THOMAS
Zadanie zdawało się łatwe i trudne zarazem, co przywoływało
na twarzy Thomasa lekki, błogi uśmiech. Takie zadania lubił najbardziej — przy
których nie napracuje się aż tak, by stracić do tego serce i ochotę, ale na
tyle trudne, by stanowiło jakiegoś rodzaju ekscytujące wyzwanie. Być może był
zbyt lekkomyślny — czasami miał wrażenie, że Rumen go tak postrzegał — lecz
Thomas w pełni zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji i zagrożenia, z jakim się
mierzyli. Czy się tego bał? Niekoniecznie. Ich plan, który opracowali, był w
gruncie rzeczy prosty do wykonania. Co więcej, niespodziewanie mogli upiec nad
jego ogniem więcej pieczni niż się początkowo spodziewali. Rumen bowiem
chodziło tylko o wykończenie jednej suki, która jakimś cudem umknęła mu z
rzezi. Co więcej, początkowo to był jedyny cel Cienistego, co akurat w tamtym
momencie nie dziwiło, nie mając pojęcia o demonach. Lecz gdy ta prastara rasa
wmieszała się w konflikt, należało się zatrzymać i dokładnie zastanowić nad
kolejnymi ruchami. Głupotą byłoby tak po prostu rzucić się na Wierę, gdy
otaczały ją demony — raz, że byłoby to istne samobójstwo, a dwa, Rumen zupełnie
zmarnowałby wówczas potencjał okazji, która mu się trafiła. Tym bardziej, że
uśpione demony wcale nie były tak niebezpieczne, jak się mogło wydawać.
Właśnie dlatego Thomas się nie spieszył. Zamknął się w
swojej komnacie, zapalił świeczki i kadzidła, które nie służyły niczemu poza
budowaniem klimatu, po czym przysiadł przy swoim biurku, wykonując ten sam rytuał,
którym zajmował się o tej porze przez ostatnie kilka dni. Czar, nad którym pracował,
wymagał systematyczności, dlatego ze spokojem zmieszał potrzebne zioła, upuścił
z kciuka trochę swojej krwi, a na końcu głęboko rozciął skórę na swoim ramieniu,
by przypalić ją rozgrzaną do czerwoności, wymoczoną w ziołowo-krwistym wywarze pieczęcią.
Zaciskając zęby, nie zdołał zdusić krzyku, gdy gwałtowna dawka bólu szarpnęła
jego ciałem, lecz Thomas nic sobie z tego nie robił; już po chwili, gdy zdołał ochłonąć,
zebrał do małego flakonika przezroczystą ciecz, która spływała z przypalonej
rany. Było tego tylko kilka kropel, ale zmieszawszy ją z ziołowym wywarem, wypił
ją jednym haustem, skrzywił się mocno, czując w ustach wyjątkowo gorzki smak,
po czym odetchnął błogo, czując, jak znajome, kłujące, ogniste dreszcze wnikają
w każdą komórkę jego ciała. Gdy minęły, Thomas usunął ze swojego ramienia ślad
po pieczęci, zakrył rękaw ręką i ruszył na spotkanie z Rumenem…
…który, jak zwykle ostatnio, coś niszczył i wrzeszczał.
— Musisz się opanować, to już czwarty komputer w tym
tygodniu — oznajmił dość leniwym tonem, wyraźnie wskazującym, że nie za bardzo
obchodził go ani komputer, ani emocje Rumena. — Przecież wszystko idzie zgodnie
z planem, więc czemu się pieklisz?
Jego odpowiedź z jednej strony go zaskoczyła, a z drugiej
wcale. I wówczas Thomas za każdym razem myślał, że bez niego Rumen nic nie
zdołałby osiągnąć. Nie był dostatecznie odporny psychicznie, zbyt łatwo dawał
się ponosić gniewowi, a tym samym działał zbyt nieracjonalnie. Potrzebował więc
kogoś takiego jak Thomas, który był w stanie ugasić ten rumenowy żar.
— Gdyby Woroncow była martwa, nie miałbyś jak dopaść demonów
— zauważył ze spokojem. — Poza tym, demony to ponoć stwory obsesyjnie honorowe.
Jeśli Woroncow poprosiła ich o pomoc, nie mogli odmówić. Chyba. Nie odmówili,
więc ją chronią, ale sami chyba za bardzo mieszać się nie chcą. Oni nie atakują,
tylko chronią. Na razie, Rumen — zaznaczył — bo gdybyś zabił Woroncow
przedwcześnie, te wielce honorowe demony na pewno zaraz uznałyby, że należy się
za to zemścić. Dopóki demony działają na dwóch procentach swoich możliwości, bo
nie są dostatecznie przez nas prowokowane, mamy szansę. Rozumiesz?
Podejrzewał, że tak, choć i tak Thomas nie mógł się
powstrzymać, by nie wyjaśnić tego na głos. Lubił podkreślać swoją wyższość, a w
tym momencie, w którym Rumena tak nosiło, Thomas zdecydowanie był górą.
— I tak, wszystko gotowe — odparł. — Rytuał już działa, na wszelki
wypadek powtarzam go już czwarty dzień, więc pieczęcie nie są już problemem i
można je skraść. Miejsce też jest gotowe i zapewniam, że pociągnąłem za
odpowiednie sznureczki, żeby nikt nam nie przeszkadzał. Tylko Rumen — odezwał się
po chwili nieco głośniej ostrzegawczym tonem — z niczym się nie spiesz! Nasz
demon nie może od razu tam działać. Najpierw musi wybadać nastroje, donieść nam
o tym, zaaklimatyzować się i puścić wieści, że osłabłeś i masz przerwę w knuciu.
Niech myślą, że mają więcej czasu na planowanie i poszukiwanie. Oni się niespiesznie
wezmą za robotę, podczas gdy my będziemy mieli wszystko gotowe i z marszu
zajmiemy się robotą. Wiem, jak cię ta Woroncow wkurwia — zauważył pospiesznie —
i wiem, że chciałbyś jak najszybciej to załatwić, ale pośpiech może cię zgubić,
zwłaszcza że jesteś narwany i nabuzowany. I spokojnie — rzucił na koniec —
wszystkim się zajmę.
Zastanowił się chwilę, rozważając wszystko, co do tej pory
ustalili. Thomas wiedział, jak wiele ostrożności należało włożyć w ich plan i
miał nadzieję, że i Rumen to wiedział.
— Tylko wiesz, że tego naszego demonka, jednego z drugim,
trzeba dokładnie obserwować? Bez wychylania się, ale tak, by wszytko było przez
nas kontrolowany. Nie możemy dać plany — zaznaczył. — Od tej akcji wszystko
zależy!
Wiedział, że Rumen to wszystko wiedział, ale raz jeszcze
musiał to wszystko podkreślić, aby nie było żadnych, choćby najmniejszych wątpliwości.
Tym bardziej, że obaj jechali na tym samym wózku. Obaj mogli
równie dużo zyskać, ale…
Ale równie dużo mogli stracić.
GORO
W skupieniu słuchał tego, co miała mu do powiedzenia Wiera.
To wszystko brzmiało bardzo niepokojąco, a najbardziej martwiła wyraźna
przemiana Rumena. Jeśli Wiera nie była pewna co do jego ruchów, a znała go przecież
najlepiej z nich wszystkich, jasnym było, jak nieprzewidywalna była to postać.
— Boję się — podjął powoli — że jeśli zasmakował krwi nas,
demonów, nie zaprzestanie tylko na nas i na griszach. To czyni go jeszcze niebezpieczniejszym,
ale słabszym jednocześnie. Rozbicie swojej władzy na aż tyle części nie może go
tak prędko wzmocnić. Poza tym, nie ma możliwości, by inne rasy pozostały bierne
wobec takiego zagrożenia. Widzisz — rzekł, pochylając się w stronę Wiery
— właśnie dlatego tak ważna jest Rada, którą tworzę i właśnie dlatego
przygotowania do niej tak długo trwają. Zaufanie to fundament tej Rady. Bez
niego wszystko runie. Musi być solidne, nie do zachwiania, aby każdy zaangażowany
w ten projekt wiedział, że w tym miejscu uzyska pomoc. Nie chcę być kimś podobnym
do Rumena — wyznał dobitnie szczerze. — Nie chcę, by ktokolwiek dostrzegał we
mnie tyrana, szefa, przywódcę. Chcę być im tylko opiekunem, drogowskazem. Nie
chcę nimi sterować, a im pomagać.
Był lekko zaskoczony, gdy Wiera, usiadłszy obok niego, sięgnęła
po jego ramię, natychmiast przyglądając się miejscu, w którym wykwitło lekkie
zaczerwienienie. Nie protestował, dobrze wiedząc, że niebawem rana przerodzi się
w coś podobnego do tego, co miał Idiel.
I od razu nie spodobał mu się jej wyraz twarzy. Podobnie zresztą, jak wątpliwości, którymi się z nim podzieliła.
— Możliwe, że żywe ciało jakoś spowalnia infekcję —
przyznał. — Opętanie żywego ciała tak ogólnie wzmacnia demona, a tym samym
ciało, które przejmuje, więc to ma sens. I niezupełnie jest tak, jak mówisz —
zauważył ponuro. — Owszem, pieczęć jest częścią nas samych, ale zamkniętą w
zewnętrznym nośniku. Sam nośnik, czyli ten kamyczek, nie jest naszym duchem,
tylko materialnym kawałkiem skały. Z tym że nie takim zwyczajnym, a zaklętym w
taki sposób, by duch nie był w stanie się przez niego przebić. To dlatego
pieczęć jest dla nas jedynym więzieniem. I dlatego nasze ciało nie poznaje tego
kamienia: bo nie widzi w nim naszej zamkniętej duszy. Dlatego też, ktokolwiek
konstruował nas i te pieczęcie, zaklął je tak, byśmy nie mogli stanowić
całości. I właśnie dlatego obawiałem się odrzutu.
Starał się zachować spokój, gdy czuł, jak palce Wiery delikatnie
skradały się po jego ramieniu. Ten dotyk zdawał się tak ostrożny, że niemal
ledwie wyraźny, a Goro przyłapywał się na paranoi, że może to tylko jego wyobrażenie
i bardzo specyficzna tęsknota. Nie był bowiem w stanie nie myśleć o tym, co ich
spotkało kilka nocy wcześniej. I wciąż zastanawiał się, co sprawiło, że tal
zareagował. Zawsze był opanowany, a więc nie poddawał się emocjom, ale w tamtym
momencie, gdy Wiera się do niego zbliżyła i skrzyżowała ich spojrzenia, nie był
w stanie oprzeć się pragnieniu, które równie mocno, co gwałtownie, rozgrzało go
od środka.
Czy go bolało? Czy jej dotyk, lżejszy, milszy i delikatniejszy
niż lądowanie motyla, mogło go boleć? Odpowiedź na to pytanie dławiła się gdzieś
w jego krtani, lecz coś nie pozwalało jej ulecieć: tak jakby ciało, w komitywie
z duchem, rozumiało, że słowa mogą zepsuć coś, co właśnie powstawało między
Goro a Wierą. Także sam demon, przytomny i nieprzytomny jednocześnie, dołączył
do tego milczącego paktu, w pełni poddając się tylko temu, czego pragnął.
Gdy delikatnie ujął jej dłoń, odciągając ją od rannego
ramienia, sam nie wiedział, dlaczego to uczynił. Lecz nie był w stanie się nad tym
zastanawiać, jak gdyby jej głębokie spojrzenie roztrzaskało jego ducha, odcinając
od wszelkich myśli. Liczyło się już tylko spojrzenie Wiery i ciepły, łagodny
dotyk jej dłoni.
Jej dotyk. Jej spojrzenie. Gdzieś z tyłu głowy w dość
niemrawej myśli zrodziło się agresywne, niedowierzające pytanie, jak to
możliwe, że tak długo ulegał temu urokowi. Lecz tym razem nie zamierzał. Puszczając
jej rękę, dość szybkim, choć łagodnym ruchem ujął je twarz, iście łapczywie
składając na jej wargach gorący pocałunek. I wtem poczuł się tak, jakby
otrzymał wszystko, czego tylko chciał, jakby nie było już w świecie dla niego nic
poza tym pocałunkiem, bo tylko tego pragnął, bo tylko jej pragnął. I
wiedział, czuł, że i ona chciała tego samego. Czuł to w jej chętnych ustach
odpowiadających na każdy pocałunek, czuł w przyspieszonym oddechu i szybko,
niecierpliwie bijącym sercu. Czuł to, gdy wplątywał dłoń w jej włosy, tym samym
jeszcze mocniej się do siebie zbliżając. Czuł to, i…
Czuł, że coś było nie tak.
Czuł, że Wiera chciała tego samego, co on, lecz jednocześnie
odczuwał pewien opór. I choć nie był to dosadny protest, choć Wiera nie wyrywała
się ani w żaden inny sposób nie zdradzała swojego niezadowolenia, Goro miał
wrażenie, że griszka jednocześnie tego chciała i nie chciała. Z czasem ta
wyimaginowana gorycz zabiła słodycz pocałunku i chwili, którą dzielili, więc
gdy powoli się od siebie odsunęli, upojeni i oszołomieni, Goro raz jeszcze
spojrzał Wierze w oczy. Lecz tym razem uważnie się im przyjrzał, dopiero wtem
odkrywając pewne bardzo niepokojące go iskierki zwątpienia i niepewności.
Czyżby mylnie zinterpretował pewne znaki, które, jak mu się wydawało, przekazywała mu Wiera? Przecież nawet teraz, gdy opatrywała jego ranę, czuł, że jej dotyk był elektryzujący, wyjątkowy, niemożliwy do pomylenia z żadnym innym rodzajem. Pragnęła go tak jak on pragnął jej, nawet jeśli Goro nie zwykł się z tym tak jawnie zdradzać. Czy to był jego błąd? Wątpił, wszak Wiera zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji, w jakiej się znajdowali. A jednak coś musiało pójść nie tak. Tylko co?
— Co się dzieje? — spytał cicho, wyraźnie zmartwiony. —
Wiem, że to nie jest odpowiedni czas — przyznał, spuszczając na moment głowę. —
Nie chcę cię wprawiać w zakłopotanie i jeśli popełniłem błąd…
Drgnął zaskoczony, gdy usłyszał, jak nagle otwierają się
drzwi, a do środka znowu wpada Idiel — jakby ostatnio było go za mało. Wprost
nie mogąc uwierzyć, że przerwano mu tak ważny moment, przymknął powieki, nie
mając nawet siły spojrzeć na demona.
— Szefie… ouch. Przepraszam, nie chciałem… — wymamrotał,
zatrzymując się raptownie w progu. Widać było po nim głębokie zażenowanie, a
Goro miał nadzieję, że to odczucie zeżre Idiela od środka.
— O co chodzi? — spytał ze zniecierpliwieniem.
— Hakael wrócił. Ma wieści.
Wreszcie, pomyślał, choć nawet to nie pocieszyło go
po gafie, którą najwyraźniej popełnił w stosunku do Wiery.
— Niech chwilę poczeka, za moment do niego dołączę — rzucił,
tylko przelotnie na niego zerkając.
Idiel na szczęście zrozumiał, że był zdecydowanie niemile widziany,
dlatego błyskawicznie się ulotnił. To jednak niosło za sobą pewną słabą stronę,
a mianowicie pozostanie z Wierą sam na sam. I aż korciło go, by spytać wprost,
co zrobił nie tak, lecz byłoby to koszmarnie nietaktowne.
Więc co miał zrobić? Nie miał bladego pojęcia.
— Czy jest coś — zaczął w końcu, sam nie wiedząc, jakim
cudem zebrał się na odwagę, by to z siebie wydusić — czego nie chcesz lub
obawiasz się mi powiedzieć? Proszę, powiedz mi o wszystkim, co czujesz — rzekł
cicho, łagodnie. — Nie chcę o niczym decydować za ciebie.
Choć chyba przed chwilą właśnie to zrobiłem, pomyślał
ponuro.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz