali być.

Choć z drugiej strony ponurym absurdem był fakt, iż to właśnie dzięki Rumenowi Goro mógł poznać Wierę.

Jednak coś było nie tak — i to nie licząc zamieszania z Rumenem. Goro chciałby już dawno przyspieszyć ich zradzający się związek, ale jak to mieli zrobić? W takiej chwili? Najwyraźniej błędnie wziął za pewnik, że i Wiera tak na to patrzyła. Dlatego serce biło mu mocniej, a wstyd boleśnie ściskał mu brzuch, gdy słuchał tego, co griszka miała do powiedzenia. Tym bardziej, że najwyraźniej dopiero po raz pierwszy zebrała się na odwagę, by wszystko mu wprost wyjaśnić.

I rzeczywiście, zupełnie zaskoczyła go tym, co powiedziała, ponieważ wyszło na to, że oboje czuli wszystko tak samo, choć zupełnie inaczej. Jednak porównanie do kundla na smyczy zmroziło go, a w pewnym sensie nawet uraziło, bo nie sadził, że Wiera mogła pomyśleć, że byłby zdolny ją tak potraktować.

— Wygląda na to, że oboje źle się zrozumieliśmy — przyznał, kiwając lekko głową. — Ja… niezupełnie trzymam cię na dystans — wyjaśnił, długo zastanawiając się nad odpowiednim doborem słów. — Tak, to nie jest odpowiedni moment na romansowanie, jak to ujęłaś, ale… Nie jestem zbyt romantyczny — przyznał z krzywym, przepraszającym uśmiechem — i pewnie wiele sygnałów mi umyka. Ale nie chciałem być natarczywy, zwłaszcza że tamta noc… Myślałem, bałem się — bełkotał — że może to ty jesteś niepewna. Że zadziałałem za szybko. Tymczasem okazuje się — dodał z cichym, dość gorzkim śmiechem — że działałem za wolno.

Gdy tylko ujęła lekko jego dłoń, natychmiast odwzajemnił gest, spoglądając na Wierę z całą swoją mocą i szczerością.

— Ja też chcę, byś była tu razem ze mną — wyznał szeptem, delikatnie zaczesując jej niesforny kosmyk za ucho, przy okazji ostrożnie sunąc opuszkami palców po jej skroni i linii żuchwy, obserwując przy tym, jak delikatnie przymyka oczy, oddając się w pełni temu niby niewiele znaczącemu dotykowi.

Nie spodziewał się, że ta dość krótka, lecz jakże treściwa rozmowa podziała na nich aż tak oczyszczająco. Goro niespodziewanie poczuł się tak, jakby zrzucił z ramion worek kamieni — choć wcześniej nie był nawet świadom, że dźwigał taki ciężar. Także Wiera, gdy tuż przed wyjściem wspięła się na palce, by skraść mu pocałunek, smakowała zupełnie inaczej. Lekka, oswobodzona, pewna tego, co czuła i uszczęśliwiona tym, co czuł Goro, mogła dać się porwać swojemu uczuciu, które wyraziła tym pocałunkiem. Niby krótkim, niby przelotnym, lecz jednocześnie tak znaczącym — i najważniejszym.

Tak ważnym, że nagle wspomniane imię Hakaela sprawiło, że Goro przez moment nie wiedział, o kim mowa. A gdy sobie przypomniał, spochmurniał, czując się tak, jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody. I znów musieli wrócić do ponurej, rumenowej rzeczywistości. Dlatego trochę się zdziwił, gdy po tak poważnej rozmowie Wiera niemal od razu przeszła do konkretniejszej kwestii związanej z poszukiwanym wampirem.

— Staram się nie mierzyć całej rasy jedną miarą — odparł ze spokojem. — Oboje doświadczyliśmy wielu krzywd ze strony wampirów i całkowicie rozumiem twoje wątpliwości względem Diego, bo sam mam obawy. Ale chwilowo to jedyne, co mamy.

Albo nie mamy¸ pomyślał, gdy wyszedł z pomieszczenia i natknął się na nietęgą minę Hakaela. Jego wyjaśnienia były dość krótkie: znaleźli Diego, ale nie miał żadnych informacji na temat Rumena. Nikt z tam zebranych nie był co do tego przekonany, jednak Hakael zapewniał, że zrobił wszystko, co się dało, aby sprawdzić prawdomówność wampira.

— Samemu Hakaelowi też tak średnio można chyba ufać, nie? — zauważył Bel, gdy już byli w drodze do Londynu. Musieli tam wracać, ponieważ jedyne, czego dowiedzieli się od wywiadu Hakaela, to ogólna lokalizacja Rumena: Anglia.

— Rumen zaczaił się na jego demony. To z jego ramienia nas zaatakowano, choć postronni widzieli to jako atak Hakaela na swoich gości. To bardzo go wzburzyło. O Hakaelu można powiedzieć wiele złego, ale honoru mu nie brak.

