ROZDZIAŁ 311

GORO

Dziwnie się czuł, słuchając opowieści o Rumenie. Wszystko przez to, że jego pierwotne cele i argumenty były trafne, a trudno było przyznawać rację komuś, kto czyhał na ich życie. A jednak, gdyby Rumen użył innych, mniej inwazyjnych sposobów na przekonanie griszów do swoich racji, być może dziś byłby ich guru, jednocześnie pozostając mężem Wiery. Myśl o tym, jak bardzo zbyt wysokie ambicje mogły zmienić człowieka, nieco Goro niepokoiły; on sam nigdy nie chciałby się w kogoś takiego przemienić, choć wiedział, że nieraz był tego bardzo blisko. Najbliżej zaś był w momencie tworzenia pierwszej Rady razem z Lucą. Goro wiedział, że jego postanowienia były wtedy zbyt radykalne i to właśnie ten radykalizm doprowadził do kolejnych, jakże tragicznych wydarzeń.

Nie lubił o tym myśleć, zwłaszcza w ten sposób, ale czasami należało uderzyć się w pierś.

Poraziło go zaś zwrócenie uwagi, jak bardzo Rumen opierał się na wątpliwościach i samotności Wiery. Dosłownie wykorzystywał te karty, by najpierw uzależnić ją od swojego wsparcia, a potem nim ją szantażować. To sprawiło, że Goro na powrót poczuł, jak przez jego żyły przepływa nienawiść na samą myśl o tym człowieku.

Natomiast zupełnie go zaskoczyła swoim postrzeganiem miłości. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi, tak mocno rzeczowej i rzeczywiście wypranej ze wszelkiej magii. Uśmiechnął się pod nosem, rozumiejąc wreszcie, co Wiera przez cały czas miała na myśli. Rzeczywiście źle ją zrozumiał, ale to dlatego, że w życiu nie spodziewał się takiego podejścia do najpiękniejszego uczucia na świecie. I tym samym już wiedział, dlaczego Wiera szukała w tym aż takiego rodzaju magii, w który Goro nie bardzo wierzył. Tym samym już wiedział, że nie mógł jej tego odmówić.

Zachichotał cicho, gdy Wiera wspomniała, że ciało, które wybrał, jest estetyczne. Doceniał komplement, podobnie jak ten malutki, niby nic nieznaczący gest okrycia go szczelniej kocem. Zastanawiał się, co Wierą kierowało, że aż tak się przed nim otworzyła, ale sądził, że to nie był jeszcze odpowiedni czas na zadawanie tak dosadnych pytań.

Zamiast tego dyskutowali jeszcze chwilę na temat mowy ciała, na którą Goro bardzo mocno zwracał uwagę, ale bardziej w celu doszukania się podejrzliwych gestów niźli odbierania tego jako flirt. W tak sympatycznej atmosferze posiedzieli jeszcze chwilę, korzystając jeszcze chwilę z tego rozluźnienia, starając się nie myśleć o Rumenie i o tym, że prędzej czy później czekała ich konfrontacja.

Niestety, temat Rumena wrócił już następnego dnia, kiedy zwiadowcy wrócili ze swoich łowów z wiadomościami, na które czekali.

— Rumunia — oznajmił z westchnieniem Belial, siadając na krześle po drugiej stronie biurka Goro. — Trochę daleko, co? Ciekawe co oni tam robią. Swoją drogą — dodał z rozbawieniem — to śmieszny zbieg okoliczności, nie? To podobieństwo nazw: Rumen, Rumunia. Rumunia, Rumen. Rumenia… Rumun… Tak, to bardzo pasuje!

Według Goro, podobna zbieżność nazw nie była ani zabawna, ani ciekawa, dlatego spoglądał na Beliala ze zmęczonym milczeniem, mając nadzieję, że czym prędzej przejdzie do rzeczy.

— Druga jest na samym wschodzie Ukrainy, a trzecia w Tajlandii. Także czeka nas wycieczka po połowie globu. Fajnie, nie?

Niefajnie, pomyślał ponuru Goro. Nie mieli czasu do stracenia, więc im więcej musieli go zmarnować na podróż, tym gorzej. Zwłaszcza że nie było mowy o Marceline za granicę — Belial wprawdzie znowu mógłby zahipnotyzować jej rodziców, ale Goro nie zamierzał się na to godzić. Wobec tego musieli znaleźć jakiegoś formatora na miejscu, co było dodatkową trudnością i zmarnowaniem czasu. Ale nie mieli innego wyjścia, dlatego musieli wyruszyć jak najszybciej.

— W Rumunii to jest grupa ponad stu demonów — relacjonował dalej Belial. — Sporo, nie? Też się zdziwiłem. Bo na Ukrainie jest ich chyba ze czterdziestu, a w Tajlandii chyba jeszcze mniej nawet. To chyba dobrze, nie? — pytał. — Skoro taka Marceline dała sobie radę z nami wszystkimi tutaj, to z tą resztą tym bardziej…

— Nie weźmiemy Marceline ze sobą.

— O rany no — jęknął przeciągle Belial — wiadomo, że nie weźmiemy! Nie rób ze mnie idioty. Formatora po drodze się znajdzie, Wiera pewnie to ogarnie. To co? — Demon klasnął w dłonie. — Jedziemy do Rumunii?

— Jedziemy.

— No i fanie! Zaraz zbiorę ekipę, rozkażę to i tamto, i tak dalej. Już nie pamiętam, kiedy byłem w Rumunii i wiesz co? Nigdy nie udało mi się sprawdzić jednej rzeczy.

Belial nie zechciał wyjaśnić, jaka to rzecz, a i Goro nie zamierzał dopytywać. Nie przerywał mu też zbędnymi pytaniami, tylko obserwował, jak jego przyjaciel z nieco głupkowatym uśmiechem wyjmował swój telefon, wybierając jakiś numer i zaraz przykładając komórkę do ucha.

— Hej, Vasco! — zakrzyknął wesoło. — O rany!, ty niedługo to już nawet Vasco nie będziesz, masakra… Ale i tak będę tak do ciebie mówił, dobra? Dobra, słuchaj… nie spytam, czy nie przeszkadzam, bo mnie to nie interesuje, a i tak tylko na chwilę dzwonię… a wpaść do ciebie z kawą? Mogę!, ale to później. Dobra, ale nieważne, słuchaj. Ty, a ten cały Vlad Palownik to serio wampir był? No wiesz, Dra… Tak! No, Dracula. To on serio tym Draculą był? Ty, a on w ogóle żyje jeszcze? Ten wampir w sensie? Bo jedziemy na wycieczkę do Rumunii i pomyślałem, że fajnie byłoby pozn… No, no. A weź kochasia spytaj! No, poczekam. Nie wie? Kurde! Ale chuj, i tak poszukam. Dobra, dzięki Vasco, do zobaczyska! — Uśmiechnięty od ucha do ucha Belial schował telefon do kieszeni, po czym zerknął na Goro z nagłą powagą. — Nie wie, czy Dracula w ogóle istniał. Szkoda, nie? To dopiero byłoby super.

Goro westchnął ciężko, czując, jak opadają mu ramiona.

— Nie mamy czasu na szukanie Draculi.

— Oj tam — mruknął, machnąwszy lekceważąco ręką — jak nie dziś, to kiedy indziej. No ale weź: ciebie to nie interesuje?!

— Nie.

— Dobra, nie to nie. Idę zbierać ludzi.

Wreszcie powiedział coś mądrego, pomyślał ze zmęczeniem Goro, sam dźwigając się z fotela, aby odszukać Wierę i powiedzieć jej o tym, co zamierzają. Miał nadzieję, że będzie gotowa w każdej chwili ruszyć. Lot z Wielkiej Brytanii do Rumunii nie powinien trwać zbyt długo, dlatego zależało mu, by wyruszyć jak najszybciej. Rudy, jego zwiadowca, znał przybliżoną lokalizację kilku z wędrownych, dlatego wiedzieli, dokąd się udać.

 

Podróż do Rumunii zajęła im trzy godziny. Był dwudziesty pierwszy grudnia i choć śniegu nigdzie nie uświadczyli, wszędzie wokół migały kolorowe światełka, a z witryn sklepowych witały ich wszelkiego rodzaju ozdoby świąteczne. Lał deszcz, wiatr zdawał się przeszywać trzewia i sięgać jak najgłębszych zakamarków duszy, dlatego ulice były puste, a jedyni nieliczni przechodnie opatulali się w ciepłe płaszcze i szale, walcząc ze swoimi parasolami szarpanymi przez wichurę. Na miejsce dotarli wraz z Wierą, Belialem, kilkoma demonami w ramach ochrony oraz profesorem Fridwickiem Johnsonem, który za niemałą sumkę zgodził się im posłużyć jako formator. Taksówkami dotarli do niewielkiego, obskurnego baru, w którym mieli spotkać się z niejakim Meresinem. Na miejscu czekał już na nich Rudy wraz z kilkoma swoimi demonimi szpiegami, którzy umówili spotkani z Meresinem. To bowiem, jak się okazało, wcale nie było takie proste. Demon miał ciasny, dokładnie ułożony grafik, w którym zapisywał spotkania z mocno… zdesperowanymi jednostkami. Co więcej, znajdował go tylko ten, który wiedział kogo i po co szukać, co nie było takie proste. Goro mógł się tylko domyślać, skąd tak szeroko zakrojone środki ostrożności, a jego przypuszczenia się potwierdziły, gdy przeprowadzono ich przez bar oraz dwa ukryte przejścia, by doprowadzić do piwnicznej, niewielkiej, choć wzbudzającej wrażenie komnaty. Całość wyglądała jak sala szalonego, satanistycznego alchemika: w blasku wszędzie porozstawianych świec widniały wysokie półki pełne starych, oprawionych w skórę ksiąg, ozdobnych czaszek, gablot pełnych kolorowych flakoników z bliżej nieznaną zawartością oraz stare, obskurne, obdarte ściany zamalowane licznymi symbolami. I o ile Goro jak zwykle niczego po sobie nie okazywał, tak Belial oglądał to wszystko z nieukrywaną kpiną.

— Moi dawni bracia.

Odwrócili się jak na komendę, słysząc niski, gładki, przyjemny dla oka głos. W wejściu do komnaty stał mężczyzna na oko młody, jeszcze przed czterdziestką, o rzadkich, zaczesanych do tyłu ciemnych włosach, szczupłej, pociągłej twarzy, lecz otyłym, dość rozlanym ciele. Całość podkreślał dość mocno opiętym, lekko połyskującym garniturem, potęgując tym samym jego imponującą posturę.

— Fu — mruknął Belial, marszcząc nos — ale ohydne ciało. Lepszych na stanie nie mieli?

Meresin uśmiechnął się pobłażliwie, powłócząc po nich wszystkich spojrzeniem. Na dłużej zatrzymało się na Wierze, lecz zaraz ponownie skupił się na Belialu.

— Nigdy nie umiałeś patrzeć głębiej. Sztuka stwarzania pozorów to rzecz trudniejsza niż może ci się wydawać.

— No — parsknął obojętnie Bel, rozglądając się ostentacyjnie po sali — trochę tych pozorów tutaj masz. Na chuj ci tu te wszystkie bzdury? Przecież tu nic z tych symboli nie działa. Po co ci to? Żeby głupich wieśniaków zapewnić, że uprawiasz tu prawdziwe czary?

Goro miał ochotę zamordować Beliala, ale najwidoczniej Meresin bawił się całkiem dobrze, przekomarzając się z jego przyjacielem, który całą sobą okazywał swoje zmniejszające się z każdym słowem IQ. Niestety, dość szybko mu przeszło, ponieważ ponownie zwrócił wzrok ku Wierze, przyglądając się jej podejrzliwie.

— Kim ona jest? To żadna z nas.

— Grzeczniej — burknął Belial.

— Nie zapominasz aby — odparł leniwie Meresin — kto tu jest gościem, a kto gospodarzem?

— Belial, milcz — rzekł Goro ze spokojem, w który włożył sporo wysiłku. — Zacznijmy od nowa. Meresinie, jestem rad, że znowu cię widzę.

Ta mała grzeczność zadziałała jak zaklęcie: Meresin uśmiechnął się radośnie, zbliżając się do Goro i ściskając go serdecznie. Z Belialem wymienił uścisk dłoni, robiąc taki wyraz twarzy, jakby nie zaszła między nimi żadna pyskówka. Goro wcale się temu nie dziwił; zawsze lubił Meresina, wobec czego ubolewał nad jego odejściem.

— To nasza przyjaciółka, Wiera Woroncow — wyjaśnił Goro z lekkim uśmiechem. — Wiero, poznaj naszego dobrego druha, Meresina. Przyjacielu, mamy duży problem, o którym musimy pilnie porozmawiać.

Demon zgodził się bez żadnych zbędnych pytań. Wyjaśnił tylko na wstępie, że na Rumunii zabobony stoją dość pewnie, co jego demony nierzadko wykorzystują, uprawiając dość stare praktyki polegające na wróżeniu i spełnianiu małych cudów za horrendalne kwoty, dzięki czemu demony łatwo się tu ustawiły. Stworzyły swój własny, dość hermetyczny świat, którego nie chcieli opuszczać — ale właśnie to poczucie straty sprawiło, że z tym większym niepokojem przyjęli wieść o Rumenie. Ze względnym spokojem przyjął też wieść o pomyśle wtapiania pieczęci w ciała, dzięki czemu po kilku godzinach zbierania wszystkich demonów w jednym miejscu mogli zabrać się do pracy. Profesor Johnson był znacznie lepszym formatorem od Marceline, co, biorąc pod uwagę wiek i doświadczenie, nikogo nie dziwiło. Wprawdzie potrzebował pomocy Wiery, lecz przynajmniej nikt nie zemdlał i nie przestał oddychać.

Z tymi poszło gładko.

— To co — zakrzyknął Belial nocą jeszcze tego samego dnia — ciśniemy na Ukrainę? To niedaleko, to nie ma co się zatrzymywać.

Więc się nie zatrzymywali. Profesor Johnson wyszedł najwyraźniej z tego samego założenia, ponieważ zgodził się im towarzyszyć. Zastrzegł jednak, że to Tajlandii nie poleci, a on sam w cenie usługi oczekuje prywatnego samolotu do domu, poniewa chciał zdążyć na świąteczną kolacę ze swoją rodziną. Goro natychmiast przystał na te warunki, dzięki czemu mogli czym prędzej ruszyć na Ukrainę.

Eszmadaj na szczęście też był chętny do współpracy, choć spotkał się z kilkoma odmowami i protestami. Wobec buntowników ten chudy jak szkapa, wysoki demon o dość niepokojącym wyrazie twarzy musiał zastosować tylko sobie znane metody, które ostatecznie poskutkowały, czymkolwiek były. Przez to dość powolne zebranie demonów, mimo ich mniejszej liczebności cały proces zajął im więcej czasu, ale i tak wszyscy byli zadowoleni, że się udało.

A potem trafili do Tajlandii. Belial był zachwycony, chłonąc nocny, imprezowy krajobraz, ale nie było mowy o żadnych przystankach. Tym razem w roli formatora towarzyszyła im Elaine Rasgortra, dość płochliwa i gadatliwa nauczycielka fizyki jednego z okolicznych liceów. Jej charakter nie pasował Goro do spotkania, które za chwilę mieli odbyć, bo wiedział, że rozmowa z Hakaelem nie będzie łatwa, a jeśli Elaine za szybko się zestresuje, nie będzie w stanie wykonać rytuału. Zresztą, sam Goro obawiał się tej konfrontacji.

I szybko się przekonał, że obawy nie były bezpodstawne.

— Ty, samozwańczy królu — ryczał wściekle Hakael — chcesz jeszcze tłamsić nas, sobie podobnych, ale według ciebie nierównych? Ty, któryś ustalił swoją hierarchię, plując na nasz honor i święte poczucie wolności? Jakże ci ta malowana palcem na wodzie władza ducha przeżarła, jeśli myślisz, że możesz wejść do MOJEJ świątyni i wydawać mi rozkazy!

Demon w ciele szczuplutkiego, młodziutkiego mężczyzny o rudych, gęstych lokach i czekoladowych oczach wzbudzał ambiwalentne odczucia. Gniew, którym emanował, zupełnie nie pasował do jego przystojnej, chłopięcej twarzy. Lecz aparycja nie przeszkodziła we wzbudzaniu w odbiorcach niepokoju i napięcia.

— Nie jestem niczyim królem — próbował wyjaśniać Goro — i nie chcę nikogo do niczego zmuszać. Chcę tylko…

Hakael nie był ciekaw tego, czego Goro nie chciał, bo natychmiast kazał się im wynosić, kładąc kres ich wyprawie i całym staraniom.

— Widzisz — szepnął Belial Wierze do ucha, gdy już znaleźli się w bezpiecznej odległości od świątyni — jakbyś się z tym o, tutaj, królem samozwańczym spiknęła, to patrz, byłabyś królową! Chyba też samozwańczą, ale nieważne. Fajnie, nie? — spytał z szerokim, złośliwym uśmieszkiem, puszczając jej oczko.

Goro by się o to zdenerwował, ale nie miał na to czasu, siły i ochoty. Oto bowiem powstała ogromna luka w ich planie, a demon był pewien, że nie zdoła już przekonać Hakaela do współpracy, podobnie zresztą jak jego demonów. Wprawdzie mogliby spróbować odszukać poszczególne jednostki i postarać się je namówić, ale prędzej czy później ktoś doniósłby o tym Hakaelowi, co skończyłoby się zaognieniem i tak tlącego się konfliktu. Ochrony też nie chcieli, zupełnie lekceważąc problem Rumena. Twierdzili, że żaden byle człowieczek nie jest w stanie im zaszkodzić, ale Goro czuł w kościach, że Hakael grubo się mylił.

— Aha — mruczał Belial — i co teraz? Wiera, a weź się zastanów — odwrócił się, spoglądając z nadzieją na griszkę — czy ty nie znasz jakichś innych sposobów? No zobacz, to całe malowane w kościach, czy jak to szło, umiesz, chociaż my nie mieliśmy o tym pojęcia i nasza magia nie pozwala nam wtapiać pieczęci w ciało. To może na tych dekli też masz jakiś sposób?

Goro szczerze w to wątpił, ale i tak już nic nie mogli na to poradzić. Panią Rasgotrę odprawili wraz z sowitą zapłatą, oni zaś mieli jeszcze jeden dzień zostać w Tajlandii, głównie na życzenie Beliala, który uwielbiał ten kraj. Z tego powodu musieli zatrzymać się w jakimś hotelu, co Goro wcale się nie uśmiechało, ale z drugiej strony rzeczywiście wszyscy byli przemęczeni. Poza tym mieli za towarzyszkę Wierę, która była od nich odrobinę mniej wytrzymała, toteż krótki przystanek był wskazany.

Belial natychmiast zaoferował

— Wiera, ktoś musi być z tobą w pokoju, bo nie ma szans, byśmy cię samą zostawili, skoro w mieście panoszą się ci debile Hakaela. Nie są groźni, ale wiesz, jak jest. No i jest jeszcze Rumen, to już w ogóle. Tak się składa — tłumaczył z westchnieniem — że ciągnęliśmy słomki, kto z tobą zamieszka i Goro wyciągnął najkrótszą. Dacie radę — rzekł wesoło, klepiąc rozeźlonego Goro po ramieniu. — Ja mam pokój obok z Rudym. Sama przyjemność. A!, i jeszcze jedno! — zakrzyknął, machając im kluczami do pokoju przed nosem. — Robiłem, co mogłem, ale mieli tylko z łóżkiem małżeńskim.

Z tymi słowy, uśmiechając się wesoło, rzucił im kluczyki, po czym niemal natychmiast się oddalił, wiedząc, że gdyby był choć odrobinę bliżej, Goro by go udusił.

— Chyba nie ma sensu — westchnął ze zmęczeniem — bym za niego znowu przepraszał. Ciągle to robię i będę musiał robić tak długo, jak tylko będzie łaził po tym świecie. Mam tylko nadzieję, że jego niepoprawne gadulstwo i zbytnia bezczelność nie zraziły cię za bardzo. Jeśli tak, powiedz tylko słowo, a więcej na ciebie nawet nie spojrzy.

Naprawdę nie chciał, by przez specyficzną postać Beliala Wiera czuła się jakkolwiek źle. Wszak byli odpowiedzialni nie tylko za jej bezpieczeństwo, ale także komfort psychiczny, skoro musiała z nimi spędzać aż tyle czasu.

— Odprowadzę cię do pokoju — odparł po chwili — a potem na chwilę zniknę porozmawiać z Rudym. Tak jak Belial powiedział, demony Hakaela nie są groźne: są tak samo honorowi jak my, więc nikogo nie zaatakują. Ale sama wiesz, że musimy mieć oczy dookoła głowy. I nie martw się — rzucił z lekkim uśmiechem — będę leżał na kanapie.

Prędko się jednak okazało, że nie było tam żadnej kanapy. Pokoik był naprawdę niewielki, choć bardzo przytulny. Większość przestrzeni zajmowało ogromne dwuosobowe łóżko, naprzeciwko zaś stało biurko z jednym krzesłem, nad którym wisiała plazma. Po lewej znajdowała się szafa, a kawałek dalej drzwi do niewielkiej łazienki. I to wszystko.

— Albo w ogóle nie będę leżał — mruknął bardziej do siebie niż do Wiery.

Tym bardziej, że nawet przecież nie sypiam.

— Poczekaj tu chwilkę. To mi zajmie niewiele czasu, a potem będziemy mogli coś zjeść i pójść na spacer.

Dzięki kompletowi udostępnionych w łazience kosmetyków, Wiera miała szansę się odświeżyć, a Goro mógł załatwić niewielkie formalności. Wokół pokoju miał się kręcić jeden z demonów Rudego, dlatego Goro mógł ze spokojnym sumieniem się oddalić.

Na szczęście i nieszczęście, natrafił przy okazji na Beliala.

— Zabiję cię — oznajmił z lodowatym spokojem, zmierzając ku stojącemu nieopodal Rudemu.

— Dobra, dobra. Jak będę twoim drużbą, to mi będziesz za to we łzach dziękować.

— Naprawdę cię zabiję.

— Skoro musisz.  

Więcej dodawać nie musieli, tym bardziej że Rudy: płomienistowłosy, niemal chorobliwie blady demon miał wyjątkowo nietęgą minę. W dłoniach dzierżył notes oprawiony w bordową skórę i Goro nie miał wątpliwości, że cokolwiek było tam zapisane, było bardzo ważne.

— Jakie wieści? — spytał Goro.

— Złe i złe — oznajmił Rudy z dobitną szczerością. — Którą wolisz najpierw?

— Tę drugą złą poprosimy — rzekł Belial.

— Druga zła jest taka, że poszukiwania idą dość wolno. Siedzimy tu już jakiś czas i rozglądamy się za demonami, ale sami wiecie, że musimy to robić maksymalnie ostrożnie, żeby się Hakael nie wściekł. Dzisiejsza jatka tylko nam potwierdziła, że pewnie mają coś za uszami…

Rudy zamilkł na moment, przelotnie zerkając na notes.

— Co tam masz? — dopytywał Goro.

— Adres. Namierzyliśmy jednego delikwenta bez pieczęci.

— Cholera jasna! A co z pieczęcią? Wiadomo o niej cokolwiek?

— Nic a nic. Ale podejrzewamy, że stracił ją niedawno.

To były naprawdę bardzo złe wiadomości. Bo choć polegali głownie na poszlakach i domysłach, nietrudno było dodać dwóch do dwóch i wysnuć podejrzenia, że Rumen mógł tutaj dotrzeć przed nimi. I jeśli się okaże, że wokół kręciło się więcej demonów bez pieczęci, mogli mieć większe kłopoty niż sądzili.

— Czy on tej pieczęci jakoś szuka? — pytał dalej Goro, próbując znaleźć w tym wszystkim jakiś promyczek nadziei.

— No właśnie nie — odparł Rudy, krzywiąc się brzydko. — I to jest najbardziej alarmujące. Typ zachowuje się tak, jakby wiedział, co się święci, tylko udawał. Na pewno coś ukrywa.

— Kur…

Belial nie zdążył nawet do końca zakląć, kiedy usłyszeli jakiś stłumiony, niezbyt wyraźny hałas, a po chwili odczuli duże wyładowanie energii — i to bardzo charakterystycznej. Gdzieś w pobliżu musiał być jakiś demon, ale żaden z trzech rozmówców go nie rozpoznawał, co świadczyło jak najgorzej. Goro natychmiast poczuł, jak zalewa go panika na myśl, że energia dobiegała z pierwszego piętra, czyli okolic ich pokoju. Czując, jak robi mu się jednocześnie zimn i gorąco ze strachu, biegiem rzucił się w tamtą stronę, niemal wyrywając drzwi z zawiasów. A to, co zobaczył na miejscu, na jedną, zbyt długą sekundę, wmurowało go w ziemię.

Przed sobą ujrzał bowiem dotąd nieznanego sobie mężczyznę, który był źródłem demoniej energii. Jednak coś było nie tak, bo demon wyraźnie próbował wydostać się z ciała, lecz nie mógł. Odpowiedzią okazała się wyraźnie zmęczona Wiera, wciśnięta w kąt sypialni. Wyglądała tragicznie: włosy miała potargane, a z nosa ciekła krew, najpewniej od nadmiaru wysiłku. Cokolwiek robiła, nie pozwalała demonowi wydostać się z ciała, ale to nie mogło trwać długo. Goro błyskawicznie rzucił się na typa, ale to niewiele pomogło, bo jedyne, co osiągnął, to znokautowanie martwego ciała: demon zdołał się uwolnić, ruszając wściekle w stronę Wiery. Na to na szczęście zareagował Belial i Rudy, którzy opuścili swoje ciała, stając z rywalem jak równy z równym. Niestety, ich przewaga liczebna była tylko chwilowa i szybko się okazało, że wróg nie był sam. Goro, nie mogąc opuścić własnego ciała, rzucił się w stronę Wiery, starając się ją zasłonić.

— Stój tu! — krzyknął. — Nie wychylaj się, nie reaguj!

Domyślał się, że go nie posłucha, choć lepiej, by to zrobiła. Goro zaś starał się osłabić ciała tych, którzy właśnie wchodzili do sypialenki. Na szczęście także ich duchy były dość słabe: jednego Goro zdołał unieruchomić, drugiego znacznie spowolnić. Wszystko to było możliwe z jednego, dość prostego i przerażającego powodu.

Oni nie mieli pieczęci.

A to podsuwało tylko jedną możliwość.

Wobec tego było źle. Bardzo źle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^