ROZDZIAŁ 315

BELIAL

Był z siebie dumny, że właściwie odczytał nastrój Wiery, co oznaczało, że wcale nie był tak bezduszny i okrutny, jak go niektórzy postrzegali. Tymczasem ich śliczny gość przeżywał bardzo trudne chwile i to dokładnie z tego powodu, jaki Belial podejrzewał — żywe ciało Goro. Jego to jakoś specjalnie nie obchodziło. Zaskoczyło? Owszem, bo nie miał o tym pojęcia. W pewnym sensie rozbawiło? Też, ponieważ nie podejrzewał swojego szefa o tak podłą hipokryzję, która zupełnie do niego nie pasowała. Ale mimo to, nie miał żadnego żalu do przyjaciela, nie zamierzał mu z tego powodu prawić kazań ani zarzucać kłamstwa. Beliala w ogóle by nie obeszła ta kwestia, gdyby nie Wiera, która wyraźnie to przeżywała. Musiał ją jakoś uspokoić, choć dość marnie mu to szło. Podejrzewał więc, że rozwiązanie mogło być tylko jedno.

— Czy Goro coś zauważył? No skąd — zaśmiał się, machnąwszy ręką. — U niego z empatią jest różnie: raz jest milutki i wrażliwy na każdą zmianę nastroju, a raz jak staniesz przed nim zaryczana, to cię spyta ze zdziwieniem, czy coś nie tak, bo może mu się wydaje, ale chyba jesteś smutna. Ma taką śmieszną blokadę, zwłaszcza jak jest zmęczony albo wkurzony: wtedy po prostu na nic nie zwraca uwagi. Jak o ciebie spytałem — relacjonował z przekonaniem, wzruszając ramionami — to stwierdził, że po prostu jesteś zmęczona. W sumie się nie pomylił — zauważył — no ale, powiedzmy, tego prawdziwego powodu to się raczej nie domyślił.

Dziwił się, dlaczego Wiera aż tak się tym przejmowała, podczas gdy jemu było to naprawdę obojętne. Może któryś demon uznałby to za niesprawiedliwe, kilku innych by to śmieszyło lub podeszliby do tego z kpiną, ale na pewno nikt nie wziąłby tego do siebie tak, jak robiła to Wiera. Ale to może po prostu taka nasza demonia rzecz, dumał.

— No… jesteśmy przyjaciółmi — przyznał tonem wskazującym na to, że nie rozumiał, co miał piernik do wiatraka. — I co? Tajemnice ma każdy. Ja też mu się ze wszystkiego nie spowiadam. Mamy do siebie pełne zaufanie, ale jak nie chcemy czegoś mówić, to nie mówimy i tyle! Przyjaźń to nie jest umowa cywilna, Wiera, żebyśmy coś na papierkach podpisywali i byli zobowiązani do bezwzględnej szczerości. Ja rozumiem, co masz na myśli — uspokoił — ale ja tam nie mam tego Goro za złe. Poza tym, nie mam prawa, zwłaszcza gdy zdam sobie sprawę, ile razy ja go czymś wkurwiałem — zachichotał.

Belial poczuł się nieco niezręcznie, gdy Wiera wyznała mu wszystkie swoje uczucia i wątpliwości. Teraz już rozumiał, dlaczego tak ją to bolało — porównywała swoją tajemnicę związaną z Cieniem do tej, którą skrywał Goro. I to nie wydawało mu się fair, dlatego nie miał pewności, jak zacząć tę rozmowę, aby wszystko właściwie Wierze wyjaśnić, ale jednocześnie jej nie urazić.

— Wiesz, Wiera… — wymruczał nieco niepewnie, drapiąc się po karku. — Nie gniewaj się na mnie za to, co powiem, ale… dlaczego niby Goro miałby ci o czymkolwiek mówić? — spytał z dobitną szczerością. — Nie zrozum mnie źle, ja też uważam, że Goro przesadził, że aż tak się na ciebie wściekł za to, że nie powiedziałaś mu od razu o Cieniu, ale… no wiesz. To ty szukałaś u niego pomocy, nie on u ciebie. Wkurzył się, bo Cień to jedna z ważniejszych kwestii tego całego problemu, a nie wszystko o nim wiedział. I nie myśl sobie, że Goro cię jakoś wykorzystuje czy coś. On cię naprawdę polubił — wyznał zupełnie szczerze, uśmiechając się lekko. — Ale nie porównuj swojej tajemnicy do jego. Bo twoja ma związek z problemem, z którym do niego przyszłaś, a jego — nie.

