ROZDZIAŁ 317

GORO

To było... dziwne.

Trudno mu było inaczej opisać to wrażenie, skoro nieczęsto się na nie decydował. Zazdrosny o swój sekret, obawiający się utraty zaufania wśród pozostałych demonów i zrzucenia go z piedestału, traktował to ciało jak twierdzę nie do obalenia, nie opuszczając go ani na moment. Cheng, właściciel ów mięsnej powłoki, pozostawał tak głęboko uśpiony, że Goro był w zasadzie jedynym praktycznym właścicielem całości.

Dlatego spoglądanie na Chenga Yuna z boku było przedziwnym przeżyciem. Trudno było patrzeć na swój sekret obdarty z tajemnicy i wystawiony nie tylko na światło dnia, ale na oczy innych. Belialowi powinien powiedzieć i było mu wstyd, że tego nie zrobił. Dlaczego więc mu nie powiedział? Sam teraz tego nie wiedział, choć zdawało mu się, że niegdyś miał ku temu poważne, solidne powody. Jednak Wiera mogła odebrać całość zupełnie inaczej. Oboje nosili w sobie piętno, niemal dosłowne, przy czym griszka już za nie odpokutowała, zwłaszcza gdy Goro na nią za to naskoczył. Teraz się okazało, że demon był niemal w tej samej sytuacji co ona. Zdawał sobie sprawę z tej hipokryzji, lecz jednocześnie nie czuł się winny i był pewien, że jeśli Wiera będzie oczekiwała od niego przeprosin, z pewnością ich nie otrzyma.

Jednak teraz zostali sam na sam i było więcej niż pewne, że będzie to musiał wyjaśnić — lecz samemu, bez pomocy Chenga, który ponownie zapadł w nienaturalnie głęboki sen.

— Nie przepraszaj — rzekł cicho z wyraźnym zmęczeniem w głosie. — Oboje znamy Beliala, a przynajmniej zdołałaś go już poznać na tyle, by wiedzieć, że to taki charakter. Nie ma w tym twojej winy.

Nie miał powodu, by nie wierzyć Wierze. Bel, jak zawsze nakręcony i narwany, mógł zalać Wierę potokiem swoich przemyśleń i domysłów, zasiawszy w griszce ziarno wątpliwości. I choć Goro czuł podskórnie ulgę, że przyjaciel już poznał prawdę, i tak będzie musiał z nim o tym porozmawiać na spokojnie.

Ale najpierw Wiera.

Ucieszyła go jej deklaracja zachowania sekretu i być może nawet było po nim widać tę malującą się na twarzy ulgę.

— Dziękuję — odparł, kiwając lekko głową — to dla mnie nadal bardzo ważne, by zachować to w tajemnicy. I nie trzeba do tego żadnych rytuałów. Ufam ci.

Choć jeszcze nie wiem, czy powinienem, przeszło mu mimowolnie przez myśl.

Zaskoczyła go, gdy tak śmiało usiadła na biurku, spoglądając na niego z góry. Goro jęknął w duchu; taka pozycja mogła oznaczać, że Wiera otrząsnęła się z szoku i zamierzała przejąć inicjatywę w tej rozmowie, co mogło znacznie utrudnić i przedłużyć wyjaśnianie kwestii Chenga. Sam nie rozumiał, dlaczego, ale ta zbytnia pewność siebie niekiedy mocno go irytowała.

Jednak swoim pytaniem zdziwiła go jeszcze bardziej, choć po chwili namysłu uznał je za dość naturalne.

— Yun nie istnieje — odparł ze swobodą. — Nie chcę, by to zabrzmiało okrutnie i bezdusznie, ale to wyłącznie ciało. Nie czuje, nie myśli, nie ma własnego zdania. Do tego potrzeba jest dusza, a duch Chenga jest bardzo głęboko uśpiony – i w pełni zdominowany przez mojego. Ten człowiek, nawet gdyby zechciał się nagle zbuntować, nie dałby rady: jest zbyt słaby. Dlatego, poza tą mięsną powłoką, nie ma tu ani procenta Yuna. Jestem tylko ja, Goro. I wiem — dodał po chwili ciszy — jak dziwnie musi to brzmieć. Mogę się domyślać, że dopiero teraz w pełni zdałaś sobie sprawę, czym tak naprawdę jesteśmy.

Nie był pewien, czy go w ogóle słuchała, mimo tego, że wciąż przyglądała mu się z wielkim skupieniem. A może to nie było skupienie? Goro aż do tamtej pory nie zwracał na to uwagi, przejęty odsłonięciem swojego sekretu. Egoistycznie skupiał się wówczas tylko na sobie: na tym, co on czuł, co mówił i jak się zachowywał, obserwując swoich rozmówców tylko po to, by wyłapać ich reakcje i móc na nie właściwie zareagować. Nie myślał zbyt wiele ani o Belialu, który i tak zawsze był kuty na cztery łapy, ani nawet o Wierze, mając nadzieję, że griszka postara się po prostu o tym zapomnieć lub chociaż przyjąć w miarę spokojnie.

Jak do tego podeszła? Nie miał pojęcia, ale to nie miało żadnego znaczenia. Tak samo jak Rumen, pieczęcie, ani nic, co mieli do zrobienia i czym się dotychczas martwili. Nie miało znaczenia też pytanie, jakie zadała Wiera. Goro go nie słyszał, więc i na nie nie odpowiedział, uznając za zupełnie nie istotne. Zamiast tego skupił się na głębi tego niespodziewanego, delikatnego i śmiałego jednocześnie pocałunku, z całą mocą go w sobie rozpamiętując. Skupiał się na tym pocałunku i na tym, jak cudownie blask lamp prześlizgiwał się po czarnych pasmach włosów Wiery. Ich fale, tak lekkie i gładkie, okalały delikatnie jej twarz, tak wspaniale podkreślając jej kości policzkowe, ciemne, głębokie oczy i pełne usta, wykrzywione w lekki uśmiechu. Zahipnotyzowany pięknem, które dopiero teraz zdawał się dostrzec, zerwał się z miejsca, by natychmiast delikatnie, choć stanowczo ująć w dłonie twarz Wiery, a następnie namiętnie ją pocałować. Coś w środku rozgorzało żywym ogniem, a jego płomienie rozpierzchły się po żyłach, uderzając w policzki, mieniące się intensywną czerwienią, w serce bijące szaleńczo i w umysł, którego myśli przejął tylko obraz jej pięknej twarzy. Nie doczekał się żadnego sprzeciwu z jej strony, ale wcale go to nie dziwiło, a wręcz nie zwracał na to żadnej uwagi. Wiera, równie zaangażowana co on, prześlizgnęła się przez blat biurka, dzięki czemu Goro mógł mieć ją tuż przy sobie. Tylko to się wtedy liczyło: jej usta, tak gorące, miękkie i chętne, ciepło od niej bijące i zapach, tak ponętny, kuszący i hipnotyzujący. Podczas gdy ona ujęła go za kark, on chwycił za talię, prędko schodząc coraz niżej. Wdzierając się dłońmi pod jej bluzkę, zaznał miękkości jej skóry, wtem wiedząc, że nie chciałby już żadnej innej.

Reszta poszła zastraszająco szybko. Zdzierając z siebie ubrania, Goro chwycił ją delikatnie i uniósł, by, wciąż obcałowując jej usta, szyję, piersi, przenieść na stojące niedaleko łóżko, by tam w pełni oddać się zażartym, ognistym, namiętnym pragnieniom, które wówczas dzielili.

Czy ją kochał? Oczywiście, że nie.

Ale od czegoś musieli zacząć.

 

Nie spał.

Ale jakże by mógł? Demony nie sypiały. Nie odczuwały zmęczenia, senności, wyczerpania w żadnym tego słowa zmęczeniu. Chyba że psychiczne, ale to inna bajka.

Nie spał, ponieważ tego nie potrafił. Przyzwyczaił się do tego i przekuł na swoją korzyść, nie marnując dzięki temu ani minuty z całej doby. Miało to swoje wady, ponieważ to nieco osłabiało odczucie przemijania czasu, gdy kolejne dni zlewały się w jeden. Ale chociaż pory się zmieniały i ciemność wraz ze świtem wyznaczały mu granicę.

Nie spał. Zamiast tego myślał. Myślał nad tym, jak wiele rzeczy mógłby w tym czasie zrobić. Mógłby debatować ze swoimi towarzyszami na temat sposobu na Rumena. Mógłby omawiać z Rudym i Belialem kolejne tropy i następne działania. A gdy pozostanie im czekać na ruch wroga, mógłby zająć się Radą i przygotowywać do kolejnej podróży mającej na celu zapoznanie się z kolejnymi nadnaturalnymi rodami, namawiając ich do „udziału” w tym jakże wspaniałym projekcie.

Ale nie mógł. Nie wypadało wstać przed Wierą i pozostawić ją samą w obcym łóżku.

Bo czy żałował tego, co się między nimi wydarzyło? Nie, to stwierdzenie byłoby przesadą.  Ale czy powinni w tak ognistym momencie odkładać najważniejsze dla nich sprawy i zajmować się swoim właśnie rozkwitającym romansem? Nie sądził. Przejęty tymi ponurymi myślami westchnął, zdając sobie sprawę, że był jak wysuszony z uczuć staruszek, który uważał miłość za stek niepotrzebnych bzdur. Związek z Wierą byłby czymś, co dałoby mu ogrom sił, radości i uśmiechu — ale w momencie, w którym mieli Rumena na karku, nie potrafił się na tym skupić.

Dziwił się, że Wiera potrafiła. I być może miał jej to trochę za złe.

Choć z drugiej strony, sam też się na nią niemal rzucił.

Raz jeszcze westchnął, próbując tym samym pozbyć się spoczywającego na jego barkach ciężaru. Ale nie pomogło. Wobec tego, zamiast się dalej męczyć, przyjrzał się uważnie Wierze. Widok jej twarzy, równie pięknej co spokojnej, na nowo wybudził w nim wszystkie, niedawno przeżywane ogniste emocje. Wiedział jednak, że podobne przyglądanie mogło daną osobę obudzić, dlatego odwrócił głowę, myśląc o tym, jak bardzo zazdrościł jej snu. Czasami, choć bardzo rzadko, tylko po to wybudzał Chenga: aby mógł zasnąć. Niestety, Goro nic to nie dawało, ponieważ w tym momencie jakby się „wyłączał” i nie czuł nic, także odpoczynku związanego ze snem. Dlatego tak bardzo tego zazdrościł: poczucia, jak całe ciało się odpręża, a umysł uspokaja i wycisza. On nigdy tego nie doświadczył i nie doświadczy, choć czysto teoretycznie to dość niska cena za nieśmiertelność.

Z rozmyślań wyrwał go dźwięk wiadomości. Delikatnie chwycił telefon, nie chcąc obudzić Wiery ani nagłym ruchem czy szelestem, ani zbyt jasnym światłem wyświetlacza. Gdy zobaczył, kto do niego napisał, przymknął powieki: Belial. Skoro do niego pisał, a nie wpadł do pokoju jak czołg, to znaczyło, że albo się domyślał, co się tu działo, albo, co gorsza, to słyszał. Goro już sobie wyobrażał jego uśmieszki i docinki, co wcale nie poprawiło mu humoru.

Podobnie jak wiadomość, którą od niego otrzymał.

 

„Co ty na to, jak ci powiem, że Hakael jest na nas wkurwiony, bo oskarża nas o kradzież jego demonów?”

 

Goro zmarszczył brwi, nie rozumiejąc nic z tego sms-a. I nawet nie zdążył się zastanowić nad odpowiedzią, kiedy przyszło kilku kolejnych.

 

„Nawrzeszczał na mnie przez telefon, bo do ciebie się dodzwonić nie mógł, że odkąd przyszliśmy, to się psuć coś zaczęło. Jakoś debil w dupie miał, że jego ludzie nas ostatnio zaatakowali, bo oczywiście mi imbecyl nie uwierzył”.

 

Hakael zawsze był dość porywczy, więc Goro specjalnie nie zdziwiła ta gwałtowna reakcja. Mocno zaś zaniepokoiła go wzmianka o „kradzieży demonów”.

 

„Podobno znaleźli kilka ciał” — kolejna wiadomość.

 

„I teraz słuchaj, tylko się lepiej czegoś trzymaj” — i następna.

 

„Znaleźli ciała, no ale to nic dziwnego. Tylko że tam w tych ciałach były jakby resztki ich ducha, tych demonów. Czaisz? Dziwne, nie? Tak jakby siłą ducha z ciała wyrwało”.

 

To mocno przelękło Goro.

 

„Wiesz, co to oznacza, nie? Nie jest dobrze”.

 

Nie tylko nie było dobrze, ale wręcz fatalnie. Podobne resztki duszy pozostawały w naczyniu, gdy ktoś wyrywał ducha z ciała za pomocą jego pieczęci. Ów resztki utrzymywały się tylko chwilę, dlatego tak ważne było dostrzeżenie ich możliwie jak najszybciej, aby zrozumieć, co mogło się stać z tym demonem.

Teraz więc mieli pewność — Rumen nie tylko wiedział o pieczęciach, ale odnajdował je i wykorzystywał do zdobycia władzy nad niektórymi demonami. A skoro wypytywał tego, który posiadał jego pieczęć, tym bardziej był wdzięczny Wierze, że odzyskała ją w porę.

 

„Zbieraj się, cokolwiek tam robisz, bo znowu trzeba uderzyć do tego zjeba”.

 

Belial miał rację, musieli jak najszybciej dostać się ponownie do Tajlandii. Jednak nie mogli zostawić pozostałych demonów samych; musieli być przygotowani na ryzyko. Dlatego najciszej jak umiał pozbierał swoje rzeczy, by się w nie ubrać, po czym delikatnie obudził Wierę. Na zewnątrz wciąż było czarno, ranek miał nastać dopiero za kilka godzin i choć wolałby dać griszce się wyspać, nie miał wyjścia.

— Wiero — szeptał, szturchając ją lekko w ramię — zbudź się. Mamy duży problem z Rumenem.

Być może wymienienie tego imienia tak podziałało, ale Wiera w końcu zdołała się obudzić. Teraz ta jedna kwestia była najważniejsza; o reszcie porozmawiają później.

 

Gdy dotarli na miejsce, Hakael już na nich czekał. Początkowo nastroje nie były zbyt przyjazne, zwłaszcza że obie strony się o coś oskarżały, lecz kiedy doszli wreszcie do porozumienia i wspólnego celu, Hakael wskazał im znalezione ciało, które pozwolił dokładnie obejrzeć, a następnie wyjaśnił, że idąc jego tropem nie znaleźli zbyt wiele — poza demonem, który zdawał się „opętany”, jak to mówiono o tych, których pieczęć została skradziona i wykorzystana.

— Aż tacy bezużyteczni nie jesteśmy — zauważył kpiąco Hakael, wskazując na klatkę, w której przetrzymywany był więzień. — Ktokolwiek przejął nad nim władzę, chyba nie zna dokładnej liczby swoich zabawek i jedna wte czy wewte nie robi mu różnicy, bo się coś nie interesuje.

— Albo to pułapka — zauważył kąśliwie Belial.

— Albo — przyznał ze spokojem Hakael. — Ale z tego akurat bym się ucieszył. Jeśli to prawda, co mówicie, to im szybciej ta gnida tu zawita i stoczy z nami uczciwą walkę, tym lepiej. Przecież wiadomo, że na otwartym polu z nami nie wygra.

— Właśnie dlatego nie pojawia się na otwartym polu — mruknął ponuro Goro.

— No tak…

Hakael chociaż w tym jednym miał rację — jeśli Rumen pojawi się przed nimi twarzą w twarz, łatwo będą mogli go zabić. Tym razem ich nie zaskoczy, ponieważ wiedzieli, do czego ten człowiek był zdolny, więc natychmiast by się go pozbyli. Ale był zbyt sprytny i ostrożny, co wiele utrudniało.

— No dobra, sprawdźmy, co ten typ wie…

— Hola, hola — zatrzymał ich Hakael, łypiąc na nich groźnie. — Więzień chce gadać tylko z nią.

Z tymi słowy wskazał na Wierę, co Goro ani trochę się nie podobało. Ale na tyle, ile ją znał, wiedział, że będzie chciała pójść, dlatego nie mógł protestować. Kiwnął więc głową, szczerze ciekaw wyników tej rozmowy.

— Jest dobrze zabezpieczony? — spytał na wszelki wypadek.

— Nie obrażaj mnie, samozwańczy królu — żachnął się Hakael. — Nic jej nie będzie.

Nie mieli za dużego wyjścia i musieli mu zaufać. Goro na końcu rzucił Wierze znaczące spojrzenie, dając jej w ten sposób znać, że w każdej chwili byli gotowi jej pomóc, gdyby sprawy nie potoczyły się po jej myśli.

Ale szczerze w to wątpił. Wiedział, że Wiera da radę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^