GORO
Nie tego się spodziewał. Nie tak to miało wyglądać i nie tak
to sobie wyobrażał. Przecież Goro wiedział, co się działo między nim a Wierą.
Wiedział, co griszka do niego czuła lub dopiero zaczynała czuć — lecz bez
względu na to, czy to dopiero zalążki czy nie, to nowe, wyjątkowe uczucie
powstawało między nimi i zacieśniało ich więzi z każdym dniem coraz mocniej.
Gdyby nie Rumen, gdyby nie całe zamieszanie wokół niego, wszystko to, do czego
teraz zbliżali się tak nieporadnie, już dawno by wybuchło, uświadamiając im,
kim tak naprawdę dla siebie byli, kim chcieli i zamierzali być.
Choć z drugiej strony ponurym absurdem był fakt, iż to
właśnie dzięki Rumenowi Goro mógł poznać Wierę.
Jednak coś było nie tak — i to nie licząc zamieszania z
Rumenem. Goro chciałby już dawno przyspieszyć ich zradzający się związek, ale
jak to mieli zrobić? W takiej chwili? Najwyraźniej błędnie wziął za pewnik, że
i Wiera tak na to patrzyła. Dlatego serce biło mu mocniej, a wstyd boleśnie
ściskał mu brzuch, gdy słuchał tego, co griszka miała do powiedzenia. Tym
bardziej, że najwyraźniej dopiero po raz pierwszy zebrała się na odwagę, by
wszystko mu wprost wyjaśnić.
I rzeczywiście, zupełnie zaskoczyła go tym, co powiedziała,
ponieważ wyszło na to, że oboje czuli wszystko tak samo, choć zupełnie inaczej.
Jednak porównanie do kundla na smyczy zmroziło go, a w pewnym sensie nawet
uraziło, bo nie sadził, że Wiera mogła pomyśleć, że byłby zdolny ją tak
potraktować.
— Wygląda na to, że oboje źle się zrozumieliśmy — przyznał,
kiwając lekko głową. — Ja… niezupełnie trzymam cię na dystans — wyjaśnił, długo
zastanawiając się nad odpowiednim doborem słów. — Tak, to nie jest odpowiedni
moment na romansowanie, jak to ujęłaś, ale… Nie jestem zbyt romantyczny —
przyznał z krzywym, przepraszającym uśmiechem — i pewnie wiele sygnałów mi
umyka. Ale nie chciałem być natarczywy, zwłaszcza że tamta noc… Myślałem, bałem
się — bełkotał — że może to ty jesteś niepewna. Że zadziałałem za szybko.
Tymczasem okazuje się — dodał z cichym, dość gorzkim śmiechem — że działałem za
wolno.
Gdy tylko ujęła lekko jego dłoń, natychmiast odwzajemnił
gest, spoglądając na Wierę z całą swoją mocą i szczerością.
— Ja też chcę, byś była tu razem ze mną — wyznał szeptem,
delikatnie zaczesując jej niesforny kosmyk za ucho, przy okazji ostrożnie sunąc
opuszkami palców po jej skroni i linii żuchwy, obserwując przy tym, jak
delikatnie przymyka oczy, oddając się w pełni temu niby niewiele znaczącemu
dotykowi.
Nie spodziewał się, że ta dość krótka, lecz jakże treściwa
rozmowa podziała na nich aż tak oczyszczająco. Goro niespodziewanie poczuł się
tak, jakby zrzucił z ramion worek kamieni — choć wcześniej nie był nawet
świadom, że dźwigał taki ciężar. Także Wiera, gdy tuż przed wyjściem wspięła
się na palce, by skraść mu pocałunek, smakowała zupełnie inaczej. Lekka,
oswobodzona, pewna tego, co czuła i uszczęśliwiona tym, co czuł Goro, mogła dać
się porwać swojemu uczuciu, które wyraziła tym pocałunkiem. Niby krótkim, niby
przelotnym, lecz jednocześnie tak znaczącym — i najważniejszym.
Tak ważnym, że nagle wspomniane imię Hakaela sprawiło, że
Goro przez moment nie wiedział, o kim mowa. A gdy sobie przypomniał,
spochmurniał, czując się tak, jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody. I
znów musieli wrócić do ponurej, rumenowej rzeczywistości. Dlatego trochę się
zdziwił, gdy po tak poważnej rozmowie Wiera niemal od razu przeszła do
konkretniejszej kwestii związanej z poszukiwanym wampirem.
— Staram się nie mierzyć całej rasy jedną miarą — odparł ze
spokojem. — Oboje doświadczyliśmy wielu krzywd ze strony wampirów i całkowicie
rozumiem twoje wątpliwości względem Diego, bo sam mam obawy. Ale chwilowo to
jedyne, co mamy.
Albo nie mamy¸ pomyślał, gdy wyszedł z pomieszczenia
i natknął się na nietęgą minę Hakaela. Jego wyjaśnienia były dość krótkie:
znaleźli Diego, ale nie miał żadnych informacji na temat Rumena. Nikt z tam
zebranych nie był co do tego przekonany, jednak Hakael zapewniał, że zrobił
wszystko, co się dało, aby sprawdzić prawdomówność wampira.
— Samemu Hakaelowi też tak średnio można chyba ufać, nie? —
zauważył Bel, gdy już byli w drodze do Londynu. Musieli tam wracać, ponieważ
jedyne, czego dowiedzieli się od wywiadu Hakaela, to ogólna lokalizacja Rumena:
Anglia.
— Rumen zaczaił się na jego demony. To z jego ramienia nas
zaatakowano, choć postronni widzieli to jako atak Hakaela na swoich gości. To
bardzo go wzburzyło. O Hakaelu można powiedzieć wiele złego, ale honoru mu nie brak.
Do domu wracali w ponurych nastrojach i tylko Belial
uśmiechał się szeroko od czasu do czasu, widząc Goro i Wierę razem. Tak jak
sobie obiecali, nie zachowywali już żadnych pozorów i spędzali ze sobą możliwie
dużo czasu, choć nawet w tym rozrachunku było go ostatecznie dość niewiele. Jednak
nie chciał, by Wiera znów pomyślała, że specjalnie trzymał ją na dystans,
dlatego cieszyli się każdą choćby chwilą.
— Szefie, mam dwie wiadomości. Dobrą i złą. Od której zacząć?
Westchnął ze zmęczeniem. Gdy poprzedniego dnia wrócili z
Tajlandii, Goro nie miał sił zupełnie na nic. Zrezygnowany, pełen wątpliwości i
niepokoju, zaprosił Wierę do siebie, spędziwszy z nią całą noc. Przy okazji dał
jej do zrozumienia, że wolałby, aby się do niego przeniosła. Byliby bliżej
siebie, co miało dwie korzyści i pomijając kwestie romantyczną, Goro wolał mieć
Wierę stale na oku.
Lecz następny dzień kazał mu wrócić do ponurej
rzeczywistości, w której musiał się mierzyć z poszukiwaniami Rumena. Dlatego zerknął
na wyjątkowo wysokiego, chudego jak szkapa demona o pociągłej, bladej twarzy i
siwych, krótko przystrzyżonych włosach. Jego czarne, wąskie oczy, nienaturalnie
głęboko i dość szeroko osadzone, wyglądały dość przerażająco i nie tylko nie
wzbudzały sympatii wśród gawiedzi, lecz wywoływały pewien irracjonalny lęk. Może
właśnie dlatego Yoah wybrał sobie to ciało, lecz Goro nigdy go o to nie pytał.
— Od złej.
— To ja może jednak od tej dobrej zacznę — mruknął demon z
powątpiewaniem. — Hakael dalej szuka i doszedł do obiecujących wniosków, jakoby
Rumen osłabł, bo mu coś nie wyszło. Coś próbował z jakimś zaklęciem, yyy…
moment, na kartce sobie zapisałem…
Goro czekał cierpliwie, aż Yoah znajdzie swoje notatki, sam
na moment popadając w ponurą zadumę. Fakt, że Rumenowi coś nie wyszło i to mocno
nadwyrężyło jego energię, rzeczywiście był pocieszający. Jednak Goro nie umiał się
w tym pełni cieszyć, ponieważ najbardziej interesowało go, co takiego Rumen
chciał osiągnąć za pomocą magii.
— Chciał zrobić ska… skarpsk… skarpskyggni — wybełkotał
Yoah, marszcząc brwi i z uporem wpatrując się w bazgroły na karteczce. — To chciał
zrobić, ale mu nie wyszło.
Goro spiął się, choć ani poważnie nie zmartwił, ani
ucieszył. Skarpskyggni było starym jak świat zaklęciem, które potocznie
nazywano „wtapianiem”. Nie dotyczyło tylko demonów, ale w zasadzie każdej istoty
posiadającej duszę. Zaklęcie sprawiało, że dusza była wtapiana w jakiś materialny
przedmiot, znacznie osłabiając zarówno ciało, jak i ducha, ale bardzo
wzmacniając ów przedmiot. Mówiło się, że przed wiekami wojownicy parający się czarną
magią nasycali tym zaklęciem swoje miecze, a duchy brały z ich poległych
wrogów. Jednak były to tylko bajania, a skarpskyggni zasłynęło jako zaklęcie
wyjątkowo zdradliwe, przenoszące więcej biedy niż pomocy. Dlatego Goro nie był
zdziwiony, że Rumen poległ, jednak martwił sam fakt, że czarownik zdołał dotrzeć
do tego zaklęcia. Pogrywał sobie coraz śmielej, a wszyscy już dawno zdali sobie
sprawę, że nie można było go lekceważyć.
— Jeśli jest teraz słabszy, mamy najlepszy moment, by go dopaść
— mruczał Goro, wciąż zamyślony. — Mamy jakieś wieści na temat jego lokalizacji?
— Tylko orientacyjnie — stwierdził Yoah. — Ponoć wrócił do
Anglii, ale gdzie dokładnie, tego Hakael stara się dowiedzieć.
Goro pokiwał w odpowiedzi głową, choć odrobinę zadowolony z
tych szczątkowych informacji. Lepsze to niż nic.
— A co z tą złą wiadomością?
Yoah momentalnie się zmieszał, ale Goro się tym nie zdziwił.
Jeśli miał do przekazania coś złego, nic dziwnego, że się stresował. Lecz im
dłużej zwlekał, tym i Goro martwił się bardziej.
Ostatecznie Yoah nic nie powiedział. Zamiast tego podszedł
ostrożnie do jego biurka i z cienkiego, jutowego woreczka wysypał kilka okrągłych
kamieni z wyrytymi nań symbolami błyskającymi na czerwono. Wydobywające się z
nich światło przywodziło na myśl rozżarzone węgle, przechodzące łagodnie i
niespiesznie z czerni do czerwieni.
Goro czuł, jak wpierw oblała go fala gorąca, by następnie
została gwałtownie schodzona przez przeraźliwy chłód. Zdrętwiały, wyczyszczony
ze wszystkich logicznych myśli, zestresowany i zszokowany, bezmyślnie chwycił
po jedną z pieczęci i w momencie, w którym Yoah krzyknął, by tego nie robił, Goro
momentalnie odrzucił pieczęć, zaskoczony gorącem, jakie biło od tego niby
zwykłego kamienia. Wiedział, że skażone klątwą pieczęcie są chronione potwornym
gorącem, a więc nie dało się ich dotknąć bez odpowiedniego zabezpieczenia.
Jutowy woreczek, w którym były schowane, zapewne uprzednio został dodatkowo
wzmocniony, dlatego w tego rodzaju ukryciu pieczęcie pozostawały niegroźne.
Lecz cóż z tego? Cóż z tego, jeśli przed sobą miał pieczęci,
w których zamknięci byli jego bracia?
— Czyli jednak mu wyszło — wymamrotał cicho Goro.
Właśnie miał przed sobą połowiczny dowód na to, że to, czego
dowiedział się Hakael, było prawdą. Połowiczną, bo pieczęcie, które miał przed
sobą, oznaczały, że Rumen rzeczywiście korzystał z skarpskyggni — lub innego,
podobnie działającego czaru. Nie było jednak pewności, czy to zaklęcie rzeczywiście
aż tak wyczerpało maga, choć z pewnością powinno.
— Yoah — rzekł chorobliwie słabym głosem, z trudem podnosząc
wzrok na swojego kopana — ty wiesz, co to jest?
— Wiem — wymamrotał z wahaniem i smutkiem. — Hakael nawet
próbował ich wydostać, ale…
Yoah pokiwał ze zrezygnowaniem głową, nie dodając ani słowa więcej.
I nie musiał, bo jasnym było, co chciał przekazać — pieczęci były tak poważnie
uszkodzone, że mało kto umiał temu zaradzić. Hakael, będąc naprawdę mocnym
demonem, nie umiał, więc musiał to zrobić Goro. O ile tylko był w stanie, choć
zamierzał włożyć w to wszystkie swoje siły.
To zaś wymuszało na nim kilka zmian w planie.
— Zawołaj mi Beliala — powiedział nieco głośniej po dłuższej
chwili ciszy. — Niech tu przyjdzie i na mnie czeka, jeśli mnie nie zastanie, ja
za chwilę przyjdę.
Po rozmowie, którą odbył z Wierą w Tajlandii, jasnym było,
że ich relacja była zupełnie inna, niż jeszcze kilka tygodni wcześniej. Oboje
tego chcieli i choć Goro był mało zadowolony, że rozwijali swój romans w tak
zachwianych, niepewnych warunkach, już nie było odwrotu — a przynajmniej Goro
niczego zmieniać nie zamierzał. Musiał jednak być z nią szczery, a przez te
pieczęcie będzie musiał złamać jedną z obietnic, którą jej wtedy złożył. Dlatego
bezzwłocznie udał się do jego — a teraz już ich wspólnej — sypialni, uprzednio
z należną uwagą chowając pieczęci do jutowego worka, a ten skrywając do
kieszeni spodni.
Jego serce jednocześnie stężało i zelżało na jej widok. Na
krótki, jakże cudowny ułamek sekundy zapomniał, po co tu przyszedł, skupiony
tylko na jej rozświetlonej uśmiechem twarzy. Zbliżywszy się do niej, bez słowa
pocałował ją czule, po czym delikatnie ją do siebie przytulił. Z uwielbieniem
chłonął jej zapach, z wolna pozwalając samemu sobie coraz bardziej się w niej zakochiwać.
— Pojawił się kolejny problem, znacznie większy i bardziej czasochłonny
— wyjaśnił bez zbędnych wstępów, wyjmując z kieszeni jutowy worek. — Rumen
zdołał uwięzić kilka demonów w swoich pieczęciach, a następnie znacznie je uszkodzić.
Muszę spróbować ich uwolnić, ale to bardzo wyczerpujący i czasochłonny proces. Będę
musiał cię na jakiś czas opuścić — wyznał w końcu z żalem. — To niestety nie
koniec złych wieści. Dopóki sam mogłem dbać o twoje bezpieczeństwo, byłem
spokojny. Ale teraz będę musiał przyznać ci jakąś straż. Wiem — westchnął — że
pewnie będziesz się czuła jak więźniarka, ale chyba rozumiesz, że tak właśnie
należy postąpić.
Wiera była zbyt inteligentna, by tego nie dostrzegać, dlatego
Goro raz jeszcze westchnął, uznając, że powinien przejść do konkretów.
— Wydobywanie demonów ze sztucznego zamknięcia – bo tak
można nazwać wszystko, co nie jest skutkiem pokonania, a więc na przykład klątwę
– jest procesem tyle skomplikowanym, ile czaso- i energochłonnym. W tutejszych
piwnicach znajduje się idealne pomieszczenie, w którym będę mógł spróbować pomóc
moim braciom. Niestety, chociaż wolałbym cię przy sobie, muszę być przy tym
sam. To nie jest kwestia kaprysu czy kwestii pełnego skupienia, a jeden z
kryteriów zaklęć, z których będę korzystał. Poproszę Beliala, by miał na ciebie
oko — oznajmił w końcu. — Wiem, że jest… ciężki, ale najważniejsze, że mogę mu
w pełni zaufać.
Nie mógł patrzeć na minę Wiery, ale musiała to rozumieć — i
zapewne rozumiała. Nie zamierzał też przepraszać jej za coś, co było
koniecznością. Wprawdzie to, co Goro zamierzał zrobić, nie było związane z Wierą,
lecz nie mógł rzucić wszystkiego dla swojej sympatii. Musiał pomóc braciom, jak
najszybciej ich wyzwolić i pokazać Rumenowi, ale także innym demonom, że nie
tak łatwo ich pokonać.
— Wybierz zaufane demony i pilnujcie Wiery jak źrenicy oka —
zarządził Belialowi, gdy już wrócił do swojego biura. — Ja idę na dół do Nuki. Ogłoś
to i zastrzeż, że nikt nie ma prawa mi przeszkadzać.
— Jasne.
Belial spojrzał niepewnie na worek z pieczęciami, po czym, z
wyraźnymi wątpliwościami i niepokojem zerknął na Goro.
— Sądzisz, że ci się uda ich uwolnić?
Goro zastanowił się chwilę, mimo że był pewien odpowiedzi,
którą zamierzał podać.
— Nie. Nie sądzę.
Belial zdawał się jednocześnie zaskoczony i niezaskoczony. Jednak
nie powiedział ani słowa więcej, co na co dzień by do niego nie pasowało, lecz
w momencie zagrożenia lub wymagającego dużego skupienia, był bardzo poważny. Dlatego
w pełni mu ufał i mógł skupić się na pieczęciach bez obawy, że Wierze coś się
stanie.
— Goro, czekaj.
Zaskoczyło go, że Belial nadal czegoś od niego chciał,
zwłaszcza że odezwał się po dłuższej chwili i brzmiał na zaniepokojonego.
— Jesteś pewien, że teraz powinieneś bawić się tymi pieczęciami?
Goro spojrzał na niego bez zrozumienia.
— Sam mówisz, że nie wiesz, czy ci się uda — kontynuował. — Ale
bez względu na wynik, sama próba cię kompletnie wyniszczy. Jesteś nam potrzebny
tutaj, przy Rumenie.
Tymi słowami go zdenerwował, bo brzmiał tak, jakby oskarżał
Goro o nieodpowiedzialność.
— Nie zostawię ich w takim stanie. Im dłużej znajdują się w
zakażonej pieczęci, tym z nimi gorzej. Wiesz o tym. A ja się szybko zregeneruję.
— Dostatecznie szybko?
Belial wciąż był nieprzekonany i śmiało dawał temu wyraz.
Goro to rozumiał, lecz nie zamierzał zmieniać zdania i obaj doskonale o tym
wiedzieli. Dlatego Goro został to pytanie bez odpowiedzi, co dało Belowi
sygnał, że mógł odejść.
Sam zaś z bijącym sercem udał się do piwnic. Niemal czuł,
jak jakiś ogromny ciężar osiada mu na piersi, a nienaturalne ciepło wypala mu
trzewia od środka. I choć trudno było w to uwierzyć, wszystko to, co czuł, było
po prostu stresem. Zwykłym, niedorzecznym, niepasującym do niego stresem. I
Goro wiedział, co go tak przerażało: ból. Oraz to, jak słaby się stanie po
rytuale. Zwłaszcza że jeden był potwornie męczący, a on musiał ich przeprowadzić
cztery — bo tyle pieczęci odnaleziono. Czy to wytrzyma? Tak, choć z trudem.
Lecz czy podoła zadaniu? Nie miał pojęcia i to go przerażało. Świadomość
porażki go zniechęcała: momentami wolał się wycofać tylko po to, by nie
przegrać. Niemal zmuszał się, by iść dalej, by pokonać kolejny stopień schodów,
by zamknąć za sobą kolejne drzwi.
A gdy dotarł na miejsce, z żalem i niechęcią zrozumiał, że
nie było powrotu.
Okrągła, niewielka salka o ścianach z czerwonej cegły
pogrążona była w zupełnym mroku. Ten nie był dla Goro zbytnią przeszkodą, lecz
mimo to zapalił wszystkie ustawione tam świece. Gdy blask ognia otulił swoim
ciepłym kożuchem to zimne, wrogie pomieszczenie, Goro odetchnął z trudem,
spoglądając wpierw na niskie, proste, drewniane biurko wraz z lichym stołkiem
oraz na wyblakłe, zakurzone symbole wyryte na ścianach co pół metra. Najpierw od
nich musiał zacząć, a więc je uruchomić. Jarzące się turkusowym światłem, nie
pozwalały duszy uciec z tego miejsca, bez względu na to, co by ją wołało — czy
to pieczęć, czy cokolwiek innego. Jednak były to symbole wyjątkowe, nie
nadające się do rzeczy tak banalnych jak więzienie. Symbole te bowiem nasycone
było wyjątkowo trującą energią, która osuszała z sił życiowych każdego, kto
znajdował się wewnątrz lub w pobliżu kręgu. I choć były to środki wyjątkowo
inwazyjne, pozostawały niezbędne do rytuału, który Goro musiał przeprowadzić,
aby uwolnić swoich braci.
Po uruchomieniu symboli nie poczuł nic, lecz go to nie
zwiodło. Wiedział, że zaklęcie działało niezauważenie, dlatego Goro z pozornym
spokojem zasiadł przy biurku, z uwagą przyglądając się lekko zakurzonemu woluminowi.
Na jego okładce wypisane były symbole w języku, którego już nikt nie pamiętał,
lecz treść samej księgi, a przynajmniej jej większa część, zapisana została w
językach wciąż zachowanych.
Wobec tego nie było już nic, co mogłoby Goro powstrzymać. Choć
tego żałował.
Bez trudu znalazł właściwe zaklęcie. Znał jego słowa, to nie
było trudne. Równie mało trudne było też wezbranie w sobie całej siły i
skupienia. Goro starał się poczuć swoją duszę, zajrzeć wgłąb ciała,
które ją przykrywało, przeszyć, a następnie wydobyć, by fragmenty tegoż ducha
ofiarować pobratymcom. Teoria była łatwa. Praktyka w zasadzie też. Choć wyjątkowo
nieprzyjemna.
Odetchnął głęboko, nim zaczął recytować zaklęcie. Każde słowo
pozostawiało na jego języku potworną gorycz,
— Aandi minn er ótrúr. Ég þarf að rífa það út til að gefa
öðrum líf, vegna þess að líf þeirra verður dýrmætt. Andi minn lifir þegar aðrir
andar eru dauðir og deyr þegar aðrir andar eru á lífi.
Po wyrecytowaniu zaklęcia nie wydarzyło się zupełnie nic.
Dopiero po kilku chwilach Goro zauważył, jak ciężar, który niedawno ciążył mu
na piersi, zaczął narastać, aż wreszcie zaczął przemieniać się w narastający ból.
Zdawało, że żebra mu pękały i wbijały się w płuca, okrutnie kłując, piekąc, kręcąc
i powodując bolesne duszności. Zanosząc się kaszlem, zgiął się w pół, przez
kilka przerażających sekund nie mogąc nabrać tchu. Nie mógł umrzeć, ale cóż z tego,
skoro mógł cierpieć? I cierpiał. Z każdą sekundą coraz bardziej. Jednak nie rezygnował
i powtórzył całą formułę zaklęcia. Tym razem efekt był natychmiastowy: Goro
poczuł się tak, jakby jakaś niewidzialna siła z ogromną mocą uderzyła go w
pierś, a potem w brzuch i głowę. Wymęczony, na moment zupełnie splątany, zgiął
się wpół, czując się jak pijak po zdecydowanie zbyt dużej dawce alkoholu.
Zwymiotowałby, gdyby tylko był w stanie — ale wtedy przynajmniej choć trochę by
mu ulżyło. Tymczasem jego wnętrzności zdawały się płonąć żywym ogniem i choć to
był najwłaściwszy moment, by chwycić gołymi dłońmi zakażone pieczęci, Goro nie
był w stanie tego zrobić. Dysząc ciężko, wbijał mętny wzrok w podłogę, zupełnie
oczyszczony ze wszystkich myśli. Wspomnienia plątały się i urywały, racząc go
jedynie skrawkami. W krytycznym momencie wiedział, gdzie się znajdował,
wiedział też, że miał w tym jakiś konkretny cel, ale nie potrafił sobie
przypomnieć, o co dokładnie chodziło. Nie liczyło się nic poza tym, jak wewnętrznie
umierał.
Bo umierał. Nie wierzył już w swoją nieśmiertelność. On
umierał.
Nie wiedział, jak długo siedział na tym krześle, zgięty wpół,
twarzą skierowaną wprost w podłogę, z której zionął przyjemny, piwniczny chłód.
Być może to on odrobinę go otrzeźwił, a może to zaklęcie straciło na swojej
sile, ponieważ Goro nie powtórzył formuły. Gdy próbował się dźwignąć i odetchnął,
mocno się rozkaszlał, a poczucie dławienia narastało z każdą sekundą. Blady i wykończony,
drżącym szeptem próbował wypowiedzieć zaklęcie. Wtem raz jeszcze czuł, jak coś ciężkiego
osiada mu na klatce piersiowej, lecz tym razem próbowało wydostać się na zewnątrz,
przebijając kości i skórę. Goro czuł, że był bliski utraty przytomności, więc
ostatkiem silnej woli zacisnął zęby, z największym trudem mamrocząc zaklęcie,
aby wzmóc odczuwany ból…
— NIE!!!
Krzyk wydarty z jego własnego gardła był tak niespodziewany,
że Goro momentalnie zamilkł i nasłuchiwał, jakby w ostatniej nadziei, że być
może krzyknął ktoś inny. Lecz to niemożliwe, tym bardziej, że gdy demon się
skupił i wyciszył, czuł narastający w sobie gniew i bunt. Czuł, jak w krtani
zbierał się kolejny krzyk.
— B-boli… Przestań…
Boli, wiem, pomyślał Goro, z największym trudem
zdając sobie sprawę, że zaklęciem, a raczej dawką bólu, którą powodowało, wybudził
Chenga Yuna, właściciela ciała, które opętał. Niespodziewanie zlękniony tym
odkryciem, opuścił to ciało, choć momentalnie odczuł, jak zły był to pomysł. Jego
dusza zdawała się ledwie unosić nad ziemią, jak gdyby była poszarpana, wątła,
utkana z najtańszego, najcieńszego materiału. Goro nie był nawet w stanie
dokładnie czerpać ze swojej pieczęci — na to też nie miał dostatecznie dużo
sił. Mimo to zdołał wydostać się z ciała, spoglądając bez wyrazu na Chenga. I
jakże dziwnym było ujrzeć swój ból. Nie tylko go czuć, ale ujrzeć,
ponieważ ten aż nad wyraz malował się na chorobliwie bladej, wykrzywionym w paskudnym
wyrazie twarzy Yuna.
— Nie przestanę — przekazał, choć jako byt
niematerialny nie był w stanie mówić. Jednak wiedział, że Cheng go słyszał. — Doprowadzę
to do końca.
— Zabijesz mnie! — wrzasnął rozdzierająco Cheng. — Ja…
ja nie zniosę tego bólu…
— Jeśli ja go zniosę, to i ty.
Z tymi słowami ponownie opętał Chenga, z jeszcze większym
zacięciem wracając do powtarzania formuły zaklęcia. Doznania, których
doświadczył, znów były takie same — lecz jeszcze silniejsze niż uprzednio. Goro
wiedział, że z każdym powtórzeniem będzie coraz gorzej, lecz nie przewidział
innej przeszkody.
On walczył. Odpychał Goro z siebie, jakby nagle
cofnął zgodę na opętanie. Dusza Chenga, tak czysta, nieskalana grzechem, zaczynała
sobie o swej czystości przypominać, traktując Goro jak nowotwór.
— Nie… nie… nie dam rady… nie…
Im więcej rozpaczy wybrzmiewało w tym głosie, im był on słabszy
i bardziej zrezygnowany, tym zacieklej Cheng walczył z Goro, próbując go wypchnąć
z ciała. Goro nie chciał z nim walczyć, dlatego dobrowolnie poddał się temu
swoistemu wygnaniu, obserwując, jak Cheng upada na podłogę, długo nie mogąc wstać.
— Zabijasz mnie.
To nie był lęk. To nie był zarzut, to nie było pytanie. To było
stwierdzenie.
— Nie. Przetrwamy to oboje — zapewnił Goro.
— Sam w to nie wierzysz.
Nie odpowiedział, bo cóż miał powiedzieć? Wprost zaprzeczyć?
Skłamałby. A przecież nie to Cheng chciał usłyszeć, nawet jeśli podskórnie
wiedział, jaka była prawda. I może dlatego oboje długo milczeli, a na twarzy Yuna
zagościł błogi, delikatny uśmiech.
— Morze było takie piękne — szeptał iście
rozmarzonym tonem, wpatrzony pustym wzrokiem przed siebie. — Wszyscy mówili,
że jest niebieskie, ale tamto było szare, z białymi koronkami fal. Myślałem, że
zobaczę je tak niebieskie jak na pocztówkach, ale tamto było piękniejsze, bo
było prawdziwe i… i było żywe… I wiatr, tak samo szary, też był żywy. Czułem,
jak zwiewał mi włosy z twarzy. Wiesz, co jest za wiatrem?
Goro nie wiedział, więc milczał. Zresztą czuł, że Cheng nie
wymagał od niego odpowiedzi.
— Za wiatrem jest cisza. Cisza, której nikt z żyjących
nigdy nie zazna. Ale cisza to nie koniec, bo za nią znów jest hałas. A hałas
jest życiem. Więc za ciszą jest życie… inne życie. Za wiatrem jest inne życie.
Tam są wszyscy. I jest Liang, jest Xing. Są tam… oboje… ale tęsknią. Jest im
źle… beze mnie…
Mówił o swojej żonie i synu. Goro zdołał ich poznać, znał
ich imiona. Wiedział też, o czym Cheng mówił, a przynajmniej się domyślał.
— Zabij mnie.
Choć domyślał się, że to właśnie te słowa padną ze słów
mężczyzny, Goro i tak poczuł uderzenie szoku. Wpatrując się w milczeniu w Yuna,
czekał, aż ten zmieni zdanie, opamięta się i zgodzi na kolejną dawkę bólu.
Nawet jeśli wiedział, jak źle i irracjonalnie to brzmiało.
— Zabij mnie — powtórzył błagalnym szeptem. — Ale
teraz. Od razu. Dość się nażyłem na cudzy koszt. A ja… nie chcę cierpieć…
Jakie były fakty? Takie, że dzięki żywemu ciału Goro miał większe
szanse na pomyślne ukończenie rytuału. Bez tego rodzaju żywotności prawdopodobieństwo,
że uda mu się uleczyć choć jedną pieczęć, znacznie malało. Co więcej, ledwie
niedawno odzyskał swoją pieczęć, mając przy sobie dwa źródła ogromnej mocy. Czy
chciał z tego zrezygnować?
— Nie.
Nie dbał o szok wymalowany na twarzy tego człowieka. Sam nie
wiedział, dlaczego się tak działo, choć po chwili znalazł odpowiedź. Bracia
byli dla niego ważniejsi niż ten człowiek. Jednocześnie jednak nie zamierzał z
niego zrezygnować.
— Nie jestem twoją kukłą. To ja ci pomogłem, nie ty mnie.
To ja jestem twoim panem — cedził lodowatym tonem — i to ja decyduję o
tym, co się z tobą dzieje. Dobrowolnie oddałeś mi swoje życie i tylko ja mogę o
nim decydować.
Nie spodziewał się, że Cheng to zrozumie, choć sądził, że
zamilknie i podda się wyrokowi. Nie zrobił tego, zamiast tego padając na ziemię,
korząc się przed demonem i błagając go o śmierć. A Goro widział zmiany, jakie w
nim zachodziły: jego duch rozpadał się na części. Działo się tak, gdy człowiek
był całkowicie pewien, że śmierć jest dla niego jedyną drogą. To dlatego tak
łatwo mogli opętać samobójców jeszcze przed śmiercionośnym czynem — ponieważ
nim umierało ciało, umierał duch.
A duch Chenga Yuna był martwy.
Martwy. Niezdatny do niczego. A jeśli naprawdę chciał śmierci
aż tak, Goro nie mógł się sprzeciwić. Już nie mógł, nawet jeśli chciał.
Z jakich pobudek? Czysto egoistycznych.
Chciał, by Cheng żył tylko ze względu na siebie.
I dlatego właśnie pozwolił mu umrzeć.
Gdy zaś na końcu spojrzał na pieczęcie, już wiedział.
Nie podoła.
— A więc ty i Goro? Już tak oficjalnie? Fiu, fiu!
Od czasu do czasu szef straży Wiery, czyli Belial, musiał
stawiać się na posterunku osobiście, dlatego teraz siedział na krześle w
sypialni Goro i spoglądał ze złośliwym, choć jednocześnie sympatycznym
uśmieszkiem na siedzącą nieopodal Wierę. Pewnie była zła, że musiała siedzieć w
zamknięciu, ale na to Belial już nic nie mógł poradzić.
— Widziałem, jak się w samolocie do siebie tuliliście.
Wyglądaliście przeuroczo! — zaćwierkał radośnie. — A co się takiego
stało, że tak nagle się zmieniło? Wybacz, wścibski jestem — przyznał — ale
byłem pierwszym, naczelnym kibicem waszego związku. I nadal jestem! I duma mnie
rozpiera, że się udało, bo trochę nerwów i wysiłku mnie to kosztowało.
Zachichotał, domyślając się, że Wiera pewnie nie podzielała
jego zdania.
— No co? Mało to się namachałem, żeby was wreszcie zeswatać?
Powiedziałbym, że jestem mistrzem subtelnych akcji, ale nie udawaj: na pewno to
widziałaś! I ani jednego „dziękuję”? Nic? Od Goro też podziękowań nie dostałem —
wyznał z wyraźną pretensją w głosie. — I to, psiamać, przyjaciel ma być? Hę?
O czymś musiał z nią rozmawiać, żeby nie siedzieć w ciszy
jak ostatni idiota. Ktoś cały czas musiał towarzyszyć Wierze, nie było opcji,
by została sama — Goro za bardzo się obawiał, że Rumen mógł się przedostać
fałszywymi demonami także w jego szeregi, dlatego Wierę mieli pilnować tylko
najbardziej zaufani. Belial dobrał kilku takich, dlatego ochrona Wiery była dla
niego zadaniem tak samo prostym, jak i nudnym.
— A o swojego kochasia się nie martw — uspokoił z
pokrzepiającym uśmiechem. — Tylko jak wylezie z tej nory za dzień czy dwa, to go
nocą aż tak nie wymęcz, bo może być trochę zziajany. Tylko on ma na tyle
pary, żeby wydostać te demony, a i to nie wiadomo, czy wystarczy, więc sobie
wyobraź, ile to musi być męczarni. Więc pewnie jak wylezie na górę, to będzie
jak trup wyglądał, ale się nie przejmuj, szybko mu przejdzie.
W pewnym sensie być może ją wystraszył, bo nawet nie wiedział,
czy Goro wyjaśnił jej, na czym polegał cały rytuał. Jednak Belial był zdania,
że Wiera tak czy inaczej powinna wiedzieć.
— No — podsumował — więc się nie przejmuj. W ogóle niczym się
nie przejmuj, bo zaraz już będzie wszystko ok.
— Bel — Babuszka, czyli demon w ciele starszej kobieciny,
wyjrzał zza drzwi, spoglądając na demona z największą powagą — chodź tu na
moment, jest problem.
— Jaki znowu, kurwa, problem? — jęknął ze zmęczeniem.
— Chyba znaleźliśmy u nas intruza…
— JASNY CHUJ!
Zerwawszy się z krzesła, momentalnie poleciał do drzwi i
dopiero w progu się zorientował, że nie mógł zostawić jej samej.
— Gdzie on? I ktoś tam jest?
— Zamknęli go w kuchni. Jest tam Zariah, Kelo i Taghrid.
— Dobra. Babuszka, siedź z nią dopóki nie wrócę i oka z niej
nie spuszczaj! Nie wychodź, choćby sraczka najgorsza miała cię dopaść, rozumiesz?!
— Spoko.
Goro nie można było powiadomić, bo rytuał się już rozpoczął,
więc musiał się tym zająć sam. Jednak były to wieści na tyle niepokojące, że Belial
poważnie się zastanawiał, czy by jednak nie zawołać Goro. Wszak sprawdziło się
to, co mu niedawno mówił: że Goro był potrzebny tu i teraz, silny i gotowy do
walki. Bel bardzo poważnie traktował tę opcję i nawet jeśli przyjaciel go
wyklnie, i tak to zrobi. Lecz najpierw sprawdzi to sam.
Gdy wszedł do kuchni, nad związanym do krzesła demonem stała
wspomniana wcześniej trójka. Na widok Beliala, zdrajca, którego ten widział
pierwszy raz w życiu, uśmiechnął się bezczelnie, mówiąc:
— Rumen przesyła pozdrowienia.
Stety lub niestety, fałszerz nie mówił nic innego, choć Bel
dwoił się i troił, by wydobyć z niego jakiekolwiek informacje. W odpowiedzi
demon tylko wybuchał śmiechem, całkiem milczał albo powtarzał tę durną formułkę
z pozdrowieniami. Był zawzięty i sprawiał wrażenie pogodzonego z misją samobójczą.
A z takiego to na pewno się nic nie wyciśnie. Skurwysyn pierdolony.
— Nie to nie — mruknął wreszcie Belial niby od niechcenia. —
No to wypierdalaj.
Doprowadzenie demona do utraty przytomności nie było zbyt
łatwe, lecz jak najbardziej możliwe, dzięki czemu taki demon trafiał z powrotem
do swojej pieczęci. Problem polegał na tym, że pieczęć znajdowała się najpewniej
u Rumena, dlatego należało doprowadzić do tego, aby fałszerz nie mógł opuścić
ciała i wrócić do maga. Na to też byli przygotowani, lecz tym razem zamierzał
zrobić to sam, bez zlecania nikomu innemu. Kazał tylko stojącej tam trójce przenieść
delikwenta do jednej z ich więziennych cel — i to takiej o zaostrzonym rygorze —
a sam poszedł po odpowiednie łańcuchy i księgę z zaklęciami, bo za diabła nie
pamiętał wszystkich tych formułek. Reszta poszła już stosunkowo łatwo: przybity
do ściany fałszerz nie miał żadnej szansy na uwolnienie. Problem polegał tylko
na tym, że Belial musiał oddelegować dwóch demonów do ochrony. Zastanawiał się,
co zrobić: przydzielić do tego zadania któreś z demonów spoza jego zaufanej
paczki, odrobinkę bardziej ryzykując, czy odesłać swoich ludzi, ale tym samym
zmniejszając ilość chroniących Wierę. Ostatecznie odesłał po jednym z dwóch
rozważanych grup, idąc na dość bezpieczny kompromis. Sam zaś mógł wrócić do
Wiery, choć podejrzewał, że zostawi ją jednak na dłużej z Babuszką, bo Bel
musiał się poważnie zastanowić nad odkryciem, którego przed momentem dokonano.
Jeśli znalazł się jeden zdrajca, niewykluczone, że było ich więcej. I należało
to jak najszybciej sprawdzić.
Jednak najpierw musiał zajrzeć do Wiery i przekazać
Babuszce, że będzie musiał jej popilnować dłużej niż się umawiali. Więc gdy wpadł
do sypialni z gotową formułką na ustach, o mało co nie wypowiedział jej do
pustego pokoju. Zdezorientowany, nie rozumiejący, co widział i co się działo,
rozglądał się tępo po pomieszczeniu, na silę próbując dostrzec w nim Wierę i
Babuszkę. Lecz nic z tego, nigdzie ich nie było.
— Miałeś, kurwa, nie wychodzić! — wrzasnął do pustego pokoju,
momentalnie robiąc w tył zwrot.
Wypadłszy na korytarz, obiegł pierwsze miejsca, jakie
przyszły mu do głowy: biuro Goro, sypialnia Wiery, wszystkie łazienki, kuchnia —
nawet mimo tego, że niedawno w niej był — ale nic z tego. Ogłaszając alarm, nakazał
szukać Babuszki i Wiery, zwłaszcza że jakimś magicznym sposobem nikt nie
widział, by wychodzili. Przeszukanie wszystkich tras biegnących od sypialni
Goro nic nie dała, nawet oględziny tereny wokół posiadłości niczego nie
wykazały.
— Kurwa mać — jęknął, doskonale zdając sobie sprawę, że to
on zawalił sprawę.
Zwłaszcza że jedno zdawało się pewne.
Wiery już nie było w zamku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz