GORO
Ta rozmowa niemal od samego początku nie przebiegała tak jak
powinna. Nie rozmawiali o palących ich tematach, a zamiast tego skupiali się na
wyglądzie kubków i ich własnej interpretacji miłości. Gdyby nie to, że Goro lekko
i błyskawicznie zanurzył się w tej rozmowie, zdziwiłby się i zaniepokoił
poruszeniem tak delikatnej kwestii. A jednak wzajemna wymiana opinii, dzielenie
się własnymi obserwacjami i nienachalne próby przekonania drugiej strony do
swojej racji szły im nie tylko łatwo, ale przede wszystkim przyjemnie. Wobec tego
Goro, siedząc pod miękkim, ciepłym kocem i dzierżąc w dłoniach zwierzęcy kubek
z herbatą, ani myślał tego przerywać.
Zwłaszcza że — takie miał wrażenie — Wiera bardzo takiej rozmowy
potrzebowała.
Aż nagle jego podejrzenia się potwierdziły. I to intensywniej
niż mógł przypuszczać.
Zaczęło się od nagłego, choć niezbyt uciążliwego bólu głowy.
Był jednak na tyle nieprzyjemny, że demon przymknął na moment powieki — i wtedy
się zaczęło. Feeria barw, jaka nagle go zaatakowała, przywodziła na myśl uczucie
dokuczające człowiekowi po zażyciu zbyt dużej dawki alkoholu, zwłaszcza że
towarzyszyły temu podobne, choć chwilowe mdłości. To zadaniem Goro było
opanowanie tego gwałtownego i niezrozumiałego przypływu wszelkiej maści impulsów,
aby zdołać to ułożyć w jedną całość. Wymagało to wiele skupienia i wysiłku,
choć wszystko zmieściło się zaledwie w ułamku sekundy. I gdy już się z tym
uporał… zaczął widzieć. Widzieć, czytać, słyszeć. Zaczął odczuwać.
Czuł tę miażdżącą mieszankę strachu, nadziei, wątpliwości,
wstydu, ulgi i radości. Czuł, jak to wszystko kotłowało się wewnątrz Wiery, nie
mogąc dojść do porozumienia, nie mogąc koegzystować: jedna emocja natychmiast
próbowała wyprzeć drugą, przez co czarodziejka sama nie była pewna, co powinna
odczuwać — choć jednocześnie była tego pewna. Natomiast Goro, będąc sztucznym
świadkiem tego zajścia, poczuł ogrom żalu i współczucia, spoglądając na Cień z
zupełnie innej, nieznanej mu dotąd perspektywy. Niezwykle poruszyło go to, co usłyszał
od Cienia, zupełnie się tego nie spodziewając. W tym skradzionym wspomnieniu ta
istota brzmiała niemal empatyczna, w co Goro wcześniej nigdy by nie uwierzył. Tu
zaś zdawał się rzeczywistym kompanem Wiery, stanowiący jedną drużynę.
Obraz urwał się równe nagle, co się pojawił, lecz tym razem
zakończeniu wizji towarzyszyło coś jeszcze — nagły chłód, gdy ciepła dłoń Wiery
w płochliwym geście puściła jego rękę. Jej reakcja była natychmiastowa:
czerwona jak burak, zażenowana i przerażona swoją gafą, od razu się od niego
odsunęła, spuszczając wzrok. Goro mógł się tylko domyślać, jak Wiera mogła się
wtedy czuć i nie wiedział, co zrobić, by jakoś to odwrócić.
— Nie stało się nic złego — uspokoił, posyłając jej
pokrzepiający uśmiech. — Jeśli czujesz się niezręcznie z tym, co zobaczyłem,
możemy nie poruszać tego tematu. Nie myśl tylko, że zrobiłaś coś, co mnie jakoś
uraziło. Nie mam ci czego wybaczać.
Wcale się Wierze nie dziwił, że to wspomnienie wzbudzało w
niej tak silne emocje. Wszak było jednym z najważniejszych w jej życiu i choćby
nawet Goro miał z nim jakiś problem — a nie miał żadnego — musiałby to
uszanować.
— Choć muszę przyznać — odezwał się po chwili, wprost nie
mogąc się powstrzymać — że nie spodziewałem się po Cieniu aż takiej
wyrozumiałości. Nie chodzi o to, że mu nie wierzę — zaznaczył pospiesznie — ale
o to, że inaczej sobie to chyba wyobrażałem. To jasne, że mu ufasz — dumał —
ale czy nie obawiałaś się, że Cień kiedyś cię zdradzi i w którymś punkcie nie
dotrzyma obietnicy? I obiecuję — dodał z przepraszającym uśmiechem — że to
ostatnie pytania dotyczące tego wspomnienia.
Nie chciał jej nadwyrężać tymi pytaniami, zwłaszcza że sama Wiera
chciała jak najszybciej uciąć temat, dając do zrozumienia, że nie chciała już do
tego wracać. I Goro musiał to uszanować.
— Zaskoczyłaś mnie tym, co powiedziałaś o Rumenie — wyznał
po chwili, niezbyt zaskoczony faktem, że to imię w końcu padło w ich rozmowie. —
Akceptował twój Cień? Nie potępiał cię, za to szanował? To brzmi… zaskakująco
dobrze — przyznał.
Nie skomentował za to jej wyznania, jakoby śmierć griszów
przyniosła jej swego rodzaju wyzwolenie. Bo choć Goro czysto teoretycznie rozumiał,
co Wiera miała na myśli, nigdy by się z nią w tym względzie nie zgodził. Nie
uważał, by strata bliskich przyniosła mu choć odrobinę ukojenia, bez względu na
okoliczności. Jednak nie chciał wypominać tego Wierze, aby poczuła się gorzej,
dlatego milczał, wsłuchując się w jej opowieść.
Uśmiechnął się z delikatnym rozbawieniem, gdy Wiera
przyznała, że jego postrzeganie miłości brzmiało bezdusznie. Nie był zaskoczony
tą oceną, bo sam zdawał sobie sprawę, jakie to sprawiało wrażenie z boku. Był zaś
ciekaw, czy Wiera chciała dowiedzieć się więcej, czy może ta „bezduszność”, o
jakiej się dowiedziała, zupełnie jej wystarczała. Jednak gdy usłyszał coś, co
niezbyt mu się spodobało, musiał zareagować.
— Miłość jest dla ciebie czymś więcej niż dla mnie? —
powtórzył, zastanawiając się nad tymi słowami. — W tym świetle naprawdę zdaję się
ostatnim bezdusznikiem. Bo nie wiem, co masz na myśli — przyznał — wagę tego
uczucia, czy znowu tę kwestię „prawdziwej miłości”? Bo jeśli to pierwsze,
poczuję się urażony — dorzucił z rozbawionym uśmiechem, puszczając jej oczko. —
Ale skoro nie rozumiesz mojego postrzegania świata, pozwól, że ci go jeszcze
troszkę przybliżę. Przede wszystkim: nie wierzę w tę mityczną prawdziwą, jedyną
miłość — wyjaśnił z powagą. — I mam szczerą nadzieję, że nie istnieje. A jeśli
istnieje, to chociaż niech nigdy mnie nie dotknie.
Zerkał kątem oka na Wierę, próbując wychwycić jej reakcję.
Jednocześnie nie chciał skupiać na niej całej swojej uwagi, aby jej nie speszyć,
więc udawał, że w zamyśleniu spogląda gdzieś przed siebie. Domyślał się, że to,
co powiedział, bardzo ją zdziwiło, a może nawet uraziło lub oburzyło. Ale nie
mógł jej przepraszać za własne zdanie na pewne tematy.
— I masz rację, to jest kwestia braku doświadczenia — rzekł
z dobitną szczerością. — My, demony, żyjemy setki, tysiące lat. Poza tym, co
równie ważne, jesteśmy jedyną nieśmiertelną rasą. Demony się ze sobą nie wiążą —
wyjaśnił. — Nikt tak dokładnie nie wie, dlaczego i od czego to zależy, ale
jesteśmy dla siebie jak rodzina i związki, które i tak nie występują, traktujemy
trochę jak kazirodztwo. Więc związać możemy się tylko z kimś z innej rasy, a
więc kimś śmiertelnym. Bo jest wiele ras długowiecznych i teoretycznie
nieśmiertelnych — przyznał, kiwając lekko głową — ale tylko teoretycznie. Poza
nami, każdego da się w jakiś sposób zabić. I teraz, proszę cię, wyobraź sobie
sytuację, w której spotykam tę miłość swojego życia. Jestem z nią
najszczęśliwszym stworzeniem na świecie i tak trwamy… aż do końca. Ale jakiego
końca? — spytał, spoglądając Wierze w oczy. — Do jej końca. Ja zaś,
uwięziony w tym monopolu na miłość, umieram każdego dnia w tęsknocie za nią,
nie będąc zdolny do tego, by kiedykolwiek pokochać kogokolwiek innego,
zwłaszcza że to moje „kiedykolwiek” jest bardzo długie, a dokładniej mówiąc:
wieczne. To według ciebie jest piękne? — spytał wprost. — Bo mnie to przeraża.
Dla mnie tego rodzaju miłość nie jest miłością, tylko obsesją, z której bardzo
trudno się wyleczyć, a czasami to nawet niemożliwe.
Sam był zaskoczony tym, co mówił, lecz nie dlatego, że się z
tym wcześniej nie zgadzał, a dlatego, że mało kiedy wypowiadał to na głos. Poza
tym Goro musiał zrozumieć, że Wiera, jako stworzenie bardzo młode, nie była w
stanie pojąć pewnych rzeczy — nie dlatego, że nie była dość mądra, ale dlatego,
że niewiele jeszcze przeżyła. Wobec tego demon musiał być wyrozumiały.
— A za to „chcę być
dla kogoś kimś więcej niż kolejną żoną” chyba naprawdę się obrażę — zaśmiał się
cicho. — Każda miłość jest inna, Wiero — rzekł, mocno podkreślając to
jedno słowo. — Ale ta inność nie polega na… hm, skali mocy tego uczucia. Żadna
miłość nie jest piękniejsza od innej, żadna też nie jest gorsza. Każda jest
inna, bo każda wnosi coś innego. Każda cię czegoś innego uczy, wyzwala na
różnych etapach różne emocje. To tak, jakby porównać to do koloru skrzydeł
motyli, które latają w twoim brzuchu na widok twojego wybranka. To nigdy nie są
te same motyle, Wiero. Tak samo jak to nigdy nie jest ta sama miłość.
Zamilkł na moment. Być może Wiera by mu w to nie uwierzyła,
ale on naprawdę często wspominał te, z którymi spędził choć kawałki swojego
wiecznego życia, dozgonnie im wdzięczny za to, że choć przez te kilkaset lat
nie musiał żyć w samotności. I te wspomnienia w żaden sposób mu się nie myliły,
o co też czarodziejka mogłaby go oskarżyć. Goro nie umiał myśleć o nich
wszystkich naraz, ponieważ każdą z nich traktował jak urywek własnych, osobnych
światów. Wrażenie było takie, jakby każda z tych kobiet pochodziła z jakiegoś
innego wymiaru, przez co nie miały prawa się spotkać. Tym bardziej więc Goro
nie miał oporów w myśleniu, że każda z nich była miłością jego życia. Bo każda
z nich wszczepiała w niego nowe, zupełnie świeże tchnienie. Przez te
kilkadziesiąt lat żył właśnie dla tej jednej, wycinając, chroniąc i skrywając w
sobie ten drogocenny fragment swojego żywota. Choć nie sądził, by Wiera była w
stanie to zrozumieć.
— Czy wdowiec nie może już więcej pokochać? — pytał. — Czy
pokochawszy inną kobietę, skreśla tamtą miłość? Nie, oczywiście że nie. Wdowiec
kocha obie te kobiety, ale każdą inaczej. Bo śmierć zmienia wszystko, Wiero,
także nasze uczucia. Przekształca je. To trochę tak, jakby te wszystkie
uczucia, jakie darzyliśmy osobę zmarłą, umieścił w archiwalnym katalogu. One
istnieją, nadal mamy do nich dostęp, ale nie są już tak… hm, aktywne, jak
kiedyś. Ale wciąż istnieją, wciąż w nas są, wciąż w nas żyją i dzięki
temu wciąż je odczuwamy! — tłumaczył niemal z pasją. — Czy człowiek otrzymał
tylko jedną szansę na miłość? Jakim potworem i okrutnikiem musiał być Bóg,
który by coś takiego uczynił. Ta… prawdziwa miłość, o której opowiadasz —
odezwał się po chwili ciszy pełnej zadumy — brzmi pięknie. Teraźniejszość
rozkwita na samą myśl o tak silnym uczuciu. Ale mnie bardziej niż
teraźniejszość, którą właśnie mijamy, interesuje przyszłość. I właśnie dlatego
tej prawdziwej miłości wolałbym nigdy nie spotkać. Wolałbym celebrować miłość,
jako najbardziej wzniosłe ze wszystkich uczucie, mogąc kochać i być kochanym
bez tych ograniczników. Czyżbyś myślała — podjął po chwili — że mając
kilkanaście żon, poślubiłem je w odstępie kilku lat? Że uczucie po jednej nie
zdążyło ostygnąć, a już ruszałem ku drugiej? Że już ich nie pamiętam i nie pamiętam
też tego, w jaki sposób kochałem każdą z nich? Nie — odpowiedział natychmiast
dość ponurym tonem. — Choć nie umiem ci tego wytłumaczyć. Nie wiem, czy to jest
w ogóle możliwe.
Osobne światy. Osobne wymiary. Osobne życia.
Wiera zaskoczyła go tą dość niespodziewaną zmianą tematu,
jaką był jego obecny wygląd. Goro spiął się nieco, zdając sobie sprawę, że nie
mógł powiedzieć zbyt wiele, a więc musiał ważyć każde swoje słowo. Mimo to nie
zamierzał uchylać się od odpowiedzi.
— Ciało nie ma terminu ważności — wyjaśnił z cichym śmiechem.
— Nasz duch tak jakby je konserwuje, przez co ta zwykła, mięsna powłoka nie
ulega żadnym zniszczeniom. Skóra nie gnije, organy wewnętrzne pracują. Ciało
zdaje się żyć, choć wewnątrz nie ma tego, co najważniejsze: duszy śmiertelnika.
To właśnie dlatego możemy bez przeszkód przejmować ciała zmarłych: bo są w
pewnym sensie puste. Żywi mają swoje dusze, przez co jest mocno… ciasno — wyjaśnił
z lekkim uśmiechem. — Dlatego potrzebujemy zgody śmiertelnika na opętanie. Chyba
że czyjaś dusza jest podziurawiona, jak to my mawiamy. Żeby sobie to zwizualizować
powiem ci, że każdy grzech powoduje w duszy dziurę, a im większy grzech, tym
wyrwa większa. Dobre uczynki je łatają i tak to się wzajemnie napędza. Jeśli
tych złych uczynków jest więcej, dusza ma wiele dziur, więc i nam łatwiej się w
takie ciało wcisnąć. Wtedy nie musimy pytać o zgodę — jesteśmy już zbyt silni.
Wiedział, że to brzmiało dość brutalnie i okrutnie, ale nie
należało tego ukrywać, zwłaszcza przed Wierą, która już całkiem sporo wiedziała
o ich demoniej naturze. A skoro była ciekawa, Goro chętnie uchylał jej tego rąbka
tajemnicy.
— Co do tego, czy ciała się nudzą, to chyba kwestia indywidualna
— mruknął ze wzruszeniem ramion. — Belial co rusz by je zmieniał, dla niego to
niemal jak sport. I jest wielu takich, ale to nieetyczne, poza tym mogłoby
wzbudzić wiele niepotrzebnego zamieszania. Dlatego staramy się zmieniać ciała
co kilkadziesiąt lat. Tak jak wspomniałem, nasze ciała się nie psują, więc
możemy je mieć tak naprawdę wiecznie. To — Goro dźgnął się w pierś — mam od
prawie dziesięciu lat, czyli od momentu, w którym wydostałem się z pieczęci. Ale
nie mam potrzeby go zmieniać. Nie zależy mi na względach estetycznych czy
jakichkolwiek innych. Do najwygodniejszego, choć ograniczonego funkcjonowania
na tym świecie potrzebujemy ciał. I to jest tak naprawdę cała filozofia.
Nieco zmartwiła go, gdy zaczęła przepraszać za natłok
pytania i zasugerowała, że być może któraś ze stron jest zmęczona rozmową. Tym
bardziej, że Goro aż sam był zaskoczony, jak dobrze mu się z Wierą rozmawiało.
— Nie jestem zmęczony i chętnie odpowiem na wszystkie twoje
pytania — odparł z uśmiechem. — Ale jeśli masz na dziś dość, nie krępuj się. Zostawię
cię samą, gdy tylko o to poprosisz. Tym bardziej, że rozmowa o tak trywialnych,
niezwiązanych z naszymi ostatnimi sprawami rzeczach jest zaskakująco zajmująca
i przyjemna, nie sądzisz? Choć to zasługa właściwie dobranego towarzystwa — wyjaśnił,
spoglądając na Wierę znacząco.
Problem zaś pojawił się jeden.
Kończyła się im herbata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz