ROZDZIAŁ 321

THOMAS

Zadanie zdawało się łatwe i trudne zarazem, co przywoływało na twarzy Thomasa lekki, błogi uśmiech. Takie zadania lubił najbardziej — przy których nie napracuje się aż tak, by stracić do tego serce i ochotę, ale na tyle trudne, by stanowiło jakiegoś rodzaju ekscytujące wyzwanie. Być może był zbyt lekkomyślny — czasami miał wrażenie, że Rumen go tak postrzegał — lecz Thomas w pełni zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji i zagrożenia, z jakim się mierzyli. Czy się tego bał? Niekoniecznie. Ich plan, który opracowali, był w gruncie rzeczy prosty do wykonania. Co więcej, niespodziewanie mogli upiec nad jego ogniem więcej pieczni niż się początkowo spodziewali. Rumen bowiem chodziło tylko o wykończenie jednej suki, która jakimś cudem umknęła mu z rzezi. Co więcej, początkowo to był jedyny cel Cienistego, co akurat w tamtym momencie nie dziwiło, nie mając pojęcia o demonach. Lecz gdy ta prastara rasa wmieszała się w konflikt, należało się zatrzymać i dokładnie zastanowić nad kolejnymi ruchami. Głupotą byłoby tak po prostu rzucić się na Wierę, gdy otaczały ją demony — raz, że byłoby to istne samobójstwo, a dwa, Rumen zupełnie zmarnowałby wówczas potencjał okazji, która mu się trafiła. Tym bardziej, że uśpione demony wcale nie były tak niebezpieczne, jak się mogło wydawać.

Właśnie dlatego Thomas się nie spieszył. Zamknął się w swojej komnacie, zapalił świeczki i kadzidła, które nie służyły niczemu poza budowaniem klimatu, po czym przysiadł przy swoim biurku, wykonując ten sam rytuał, którym zajmował się o tej porze przez ostatnie kilka dni. Czar, nad którym pracował, wymagał systematyczności, dlatego ze spokojem zmieszał potrzebne zioła, upuścił z kciuka trochę swojej krwi, a na końcu głęboko rozciął skórę na swoim ramieniu, by przypalić ją rozgrzaną do czerwoności, wymoczoną w ziołowo-krwistym wywarze pieczęcią. Zaciskając zęby, nie zdołał zdusić krzyku, gdy gwałtowna dawka bólu szarpnęła jego ciałem, lecz Thomas nic sobie z tego nie robił; już po chwili, gdy zdołał ochłonąć, zebrał do małego flakonika przezroczystą ciecz, która spływała z przypalonej rany. Było tego tylko kilka kropel, ale zmieszawszy ją z ziołowym wywarem, wypił ją jednym haustem, skrzywił się mocno, czując w ustach wyjątkowo gorzki smak, po czym odetchnął błogo, czując, jak znajome, kłujące, ogniste dreszcze wnikają w każdą komórkę jego ciała. Gdy minęły, Thomas usunął ze swojego ramienia ślad po pieczęci, zakrył rękaw ręką i ruszył na spotkanie z Rumenem…

…który, jak zwykle ostatnio, coś niszczył i wrzeszczał.

— Musisz się opanować, to już czwarty komputer w tym tygodniu — oznajmił dość leniwym tonem, wyraźnie wskazującym, że nie za bardzo obchodził go ani komputer, ani emocje Rumena. — Przecież wszystko idzie zgodnie z planem, więc czemu się pieklisz?

Jego odpowiedź z jednej strony go zaskoczyła, a z drugiej wcale. I wówczas Thomas za każdym razem myślał, że bez niego Rumen nic nie zdołałby osiągnąć. Nie był dostatecznie odporny psychicznie, zbyt łatwo dawał się ponosić gniewowi, a tym samym działał zbyt nieracjonalnie. Potrzebował więc kogoś takiego jak Thomas, który był w stanie ugasić ten rumenowy żar.

— Gdyby Woroncow była martwa, nie miałbyś jak dopaść demonów — zauważył ze spokojem. — Poza tym, demony to ponoć stwory obsesyjnie honorowe. Jeśli Woroncow poprosiła ich o pomoc, nie mogli odmówić. Chyba. Nie odmówili, więc ją chronią, ale sami chyba za bardzo mieszać się nie chcą. Oni nie atakują, tylko chronią. Na razie, Rumen — zaznaczył — bo gdybyś zabił Woroncow przedwcześnie, te wielce honorowe demony na pewno zaraz uznałyby, że należy się za to zemścić. Dopóki demony działają na dwóch procentach swoich możliwości, bo nie są dostatecznie przez nas prowokowane, mamy szansę. Rozumiesz?

Podejrzewał, że tak, choć i tak Thomas nie mógł się powstrzymać, by nie wyjaśnić tego na głos. Lubił podkreślać swoją wyższość, a w tym momencie, w którym Rumena tak nosiło, Thomas zdecydowanie był górą.

— I tak, wszystko gotowe — odparł. — Rytuał już działa, na wszelki wypadek powtarzam go już czwarty dzień, więc pieczęcie nie są już problemem i można je skraść. Miejsce też jest gotowe i zapewniam, że pociągnąłem za odpowiednie sznureczki, żeby nikt nam nie przeszkadzał. Tylko Rumen — odezwał się po chwili nieco głośniej ostrzegawczym tonem — z niczym się nie spiesz! Nasz demon nie może od razu tam działać. Najpierw musi wybadać nastroje, donieść nam o tym, zaaklimatyzować się i puścić wieści, że osłabłeś i masz przerwę w knuciu. Niech myślą, że mają więcej czasu na planowanie i poszukiwanie. Oni się niespiesznie wezmą za robotę, podczas gdy my będziemy mieli wszystko gotowe i z marszu zajmiemy się robotą. Wiem, jak cię ta Woroncow wkurwia — zauważył pospiesznie — i wiem, że chciałbyś jak najszybciej to załatwić, ale pośpiech może cię zgubić, zwłaszcza że jesteś narwany i nabuzowany. I spokojnie — rzucił na koniec — wszystkim się zajmę.

Zastanowił się chwilę, rozważając wszystko, co do tej pory ustalili. Thomas wiedział, jak wiele ostrożności należało włożyć w ich plan i miał nadzieję, że i Rumen to wiedział.

— Tylko wiesz, że tego naszego demonka, jednego z drugim, trzeba dokładnie obserwować? Bez wychylania się, ale tak, by wszytko było przez nas kontrolowany. Nie możemy dać plany — zaznaczył. — Od tej akcji wszystko zależy!

Wiedział, że Rumen to wszystko wiedział, ale raz jeszcze musiał to wszystko podkreślić, aby nie było żadnych, choćby najmniejszych wątpliwości.

Tym bardziej, że obaj jechali na tym samym wózku. Obaj mogli równie dużo zyskać, ale…

Ale równie dużo mogli stracić.

 

GORO

W skupieniu słuchał tego, co miała mu do powiedzenia Wiera. To wszystko brzmiało bardzo niepokojąco, a najbardziej martwiła wyraźna przemiana Rumena. Jeśli Wiera nie była pewna co do jego ruchów, a znała go przecież najlepiej z nich wszystkich, jasnym było, jak nieprzewidywalna była to postać.

— Boję się — podjął powoli — że jeśli zasmakował krwi nas, demonów, nie zaprzestanie tylko na nas i na griszach. To czyni go jeszcze niebezpieczniejszym, ale słabszym jednocześnie. Rozbicie swojej władzy na aż tyle części nie może go tak prędko wzmocnić. Poza tym, nie ma możliwości, by inne rasy pozostały bierne wobec takiego zagrożenia. Widzisz — rzekł, pochylając się w stronę Wiery — właśnie dlatego tak ważna jest Rada, którą tworzę i właśnie dlatego przygotowania do niej tak długo trwają. Zaufanie to fundament tej Rady. Bez niego wszystko runie. Musi być solidne, nie do zachwiania, aby każdy zaangażowany w ten projekt wiedział, że w tym miejscu uzyska pomoc. Nie chcę być kimś podobnym do Rumena — wyznał dobitnie szczerze. — Nie chcę, by ktokolwiek dostrzegał we mnie tyrana, szefa, przywódcę. Chcę być im tylko opiekunem, drogowskazem. Nie chcę nimi sterować, a im pomagać.

Był lekko zaskoczony, gdy Wiera, usiadłszy obok niego, sięgnęła po jego ramię, natychmiast przyglądając się miejscu, w którym wykwitło lekkie zaczerwienienie. Nie protestował, dobrze wiedząc, że niebawem rana przerodzi się w coś podobnego do tego, co miał Idiel.

I od razu nie spodobał mu się jej wyraz twarzy. Podobnie zresztą, jak wątpliwości, którymi się z nim podzieliła.

— Możliwe, że żywe ciało jakoś spowalnia infekcję — przyznał. — Opętanie żywego ciała tak ogólnie wzmacnia demona, a tym samym ciało, które przejmuje, więc to ma sens. I niezupełnie jest tak, jak mówisz — zauważył ponuro. — Owszem, pieczęć jest częścią nas samych, ale zamkniętą w zewnętrznym nośniku. Sam nośnik, czyli ten kamyczek, nie jest naszym duchem, tylko materialnym kawałkiem skały. Z tym że nie takim zwyczajnym, a zaklętym w taki sposób, by duch nie był w stanie się przez niego przebić. To dlatego pieczęć jest dla nas jedynym więzieniem. I dlatego nasze ciało nie poznaje tego kamienia: bo nie widzi w nim naszej zamkniętej duszy. Dlatego też, ktokolwiek konstruował nas i te pieczęcie, zaklął je tak, byśmy nie mogli stanowić całości. I właśnie dlatego obawiałem się odrzutu.

Starał się zachować spokój, gdy czuł, jak palce Wiery delikatnie skradały się po jego ramieniu. Ten dotyk zdawał się tak ostrożny, że niemal ledwie wyraźny, a Goro przyłapywał się na paranoi, że może to tylko jego wyobrażenie i bardzo specyficzna tęsknota. Nie był bowiem w stanie nie myśleć o tym, co ich spotkało kilka nocy wcześniej. I wciąż zastanawiał się, co sprawiło, że tal zareagował. Zawsze był opanowany, a więc nie poddawał się emocjom, ale w tamtym momencie, gdy Wiera się do niego zbliżyła i skrzyżowała ich spojrzenia, nie był w stanie oprzeć się pragnieniu, które równie mocno, co gwałtownie, rozgrzało go od środka.

Czy go bolało? Czy jej dotyk, lżejszy, milszy i delikatniejszy niż lądowanie motyla, mogło go boleć? Odpowiedź na to pytanie dławiła się gdzieś w jego krtani, lecz coś nie pozwalało jej ulecieć: tak jakby ciało, w komitywie z duchem, rozumiało, że słowa mogą zepsuć coś, co właśnie powstawało między Goro a Wierą. Także sam demon, przytomny i nieprzytomny jednocześnie, dołączył do tego milczącego paktu, w pełni poddając się tylko temu, czego pragnął.

Gdy delikatnie ujął jej dłoń, odciągając ją od rannego ramienia, sam nie wiedział, dlaczego to uczynił. Lecz nie był w stanie się nad tym zastanawiać, jak gdyby jej głębokie spojrzenie roztrzaskało jego ducha, odcinając od wszelkich myśli. Liczyło się już tylko spojrzenie Wiery i ciepły, łagodny dotyk jej dłoni.

Jej dotyk. Jej spojrzenie. Gdzieś z tyłu głowy w dość niemrawej myśli zrodziło się agresywne, niedowierzające pytanie, jak to możliwe, że tak długo ulegał temu urokowi. Lecz tym razem nie zamierzał. Puszczając jej rękę, dość szybkim, choć łagodnym ruchem ujął je twarz, iście łapczywie składając na jej wargach gorący pocałunek. I wtem poczuł się tak, jakby otrzymał wszystko, czego tylko chciał, jakby nie było już w świecie dla niego nic poza tym pocałunkiem, bo tylko tego pragnął, bo tylko jej pragnął. I wiedział, czuł, że i ona chciała tego samego. Czuł to w jej chętnych ustach odpowiadających na każdy pocałunek, czuł w przyspieszonym oddechu i szybko, niecierpliwie bijącym sercu. Czuł to, gdy wplątywał dłoń w jej włosy, tym samym jeszcze mocniej się do siebie zbliżając. Czuł to, i…

Czuł, że coś było nie tak.

Czuł, że Wiera chciała tego samego, co on, lecz jednocześnie odczuwał pewien opór. I choć nie był to dosadny protest, choć Wiera nie wyrywała się ani w żaden inny sposób nie zdradzała swojego niezadowolenia, Goro miał wrażenie, że griszka jednocześnie tego chciała i nie chciała. Z czasem ta wyimaginowana gorycz zabiła słodycz pocałunku i chwili, którą dzielili, więc gdy powoli się od siebie odsunęli, upojeni i oszołomieni, Goro raz jeszcze spojrzał Wierze w oczy. Lecz tym razem uważnie się im przyjrzał, dopiero wtem odkrywając pewne bardzo niepokojące go iskierki zwątpienia i niepewności.

Czyżby mylnie zinterpretował pewne znaki, które, jak mu się wydawało, przekazywała mu Wiera? Przecież nawet teraz, gdy opatrywała jego ranę, czuł, że jej dotyk był elektryzujący, wyjątkowy, niemożliwy do pomylenia z żadnym innym rodzajem. Pragnęła go tak jak on pragnął jej, nawet jeśli Goro nie zwykł się z tym tak jawnie zdradzać. Czy to był jego błąd? Wątpił, wszak Wiera zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji, w jakiej się znajdowali. A jednak coś musiało pójść nie tak. Tylko co?

— Co się dzieje? — spytał cicho, wyraźnie zmartwiony. — Wiem, że to nie jest odpowiedni czas — przyznał, spuszczając na moment głowę. — Nie chcę cię wprawiać w zakłopotanie i jeśli popełniłem błąd…

Drgnął zaskoczony, gdy usłyszał, jak nagle otwierają się drzwi, a do środka znowu wpada Idiel — jakby ostatnio było go za mało. Wprost nie mogąc uwierzyć, że przerwano mu tak ważny moment, przymknął powieki, nie mając nawet siły spojrzeć na demona.

— Szefie… ouch. Przepraszam, nie chciałem… — wymamrotał, zatrzymując się raptownie w progu. Widać było po nim głębokie zażenowanie, a Goro miał nadzieję, że to odczucie zeżre Idiela od środka.

— O co chodzi? — spytał ze zniecierpliwieniem.

— Hakael wrócił. Ma wieści.

Wreszcie, pomyślał, choć nawet to nie pocieszyło go po gafie, którą najwyraźniej popełnił w stosunku do Wiery.

— Niech chwilę poczeka, za moment do niego dołączę — rzucił, tylko przelotnie na niego zerkając.

Idiel na szczęście zrozumiał, że był zdecydowanie niemile widziany, dlatego błyskawicznie się ulotnił. To jednak niosło za sobą pewną słabą stronę, a mianowicie pozostanie z Wierą sam na sam. I aż korciło go, by spytać wprost, co zrobił nie tak, lecz byłoby to koszmarnie nietaktowne.

Więc co miał zrobić? Nie miał bladego pojęcia.

— Czy jest coś — zaczął w końcu, sam nie wiedząc, jakim cudem zebrał się na odwagę, by to z siebie wydusić — czego nie chcesz lub obawiasz się mi powiedzieć? Proszę, powiedz mi o wszystkim, co czujesz — rzekł cicho, łagodnie. — Nie chcę o niczym decydować za ciebie.

Choć chyba przed chwilą właśnie to zrobiłem, pomyślał ponuro.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^