ROZDZIAŁ 309

GORO

Ta rozmowa niemal od samego początku nie przebiegała tak jak powinna. Nie rozmawiali o palących ich tematach, a zamiast tego skupiali się na wyglądzie kubków i ich własnej interpretacji miłości. Gdyby nie to, że Goro lekko i błyskawicznie zanurzył się w tej rozmowie, zdziwiłby się i zaniepokoił poruszeniem tak delikatnej kwestii. A jednak wzajemna wymiana opinii, dzielenie się własnymi obserwacjami i nienachalne próby przekonania drugiej strony do swojej racji szły im nie tylko łatwo, ale przede wszystkim przyjemnie. Wobec tego Goro, siedząc pod miękkim, ciepłym kocem i dzierżąc w dłoniach zwierzęcy kubek z herbatą, ani myślał tego przerywać.

Zwłaszcza że — takie miał wrażenie — Wiera bardzo takiej rozmowy potrzebowała.

Aż nagle jego podejrzenia się potwierdziły. I to intensywniej niż mógł przypuszczać.

Zaczęło się od nagłego, choć niezbyt uciążliwego bólu głowy. Był jednak na tyle nieprzyjemny, że demon przymknął na moment powieki — i wtedy się zaczęło. Feeria barw, jaka nagle go zaatakowała, przywodziła na myśl uczucie dokuczające człowiekowi po zażyciu zbyt dużej dawki alkoholu, zwłaszcza że towarzyszyły temu podobne, choć chwilowe mdłości. To zadaniem Goro było opanowanie tego gwałtownego i niezrozumiałego przypływu wszelkiej maści impulsów, aby zdołać to ułożyć w jedną całość. Wymagało to wiele skupienia i wysiłku, choć wszystko zmieściło się zaledwie w ułamku sekundy. I gdy już się z tym uporał… zaczął widzieć. Widzieć, czytać, słyszeć. Zaczął odczuwać.

Czuł tę miażdżącą mieszankę strachu, nadziei, wątpliwości, wstydu, ulgi i radości. Czuł, jak to wszystko kotłowało się wewnątrz Wiery, nie mogąc dojść do porozumienia, nie mogąc koegzystować: jedna emocja natychmiast próbowała wyprzeć drugą, przez co czarodziejka sama nie była pewna, co powinna odczuwać — choć jednocześnie była tego pewna. Natomiast Goro, będąc sztucznym świadkiem tego zajścia, poczuł ogrom żalu i współczucia, spoglądając na Cień z zupełnie innej, nieznanej mu dotąd perspektywy. Niezwykle poruszyło go to, co usłyszał od Cienia, zupełnie się tego nie spodziewając. W tym skradzionym wspomnieniu ta istota brzmiała niemal empatyczna, w co Goro wcześniej nigdy by nie uwierzył. Tu zaś zdawał się rzeczywistym kompanem Wiery, stanowiący jedną drużynę.

Obraz urwał się równe nagle, co się pojawił, lecz tym razem zakończeniu wizji towarzyszyło coś jeszcze — nagły chłód, gdy ciepła dłoń Wiery w płochliwym geście puściła jego rękę. Jej reakcja była natychmiastowa: czerwona jak burak, zażenowana i przerażona swoją gafą, od razu się od niego odsunęła, spuszczając wzrok. Goro mógł się tylko domyślać, jak Wiera mogła się wtedy czuć i nie wiedział, co zrobić, by jakoś to odwrócić.

— Nie stało się nic złego — uspokoił, posyłając jej pokrzepiający uśmiech. — Jeśli czujesz się niezręcznie z tym, co zobaczyłem, możemy nie poruszać tego tematu. Nie myśl tylko, że zrobiłaś coś, co mnie jakoś uraziło. Nie mam ci czego wybaczać.

Wcale się Wierze nie dziwił, że to wspomnienie wzbudzało w niej tak silne emocje. Wszak było jednym z najważniejszych w jej życiu i choćby nawet Goro miał z nim jakiś problem — a nie miał żadnego — musiałby to uszanować.

— Choć muszę przyznać — odezwał się po chwili, wprost nie mogąc się powstrzymać — że nie spodziewałem się po Cieniu aż takiej wyrozumiałości. Nie chodzi o to, że mu nie wierzę — zaznaczył pospiesznie — ale o to, że inaczej sobie to chyba wyobrażałem. To jasne, że mu ufasz — dumał — ale czy nie obawiałaś się, że Cień kiedyś cię zdradzi i w którymś punkcie nie dotrzyma obietnicy? I obiecuję — dodał z przepraszającym uśmiechem — że to ostatnie pytania dotyczące tego wspomnienia.

Nie chciał jej nadwyrężać tymi pytaniami, zwłaszcza że sama Wiera chciała jak najszybciej uciąć temat, dając do zrozumienia, że nie chciała już do tego wracać. I Goro musiał to uszanować.

— Zaskoczyłaś mnie tym, co powiedziałaś o Rumenie — wyznał po chwili, niezbyt zaskoczony faktem, że to imię w końcu padło w ich rozmowie. — Akceptował twój Cień? Nie potępiał cię, za to szanował? To brzmi… zaskakująco dobrze — przyznał.

Nie skomentował za to jej wyznania, jakoby śmierć griszów przyniosła jej swego rodzaju wyzwolenie. Bo choć Goro czysto teoretycznie rozumiał, co Wiera miała na myśli, nigdy by się z nią w tym względzie nie zgodził. Nie uważał, by strata bliskich przyniosła mu choć odrobinę ukojenia, bez względu na okoliczności. Jednak nie chciał wypominać tego Wierze, aby poczuła się gorzej, dlatego milczał, wsłuchując się w jej opowieść.

Uśmiechnął się z delikatnym rozbawieniem, gdy Wiera przyznała, że jego postrzeganie miłości brzmiało bezdusznie. Nie był zaskoczony tą oceną, bo sam zdawał sobie sprawę, jakie to sprawiało wrażenie z boku. Był zaś ciekaw, czy Wiera chciała dowiedzieć się więcej, czy może ta „bezduszność”, o jakiej się dowiedziała, zupełnie jej wystarczała. Jednak gdy usłyszał coś, co niezbyt mu się spodobało, musiał zareagować.

— Miłość jest dla ciebie czymś więcej niż dla mnie? — powtórzył, zastanawiając się nad tymi słowami. — W tym świetle naprawdę zdaję się ostatnim bezdusznikiem. Bo nie wiem, co masz na myśli — przyznał — wagę tego uczucia, czy znowu tę kwestię „prawdziwej miłości”? Bo jeśli to pierwsze, poczuję się urażony — dorzucił z rozbawionym uśmiechem, puszczając jej oczko. — Ale skoro nie rozumiesz mojego postrzegania świata, pozwól, że ci go jeszcze troszkę przybliżę. Przede wszystkim: nie wierzę w tę mityczną prawdziwą, jedyną miłość — wyjaśnił z powagą. — I mam szczerą nadzieję, że nie istnieje. A jeśli istnieje, to chociaż niech nigdy mnie nie dotknie.

Zerkał kątem oka na Wierę, próbując wychwycić jej reakcję. Jednocześnie nie chciał skupiać na niej całej swojej uwagi, aby jej nie speszyć, więc udawał, że w zamyśleniu spogląda gdzieś przed siebie. Domyślał się, że to, co powiedział, bardzo ją zdziwiło, a może nawet uraziło lub oburzyło. Ale nie mógł jej przepraszać za własne zdanie na pewne tematy.

— I masz rację, to jest kwestia braku doświadczenia — rzekł z dobitną szczerością. — My, demony, żyjemy setki, tysiące lat. Poza tym, co równie ważne, jesteśmy jedyną nieśmiertelną rasą. Demony się ze sobą nie wiążą — wyjaśnił. — Nikt tak dokładnie nie wie, dlaczego i od czego to zależy, ale jesteśmy dla siebie jak rodzina i związki, które i tak nie występują, traktujemy trochę jak kazirodztwo. Więc związać możemy się tylko z kimś z innej rasy, a więc kimś śmiertelnym. Bo jest wiele ras długowiecznych i teoretycznie nieśmiertelnych — przyznał, kiwając lekko głową — ale tylko teoretycznie. Poza nami, każdego da się w jakiś sposób zabić. I teraz, proszę cię, wyobraź sobie sytuację, w której spotykam tę miłość swojego życia. Jestem z nią najszczęśliwszym stworzeniem na świecie i tak trwamy… aż do końca. Ale jakiego końca? — spytał, spoglądając Wierze w oczy. — Do jej końca. Ja zaś, uwięziony w tym monopolu na miłość, umieram każdego dnia w tęsknocie za nią, nie będąc zdolny do tego, by kiedykolwiek pokochać kogokolwiek innego, zwłaszcza że to moje „kiedykolwiek” jest bardzo długie, a dokładniej mówiąc: wieczne. To według ciebie jest piękne? — spytał wprost. — Bo mnie to przeraża. Dla mnie tego rodzaju miłość nie jest miłością, tylko obsesją, z której bardzo trudno się wyleczyć, a czasami to nawet niemożliwe.

Sam był zaskoczony tym, co mówił, lecz nie dlatego, że się z tym wcześniej nie zgadzał, a dlatego, że mało kiedy wypowiadał to na głos. Poza tym Goro musiał zrozumieć, że Wiera, jako stworzenie bardzo młode, nie była w stanie pojąć pewnych rzeczy — nie dlatego, że nie była dość mądra, ale dlatego, że niewiele jeszcze przeżyła. Wobec tego demon musiał być wyrozumiały.

  A za to „chcę być dla kogoś kimś więcej niż kolejną żoną” chyba naprawdę się obrażę — zaśmiał się cicho. — Każda miłość jest inna, Wiero — rzekł, mocno podkreślając to jedno słowo. — Ale ta inność nie polega na… hm, skali mocy tego uczucia. Żadna miłość nie jest piękniejsza od innej, żadna też nie jest gorsza. Każda jest inna, bo każda wnosi coś innego. Każda cię czegoś innego uczy, wyzwala na różnych etapach różne emocje. To tak, jakby porównać to do koloru skrzydeł motyli, które latają w twoim brzuchu na widok twojego wybranka. To nigdy nie są te same motyle, Wiero. Tak samo jak to nigdy nie jest ta sama miłość.

Zamilkł na moment. Być może Wiera by mu w to nie uwierzyła, ale on naprawdę często wspominał te, z którymi spędził choć kawałki swojego wiecznego życia, dozgonnie im wdzięczny za to, że choć przez te kilkaset lat nie musiał żyć w samotności. I te wspomnienia w żaden sposób mu się nie myliły, o co też czarodziejka mogłaby go oskarżyć. Goro nie umiał myśleć o nich wszystkich naraz, ponieważ każdą z nich traktował jak urywek własnych, osobnych światów. Wrażenie było takie, jakby każda z tych kobiet pochodziła z jakiegoś innego wymiaru, przez co nie miały prawa się spotkać. Tym bardziej więc Goro nie miał oporów w myśleniu, że każda z nich była miłością jego życia. Bo każda z nich wszczepiała w niego nowe, zupełnie świeże tchnienie. Przez te kilkadziesiąt lat żył właśnie dla tej jednej, wycinając, chroniąc i skrywając w sobie ten drogocenny fragment swojego żywota. Choć nie sądził, by Wiera była w stanie to zrozumieć.

— Czy wdowiec nie może już więcej pokochać? — pytał. — Czy pokochawszy inną kobietę, skreśla tamtą miłość? Nie, oczywiście że nie. Wdowiec kocha obie te kobiety, ale każdą inaczej. Bo śmierć zmienia wszystko, Wiero, także nasze uczucia. Przekształca je. To trochę tak, jakby te wszystkie uczucia, jakie darzyliśmy osobę zmarłą, umieścił w archiwalnym katalogu. One istnieją, nadal mamy do nich dostęp, ale nie są już tak… hm, aktywne, jak kiedyś. Ale wciąż istnieją, wciąż w nas są, wciąż w nas żyją i dzięki temu wciąż je odczuwamy! — tłumaczył niemal z pasją. — Czy człowiek otrzymał tylko jedną szansę na miłość? Jakim potworem i okrutnikiem musiał być Bóg, który by coś takiego uczynił. Ta… prawdziwa miłość, o której opowiadasz — odezwał się po chwili ciszy pełnej zadumy — brzmi pięknie. Teraźniejszość rozkwita na samą myśl o tak silnym uczuciu. Ale mnie bardziej niż teraźniejszość, którą właśnie mijamy, interesuje przyszłość. I właśnie dlatego tej prawdziwej miłości wolałbym nigdy nie spotkać. Wolałbym celebrować miłość, jako najbardziej wzniosłe ze wszystkich uczucie, mogąc kochać i być kochanym bez tych ograniczników. Czyżbyś myślała — podjął po chwili — że mając kilkanaście żon, poślubiłem je w odstępie kilku lat? Że uczucie po jednej nie zdążyło ostygnąć, a już ruszałem ku drugiej? Że już ich nie pamiętam i nie pamiętam też tego, w jaki sposób kochałem każdą z nich? Nie — odpowiedział natychmiast dość ponurym tonem. — Choć nie umiem ci tego wytłumaczyć. Nie wiem, czy to jest w ogóle możliwe.

Osobne światy. Osobne wymiary. Osobne życia.

Wiera zaskoczyła go tą dość niespodziewaną zmianą tematu, jaką był jego obecny wygląd. Goro spiął się nieco, zdając sobie sprawę, że nie mógł powiedzieć zbyt wiele, a więc musiał ważyć każde swoje słowo. Mimo to nie zamierzał uchylać się od odpowiedzi.

— Ciało nie ma terminu ważności — wyjaśnił z cichym śmiechem. — Nasz duch tak jakby je konserwuje, przez co ta zwykła, mięsna powłoka nie ulega żadnym zniszczeniom. Skóra nie gnije, organy wewnętrzne pracują. Ciało zdaje się żyć, choć wewnątrz nie ma tego, co najważniejsze: duszy śmiertelnika. To właśnie dlatego możemy bez przeszkód przejmować ciała zmarłych: bo są w pewnym sensie puste. Żywi mają swoje dusze, przez co jest mocno… ciasno — wyjaśnił z lekkim uśmiechem. — Dlatego potrzebujemy zgody śmiertelnika na opętanie. Chyba że czyjaś dusza jest podziurawiona, jak to my mawiamy. Żeby sobie to zwizualizować powiem ci, że każdy grzech powoduje w duszy dziurę, a im większy grzech, tym wyrwa większa. Dobre uczynki je łatają i tak to się wzajemnie napędza. Jeśli tych złych uczynków jest więcej, dusza ma wiele dziur, więc i nam łatwiej się w takie ciało wcisnąć. Wtedy nie musimy pytać o zgodę — jesteśmy już zbyt silni.

Wiedział, że to brzmiało dość brutalnie i okrutnie, ale nie należało tego ukrywać, zwłaszcza przed Wierą, która już całkiem sporo wiedziała o ich demoniej naturze. A skoro była ciekawa, Goro chętnie uchylał jej tego rąbka tajemnicy.

— Co do tego, czy ciała się nudzą, to chyba kwestia indywidualna — mruknął ze wzruszeniem ramion. — Belial co rusz by je zmieniał, dla niego to niemal jak sport. I jest wielu takich, ale to nieetyczne, poza tym mogłoby wzbudzić wiele niepotrzebnego zamieszania. Dlatego staramy się zmieniać ciała co kilkadziesiąt lat. Tak jak wspomniałem, nasze ciała się nie psują, więc możemy je mieć tak naprawdę wiecznie. To — Goro dźgnął się w pierś — mam od prawie dziesięciu lat, czyli od momentu, w którym wydostałem się z pieczęci. Ale nie mam potrzeby go zmieniać. Nie zależy mi na względach estetycznych czy jakichkolwiek innych. Do najwygodniejszego, choć ograniczonego funkcjonowania na tym świecie potrzebujemy ciał. I to jest tak naprawdę cała filozofia.

Nieco zmartwiła go, gdy zaczęła przepraszać za natłok pytania i zasugerowała, że być może któraś ze stron jest zmęczona rozmową. Tym bardziej, że Goro aż sam był zaskoczony, jak dobrze mu się z Wierą rozmawiało.

— Nie jestem zmęczony i chętnie odpowiem na wszystkie twoje pytania — odparł z uśmiechem. — Ale jeśli masz na dziś dość, nie krępuj się. Zostawię cię samą, gdy tylko o to poprosisz. Tym bardziej, że rozmowa o tak trywialnych, niezwiązanych z naszymi ostatnimi sprawami rzeczach jest zaskakująco zajmująca i przyjemna, nie sądzisz? Choć to zasługa właściwie dobranego towarzystwa — wyjaśnił, spoglądając na Wierę znacząco.

Problem zaś pojawił się jeden.

Kończyła się im herbata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^