GORO
Dziwnie się czuł, słuchając opowieści o Rumenie. Wszystko
przez to, że jego pierwotne cele i argumenty były trafne, a trudno było
przyznawać rację komuś, kto czyhał na ich życie. A jednak, gdyby Rumen użył
innych, mniej inwazyjnych sposobów na przekonanie griszów do swoich racji, być
może dziś byłby ich guru, jednocześnie pozostając mężem Wiery. Myśl o tym, jak
bardzo zbyt wysokie ambicje mogły zmienić człowieka, nieco Goro niepokoiły; on
sam nigdy nie chciałby się w kogoś takiego przemienić, choć wiedział, że nieraz
był tego bardzo blisko. Najbliżej zaś był w momencie tworzenia pierwszej Rady
razem z Lucą. Goro wiedział, że jego postanowienia były wtedy zbyt radykalne i
to właśnie ten radykalizm doprowadził do kolejnych, jakże tragicznych
wydarzeń.
Nie lubił o tym myśleć, zwłaszcza w ten sposób, ale czasami
należało uderzyć się w pierś.
Poraziło go zaś zwrócenie uwagi, jak bardzo Rumen opierał
się na wątpliwościach i samotności Wiery. Dosłownie wykorzystywał te karty, by
najpierw uzależnić ją od swojego wsparcia, a potem nim ją szantażować. To
sprawiło, że Goro na powrót poczuł, jak przez jego żyły przepływa nienawiść na
samą myśl o tym człowieku.
Natomiast zupełnie go zaskoczyła swoim postrzeganiem
miłości. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi, tak mocno rzeczowej i
rzeczywiście wypranej ze wszelkiej magii. Uśmiechnął się pod nosem, rozumiejąc
wreszcie, co Wiera przez cały czas miała na myśli. Rzeczywiście źle ją
zrozumiał, ale to dlatego, że w życiu nie spodziewał się takiego podejścia do
najpiękniejszego uczucia na świecie. I tym samym już wiedział, dlaczego Wiera
szukała w tym aż takiego rodzaju magii, w który Goro nie bardzo wierzył. Tym
samym już wiedział, że nie mógł jej tego odmówić.
Zachichotał cicho, gdy Wiera wspomniała, że ciało, które
wybrał, jest estetyczne. Doceniał komplement, podobnie jak ten malutki, niby
nic nieznaczący gest okrycia go szczelniej kocem. Zastanawiał się, co Wierą
kierowało, że aż tak się przed nim otworzyła, ale sądził, że to nie był jeszcze
odpowiedni czas na zadawanie tak dosadnych pytań.
Zamiast tego dyskutowali jeszcze chwilę na temat mowy ciała,
na którą Goro bardzo mocno zwracał uwagę, ale bardziej w celu doszukania się
podejrzliwych gestów niźli odbierania tego jako flirt. W tak sympatycznej
atmosferze posiedzieli jeszcze chwilę, korzystając jeszcze chwilę z tego
rozluźnienia, starając się nie myśleć o Rumenie i o tym, że prędzej czy później
czekała ich konfrontacja.
Niestety, temat Rumena wrócił już następnego dnia, kiedy
zwiadowcy wrócili ze swoich łowów z wiadomościami, na które czekali.
— Rumunia — oznajmił z westchnieniem Belial, siadając na
krześle po drugiej stronie biurka Goro. — Trochę daleko, co? Ciekawe co oni tam
robią. Swoją drogą — dodał z rozbawieniem — to śmieszny zbieg okoliczności,
nie? To podobieństwo nazw: Rumen, Rumunia. Rumunia, Rumen. Rumenia… Rumun… Tak,
to bardzo pasuje!
Według Goro, podobna zbieżność nazw nie była ani zabawna,
ani ciekawa, dlatego spoglądał na Beliala ze zmęczonym milczeniem, mając
nadzieję, że czym prędzej przejdzie do rzeczy.
— Druga jest na samym wschodzie Ukrainy, a trzecia w
Tajlandii. Także czeka nas wycieczka po połowie globu. Fajnie, nie?
Niefajnie, pomyślał ponuru Goro. Nie mieli czasu do
stracenia, więc im więcej musieli go zmarnować na podróż, tym gorzej. Zwłaszcza
że nie było mowy o Marceline za granicę — Belial wprawdzie znowu mógłby
zahipnotyzować jej rodziców, ale Goro nie zamierzał się na to godzić. Wobec
tego musieli znaleźć jakiegoś formatora na miejscu, co było dodatkową
trudnością i zmarnowaniem czasu. Ale nie mieli innego wyjścia, dlatego musieli
wyruszyć jak najszybciej.
— W Rumunii to jest grupa ponad stu demonów — relacjonował
dalej Belial. — Sporo, nie? Też się zdziwiłem. Bo na Ukrainie jest ich chyba ze
czterdziestu, a w Tajlandii chyba jeszcze mniej nawet. To chyba dobrze, nie? —
pytał. — Skoro taka Marceline dała sobie radę z nami wszystkimi tutaj, to z tą
resztą tym bardziej…
— Nie weźmiemy Marceline ze sobą.
— O rany no — jęknął przeciągle Belial — wiadomo, że nie
weźmiemy! Nie rób ze mnie idioty. Formatora po drodze się znajdzie, Wiera
pewnie to ogarnie. To co? — Demon klasnął w dłonie. — Jedziemy do Rumunii?
— Jedziemy.
— No i fanie! Zaraz zbiorę ekipę, rozkażę to i tamto, i tak
dalej. Już nie pamiętam, kiedy byłem w Rumunii i wiesz co? Nigdy nie udało mi
się sprawdzić jednej rzeczy.
Belial nie zechciał wyjaśnić, jaka to rzecz, a i Goro nie
zamierzał dopytywać. Nie przerywał mu też zbędnymi pytaniami, tylko obserwował,
jak jego przyjaciel z nieco głupkowatym uśmiechem wyjmował swój telefon,
wybierając jakiś numer i zaraz przykładając komórkę do ucha.
— Hej, Vasco! — zakrzyknął wesoło. — O rany!, ty niedługo to
już nawet Vasco nie będziesz, masakra… Ale i tak będę tak do ciebie mówił,
dobra? Dobra, słuchaj… nie spytam, czy nie przeszkadzam, bo mnie to nie
interesuje, a i tak tylko na chwilę dzwonię… a wpaść do ciebie z kawą? Mogę!,
ale to później. Dobra, ale nieważne, słuchaj. Ty, a ten cały Vlad Palownik to
serio wampir był? No wiesz, Dra… Tak! No, Dracula. To on serio tym Draculą był?
Ty, a on w ogóle żyje jeszcze? Ten wampir w sensie? Bo jedziemy na wycieczkę do
Rumunii i pomyślałem, że fajnie byłoby pozn… No, no. A weź kochasia spytaj! No,
poczekam. Nie wie? Kurde! Ale chuj, i tak poszukam. Dobra, dzięki Vasco, do
zobaczyska! — Uśmiechnięty od ucha do ucha Belial schował telefon do kieszeni,
po czym zerknął na Goro z nagłą powagą. — Nie wie, czy Dracula w ogóle istniał.
Szkoda, nie? To dopiero byłoby super.
Goro westchnął ciężko, czując, jak opadają mu ramiona.
— Nie mamy czasu na szukanie Draculi.
— Oj tam — mruknął, machnąwszy lekceważąco ręką — jak nie
dziś, to kiedy indziej. No ale weź: ciebie to nie interesuje?!
— Nie.
— Dobra, nie to nie. Idę zbierać ludzi.
Wreszcie powiedział coś mądrego, pomyślał ze
zmęczeniem Goro, sam dźwigając się z fotela, aby odszukać Wierę i powiedzieć
jej o tym, co zamierzają. Miał nadzieję, że będzie gotowa w każdej chwili
ruszyć. Lot z Wielkiej Brytanii do Rumunii nie powinien trwać zbyt długo, dlatego
zależało mu, by wyruszyć jak najszybciej. Rudy, jego zwiadowca, znał
przybliżoną lokalizację kilku z wędrownych, dlatego wiedzieli, dokąd się udać.