Mimo to Wiera wciąż wyraźnie cierpiała z powodu tego sekretu. Co więcej, w ogóle nie dbała o to żywe ciało, a jedynie o to, że Goro ją okłamał. A raczej, że jej o niczym nie powiedział. Ale czemu niby miałby ci cokolwiek powiedzieć?, dziwił się, nie rozumiejąc, dlaczego Wiera też nie zadawała sobie tego pytania.

— Ale dlaczego ty go od razu tak oczerniasz? — westchnął czując, jak opadają mu ramiona. — Ja rozumiem, że wy, kobiety, jesteście dużo wrażliwsze, ale strasznie przesadzasz, nie sądzisz? Znacie się nie od tak dawna, zaznajomiliście się, polubiliście, pogadaliście sobie trochę bardziej. Mówisz, że wiele mu o sobie powiedziałaś, no ale czy on ci przystawiał nóż do gardła, że mu o tym opowiedziałaś? Podejrzewam, że nie — rzekł, rozkładając ramiona. — I pewnie, że sam by ci nie powiedział. Mi nie powiedział, to tobie by miał? I jakie pozbędzie?! — jęknął, zupełnie zmęczony tą rozmową. — Rany, kobieto, o czym ty mówisz?! Sugerujesz mi, że znasz Goro na tyle, że powinien ci powiedzieć o swoim małym sekreciku, a jednocześnie podejrzewasz go o takie rzeczy?

Gdy zaczęła mówić o potajemnym wydostaniu się z zamku, Belial zaczął podejrzewać, że może to Rumen już zaczął działać i opętał Wierę, bo z twardej, inteligentnej kobiety zamienił ją w głupią, zapłakaną idiotkę. Ani myślał powiedzieć tego na głos, ale nie mógł się nadziwić, jak niemądre rzeczy Wiera wygadywała i jak bzdurne rzeczy chciała zrobić. Jak dotąd miała wiele okazji do strachu, głównie za sprawą Rumena, a jednak nigdy nie traciła zimnej krwi. Więc co się nagle zmieniło?

— Dlaczego jeden, niezwiązany z twoją sprawą ani niczym innym sekret Goro aż tak cię złamał? — spytał z tak głęboką powagą w swoim głosie, że aż sam był zaskoczony. — I czekaj, pozwól, że powtórzę twój plan po swojemu, ale na głos. Poprosiłaś nas o pomoc, bo jakiś psychopatyczny magik wyrżnął twoją rodzinę i teraz poluje na ciebie. Zgodziliśmy się pomóc, przez co Rumen wpadł na trop pieczęci. Teraz siedzimy w tym gównie razem i jak już aż tak jesteśmy w to wplątani, ty postanawiasz się poddać i dać się zabić TYLKO DLATEGO, że Goro ma żywe ciało? Wybacz — prychnął — ale to idiotyczne. Dobra, dość tego.

Poirytowany tą dziwną przemianą Wiery, chwycił ją delikatnie, choć dość stanowczo za rękę, zamierzając rozwiązać dręczącą ją kwestię w jedyny właściwy sposób.

— Chcesz wiedzieć, dlaczego Goro przetrzymuje żywe ciało i czemu nikomu o tym nie powiedział? No to chodź, zapytamy go o to!

Tak jak można się było tego spodziewać, Wiera była przerażona. Ale im szybciej zerwie ten plaster, tym mniej ją będzie bolało, dlatego należało to zrobić jak najprędzej. Zresztą, sama na pewno by tego nie zrobiła, natomiast Belial nie miał przed tym żadnego oporu. Poza tym, sądząc po nagłej bladości Wiery, raczej nie będzie w stanie wydusić z siebie zbyt wiele, wobec czego Belial zamierzał robić to, co przecież tak bardzo lubił: gadać.

— EJ, SZEFIE — wrzasnął, gdy tylko otworzył na oścież drzwi, po chwili zatrzaskując je nogą. — A CZEMU TY NOSISZ ŻYWE CIAŁO, SKORO NAM INNYM NIE POZWLASZ?!

Wykrzykując to dość istotne pytanie, wciąż trzymał Wierę za rękę, wyraźnie czując, jak drżała. On sam zaś uśmiechał się wesoło, szczerze ciekaw odpowiedzi Goro. Nie wiedział, czego griszka się spodziewała: że Goro się wścieknie, że ich zaatakuje albo wygna, ale Bel wiedział, że jego przyjaciel nie zrobi nic poza zwykłym złożeniem wyjaśnień.