Do domu wracali w ponurych nastrojach i tylko Belial uśmiechał się szeroko od czasu do czasu, widząc Goro i Wierę razem. Tak jak sobie obiecali, nie zachowywali już żadnych pozorów i spędzali ze sobą możliwie dużo czasu, choć nawet w tym rozrachunku było go ostatecznie dość niewiele. Jednak nie chciał, by Wiera znów pomyślała, że specjalnie trzymał ją na dystans, dlatego cieszyli się każdą choćby chwilą.

 

— Szefie, mam dwie wiadomości. Dobrą i złą. Od której zacząć?

Westchnął ze zmęczeniem. Gdy poprzedniego dnia wrócili z Tajlandii, Goro nie miał sił zupełnie na nic. Zrezygnowany, pełen wątpliwości i niepokoju, zaprosił Wierę do siebie, spędziwszy z nią całą noc. Przy okazji dał jej do zrozumienia, że wolałby, aby się do niego przeniosła. Byliby bliżej siebie, co miało dwie korzyści i pomijając kwestie romantyczną, Goro wolał mieć Wierę stale na oku.

Lecz następny dzień kazał mu wrócić do ponurej rzeczywistości, w której musiał się mierzyć z poszukiwaniami Rumena. Dlatego zerknął na wyjątkowo wysokiego, chudego jak szkapa demona o pociągłej, bladej twarzy i siwych, krótko przystrzyżonych włosach. Jego czarne, wąskie oczy, nienaturalnie głęboko i dość szeroko osadzone, wyglądały dość przerażająco i nie tylko nie wzbudzały sympatii wśród gawiedzi, lecz wywoływały pewien irracjonalny lęk. Może właśnie dlatego Yoah wybrał sobie to ciało, lecz Goro nigdy go o to nie pytał.

— Od złej.

— To ja może jednak od tej dobrej zacznę — mruknął demon z powątpiewaniem. — Hakael dalej szuka i doszedł do obiecujących wniosków, jakoby Rumen osłabł, bo mu coś nie wyszło. Coś próbował z jakimś zaklęciem, yyy… moment, na kartce sobie zapisałem…

Goro czekał cierpliwie, aż Yoah znajdzie swoje notatki, sam na moment popadając w ponurą zadumę. Fakt, że Rumenowi coś nie wyszło i to mocno nadwyrężyło jego energię, rzeczywiście był pocieszający. Jednak Goro nie umiał się w tym pełni cieszyć, ponieważ najbardziej interesowało go, co takiego Rumen chciał osiągnąć za pomocą magii.

— Chciał zrobić ska… skarpsk… skarpskyggni — wybełkotał Yoah, marszcząc brwi i z uporem wpatrując się w bazgroły na karteczce. — To chciał zrobić, ale mu nie wyszło.

Goro spiął się, choć ani poważnie nie zmartwił, ani ucieszył. Skarpskyggni było starym jak świat zaklęciem, które potocznie nazywano „wtapianiem”. Nie dotyczyło tylko demonów, ale w zasadzie każdej istoty posiadającej duszę. Zaklęcie sprawiało, że dusza była wtapiana w jakiś materialny przedmiot, znacznie osłabiając zarówno ciało, jak i ducha, ale bardzo wzmacniając ów przedmiot. Mówiło się, że przed wiekami wojownicy parający się czarną magią nasycali tym zaklęciem swoje miecze, a duchy brały z ich poległych wrogów. Jednak były to tylko bajania, a skarpskyggni zasłynęło jako zaklęcie wyjątkowo zdradliwe, przenoszące więcej biedy niż pomocy. Dlatego Goro nie był zdziwiony, że Rumen poległ, jednak martwił sam fakt, że czarownik zdołał dotrzeć do tego zaklęcia. Pogrywał sobie coraz śmielej, a wszyscy już dawno zdali sobie sprawę, że nie można było go lekceważyć.

— Jeśli jest teraz słabszy, mamy najlepszy moment, by go dopaść — mruczał Goro, wciąż zamyślony. — Mamy jakieś wieści na temat jego lokalizacji?

— Tylko orientacyjnie — stwierdził Yoah. — Ponoć wrócił do Anglii, ale gdzie dokładnie, tego Hakael stara się dowiedzieć.

Goro pokiwał w odpowiedzi głową, choć odrobinę zadowolony z tych szczątkowych informacji. Lepsze to niż nic.

— A co z tą złą wiadomością?

Yoah momentalnie się zmieszał, ale Goro się tym nie zdziwił. Jeśli miał do przekazania coś złego, nic dziwnego, że się stresował. Lecz im dłużej zwlekał, tym i Goro martwił się bardziej.

Ostatecznie Yoah nic nie powiedział. Zamiast tego podszedł ostrożnie do jego biurka i z cienkiego, jutowego woreczka wysypał kilka okrągłych kamieni z wyrytymi nań symbolami błyskającymi na czerwono. Wydobywające się z nich światło przywodziło na myśl rozżarzone węgle, przechodzące łagodnie i niespiesznie z czerni do czerwieni.

Goro czuł, jak wpierw oblała go fala gorąca, by następnie została gwałtownie schodzona przez przeraźliwy chłód. Zdrętwiały, wyczyszczony ze wszystkich logicznych myśli, zestresowany i zszokowany, bezmyślnie chwycił po jedną z pieczęci i w momencie, w którym Yoah krzyknął, by tego nie robił, Goro momentalnie odrzucił pieczęć, zaskoczony gorącem, jakie biło od tego niby zwykłego kamienia. Wiedział, że skażone klątwą pieczęcie są chronione potwornym gorącem, a więc nie dało się ich dotknąć bez odpowiedniego zabezpieczenia. Jutowy woreczek, w którym były schowane, zapewne uprzednio został dodatkowo wzmocniony, dlatego w tego rodzaju ukryciu pieczęcie pozostawały niegroźne.

Lecz cóż z tego? Cóż z tego, jeśli przed sobą miał pieczęci, w których zamknięci byli jego bracia?

— Czyli jednak mu wyszło — wymamrotał cicho Goro.

Właśnie miał przed sobą połowiczny dowód na to, że to, czego dowiedział się Hakael, było prawdą. Połowiczną, bo pieczęcie, które miał przed sobą, oznaczały, że Rumen rzeczywiście korzystał z skarpskyggni — lub innego, podobnie działającego czaru. Nie było jednak pewności, czy to zaklęcie rzeczywiście aż tak wyczerpało maga, choć z pewnością powinno.

— Yoah — rzekł chorobliwie słabym głosem, z trudem podnosząc wzrok na swojego kopana — ty wiesz, co to jest?

— Wiem — wymamrotał z wahaniem i smutkiem. — Hakael nawet próbował ich wydostać, ale…

Yoah pokiwał ze zrezygnowaniem głową, nie dodając ani słowa więcej. I nie musiał, bo jasnym było, co chciał przekazać — pieczęci były tak poważnie uszkodzone, że mało kto umiał temu zaradzić. Hakael, będąc naprawdę mocnym demonem, nie umiał, więc musiał to zrobić Goro. O ile tylko był w stanie, choć zamierzał włożyć w to wszystkie swoje siły.

To zaś wymuszało na nim kilka zmian w planie.

— Zawołaj mi Beliala — powiedział nieco głośniej po dłuższej chwili ciszy. — Niech tu przyjdzie i na mnie czeka, jeśli mnie nie zastanie, ja za chwilę przyjdę.

Po rozmowie, którą odbył z Wierą w Tajlandii, jasnym było, że ich relacja była zupełnie inna, niż jeszcze kilka tygodni wcześniej. Oboje tego chcieli i choć Goro był mało zadowolony, że rozwijali swój romans w tak zachwianych, niepewnych warunkach, już nie było odwrotu — a przynajmniej Goro niczego zmieniać nie zamierzał. Musiał jednak być z nią szczery, a przez te pieczęcie będzie musiał złamać jedną z obietnic, którą jej wtedy złożył. Dlatego bezzwłocznie udał się do jego — a teraz już ich wspólnej — sypialni, uprzednio z należną uwagą chowając pieczęci do jutowego worka, a ten skrywając do kieszeni spodni.

Jego serce jednocześnie stężało i zelżało na jej widok. Na krótki, jakże cudowny ułamek sekundy zapomniał, po co tu przyszedł, skupiony tylko na jej rozświetlonej uśmiechem twarzy. Zbliżywszy się do niej, bez słowa pocałował ją czule, po czym delikatnie ją do siebie przytulił. Z uwielbieniem chłonął jej zapach, z wolna pozwalając samemu sobie coraz bardziej się w niej zakochiwać.

— Pojawił się kolejny problem, znacznie większy i bardziej czasochłonny — wyjaśnił bez zbędnych wstępów, wyjmując z kieszeni jutowy worek. — Rumen zdołał uwięzić kilka demonów w swoich pieczęciach, a następnie znacznie je uszkodzić. Muszę spróbować ich uwolnić, ale to bardzo wyczerpujący i czasochłonny proces. Będę musiał cię na jakiś czas opuścić — wyznał w końcu z żalem. — To niestety nie koniec złych wieści. Dopóki sam mogłem dbać o twoje bezpieczeństwo, byłem spokojny. Ale teraz będę musiał przyznać ci jakąś straż. Wiem — westchnął — że pewnie będziesz się czuła jak więźniarka, ale chyba rozumiesz, że tak właśnie należy postąpić.

Wiera była zbyt inteligentna, by tego nie dostrzegać, dlatego Goro raz jeszcze westchnął, uznając, że powinien przejść do konkretów.

— Wydobywanie demonów ze sztucznego zamknięcia ­– bo tak można nazwać wszystko, co nie jest skutkiem pokonania, a więc na przykład klątwę – jest procesem tyle skomplikowanym, ile czaso- i energochłonnym. W tutejszych piwnicach znajduje się idealne pomieszczenie, w którym będę mógł spróbować pomóc moim braciom. Niestety, chociaż wolałbym cię przy sobie, muszę być przy tym sam. To nie jest kwestia kaprysu czy kwestii pełnego skupienia, a jeden z kryteriów zaklęć, z których będę korzystał. Poproszę Beliala, by miał na ciebie oko — oznajmił w końcu. — Wiem, że jest… ciężki, ale najważniejsze, że mogę mu w pełni zaufać.

Nie mógł patrzeć na minę Wiery, ale musiała to rozumieć — i zapewne rozumiała. Nie zamierzał też przepraszać jej za coś, co było koniecznością. Wprawdzie to, co Goro zamierzał zrobić, nie było związane z Wierą, lecz nie mógł rzucić wszystkiego dla swojej sympatii. Musiał pomóc braciom, jak najszybciej ich wyzwolić i pokazać Rumenowi, ale także innym demonom, że nie tak łatwo ich pokonać.

— Wybierz zaufane demony i pilnujcie Wiery jak źrenicy oka — zarządził Belialowi, gdy już wrócił do swojego biura. — Ja idę na dół do Nuki. Ogłoś to i zastrzeż, że nikt nie ma prawa mi przeszkadzać.

— Jasne.

Belial spojrzał niepewnie na worek z pieczęciami, po czym, z wyraźnymi wątpliwościami i niepokojem zerknął na Goro.

— Sądzisz, że ci się uda ich uwolnić?

Goro zastanowił się chwilę, mimo że był pewien odpowiedzi, którą zamierzał podać.

— Nie. Nie sądzę.

Belial zdawał się jednocześnie zaskoczony i niezaskoczony. Jednak nie powiedział ani słowa więcej, co na co dzień by do niego nie pasowało, lecz w momencie zagrożenia lub wymagającego dużego skupienia, był bardzo poważny. Dlatego w pełni mu ufał i mógł skupić się na pieczęciach bez obawy, że Wierze coś się stanie.

— Goro, czekaj.

Zaskoczyło go, że Belial nadal czegoś od niego chciał, zwłaszcza że odezwał się po dłuższej chwili i brzmiał na zaniepokojonego.

— Jesteś pewien, że teraz powinieneś bawić się tymi pieczęciami?

Goro spojrzał na niego bez zrozumienia.

— Sam mówisz, że nie wiesz, czy ci się uda — kontynuował. — Ale bez względu na wynik, sama próba cię kompletnie wyniszczy. Jesteś nam potrzebny tutaj, przy Rumenie.

Tymi słowami go zdenerwował, bo brzmiał tak, jakby oskarżał Goro o nieodpowiedzialność.

— Nie zostawię ich w takim stanie. Im dłużej znajdują się w zakażonej pieczęci, tym z nimi gorzej. Wiesz o tym. A ja się szybko zregeneruję.

— Dostatecznie szybko?

Belial wciąż był nieprzekonany i śmiało dawał temu wyraz. Goro to rozumiał, lecz nie zamierzał zmieniać zdania i obaj doskonale o tym wiedzieli. Dlatego Goro został to pytanie bez odpowiedzi, co dało Belowi sygnał, że mógł odejść.

Sam zaś z bijącym sercem udał się do piwnic. Niemal czuł, jak jakiś ogromny ciężar osiada mu na piersi, a nienaturalne ciepło wypala mu trzewia od środka. I choć trudno było w to uwierzyć, wszystko to, co czuł, było po prostu stresem. Zwykłym, niedorzecznym, niepasującym do niego stresem. I Goro wiedział, co go tak przerażało: ból. Oraz to, jak słaby się stanie po rytuale. Zwłaszcza że jeden był potwornie męczący, a on musiał ich przeprowadzić cztery — bo tyle pieczęci odnaleziono. Czy to wytrzyma? Tak, choć z trudem. Lecz czy podoła zadaniu? Nie miał pojęcia i to go przerażało. Świadomość porażki go zniechęcała: momentami wolał się wycofać tylko po to, by nie przegrać. Niemal zmuszał się, by iść dalej, by pokonać kolejny stopień schodów, by zamknąć za sobą kolejne drzwi.

A gdy dotarł na miejsce, z żalem i niechęcią zrozumiał, że nie było powrotu.

Okrągła, niewielka salka o ścianach z czerwonej cegły pogrążona była w zupełnym mroku. Ten nie był dla Goro zbytnią przeszkodą, lecz mimo to zapalił wszystkie ustawione tam świece. Gdy blask ognia otulił swoim ciepłym kożuchem to zimne, wrogie pomieszczenie, Goro odetchnął z trudem, spoglądając wpierw na niskie, proste, drewniane biurko wraz z lichym stołkiem oraz na wyblakłe, zakurzone symbole wyryte na ścianach co pół metra. Najpierw od nich musiał zacząć, a więc je uruchomić. Jarzące się turkusowym światłem, nie pozwalały duszy uciec z tego miejsca, bez względu na to, co by ją wołało — czy to pieczęć, czy cokolwiek innego. Jednak były to symbole wyjątkowe, nie nadające się do rzeczy tak banalnych jak więzienie. Symbole te bowiem nasycone było wyjątkowo trującą energią, która osuszała z sił życiowych każdego, kto znajdował się wewnątrz lub w pobliżu kręgu. I choć były to środki wyjątkowo inwazyjne, pozostawały niezbędne do rytuału, który Goro musiał przeprowadzić, aby uwolnić swoich braci.

Po uruchomieniu symboli nie poczuł nic, lecz go to nie zwiodło. Wiedział, że zaklęcie działało niezauważenie, dlatego Goro z pozornym spokojem zasiadł przy biurku, z uwagą przyglądając się lekko zakurzonemu woluminowi. Na jego okładce wypisane były symbole w języku, którego już nikt nie pamiętał, lecz treść samej księgi, a przynajmniej jej większa część, zapisana została w językach wciąż zachowanych.

Wobec tego nie było już nic, co mogłoby Goro powstrzymać. Choć tego żałował.

Bez trudu znalazł właściwe zaklęcie. Znał jego słowa, to nie było trudne. Równie mało trudne było też wezbranie w sobie całej siły i skupienia. Goro starał się poczuć swoją duszę, zajrzeć wgłąb ciała, które ją przykrywało, przeszyć, a następnie wydobyć, by fragmenty tegoż ducha ofiarować pobratymcom. Teoria była łatwa. Praktyka w zasadzie też. Choć wyjątkowo nieprzyjemna.

Odetchnął głęboko, nim zaczął recytować zaklęcie. Każde słowo pozostawiało na jego języku potworną gorycz,

Aandi minn er ótrúr. Ég þarf að rífa það út til að gefa öðrum líf, vegna þess að líf þeirra verður dýrmætt. Andi minn lifir þegar aðrir andar eru dauðir og deyr þegar aðrir andar eru á lífi.

Po wyrecytowaniu zaklęcia nie wydarzyło się zupełnie nic. Dopiero po kilku chwilach Goro zauważył, jak ciężar, który niedawno ciążył mu na piersi, zaczął narastać, aż wreszcie zaczął przemieniać się w narastający ból. Zdawało, że żebra mu pękały i wbijały się w płuca, okrutnie kłując, piekąc, kręcąc i powodując bolesne duszności. Zanosząc się kaszlem, zgiął się w pół, przez kilka przerażających sekund nie mogąc nabrać tchu. Nie mógł umrzeć, ale cóż z tego, skoro mógł cierpieć? I cierpiał. Z każdą sekundą coraz bardziej. Jednak nie rezygnował i powtórzył całą formułę zaklęcia. Tym razem efekt był natychmiastowy: Goro poczuł się tak, jakby jakaś niewidzialna siła z ogromną mocą uderzyła go w pierś, a potem w brzuch i głowę. Wymęczony, na moment zupełnie splątany, zgiął się wpół, czując się jak pijak po zdecydowanie zbyt dużej dawce alkoholu. Zwymiotowałby, gdyby tylko był w stanie — ale wtedy przynajmniej choć trochę by mu ulżyło. Tymczasem jego wnętrzności zdawały się płonąć żywym ogniem i choć to był najwłaściwszy moment, by chwycić gołymi dłońmi zakażone pieczęci, Goro nie był w stanie tego zrobić. Dysząc ciężko, wbijał mętny wzrok w podłogę, zupełnie oczyszczony ze wszystkich myśli. Wspomnienia plątały się i urywały, racząc go jedynie skrawkami. W krytycznym momencie wiedział, gdzie się znajdował, wiedział też, że miał w tym jakiś konkretny cel, ale nie potrafił sobie przypomnieć, o co dokładnie chodziło. Nie liczyło się nic poza tym, jak wewnętrznie umierał.

Bo umierał. Nie wierzył już w swoją nieśmiertelność. On umierał.

 

Nie wiedział, jak długo siedział na tym krześle, zgięty wpół, twarzą skierowaną wprost w podłogę, z której zionął przyjemny, piwniczny chłód. Być może to on odrobinę go otrzeźwił, a może to zaklęcie straciło na swojej sile, ponieważ Goro nie powtórzył formuły. Gdy próbował się dźwignąć i odetchnął, mocno się rozkaszlał, a poczucie dławienia narastało z każdą sekundą. Blady i wykończony, drżącym szeptem próbował wypowiedzieć zaklęcie. Wtem raz jeszcze czuł, jak coś ciężkiego osiada mu na klatce piersiowej, lecz tym razem próbowało wydostać się na zewnątrz, przebijając kości i skórę. Goro czuł, że był bliski utraty przytomności, więc ostatkiem silnej woli zacisnął zęby, z największym trudem mamrocząc zaklęcie, aby wzmóc odczuwany ból…

NIE!!!

Krzyk wydarty z jego własnego gardła był tak niespodziewany, że Goro momentalnie zamilkł i nasłuchiwał, jakby w ostatniej nadziei, że być może krzyknął ktoś inny. Lecz to niemożliwe, tym bardziej, że gdy demon się skupił i wyciszył, czuł narastający w sobie gniew i bunt. Czuł, jak w krtani zbierał się kolejny krzyk.

B-boli… Przestań…

Boli, wiem, pomyślał Goro, z największym trudem zdając sobie sprawę, że zaklęciem, a raczej dawką bólu, którą powodowało, wybudził Chenga Yuna, właściciela ciała, które opętał. Niespodziewanie zlękniony tym odkryciem, opuścił to ciało, choć momentalnie odczuł, jak zły był to pomysł. Jego dusza zdawała się ledwie unosić nad ziemią, jak gdyby była poszarpana, wątła, utkana z najtańszego, najcieńszego materiału. Goro nie był nawet w stanie dokładnie czerpać ze swojej pieczęci — na to też nie miał dostatecznie dużo sił. Mimo to zdołał wydostać się z ciała, spoglądając bez wyrazu na Chenga. I jakże dziwnym było ujrzeć swój ból. Nie tylko go czuć, ale ujrzeć, ponieważ ten aż nad wyraz malował się na chorobliwie bladej, wykrzywionym w paskudnym wyrazie twarzy Yuna.

­— Nie przestanę — przekazał, choć jako byt niematerialny nie był w stanie mówić. Jednak wiedział, że Cheng go słyszał. — Doprowadzę to do końca.

Zabijesz mnie! — wrzasnął rozdzierająco Cheng. — Ja… ja nie zniosę tego bólu…

Jeśli ja go zniosę, to i ty.

Z tymi słowami ponownie opętał Chenga, z jeszcze większym zacięciem wracając do powtarzania formuły zaklęcia. Doznania, których doświadczył, znów były takie same — lecz jeszcze silniejsze niż uprzednio. Goro wiedział, że z każdym powtórzeniem będzie coraz gorzej, lecz nie przewidział innej przeszkody.

On walczył. Odpychał Goro z siebie, jakby nagle cofnął zgodę na opętanie. Dusza Chenga, tak czysta, nieskalana grzechem, zaczynała sobie o swej czystości przypominać, traktując Goro jak nowotwór.

Nie… nie… nie dam rady… nie…

Im więcej rozpaczy wybrzmiewało w tym głosie, im był on słabszy i bardziej zrezygnowany, tym zacieklej Cheng walczył z Goro, próbując go wypchnąć z ciała. Goro nie chciał z nim walczyć, dlatego dobrowolnie poddał się temu swoistemu wygnaniu, obserwując, jak Cheng upada na podłogę, długo nie mogąc wstać.

Zabijasz mnie.

To nie był lęk. To nie był zarzut, to nie było pytanie. To było stwierdzenie.

Nie. Przetrwamy to oboje — zapewnił Goro.

Sam w to nie wierzysz.

Nie odpowiedział, bo cóż miał powiedzieć? Wprost zaprzeczyć? Skłamałby. A przecież nie to Cheng chciał usłyszeć, nawet jeśli podskórnie wiedział, jaka była prawda. I może dlatego oboje długo milczeli, a na twarzy Yuna zagościł błogi, delikatny uśmiech.

Morze było takie piękne ­— szeptał iście rozmarzonym tonem, wpatrzony pustym wzrokiem przed siebie. — Wszyscy mówili, że jest niebieskie, ale tamto było szare, z białymi koronkami fal. Myślałem, że zobaczę je tak niebieskie jak na pocztówkach, ale tamto było piękniejsze, bo było prawdziwe i… i było żywe… I wiatr, tak samo szary, też był żywy. Czułem, jak zwiewał mi włosy z twarzy. Wiesz, co jest za wiatrem?

Goro nie wiedział, więc milczał. Zresztą czuł, że Cheng nie wymagał od niego odpowiedzi.

Za wiatrem jest cisza. Cisza, której nikt z żyjących nigdy nie zazna. Ale cisza to nie koniec, bo za nią znów jest hałas. A hałas jest życiem. Więc za ciszą jest życie… inne życie. Za wiatrem jest inne życie. Tam są wszyscy. I jest Liang, jest Xing. Są tam… oboje… ale tęsknią. Jest im źle… beze mnie…

Mówił o swojej żonie i synu. Goro zdołał ich poznać, znał ich imiona. Wiedział też, o czym Cheng mówił, a przynajmniej się domyślał.

Zabij mnie.

Choć domyślał się, że to właśnie te słowa padną ze słów mężczyzny, Goro i tak poczuł uderzenie szoku. Wpatrując się w milczeniu w Yuna, czekał, aż ten zmieni zdanie, opamięta się i zgodzi na kolejną dawkę bólu.

Nawet jeśli wiedział, jak źle i irracjonalnie to brzmiało.

Zabij mnie — powtórzył błagalnym szeptem. — Ale teraz. Od razu. Dość się nażyłem na cudzy koszt. A ja… nie chcę cierpieć…

Jakie były fakty? Takie, że dzięki żywemu ciału Goro miał większe szanse na pomyślne ukończenie rytuału. Bez tego rodzaju żywotności prawdopodobieństwo, że uda mu się uleczyć choć jedną pieczęć, znacznie malało. Co więcej, ledwie niedawno odzyskał swoją pieczęć, mając przy sobie dwa źródła ogromnej mocy. Czy chciał z tego zrezygnować?

Nie.

Nie dbał o szok wymalowany na twarzy tego człowieka. Sam nie wiedział, dlaczego się tak działo, choć po chwili znalazł odpowiedź. Bracia byli dla niego ważniejsi niż ten człowiek. Jednocześnie jednak nie zamierzał z niego zrezygnować.

Nie jestem twoją kukłą. To ja ci pomogłem, nie ty mnie. To ja jestem twoim panem ­— cedził lodowatym tonem — i to ja decyduję o tym, co się z tobą dzieje. Dobrowolnie oddałeś mi swoje życie i tylko ja mogę o nim decydować.

Nie spodziewał się, że Cheng to zrozumie, choć sądził, że zamilknie i podda się wyrokowi. Nie zrobił tego, zamiast tego padając na ziemię, korząc się przed demonem i błagając go o śmierć. A Goro widział zmiany, jakie w nim zachodziły: jego duch rozpadał się na części. Działo się tak, gdy człowiek był całkowicie pewien, że śmierć jest dla niego jedyną drogą. To dlatego tak łatwo mogli opętać samobójców jeszcze przed śmiercionośnym czynem — ponieważ nim umierało ciało, umierał duch.

A duch Chenga Yuna był martwy.

Martwy. Niezdatny do niczego. A jeśli naprawdę chciał śmierci aż tak, Goro nie mógł się sprzeciwić. Już nie mógł, nawet jeśli chciał.

Z jakich pobudek? Czysto egoistycznych.

Chciał, by Cheng żył tylko ze względu na siebie.

I dlatego właśnie pozwolił mu umrzeć.

 

Gdy zaś na końcu spojrzał na pieczęcie, już wiedział.

Nie podoła.

 

 BELIAL 

— A więc ty i Goro? Już tak oficjalnie? Fiu, fiu!

Od czasu do czasu szef straży Wiery, czyli Belial, musiał stawiać się na posterunku osobiście, dlatego teraz siedział na krześle w sypialni Goro i spoglądał ze złośliwym, choć jednocześnie sympatycznym uśmieszkiem na siedzącą nieopodal Wierę. Pewnie była zła, że musiała siedzieć w zamknięciu, ale na to Belial już nic nie mógł poradzić.

— Widziałem, jak się w samolocie do siebie tuliliście. Wyglądaliście przeuroczo! — zaćwierkał radośnie. — A co się takiego stało, że tak nagle się zmieniło? Wybacz, wścibski jestem — przyznał — ale byłem pierwszym, naczelnym kibicem waszego związku. I nadal jestem! I duma mnie rozpiera, że się udało, bo trochę nerwów i wysiłku mnie to kosztowało.

Zachichotał, domyślając się, że Wiera pewnie nie podzielała jego zdania.

— No co? Mało to się namachałem, żeby was wreszcie zeswatać? Powiedziałbym, że jestem mistrzem subtelnych akcji, ale nie udawaj: na pewno to widziałaś! I ani jednego „dziękuję”? Nic? Od Goro też podziękowań nie dostałem — wyznał z wyraźną pretensją w głosie. — I to, psiamać, przyjaciel ma być? Hę?

O czymś musiał z nią rozmawiać, żeby nie siedzieć w ciszy jak ostatni idiota. Ktoś cały czas musiał towarzyszyć Wierze, nie było opcji, by została sama — Goro za bardzo się obawiał, że Rumen mógł się przedostać fałszywymi demonami także w jego szeregi, dlatego Wierę mieli pilnować tylko najbardziej zaufani. Belial dobrał kilku takich, dlatego ochrona Wiery była dla niego zadaniem tak samo prostym, jak i nudnym.

— A o swojego kochasia się nie martw — uspokoił z pokrzepiającym uśmiechem. — Tylko jak wylezie z tej nory za dzień czy dwa, to go nocą aż tak nie wymęcz, bo może być trochę zziajany. Tylko on ma na tyle pary, żeby wydostać te demony, a i to nie wiadomo, czy wystarczy, więc sobie wyobraź, ile to musi być męczarni. Więc pewnie jak wylezie na górę, to będzie jak trup wyglądał, ale się nie przejmuj, szybko mu przejdzie.

W pewnym sensie być może ją wystraszył, bo nawet nie wiedział, czy Goro wyjaśnił jej, na czym polegał cały rytuał. Jednak Belial był zdania, że Wiera tak czy inaczej powinna wiedzieć.

— No — podsumował — więc się nie przejmuj. W ogóle niczym się nie przejmuj, bo zaraz już będzie wszystko ok.

— Bel — Babuszka, czyli demon w ciele starszej kobieciny, wyjrzał zza drzwi, spoglądając na demona z największą powagą — chodź tu na moment, jest problem.

— Jaki znowu, kurwa, problem? — jęknął ze zmęczeniem.

— Chyba znaleźliśmy u nas intruza…

— JASNY CHUJ!

Zerwawszy się z krzesła, momentalnie poleciał do drzwi i dopiero w progu się zorientował, że nie mógł zostawić jej samej.

— Gdzie on? I ktoś tam jest?

— Zamknęli go w kuchni. Jest tam Zariah, Kelo i Taghrid.

— Dobra. Babuszka, siedź z nią dopóki nie wrócę i oka z niej nie spuszczaj! Nie wychodź, choćby sraczka najgorsza miała cię dopaść, rozumiesz?!

— Spoko.

Goro nie można było powiadomić, bo rytuał się już rozpoczął, więc musiał się tym zająć sam. Jednak były to wieści na tyle niepokojące, że Belial poważnie się zastanawiał, czy by jednak nie zawołać Goro. Wszak sprawdziło się to, co mu niedawno mówił: że Goro był potrzebny tu i teraz, silny i gotowy do walki. Bel bardzo poważnie traktował tę opcję i nawet jeśli przyjaciel go wyklnie, i tak to zrobi. Lecz najpierw sprawdzi to sam.

Gdy wszedł do kuchni, nad związanym do krzesła demonem stała wspomniana wcześniej trójka. Na widok Beliala, zdrajca, którego ten widział pierwszy raz w życiu, uśmiechnął się bezczelnie, mówiąc:

— Rumen przesyła pozdrowienia.

Stety lub niestety, fałszerz nie mówił nic innego, choć Bel dwoił się i troił, by wydobyć z niego jakiekolwiek informacje. W odpowiedzi demon tylko wybuchał śmiechem, całkiem milczał albo powtarzał tę durną formułkę z pozdrowieniami. Był zawzięty i sprawiał wrażenie pogodzonego z misją samobójczą. A z takiego to na pewno się nic nie wyciśnie. Skurwysyn pierdolony.

— Nie to nie — mruknął wreszcie Belial niby od niechcenia. — No to wypierdalaj.

Doprowadzenie demona do utraty przytomności nie było zbyt łatwe, lecz jak najbardziej możliwe, dzięki czemu taki demon trafiał z powrotem do swojej pieczęci. Problem polegał na tym, że pieczęć znajdowała się najpewniej u Rumena, dlatego należało doprowadzić do tego, aby fałszerz nie mógł opuścić ciała i wrócić do maga. Na to też byli przygotowani, lecz tym razem zamierzał zrobić to sam, bez zlecania nikomu innemu. Kazał tylko stojącej tam trójce przenieść delikwenta do jednej z ich więziennych cel — i to takiej o zaostrzonym rygorze — a sam poszedł po odpowiednie łańcuchy i księgę z zaklęciami, bo za diabła nie pamiętał wszystkich tych formułek. Reszta poszła już stosunkowo łatwo: przybity do ściany fałszerz nie miał żadnej szansy na uwolnienie. Problem polegał tylko na tym, że Belial musiał oddelegować dwóch demonów do ochrony. Zastanawiał się, co zrobić: przydzielić do tego zadania któreś z demonów spoza jego zaufanej paczki, odrobinkę bardziej ryzykując, czy odesłać swoich ludzi, ale tym samym zmniejszając ilość chroniących Wierę. Ostatecznie odesłał po jednym z dwóch rozważanych grup, idąc na dość bezpieczny kompromis. Sam zaś mógł wrócić do Wiery, choć podejrzewał, że zostawi ją jednak na dłużej z Babuszką, bo Bel musiał się poważnie zastanowić nad odkryciem, którego przed momentem dokonano. Jeśli znalazł się jeden zdrajca, niewykluczone, że było ich więcej. I należało to jak najszybciej sprawdzić.

Jednak najpierw musiał zajrzeć do Wiery i przekazać Babuszce, że będzie musiał jej popilnować dłużej niż się umawiali. Więc gdy wpadł do sypialni z gotową formułką na ustach, o mało co nie wypowiedział jej do pustego pokoju. Zdezorientowany, nie rozumiejący, co widział i co się działo, rozglądał się tępo po pomieszczeniu, na silę próbując dostrzec w nim Wierę i Babuszkę. Lecz nic z tego, nigdzie ich nie było.

— Miałeś, kurwa, nie wychodzić! — wrzasnął do pustego pokoju, momentalnie robiąc w tył zwrot.

Wypadłszy na korytarz, obiegł pierwsze miejsca, jakie przyszły mu do głowy: biuro Goro, sypialnia Wiery, wszystkie łazienki, kuchnia — nawet mimo tego, że niedawno w niej był — ale nic z tego. Ogłaszając alarm, nakazał szukać Babuszki i Wiery, zwłaszcza że jakimś magicznym sposobem nikt nie widział, by wychodzili. Przeszukanie wszystkich tras biegnących od sypialni Goro nic nie dała, nawet oględziny tereny wokół posiadłości niczego nie wykazały.

— Kurwa mać — jęknął, doskonale zdając sobie sprawę, że to on zawalił sprawę.

Zwłaszcza że jedno zdawało się pewne.

Wiery już nie było w zamku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^