Podróż do Rumunii zajęła im trzy godziny. Był dwudziesty
pierwszy grudnia i choć śniegu nigdzie nie uświadczyli, wszędzie wokół migały
kolorowe światełka, a z witryn sklepowych witały ich wszelkiego rodzaju ozdoby
świąteczne. Lał deszcz, wiatr zdawał się przeszywać trzewia i sięgać jak
najgłębszych zakamarków duszy, dlatego ulice były puste, a jedyni nieliczni
przechodnie opatulali się w ciepłe płaszcze i szale, walcząc ze swoimi
parasolami szarpanymi przez wichurę. Na miejsce dotarli wraz z Wierą, Belialem,
kilkoma demonami w ramach ochrony oraz profesorem Fridwickiem Johnsonem, który
za niemałą sumkę zgodził się im posłużyć jako formator. Taksówkami dotarli do
niewielkiego, obskurnego baru, w którym mieli spotkać się z niejakim Meresinem.
Na miejscu czekał już na nich Rudy wraz z kilkoma swoimi demonimi szpiegami,
którzy umówili spotkani z Meresinem. To bowiem, jak się okazało, wcale nie było
takie proste. Demon miał ciasny, dokładnie ułożony grafik, w którym zapisywał
spotkania z mocno… zdesperowanymi jednostkami. Co więcej, znajdował go tylko
ten, który wiedział kogo i po co szukać, co nie było takie proste. Goro mógł
się tylko domyślać, skąd tak szeroko zakrojone środki ostrożności, a jego
przypuszczenia się potwierdziły, gdy przeprowadzono ich przez bar oraz dwa
ukryte przejścia, by doprowadzić do piwnicznej, niewielkiej, choć wzbudzającej
wrażenie komnaty. Całość wyglądała jak sala szalonego, satanistycznego
alchemika: w blasku wszędzie porozstawianych świec widniały wysokie półki pełne
starych, oprawionych w skórę ksiąg, ozdobnych czaszek, gablot pełnych
kolorowych flakoników z bliżej nieznaną zawartością oraz stare, obskurne,
obdarte ściany zamalowane licznymi symbolami. I o ile Goro jak zwykle niczego
po sobie nie okazywał, tak Belial oglądał to wszystko z nieukrywaną kpiną.
— Moi dawni bracia.
Odwrócili się jak na komendę, słysząc niski, gładki,
przyjemny dla oka głos. W wejściu do komnaty stał mężczyzna na oko młody,
jeszcze przed czterdziestką, o rzadkich, zaczesanych do tyłu ciemnych włosach,
szczupłej, pociągłej twarzy, lecz otyłym, dość rozlanym ciele. Całość
podkreślał dość mocno opiętym, lekko połyskującym garniturem, potęgując tym
samym jego imponującą posturę.
— Fu — mruknął Belial, marszcząc nos — ale ohydne ciało.
Lepszych na stanie nie mieli?
Meresin uśmiechnął się pobłażliwie, powłócząc po nich
wszystkich spojrzeniem. Na dłużej zatrzymało się na Wierze, lecz zaraz ponownie
skupił się na Belialu.
— Nigdy nie umiałeś patrzeć głębiej. Sztuka stwarzania
pozorów to rzecz trudniejsza niż może ci się wydawać.
— No — parsknął obojętnie Bel, rozglądając się ostentacyjnie
po sali — trochę tych pozorów tutaj masz. Na chuj ci tu te wszystkie bzdury?
Przecież tu nic z tych symboli nie działa. Po co ci to? Żeby głupich wieśniaków
zapewnić, że uprawiasz tu prawdziwe czary?
Goro miał ochotę zamordować Beliala, ale najwidoczniej
Meresin bawił się całkiem dobrze, przekomarzając się z jego przyjacielem, który
całą sobą okazywał swoje zmniejszające się z każdym słowem IQ. Niestety, dość
szybko mu przeszło, ponieważ ponownie zwrócił wzrok ku Wierze, przyglądając się
jej podejrzliwie.
— Kim ona jest? To żadna z nas.
— Grzeczniej — burknął Belial.
— Nie zapominasz aby — odparł leniwie Meresin — kto tu jest
gościem, a kto gospodarzem?
— Belial, milcz — rzekł Goro ze spokojem, w który włożył
sporo wysiłku. — Zacznijmy od nowa. Meresinie, jestem rad, że znowu cię widzę.
Ta mała grzeczność zadziałała jak zaklęcie: Meresin
uśmiechnął się radośnie, zbliżając się do Goro i ściskając go serdecznie. Z
Belialem wymienił uścisk dłoni, robiąc taki wyraz twarzy, jakby nie zaszła
między nimi żadna pyskówka. Goro wcale się temu nie dziwił; zawsze lubił
Meresina, wobec czego ubolewał nad jego odejściem.
— To nasza przyjaciółka, Wiera Woroncow — wyjaśnił Goro z
lekkim uśmiechem. — Wiero, poznaj naszego dobrego druha, Meresina. Przyjacielu,
mamy duży problem, o którym musimy pilnie porozmawiać.
Demon zgodził się bez żadnych zbędnych pytań. Wyjaśnił tylko
na wstępie, że na Rumunii zabobony stoją dość pewnie, co jego demony nierzadko
wykorzystują, uprawiając dość stare praktyki polegające na wróżeniu i
spełnianiu małych cudów za horrendalne kwoty, dzięki czemu demony łatwo się tu
ustawiły. Stworzyły swój własny, dość hermetyczny świat, którego nie chcieli
opuszczać — ale właśnie to poczucie straty sprawiło, że z tym większym
niepokojem przyjęli wieść o Rumenie. Ze względnym spokojem przyjął też wieść o
pomyśle wtapiania pieczęci w ciała, dzięki czemu po kilku godzinach zbierania
wszystkich demonów w jednym miejscu mogli zabrać się do pracy. Profesor Johnson
był znacznie lepszym formatorem od Marceline, co, biorąc pod uwagę wiek i
doświadczenie, nikogo nie dziwiło. Wprawdzie potrzebował pomocy Wiery, lecz
przynajmniej nikt nie zemdlał i nie przestał oddychać.
Z tymi poszło gładko.
— To co — zakrzyknął Belial nocą jeszcze tego samego dnia —
ciśniemy na Ukrainę? To niedaleko, to nie ma co się zatrzymywać.
Więc się nie zatrzymywali. Profesor Johnson wyszedł
najwyraźniej z tego samego założenia, ponieważ zgodził się im towarzyszyć.
Zastrzegł jednak, że to Tajlandii nie poleci, a on sam w cenie usługi oczekuje
prywatnego samolotu do domu, poniewa chciał zdążyć na świąteczną kolacę ze
swoją rodziną. Goro natychmiast przystał na te warunki, dzięki czemu mogli czym
prędzej ruszyć na Ukrainę.
Eszmadaj na szczęście też był chętny do współpracy, choć
spotkał się z kilkoma odmowami i protestami. Wobec buntowników ten chudy jak
szkapa, wysoki demon o dość niepokojącym wyrazie twarzy musiał zastosować tylko
sobie znane metody, które ostatecznie poskutkowały, czymkolwiek były. Przez to
dość powolne zebranie demonów, mimo ich mniejszej liczebności cały proces zajął
im więcej czasu, ale i tak wszyscy byli zadowoleni, że się udało.
A potem trafili do Tajlandii. Belial był zachwycony, chłonąc
nocny, imprezowy krajobraz, ale nie było mowy o żadnych przystankach. Tym razem
w roli formatora towarzyszyła im Elaine Rasgortra, dość płochliwa i gadatliwa
nauczycielka fizyki jednego z okolicznych liceów. Jej charakter nie pasował
Goro do spotkania, które za chwilę mieli odbyć, bo wiedział, że rozmowa z Hakaelem
nie będzie łatwa, a jeśli Elaine za szybko się zestresuje, nie będzie w stanie
wykonać rytuału. Zresztą, sam Goro obawiał się tej konfrontacji.
I szybko się przekonał, że obawy nie były bezpodstawne.
— Ty, samozwańczy królu — ryczał wściekle Hakael — chcesz
jeszcze tłamsić nas, sobie podobnych, ale według ciebie nierównych? Ty, któryś
ustalił swoją hierarchię, plując na nasz honor i święte poczucie wolności?
Jakże ci ta malowana palcem na wodzie władza ducha przeżarła, jeśli myślisz, że
możesz wejść do MOJEJ świątyni i wydawać mi rozkazy!
Demon w ciele szczuplutkiego, młodziutkiego mężczyzny o
rudych, gęstych lokach i czekoladowych oczach wzbudzał ambiwalentne odczucia. Gniew,
którym emanował, zupełnie nie pasował do jego przystojnej, chłopięcej twarzy.
Lecz aparycja nie przeszkodziła we wzbudzaniu w odbiorcach niepokoju i
napięcia.
— Nie jestem niczyim królem — próbował wyjaśniać Goro — i
nie chcę nikogo do niczego zmuszać. Chcę tylko…
Hakael nie był ciekaw tego, czego Goro nie chciał, bo
natychmiast kazał się im wynosić, kładąc kres ich wyprawie i całym staraniom.
— Widzisz — szepnął Belial Wierze do ucha, gdy już znaleźli
się w bezpiecznej odległości od świątyni — jakbyś się z tym o, tutaj, królem
samozwańczym spiknęła, to patrz, byłabyś królową! Chyba też samozwańczą, ale
nieważne. Fajnie, nie? — spytał z szerokim, złośliwym uśmieszkiem, puszczając
jej oczko.
Goro by się o to zdenerwował, ale nie miał na to czasu, siły
i ochoty. Oto bowiem powstała ogromna luka w ich planie, a demon był pewien, że
nie zdoła już przekonać Hakaela do współpracy, podobnie zresztą jak jego
demonów. Wprawdzie mogliby spróbować odszukać poszczególne jednostki i postarać
się je namówić, ale prędzej czy później ktoś doniósłby o tym Hakaelowi, co
skończyłoby się zaognieniem i tak tlącego się konfliktu. Ochrony też nie
chcieli, zupełnie lekceważąc problem Rumena. Twierdzili, że żaden byle człowieczek
nie jest w stanie im zaszkodzić, ale Goro czuł w kościach, że Hakael grubo się mylił.
— Aha — mruczał Belial — i co teraz? Wiera, a weź się
zastanów — odwrócił się, spoglądając z nadzieją na griszkę — czy ty nie znasz
jakichś innych sposobów? No zobacz, to całe malowane w kościach, czy jak
to szło, umiesz, chociaż my nie mieliśmy o tym pojęcia i nasza magia nie
pozwala nam wtapiać pieczęci w ciało. To może na tych dekli też masz jakiś
sposób?
Goro szczerze w to wątpił, ale i tak już nic nie mogli na to
poradzić. Panią Rasgotrę odprawili wraz z sowitą zapłatą, oni zaś mieli jeszcze
jeden dzień zostać w Tajlandii, głównie na życzenie Beliala, który uwielbiał
ten kraj. Z tego powodu musieli zatrzymać się w jakimś hotelu, co Goro wcale
się nie uśmiechało, ale z drugiej strony rzeczywiście wszyscy byli przemęczeni.
Poza tym mieli za towarzyszkę Wierę, która była od nich odrobinę mniej
wytrzymała, toteż krótki przystanek był wskazany.
Belial natychmiast zaoferował
— Wiera, ktoś musi być z tobą w pokoju, bo nie ma szans,
byśmy cię samą zostawili, skoro w mieście panoszą się ci debile Hakaela. Nie są
groźni, ale wiesz, jak jest. No i jest jeszcze Rumen, to już w ogóle. Tak się
składa — tłumaczył z westchnieniem — że ciągnęliśmy słomki, kto z tobą
zamieszka i Goro wyciągnął najkrótszą. Dacie radę — rzekł wesoło, klepiąc rozeźlonego
Goro po ramieniu. — Ja mam pokój obok z Rudym. Sama przyjemność. A!, i jeszcze
jedno! — zakrzyknął, machając im kluczami do pokoju przed nosem. — Robiłem, co
mogłem, ale mieli tylko z łóżkiem małżeńskim.
Z tymi słowy, uśmiechając się wesoło, rzucił im kluczyki, po
czym niemal natychmiast się oddalił, wiedząc, że gdyby był choć odrobinę
bliżej, Goro by go udusił.
— Chyba nie ma sensu — westchnął ze zmęczeniem — bym za
niego znowu przepraszał. Ciągle to robię i będę musiał robić tak długo, jak
tylko będzie łaził po tym świecie. Mam tylko nadzieję, że jego niepoprawne gadulstwo
i zbytnia bezczelność nie zraziły cię za bardzo. Jeśli tak, powiedz tylko
słowo, a więcej na ciebie nawet nie spojrzy.
Naprawdę nie chciał, by przez specyficzną postać Beliala
Wiera czuła się jakkolwiek źle. Wszak byli odpowiedzialni nie tylko za jej
bezpieczeństwo, ale także komfort psychiczny, skoro musiała z nimi spędzać aż
tyle czasu.
— Odprowadzę cię do pokoju — odparł po chwili — a potem na
chwilę zniknę porozmawiać z Rudym. Tak jak Belial powiedział, demony Hakaela
nie są groźne: są tak samo honorowi jak my, więc nikogo nie zaatakują. Ale sama
wiesz, że musimy mieć oczy dookoła głowy. I nie martw się — rzucił z lekkim
uśmiechem — będę leżał na kanapie.
Prędko się jednak okazało, że nie było tam żadnej kanapy.
Pokoik był naprawdę niewielki, choć bardzo przytulny. Większość przestrzeni
zajmowało ogromne dwuosobowe łóżko, naprzeciwko zaś stało biurko z jednym
krzesłem, nad którym wisiała plazma. Po lewej znajdowała się szafa, a kawałek
dalej drzwi do niewielkiej łazienki. I to wszystko.
— Albo w ogóle nie będę leżał — mruknął bardziej do siebie
niż do Wiery.
Tym bardziej, że nawet przecież nie sypiam.
— Poczekaj tu chwilkę. To mi zajmie niewiele czasu, a potem
będziemy mogli coś zjeść i pójść na spacer.
Dzięki kompletowi udostępnionych w łazience kosmetyków, Wiera
miała szansę się odświeżyć, a Goro mógł załatwić niewielkie formalności. Wokół
pokoju miał się kręcić jeden z demonów Rudego, dlatego Goro mógł ze spokojnym sumieniem
się oddalić.
Na szczęście i nieszczęście, natrafił przy okazji na
Beliala.
— Zabiję cię — oznajmił z lodowatym spokojem, zmierzając ku
stojącemu nieopodal Rudemu.
— Dobra, dobra. Jak będę twoim drużbą, to mi będziesz za to
we łzach dziękować.
— Naprawdę cię zabiję.
— Skoro musisz.
Więcej dodawać nie musieli, tym bardziej że Rudy:
płomienistowłosy, niemal chorobliwie blady demon miał wyjątkowo nietęgą minę. W
dłoniach dzierżył notes oprawiony w bordową skórę i Goro nie miał wątpliwości,
że cokolwiek było tam zapisane, było bardzo ważne.
— Jakie wieści? — spytał Goro.
— Złe i złe — oznajmił Rudy z dobitną szczerością. — Którą
wolisz najpierw?
— Tę drugą złą poprosimy — rzekł Belial.
— Druga zła jest taka, że poszukiwania idą dość wolno.
Siedzimy tu już jakiś czas i rozglądamy się za demonami, ale sami wiecie, że musimy
to robić maksymalnie ostrożnie, żeby się Hakael nie wściekł. Dzisiejsza jatka
tylko nam potwierdziła, że pewnie mają coś za uszami…
Rudy zamilkł na moment, przelotnie zerkając na notes.
— Co tam masz? — dopytywał Goro.
— Adres. Namierzyliśmy jednego delikwenta bez pieczęci.
— Cholera jasna! A co z pieczęcią? Wiadomo o niej cokolwiek?
— Nic a nic. Ale podejrzewamy, że stracił ją niedawno.
To były naprawdę bardzo złe wiadomości. Bo choć polegali
głownie na poszlakach i domysłach, nietrudno było dodać dwóch do dwóch i wysnuć
podejrzenia, że Rumen mógł tutaj dotrzeć przed nimi. I jeśli się okaże, że wokół
kręciło się więcej demonów bez pieczęci, mogli mieć większe kłopoty niż
sądzili.
— Czy on tej pieczęci jakoś szuka? — pytał dalej Goro,
próbując znaleźć w tym wszystkim jakiś promyczek nadziei.
— No właśnie nie — odparł Rudy, krzywiąc się brzydko. — I to
jest najbardziej alarmujące. Typ zachowuje się tak, jakby wiedział, co się
święci, tylko udawał. Na pewno coś ukrywa.
— Kur…
Belial nie zdążył nawet do końca zakląć, kiedy usłyszeli
jakiś stłumiony, niezbyt wyraźny hałas, a po chwili odczuli duże wyładowanie
energii — i to bardzo charakterystycznej. Gdzieś w pobliżu musiał być jakiś demon,
ale żaden z trzech rozmówców go nie rozpoznawał, co świadczyło jak najgorzej.
Goro natychmiast poczuł, jak zalewa go panika na myśl, że energia dobiegała z
pierwszego piętra, czyli okolic ich pokoju. Czując, jak robi mu się jednocześnie
zimn i gorąco ze strachu, biegiem rzucił się w tamtą stronę, niemal wyrywając drzwi
z zawiasów. A to, co zobaczył na miejscu, na jedną, zbyt długą sekundę, wmurowało
go w ziemię.
Przed sobą ujrzał bowiem dotąd nieznanego sobie mężczyznę,
który był źródłem demoniej energii. Jednak coś było nie tak, bo demon wyraźnie
próbował wydostać się z ciała, lecz nie mógł. Odpowiedzią okazała się wyraźnie
zmęczona Wiera, wciśnięta w kąt sypialni. Wyglądała tragicznie: włosy miała
potargane, a z nosa ciekła krew, najpewniej od nadmiaru wysiłku. Cokolwiek robiła,
nie pozwalała demonowi wydostać się z ciała, ale to nie mogło trwać długo. Goro
błyskawicznie rzucił się na typa, ale to niewiele pomogło, bo jedyne, co
osiągnął, to znokautowanie martwego ciała: demon zdołał się uwolnić, ruszając
wściekle w stronę Wiery. Na to na szczęście zareagował Belial i Rudy, którzy
opuścili swoje ciała, stając z rywalem jak równy z równym. Niestety, ich
przewaga liczebna była tylko chwilowa i szybko się okazało, że wróg nie był
sam. Goro, nie mogąc opuścić własnego ciała, rzucił się w stronę Wiery,
starając się ją zasłonić.
— Stój tu! — krzyknął. — Nie wychylaj się, nie reaguj!
Domyślał się, że go nie posłucha, choć lepiej, by to
zrobiła. Goro zaś starał się osłabić ciała tych, którzy właśnie wchodzili do
sypialenki. Na szczęście także ich duchy były dość słabe: jednego Goro zdołał unieruchomić,
drugiego znacznie spowolnić. Wszystko to było możliwe z jednego, dość prostego
i przerażającego powodu.
Oni nie mieli pieczęci.
A to podsuwało tylko jedną możliwość.
Wobec tego było źle. Bardzo źle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz