ROZDZIAŁ 313

GORO

Na głowie miał naprawdę wiele problemów. Wokół rozpętało się istne piekło, które mieli prawo przewidzieć i jakoś go uniknąć, a jednak po raz kolejny dali się złapać w głupią pułapkę — i to tylko dlatego, że Belial chciał sobie zrobić wycieczkę po Bangkoku. Zamierzał z nim to wyjaśnić, ponieważ był naprawdę zły, ale to musiał zrobić później. Najpierw musieli poradzić sobie z wrogo nastawionymi demonami. To był bardzo duży kłopot, ale…

Ale Goro miał większy. Kłopot nazywał się Cheng Yun i leżał kilka metrów dalej, oparty ostrożnie o ścianę.

Musiał opuścić ciało, aby doprowadzić tę sprawę do końca. Musiał, aby ochronić swoich towarzyszy, aby ochronić Wierę. Gdyby zwlekał choć minutę dłużej, mogłoby dojść do tragedii. I tak ociągał się wystarczająco długo, a więc prędzej czy później musiało dojść do opuszczenia ciała.

Właśnie dlatego starał się nie mieszać do otwartych konfliktów. Dlatego wysyłał do walki innych, dlatego znosił zarzuty, że jest despotyczny, wysługujący się tymi, którzy podążyli za nim z własnej woli, a teraz byli traktowani jak podrzędni służący. Nie powiedziano mu tego w twarz, ale wiedział, że wielu tak go postrzegało. Starał się więc zmyć ten obraz i jawić się jako dobry lider i wierny przyjaciel. Ale do walki się nie zbliżał. Nie, gdy to wymagało opuszczenia ciała.

Na szczęście, gdy już wpadł w wir konfliktu, całość skończyła się szybko. I choć wciąż byli zaniepokojeni, mogli wrócić do swoich ciał i na spokojnie zająć się sprzątaniem i ustalaniem dalszego planu. Wiera bardzo pomogła im w łataniu uszkodzonych „kombinezonów”; na szczęście jego nie był specjalnie poszkodowany, więc czarodziejka nie miała przy nim wiele roboty. Goro martwiło tylko, że w pewnym momencie widział Wierę w pobliżu ciał. Jednak nic nie mówiła, więc być może niczego nie zauważyła. Gorąco się o to modlił.

I tak mieli wystarczająco dużo kłopotów. Cheng Yun nie powinien być jednym z nich.

Gdy wrócili do Londynu, Goro w pierwszej kolejności zwołał swoją radę, aby omówić to, co wydarzyło się w Tajlandii, ze zdradą Mantusa na czele. To była okazja do tego, by Wiera mogła odpocząć, zwłaszcza że z nią też musiał o tym porozmawiać. Miał nadzieję, że nie będzie miała mu za złe braku zaproszenia na zebranie, lecz były to kwestie na tyle poufne — i nie tylko związane z Rumenem — że nie mógł tego uczynić. Ale jako że Wiera słaniała się z nóg, musiała porządnie wypocząć, a oni w tym czasie mogli debatować.

Podczas zebrania padło wiele pomysłów, co się mogło stać z Mantusem i większość się obawiała, że jego pieczęć mogła zostać przez kogoś przejęta. Czy przez Rumena? Była to rzecz mało prawdopodobna, ale możliwa. Jednak to by oznaczało, że Rumen wiedział o pieczęciach znacznie wcześniej, bo nie miał innej okazji spotkać Mantusa niż podczas ich walki na drodze, gdy spotkali się po raz pierwszy. Stąd też niskie prawdopodobieństwo, że za wszystkim stal grisz, ale z drugiej strony — dlaczego Mantus ich oszukał? Należało go jak najszybciej odnaleźć i się tego dowiedzieć, choć jako że demon wyraźnie ich zdradził, zapewne będzie się ukrywał lub próbował zwabić ich w pułapkę. Ale musieli poznać prawdę.

Był naprawdę wykończony. I powoli miał coraz bardziej dość tego zamieszania.

Chwilami żałował wręcz, że dał się w to wplątać.

 

BELIAL

Z Tajlandii wywozili go jak markotnego, rozpieszczonego bachora, któremu rodzice nagle skrócili wakacje. Naprawdę chciał tam zostać chociaż na jeden wieczór, więc był zły, że mu pokrzyżowano plany, zwłaszcza w taki sposób. Tym bardziej, że im bardziej chcieli coś rozwiązać, tym bardziej im się plątało — i tak z jednego, pozornie małego kłopotu mieli całą lawinę złych wieści.

Goro też był wyraźnie nie w sosie. Belial już dawno go takiego nie widział: przemęczonego, poirytowanego, wyraźnie niezadowolonego. Zwykle przyjmował porażki z pokorą, lecz tym razem coś w nim pękło i jakby nie umiał się z tego podnieść. Belial obawiał się, że może braknąć mu siły na dalszą walkę, choć jednocześnie mocno w to wątpił. Aby więc go wzmocnić, już po zebraniu zaproponował, że przyprowadzi do niego Wierę i jak sobie znowu pod kocykiem posiedzą, od razu im obojgu się lepiej zrobi — zwłaszcza że i czarodziejka wyglądała na nieswoją. Ale nawet tym wzgardził, co z kolei sprowokowało w Belialu pewne wątpliwości.

— Ej, a z Wierą wszystko w porządku? — spytał, marszcząc przy tym brwi.

Był ciekaw, czy ich złe nastroje wynikały z tego, że zdążyli się pokłócić. Być może Wiera wykrzyczała Goro, że są nieudolni, a Goro zarzucił Wierze, że to ona ściągnęła na nich te wszystkie problemy. I byłoby tyle, jeśli chodzi o romans, pomyślał ponuro.

Goro obrzucił go spojrzeniem będącym mieszanką ogromnego zmęczenia, irytacji i politowania.

— Oczywiście, że nie. Z pewnością jest zestresowana i przemęczona. Jak ty sobie to wyobrażasz?

— No tak — mruknął pospiesznie Bel — ale ja nie to mam na myśli.

Szef popatrzył na niego bez zrozumienia, co dla demona było wskazówką, że jego przyjaciel nie dostrzegał w Wierze niczego poza zmęczeniem. A niby taki wszechwiedzący, pomyślał kpiąco.

— Nie zauważyłeś, że jest jakaś… no nie wiem, nieswoja?

— Daj jej odpocząć — westchnął ponuro — i mnie też. Każdy potrzebuje chwili wytchnienia.

— To sugestia, bym się odpierdolił?

— Tak.

— Dobra — mruknął ze wzruszeniem ramion, odwracając się na pięcie.

Goro nic nie dostrzegał, wobec czego i Belial zaczął się zastanawiać, czy czasem mu się nic nie przyśniło. Zapalając kolejnego papierosa, uznał nawet, że niepotrzebnie się przejmował, bo żadna z niego niańka, a on i tak dostatecznie się zmęczył, robiąc za swatkę. Mimo to coś go niepokoiło i nawet jeśli Wiera spławi go tak samo, jak to zrobił Goro, wolał spróbować. Obawiał się tylko, że swoim gadulstwem i ostatnim nachalnym swataniem zniechęcił ją do siebie. Jednak, wypaliwszy fajkę, ostatecznie zdecydował, że spróbuje z nią pogadać. Psiknął się jeszcze perfumami, żeby aż tak nie śmierdział dymem, po czym dziarskim krokiem ruszył pod jej komnatę.

— Cześć, nie przeszkadzam? — rzucił wesołym tonem, gdy w otwartych drzwiach stanęła Wiera. — Bo mam jedno takie małe pytanko… mogę wejść?

Na szczęście panna Woroncow nie zgłaszała większych protestów, dzięki czemu Belial natychmiast wpakował się do środka, zasiadł na sofie i poczęstował się orzeszkami wsypanymi do misy stojącej na niskim stoliku. Wodząc za Wierą wzrokiem, niewerbalnie namówił ją do tego, by usiadła obok, przy okazji bacznie się jej przyglądając. Wtem doszedł do wniosku, że na pewno nic mu się nie pomyliło: Wiera wyglądała… dziwnie. Bel sam nie umiał tego dokładnie określić, ale w jej oczach lśniło coś na wzór mieszanki gniewu, smutku, rozczarowania i żalu. Po chwilowym zastanowieniu Belial doszedł do wniosku, że żadne z tych za bardzo nie pasowało do tego, co spotkało ich w Bangkoku. Więc musiało chodzić o coś innego, wobec czego Belial postanowił zabawić się w detektywa.

Problem w tym, że nigdy nie był zbyt taktowny i nie wiedział, jak zacząć, żeby jej zbyt szybko nie wystraszyć.

— Wiera… — zaczął nieco niepewnie — a powiedz mi… wszystko w porządku? Ale tak na pewno?

Odczekał chwilę, mając nadzieję, że czarodziejka zaraz mu odpowie. Jednak zaraz tę ciszę przerwał, przypominając sobie, że musi coś podkreślić.

— To znaczy, ja wiem, że jesteś zmęczona, że tam w Tajlandii daliśmy dupy i że w ogóle sytuacja jest mało przyjemna… Ten skurwiel Rumen lubi się z nami zabawiać, ale spoko: jak my się z nimi bawić zaczniemy, to się facet zdziwi! Ale ja nie o nim — podkreślił prędko. — Po prostu wiem, że twoja zmiana nastroju może też z tego wynikać, ale moje pajęcze zmysły mówią mi, że chodzi o coś jeszcze. No? O co? Wyżal się wujkowi Belowi. Jemu możesz zaufać.

Miał nadzieję, że nie poszło mu najgorzej, choć był ostatnią osobą, która była w stanie to ocenić. Mimo to Bel wciąż się dziwił, że cokolwiek Wierę dręczyło, nie powiedziała nic Goro. Od razu było widać, że ci dwoje naprawdę dobrze się dogadują, więc co mogło spowodować tak nagłą zmianę?

— Jeśli jestem zbyt wścibski, to możesz mnie od razu wygonić — zastrzegł z dłońmi uniesionymi w obronnym geście — ale tak po ludzku się martwię, bo widzę, że z tej Tajlandii jakaś taka struta wróciłaś. I chyba nie chodzi tylko o atak, co? No — mruknął ponuro, widząc minę Wiery — tak myślałem. Więc o co? I gadałaś o tym z Goro?

Na wspomnienie tego imienia griszka momentalnie się spięła, a jej śliczną twarz na moment przeciął cień gniewu. I choć było to w bardzo złym tonie, Belial wprost nie mógł się powstrzymać i zaśmiał się krótko, już rozumiejąc, w czym rzecz. A przynajmniej się domyślając.

 — Aha — rzekł z rozbawionym uśmieszkiem — a więc Goro. Co przeskrobał? Coś się wam w związku wali, czy jednak poszło o to, co się stało w Tajlandii?

Wiedział, że mógł ją speszyć nawiązaniem do związku, ale widząc, jak Wiera momentalnie się wycofuje i zaczyna jakoś dziwnie zachowywać, Belial odgadł, że nie chodziło wcale o ich kiełkujący romans. Tutaj musiały wyjść znacznie większe działa i choć na początku Bel nie miał na to pomysłu, w końcu mu się przypomniało, że przecież wczoraj po raz pierwszy jaśnie pan Goro wylazł ze swojego ciała. Z którym, jak mu się zdawało, nie było do końca wszystko w porządku.

— Widziałaś jego ciało, co? Widziałaś, że oddychało?

Gdy Wiera wybałuszyła oczy i lekko pobladła, jasnym było, że faktycznie je widziała. Belialowi średnio się ta odpowiedź podobała.

— Ta — mruknął, kiwając lekko głową — też to widziałem, ale tylko przez chwilę. Myślałem, że się przewidziałem, ale skoro to potwierdzasz – a uwierz mi — zaśmiał się — twoja mina mówi wszystko! – to znaczy, że tak musi być…

Zamilkł na moment, czując na sobie dosłownie palące spojrzenie Wiery. Czarodziejka wyglądała tak, jakby się jej coś nagle ze szczęką popsuło i miała ją opuścić na samą wypolerowaną podłogę.

— Co tak na mnie patrzysz? — spytał w końcu, nie bardzo wiedząc, o co chodzi. — Co się tak dziwisz? W sensie, że co? Że nie wiedziałem? No nie — przyznał, drapiąc się po nosie — pojęcia nie miałem… chociaż się trochę tego domyślałem — dodał ze wzruszeniem ramion. — Goro nigdy nie pchał się do walki, wychodzenia z ciała unikał jak ognia, a przecież pamiętam, że kiedyś to nie sprawiało mu problemu. No i wskrzesił tą małą pasierbicę Vasco — zauważył, sam olśniony tym odkryciem. — No właśnie! — krzyknął. — A ja się dziwiłem, że tak lekko mu to poszło! Bo wiesz — tłumaczył żywiołowo — on wtedy nie miał pieczęci, nie? A demon bez pieczęci to taki specjalnie sprawny nie jest. To znaczy, Goro to ogólnie bardzo potężny demon, ale takie wskrzeszenie to nie byle co i chociaż zadyszki powinien dostać. A ten nic! A tak to by się wszystko kleiło — przyznał, kiwając w zamyśleniu głową niczym największy filozof — bo żywe ciała znacznie nas wzmacniają. Tylko ja nie wiem, na czym to polega.

Zamilkł na moment, próbując sobie ułożyć w głowie wszystkie argumenty, zakurzone wspomnienia i ślady wskazujące na to, że Goro rzeczywiście posługiwał się żywym ciałem. I choć było to dla niego lekkie zaskoczenie, nie robiło na nim takiego wrażenia jak na Wierze, która wyraźnie miała mu za złe tę tajemnicę.

— Wiesz, nie wkurzaj się na niego tak od razu — mruknął, nadal w zadumie — bo jak znam Goro, to prawda nie jest taka oczywista i ten nasz szefu nie jest takim zwyczajnym hipokrytą, jak się może wydawać. Bo jasne — przyznał, wzruszając ramionami — nam to zakazuje używania żywych ciał, no chyba że w ramach wyjątku i jakiegoś większego planu, jak ostatnio z kochasiem takim jednym, ale tak poza tym to się o to wkurza. I tak sobie myślę — mamrotał — że to ciało może w śpiączce po prostu być. To by mi do Goro pasowało, wiesz? — spytał, spoglądając na Wierę z powagą i przekonaniem. — My tak czasami z samobójcami robimy, że przejmujemy ich ciała i tak trochę oszukujemy rodziny, że ten typ żyje i ma się dobrze, tylko się pożegna, że niby wyjeżdża. A tak naprawdę to już martwy jest. A śpiączka to trochę jak śmierć prawie. Może facet śpi już te dziesięć lat i dam sobie rękę odciąć, że jakby się wybudził, to by go Goro wypuścił. Nie wiem — mruknął — ale uwierz mi, znam tego sztywniaka i on by tak po prostu sobie żywego nie wziął.

Nie umiał sobie wyobrazić Goro jako chciwego hipokryty, który splunął na honor i wziął czyjeś ciało bez pytania. Goro był dosłownie chory na punkcie honoru i na pewno nie zrobiłby czegoś takiego bez powodu. Wobec tego musiał być jakiś powód. No właśnie, ale jaki?, myślał.

— Chociaż — kombinował dalej — to nadal nie tłumaczy tego, że tak łatwo tę pasierbicę Vasco wskrzesił. No bo… już ci to tłumaczę — zakrzyknął energicznie, przypominając sobie, że Wiera może jeszcze nie znać wszystkich demonich mechanizmów. — Bo to jest tak, że my martwych bez pytania możemy przejąć, bo nie mają duszy, więc nic się tam innego nie gnieździ, to możemy swojego ducha spokojnie tam upchać. Z żywymi jest gorzej, bo oni mają duszę, więc tam jest ciasno. I jak znajdzie się jakiś świętoszek, co nigdy nie przeklina, popyla co tydzień do kościoła i nawet WinRara ma kupionego, to jego dusza jest… hm… cała. Bez jednej, najmniejszej dziurki, w którą byśmy mogli się wcisnąć. Dlatego bez zgody my takiego świętoszka opętać nie możemy. Ale jak ktoś mocno grzeszy, to w jego duszy robią się dziury i my się wtedy wcisnąć możemy. A wiadomo, im większy gnój, tym ma bardziej podziurawioną duszę i wtedy to już takiego o zgodę pytać nie musimy. Do czego zmierzam? — spytał retorycznie, zdając sobie sprawę, że znowu się rozgadał. — Ano do tego, że nawet jak typ jest w śpiączce, to jest żywy. I najwyraźniej facet był gnojem, nawet jeśli po tej anielskiej twarzyczce tego nie powiesz, skoro Goro opętał go bez problemu. Ale to mi nie pasuje do jego siły – i tu znowu wracamy do wskrzeszenia… Sorry, muszę się napić, w ustach mi zaschło od tego gadania.

Podszedł do regału, na którym stał dzbanek z wodą i zamiast użyć szklanki, pociągnął dużego łyka wprost z dzbanka, wylewając przy tym niemałą ilość na swoją koszulkę. Niespecjalnie się tym przejął, a jedynie obiecał Wierze, że posprząta po sobie te małe kałuże.

— Problem w tym — kontynuował — że skoro Goro był tak silny, to najpewniej otrzymał zgodę na opętanie. Bo wiesz, opętanie takiego świętoszka daje nam niesamowitego kopa! No ale, jak mówiłem, to tylko za zgodą świętoszka. Ale Goro spytać go o zgodę nie mógł, skoro jest w śpiączce, nie? Dlatego — mamrotał, spoglądając w zamyśleniu przed siebie — to trochę dziwne, nie powiem… No chyba że jakoś wcześniej się ugadali czy coś tam… nie wiem. Dziwne to, przyznam.

Poza tym, w tym wszystkim nie pasowała mu jeszcze jedna rzecz.

— No i czemu on z tego aż taką tajemnicę robił? — pytał zarówno Wierę, jak i samego siebie. — To niewątpliwie świadczy przeciw niemu. Bo co to za problem powiedzieć, że „no elo, tu jest taki, o, śpiący ludź i on w sumie jak martwy jest, to ja se go biorę”? Po co to tak ukrywać i się na oskarżenia o hipokryzję narażać?

Na to pytanie — jak i wiele innych — nie znał jeszcze odpowiedzi, ale szybko zamierzał to nadrobić i skonfrontować to odkrycie z Goro. Ale najpierw musiał jakoś uspokoić i pocieszyć Wierę. A to szło mu chyba z dość nędznym skutkiem.

— Pewnie zła na niego jesteś, co? I stąd ten parszywy humorek? No, wcale się nie dziwię. A to cwaniaczek jeden — zaśmiał się bardziej do siebie niż do Wiery.

Bo choć kwestia jego ciała budziła wątpliwości, Bel był dumny, że jego mały szef zaczął się wreszcie jakkolwiek buntować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^