ROZDZIAŁ 319

GORO

Spodziewał się, że tak to się mogło skończyć: na wszechogarniających ich wrzaskach więźnia. Goro zakładał jednak, że to oni, demony, będą stać za cierpieniem zdrajcy — Wiery nikt w tych planach nie zakładał. Tymczasem, stojąc na zewnątrz, mogli tylko czekać i słuchać coraz to głośniejszych krzyków, które sugerowały, że Wierze przesłuchiwanie nie szło najgorzej.

— Przyszyliście go? — spytał Goro dość retorycznie, krzyżując ręce na piersi.

Przyszyciem nazywano czar, który sprawiał, że demon właśnie w taki nie tylko metaforyczny, ale i dosłowny sposób był „przyszyty” do swojego ciała, przez co odczuwał je fizycznie. Uszkodzenie ciała, nawet śmiertelne, w oczywisty sposób nie było w stanie zabić demona, ale takie przyszycie sprawiało, że znacznie mocniej odbierali ból. Wprawdzie nie była to skala odczuwana przez śmiertelników, ale, jak słychać było po krzykach, i tak czar sprawował się nieźle.

— No a co mieliśmy zrobić — odburknął Hakael, jak gdyby urażony tym pytaniem. — Rzucał się i zaraz by ochronkę z siebie zdjął, a potem z ciała spieprzył. Jak się tak rzuca — zakpił ze złośliwym uśmiechem — to niech go chociaż trochę zaboli.

— Podobają mi się jego metody — szepnął Bel, będąc wyraźnie pod wrażeniem, choć Goro nie bardzo wiedział, czego.

Faktem jednak pozostawało, że choć Goro wolał nie uciekać się do tortur, to nie był całkiem przeciwny tym praktykom. Uważał wręcz, że niekiedy był to jedyny skuteczny sposób — jak choćby w tym przypadku. Dlatego zamiast buntować się przeciw tej brutalności, czekał cierpliwie, mając nadzieję wciąż słuchać wrzasków wrogiego demona — a nie Wiery.

— Swoją droga — peplał dalej Belial, ku powoli narastającemu zmęczeniu Goro — ja nie myślałem nawet, że ta twoja dziewczyna taka wściekła jest! Chyba czas zacząć się pilnować — dodał pozornie poważniejszym tonem, prostując się jak na rozkaz.

Goro wypuścił powietrze nosem, jednocześnie w geście irytacji i zamyślenia. Nawet nie próbował zaprzeczyć Belialowi, zwłaszcza w kwestii nazwania Wiery jego dziewczyną. Jeszcze dwa dni temu od razu by to sprostował, ale teraz, a zwłaszcza po ostatniej nocy, w pewien teoretyczny sposób można było uznać, że stworzyli już fundamenty pod związek. Nie wiedział, jakie Wiera miała do tego podejście, ponieważ niewiele mieli czasu, aby poważnie i właściwie o tym porozmawiać. Obecnie też go nie mieli, dlatego Goro chciał odsunąć ten wątek w czasie najbardziej, jak to tylko możliwie. Bynajmniej nie ze strachu, lecz z ciągłego poczucia, że mieli teraz dużo ważniejsze sprawy niż ich romans.

Lecz nie mógł powstrzymać westchnięcia ulgi, gdy zobaczył, jak Wiera wyszła im na spotkanie — cała i zdrowa. Niestety, jej mina nie napawała optymizmem i, jak się niebawem okazało, całkowicie słusznie. Wprawdzie wprost zasugerowano, że Rumen był osłabiony, co rzeczywiście dawało im sporą szansę, lecz jednoczesne potwierdzenie, że mag posługiwał się ich pieczęciami mocno Goro martwił. Tym bardziej, że Rumen na pewno już jakieś miał po swojej stronie, a nawet nauczył się je wykorzystywać.

— Ten Diego — powtórzył cicho Goro — kto to jest?

— Wampirzy łajdak, ale pożyteczny — mruknął Hakael, marszcząc lekko brwi. — Sami wiecie, że wampiry to strasznie zadufane w sobie chujki, które na wszystkie inne rasy patrzą z góry. To wampiry, a nie wróżki czy inne wilczki, siedzą w rządach i innych tych wszystkich ludzkich bzdurach, w których dla nas nie ma miejsca. No więc znajomość z takim Diego to przydatna rzecz, bo ma od cholery dojść. Jego lista kontaktów jest niemal tak długa jak lista tego, do czego jest zdolny. Czyli długa — doprecyzował, spoglądając na nich znacząco.

— Możesz go dla nas znaleźć?

Hakael zamruczał coś niezrozumiale, łypiąc na nich ponuro.

— Ech, a co ja z tego będę miał?

— Moją dozgonną wdzięczność…

— Phi, też mi coś!

— …a wiesz, że mogę wiele.

— Tyle ile ja — zaprotestował Hakael — albo i jeszcze więcej, patrząc po tym, że to ja pomagam tobie, a nie ty mnie! To ja się za Diego rozejrzę, a ty się zastanów nad jakąś sowitą nagrodą!

Goro odetchnął w duchu. Znał Hakaela na tyle, by wiedzieć, że jego groźba o niedostarczeniu Diego bez uprzedniej nagrody niekoniecznie musiała być żartem. Co więcej, zapewne faktycznie nim nie była, lecz najwyraźniej Hakael nie zamierzał wojować tą bronią, skoro z góry zapowiedział, że im pomoże.

— Ale ostrzegam — rzekł niespodziewanie tajlandzki demon — że tego drania trudno znaleźć. Uzbrójcie się lepiej w cierpliwość i pilnujcie łaskawie, żeby się nikt z naszych więcej nie posypał, bo demony na drzewach nie rosną!

— Miły jak zawsze — podsumował Belial z szerokim uśmiechem, gdy Hakael ich zostawił bez choćby słowa pożegnania. — Ale przynajmniej wreszcie się na coś przyda.

 

Co do tego, czy Hakael rzeczywiście się przyda, nie mieli jeszcze pewności, ponieważ poszukiwania Diego rzeczywiście trwały — tajlandzkiego demona nie było już od przeszło dwóch dni, co Goro wcale się nie podobało. Dość się już naczekali, głupio mając nadzieję, że Rumen w czasie swojej kilkutygodniowej ciszy po prostu zrezygnował.

Belial robił co mógł, by zostawiać Goro i Wierę sam na sam, więc gdy tylko któreś z nich przychodziło, zwiększając ilość osób w jednym pomieszczeniu do trzech, Bel błyskawicznie wymyślał sobie jakąś wymówkę i znikał jak sen zloty. Goro był zmęczony tymi jego dziecinnymi zagrywkami, choć jednocześnie był zmęczony wszystkim innym, więc nawet nie miał ochoty z tym walczyć. Na szczęście Wiera przejawiała znacznie wyższy iloraz inteligencji niż jego przyjaciel, ponieważ zdawała się rozumieć, że na rozmowę o przyszłości ich relacji przyjdzie jeszcze czas.

I sam Goro ukrywał w sobie fakt, że wręcz nie mógł się tej chwili doczekać. I ta nerwowa ekscytacja narastała z każdym dniem.

— Trochę to dziwne, co powiem — zaczął powoli, z uwagą przeglądając udostępnione przez Hakaela niektóre raporty ze współpracy z Diego — ale dobrze, że Rumen nas zaatakował. Mógłby nastać na każdą inną rasę i wyrządzić jej poważne szkody — zauważył, dumając na tym, co zdziałałby ze swoją czarną magią, gdyby zaatakował inne, mniej odporne rasy. — My jesteśmy nieśmiertelni i choć pieczęcie w jego łapach to poważny problem, jest więcej niż pewne, że w końcu go znajdziemy. A gdy już to nastąpi, nie ma dla niego innej drogi niż śmierć. Szkoda tylko — dodał z żalem po chwili ciszy — że wyrządził tak wiele złego.

Nikt nie zdążył powiedzieć nic więcej, ponieważ do środka wszedł Idiel, jeden z demonów z ich świty. Miał nietęgą minę i wyraźnie się rwał do tego, by powiedzieć coś Goro, lecz gdy ujrzał Wierę, speszył się nieco, najwyraźniej mając w zanadrzu jakiś sekret dostępny tylko dla wybranych uszu. Lecz gdy się okazało, że owa tajemnica dotyczyła ich ostatniej, pieczęciowo-rumenowej sprawy, Goro zdecydował, że Wiera nie tylko mogła, ale powinna być obecna przy tej rozmowie.

— No to… — zaczął niepewnie Idiel — od czego by tu zacząć… to ja może pokażę.

Po tych słowach odsłonił swój rękaw, podwijając go maksymalnie, dzięki czemu widać było na ramieniu coś, co początkowo przypominało dość osobliwy tatuaż. Gdy zaś się przyjrzeli, spostrzegli, że ciemne cienie i popękania wcale nie były tatuażem, a czymś, co wyglądało jak zwęglona skóra. W samym środku tego czarnego okręgu znajdował się niewielki otwór, który przypominał płytki wlot po kuli. Ze środka ów dziury coś delikatnie błyskało i wtem jasnym dla wszystkich było, co się tam znajdowało, a tym samym — co się wydarzyło.

— Chyba coś się psuć zaczyna — mruknął Idiel, wzruszając lekko ramionami. — Na swoją pieczęć też spójrz, bo u Beliala się takie coś już zaczyna robić.

— Kurwa mać — jęknął bezsilnie Goro — dlaczego nic nie idzie dobrze…

Wprawdzie nic nie czuł na swoim ramieniu, a więc tam, gdzie umieścił swoją pieczęć, ale nie był aż tak zdziwiony faktem, że czar przestawał działać. Rozczarowany — jak najbardziej, ale nie zdziwiony. Gdy zaś podwinął rękaw, spoglądając na swoje przedramię, raz jeszcze zaklął szpetnie pod nosem, spoglądając na lekko czerwoną obwódkę wokół miejsca, w którym znajdowała się jego pieczęć. Obwódka przywodziła na myśl rozrastające się zakażenie, co w pewnym sensie rzeczywiście się działo — pieczęć odrzuciła ciało.

Nie było w tym nic aż tak dziwnego z tego względu, że ich pieczęcie przed wiekami zostały w ten sposób zaklęte. Demony nie mogły używać na swoich pieczęci magii, czyniąc je kruchymi i podanymi na wiele zagrożeń takich jak uszkodzenie czy zgubienie. W porównaniu z potęgą demonów, ich pieczęcie oraz ich słabość stanowiła ogromny kontrast. Magia griszów była zupełnie inna, co dawało nadzieję, że w ten sposób da się obejść ten jakże swoisty zakaz, ale, jak się okazało, nic z tego. U Goro pieczęć wciąż trzymała się wewnątrz ciała, podczas gdy u Idiela można było ją niemal wyjąć. Goro jednak miał w sobie znacznie więcej siły, dlatego ciało lepiej radziło sobie z walką — choć nie ulegało wątpliwości, że pieczęć tę walkę wygra. Co więcej, ciało Goro było żywe, co dodawało mu jeszcze więcej potrzebnej energii.

— Obrzydliwe — mamrotał Idiel, wyjmując ze swojego ramienia lepiącą się od krwi i mięsa pieczęć. — Znowu będziemy potrzebowali dużo łańcuszków.

Goro nie mógł się powstrzymać i spojrzał na Wierę. Nie miał pojęcia, co w tym momencie czuła — czy się obwiniała, czy może, podobnie do demonów, spodziewała się, że tak to się mogło skoczyć? Cokolwiek to było, Goro musiał to sprostować.

— Nie obwiniaj się — zastrzegł. — Od początku się tego obawialiśmy, co w żaden sposób nie umniejsza twoich zasług, za które zawsze będziemy ci wdzięczni. Ale stało się to, co musiało się stać — nasze pieczęci są zbyt mocno naszpikowane magią, by ludzkie ciało mogło to znieść. Żadnego innego sposobu nie ma, dlatego trzeba wrócić do starych metod.

Choć dużo bardziej niebezpiecznych, pomyślał ponuro.

— Niektórzy swoje pieczęci ukrywają — rzucił w ramach ciekawostki. — Demon jest dużo silniejszy mając pieczęć tuż przy sobie, dlatego większość je odpowiednio zmniejsza i nosi na specjalnie wzmocnionym łańcuszku, ale innym to swoiste osłabienie nie przeszkadza i wolą poczucie, że pieczęć jest bezpieczna. Choć ja — dodał po chwili — nie mógłbym być spokojny z myślą, że nie ma jej przy mnie, tylko gdzieś indziej, gdzie każdy może mieć do niej dostęp.

— Zwłaszcza że do niedawna to przerabiałeś — zauważył Idiel.

— No właśnie. Idiel, czy mógłbyś…

— Jasne, już mnie nie ma.

— Rozpytaj dyskretnie innych, w jakim stopniu zaawansowania jest och odrzut.

— Jasne.

— Mam nadzieję — zaczął po dłuższej chwili, ciężko opadając na sofę — że naprawdę niedługo znajdziemy Rumena. Czas nam się kończy, a pieczęci, na które poluje, znowu są odsłonięte.

Nagle coś go tchnęło, a do głowy przyszło tak wiele pytań, samemu sobie się dziwiąc, że wcześniej ich nie zadał. I tylko Wiera mogła znać na nie odpowiedź. 

— Apetyt rośnie w miarę jedzenia — mruczał pod nosem w głębokim zamyśleniu. Czuł na sobie zaskoczone spojrzenie Wiery, więc czym prędzej się ocknął i przeszedł do wyjaśnień. — Cele Rumena się zmieniają, jego plan ewoluuje. Najpierw chciał znaleźć i zabić ciebie. I na tym się zatrzymajmy, dobrze? — poprosił, patrząc na nią z całą mocą. — Załóżmy, że nie przyszłaś do nas z prośbą o pomoc, tylko poradziłaś sobie jakoś inaczej. Rumen nie wpada na nasz trop, choć i tak wie o demonach dzięki zaproszeniu na bankiet. Ale pomijając ten aspekt, jak uważasz, co zrobiłby Rumen, gdyby jego jedynym celem było zabicie? Sądzisz, że szukałby innych griszów? A jeśli tak, to po co? Żeby ich wszystkich zabić, czy może żeby wśród nich rozsiać to, co próbował rozsiać wśród was, a tym samym dobrać się do władzy we wspólnocie? I czy byłby zagrożeniem dla innych ras?

Goro mimowolnie zaczął sobie wyobrażać, do czego ten człowiek byłby zdolny, gdyby zdobył pieczęci i ich wszystkich pokonał. Nie byłoby zagrożenia większego od niego — ze swoim Cieniem, zawładniętymi demonami, swoją ambicją i obsesjami.

I wtem był pewien, że nie istniał nikt, kto by się mógł z taką mocą skonfrontować. Podobnie zresztą w przypadku, gdyby to oni, demony, postanowili wykorzystać swoją potęgę do siania absolutnej dominacji. Trudno było trzymać na wodzy te wszystkie pokusy; oni mieli na naukę tej sztuki setki lat, dlatego niemożliwym było, by Rumen to potrafił.

Na tym właśnie polegał cały ich kłopot.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^