Gdy tak nagle wtargnęli do środka, Goro, stojący akurat przy jednym z regałów z książkami, zamarł w bezruchu, spoglądając na nich z głębokim szokiem i strachem. To ostatnie wskazywało, że ta tajemnica była dla niego rzeczywiście bardzo istotna i gdyby nie Tajlandia, nadal by ją w sobie nosił. Dzięki tym obserwacjom Belial uznał, że teraz już był naprawdę ciekaw odpowiedzi.

— Widziałem to w Tajlandii, ale myślałem, że mi się przywidziało — tłumaczył. — Ale potem się okazało, że Wiera też to widziała i też myślała, że się jej przywidziało. Dziwny zbieg okoliczności, co? — spytał kpiąco. — A jak już zrobiłeś tę swoją przerażoną minę, no to już wiadomo, że się nam jednak nie przywidziało. To jak? — ponaglał. — Czemu my nie możemy, a tobie to wolno? Hę?

Goro, spięty i milczący, spoglądał to na niego, to na Wierę, długo zastanawiając się nad tym, czy i jak odpowiedzieć. W końcu spuścił głowę, odetchnął ciężko i usiadł na fotelu przy biurku, ostrożnie układając dłonie na blacie.

— Spodziewałem się, że to zauważycie — wymamrotał cicho.

— No, zauważyliśmy — stwierdził rzeczowo Belial. — I co dalej? Wiesz, teraz już bez wyjaśnień nie wyjdziemy.

Był pewien, że Goro zaraz zacznie wszystko powoli tłumaczyć, dlatego dziwiła go przedłużająca się cisza.

— Obudź się.

Belial zmarszczył brwi, zastanawiając się, do kogo Goro to powiedział. Kiedy zaś zobaczył, jak z ciała ulatuje jego demoni duch, a naczynie opada bezwładnie na fotel, zupełnie się zdziwił i aż z tego wszystkiego puścił rękę Wiery, wpatrując się to w ducha Goro unoszącego się nieco po lewej od biurka, to na ciało, które, o zgrozo, zaczęło się lekko poruszać.

Gdy mężczyzna się ocknął, rozejrzał się zamglonymi, zaspanymi oczami dookoła, a gdy dostrzegł Goro, przeląkł się wyraźnie, najwyraźniej rozumiejąc, że został sam, bez swojego dotychczasowego lokatora. Spięty, zagubiony i niemal spanikowany, wyglądał tak niewinnie i bezbronnie, że zupełnie nie przypominał Goro. Bel nie mógł się temu widokowi nadziwić i być może dlatego przez dłuży czas nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Pamiętał jednak, że przecież ani Goro, ani na pewno nie Wiera tego za niego nie zrobią, więc musiał się ocknąć i zacząć rozmowę.

— Kim ty jesteś? — spytał wreszcie Belial.

Naczynie, przerażone faktem, że ktokolwiek się do niego zwracał, wbiło się w fotel tak, jakby chciało w nie wsiąknąć. Gdy zaś początkowy szok i strach minęły, mężczyzna zmarszczył czoło, zastanawiając się nad zadanym pytaniem. Wtem Belial z szokiem zrozumiał, że ten facet próbował sobie przypomnieć, jak się nazywał.

Ja…­ — dukał niewyraźnie — ja nazywam się… jestem… Yun… Cheng Yun — wydusił wreszcie z wyraźną ulgą, widocznie rad, że zdołał sobie to przypomnieć.

— O masz, chiński — burknął Bel. — Nie znasz chińskiego, nie?  — spytał, zwracając się do Wiery. — Dobra, będę ci wszystko przekładał. — rzekł, po czym niemal natychmiast zwrócił się do naczynia.— Tyle czasu byłeś opętany i jeszcze się od Goro angielskiego nie nauczyłeś?! ­— naskoczył na Chenga. Szybko się jednak okazało, że to był zły pomysł, bo facet momentalnie wybałuszył oczy, kurcząc się w sobie.

Przepraszam! — zawołał, wyraźnie zlękniony. ­— Ja… ja… ja zwykle nie…

Co „nie”? — ponaglał, pamiętając, by wszystko przy okazji tłumaczyć Wierze. — Zwykle nie jesteś przytomny, tak? Jak to opętany. Bo ty wiesz w ogóle ­— upewnił się, nagle sobie coś uświadamiając ­— że jesteś… no… opętany?

Tak, tak! — zapewniał Cheng, gorliwie kiwając głową. — Jestem towarzyszem pana Goro!

— Towarzyszem pana Goro — powtórzył Belial z cieniem uśmiechu. — No tak. I co? Nie przeszkadza ci to? Że nie masz życia? Że ktoś inny za ciebie żyje? Że jesteś wiecznie nieprzytomny?

— Czasami pan Goro mi pozwala oprzytomnieć — odparł Cheng, pochylając się nagle nad biurkiem. Wyglądał na bardzo podekscytowanego tym, co mówił. A może to sam fakt, że choć na chwilę był wybudzony, tak go cieszył, myślał Bel z niespodziewanym smutkiem. — Czasami czuję… po prostu czuję — wyjaśnił nieco pokrętnie. — Czuję wiatr na twarzy, chłód wody… czasami przypominam sobie, że… że… że żyję — dokończył ciszej.

A nie chciałbyś tak na dłużej żyć? Po swojemu? — pytał Belial, czując się trochę tak, jakby buntował to ciało przeciwko Goro. — Samemu sobie czuć wiatr i wodę kiedy ci się to podoba?

Najwyraźniej tym, co powiedział, uraził Chenga, ponieważ ten znowu skulił się w sobie, spuszczając głowę. Długo milczał i Bel nie zamierzał go popędzać, ponieważ mężczyzna wyglądał tak, jakby właśnie coś wewnętrznie przeżywał. Belial podejrzewał, że właśnie wracały do niego wszystkie powody, przyczyny i wspomnienia. Skoro początkowo nie mógł sobie przypomnieć nawet nazwiska, zapewne potrzebował chwili, by przywołać sobie wszystko pozostałe.

Nie chcę żyć — wydusił wreszcie, wciąż nie podnosząc głowy. — Ale umrzeć też nie chcę.

Tym go zaskoczył, bo Bel zupełnie nie wiedział, jak interpretować te słowa. Nadal też nie przybliżyli się do odpowiedzi, którą wraz z Wierą chcieli poznać, więc nadszedł czas na konkrety.

Dobra, panie Yun — mruknął Belial — to może od początku. Skąd pan zna Goro, jak to się stało, że pana opętał za życia i dlaczego, jak sądzę, aż tak to panu odpowiada?

Cheng, wciąż zestresowany i niespokojny, zerknął kątem oka na cień Goro, lecz coś go nagle musiało uspokoić, bo odetchnął głęboko, próbując się opanować. Bel domyślał się, że ten człowieczek dostał właśnie zgodę na zdradzenie całej historii, choć nawet on nie wiedział, jak niby do tego porozumienia doszło.

Kiedy poznałem pana Goro — zaczął wreszcie, błądząc oczami po całym pokoju, pomijając tylko ich twarze — byłem zdesperowany. Moja żona i syn… oni… zostali zamordowani — wydukał cicho, by po chwili ukryć twarz w dłoniach. Bel rozumiał, że Cheng potrzebował trochę czasu, dlatego, wbrew temu, co by zwykle zrobił, wcale go nie poganiał. — Ktoś się włamał w nocy, chciał obrabować dom i ich zabił. Mnie wtedy nie było — szeptał dławiącym głosem — bo byłem w pracy na nocce. A moja babka — rzekł, nagle podnosząc głowę i zerkając to na nich, to na Goro — wierzyła w nadnaturalnych i opowiadała, że ktoś w naszej rodzinie był wskrzeszony. Nikt jej nie wierzył, ale pomyślałem, że mogę spróbować! Pan Goro mnie odnalazł — tłumaczył. — Powiedział, że sam musi coś w sobie sprawdzić, dlatego zgodził się wskrzesić moich bliskich. I się udało — wyjaśnił z bladym, drżącym uśmiechem. Ten zaraz jednak spełzł, wraz z przedłużającym się milczeniem zwiastując, że ta historia, wbrew pozorom, nie miała szczęśliwego zakończenia. — Dwa miesiące to było, jak się nimi nacieszyłem, kiedy… kiedy jakiś pijak w nich wjechał, jak moja żona autem syna do szkoły odwoziła.

Tym razem milczenie przeciągnęło się na dobrych kilka minut. Cheng odetchnął ze zmęczeniem i ponownie zakrył twarz w dłoniach. Nie słychać było szlochu ani płaczu, ale Belial nie wiedział, czy to dlatego, że usilnie się powstrzymywał, czy może już wręcz nie był w stanie.

Wezwałem pana Goro ponownie — szeptał, wciąż nie odejmując rąk od twarzy — ale powtarzał mi to, przed czym ostrzegał mnie ostatnim razem: że jeśli ich poznał, to nie da rady zrobić tego powtórnie. Poza tym, nawet gdyby mógł, nie był już w stanie wskrzesić nikogo, bo był zbyt słaby. Więc go poprosiłem — mówił coraz ciszej tonem coraz bardziej pozbawionym jakichkolwiek emocji — by mnie zabił. Nie chciałem żyć bez nich, ale za bardzo się bałem, by samemu to zrobić. Gdyby pan Goro mnie ze sobą nie wziął — podjął nieco głośniej, wreszcie na nich spoglądając — żyłbym tylko marzeniem o śmierci. Myślałbym tylko o tym, jak ze sobą skończyć, nigdy tego nie robiąc ze strachu i tych resztek nadziei, że będąc żywym mogę ich chociaż wspominać. Pan Goro się nie zgodził — dodał gorzko, spuszczając na moment głowę — ale zaproponował coś innego. Powiedział, że mogę podróżować z nim. Że mnie opęta, choć nigdy mnie nie zniewoli. Że mnie uśpi, bym nie musiał cierpieć, ale że wybudzi mnie, jeśli tylko tego zapragnę. Dla mnie życie się już dawno skończyło. Więc żadna różnica — tłumaczył ponuro, wzruszając obojętnie ramionami — co się ze mną dalej dzieje. A tak to mogę komuś pomóc.

Belial pokiwał głową, starając się pomieścić w świadomości tę rozmowę i tę historię. Nie miał powodu, by nie wierzyć temu całemu Chengowi i był więcej niż pewien, że facet mówił prawdę, a Goro do niczego go nie zmuszał. Poza tym całość mu się jakoś kleiła i pasowała do Goro, więc w zasadzie nie miał nic do dodania. Podejrzewał, że Wiera miała na ten temat odmienne zdanie, ale to zamierzał im zostawić do rozmowy sam na sam.

Gdy Cheng umilkł, Belial odwrócił się w stronę cienia, w którym rozpoznawał swojego przyjaciela, mając do niego jedno, konkretne, bardzo treściwe pytanie.

— No i po chuj ty to ukrywałeś? — spytał, szczerze tego nie rozumiejąc. — To jest tak szlachetny powód, że totalnie mi do ciebie pasuje. Przecież w tym nie ma nic dziwnego! Ot, typ się zgodził, koniec pieśni! Żywych nie bierzemy, no bo kwestie moralne i tak dalej. Ale skoro ten sam chciał – i to z takiego powodu ­– no to co to za problem niby?

Kątem oka dostrzegł, jak Cheng nabiera powietrza, uśmiechając się błogo. Sprawiał wrażenie, jakby się na coś przygotowywał i rzeczywiście: już po chwili cień Goro zniknął, a Yun przez moment sprawiał wrażenie, jakby się czymś dławił. Wszystko po to, by już w kolejnej sekundzie widzieli przed sobą Goro w pełnej okazałości: zarówno duchem, jak i ciałem. Co więcej, mina mu stężała, rysy twarzy się wyostrzyły w pochmurnym wyrazie, a oczy, jak zawsze czujne i skupione, odrobinę przygasły.

— Tajemnica, im dłużej skrywana, tym bardziej ciąży — odparł wreszcie bardzo powoli, niemal ostrożnie. — A im jest trudniejsza do niesienia, tym głębiej się ją zakopuje. Ona… wrasta w ciebie, staje się częścią ciebie. Wtedy najtrudniej się z nią rozstać. Tym bardziej, że miałem świadomość, w jakim świetle mnie to postawi.

— Aha — mruknął Belial, niespecjalnie przekonany.

— Opętanie żywych jest złe — oznajmił stanowczo Goro. — Staram się was od tego odwieść, a nie zdołałbym, gdybyście wiedzieli, że sam łamię ten zakaz.

— Fakt — przyznał Bel, kiwając głową. — A co ty niby chciałeś sprawdzić, że tak chętnie się zgodziłeś?

— Czy dam radę wskrzesić bez pieczęci. 

— I dałeś...

— Z ogromnym trudem — wyznał, przymykając na moment powieki. — I tylko raz. Więcej mi się nie udało.

O kurde, pomyślał Belial, a więc bez pieczątki serio nie jesteś taki hardy! A to ciekawe.

— No dobra — westchnął — ja wiem już wszystko. Teraz sami sobie pogadajcie, bo Wiera ma chyba do ciebie więcej pytań. Poza tym weź jej wytłumacz, że za przypadkowe poznanie czyjejś tajemnicy nie załatwiamy ludzi.

Po tych słowach odwrócił się na pięcie i wyszedł z pomieszczenia. Jego naprawdę niespecjalnie obchodził ciąg dalszy; jemu te wyjaśnienia wystarczyły. Wierze pewnie nie, dlatego zostawił ich samych.

Co się tam wydarzy, Belial dowie się pewnie z plotek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^