ROZDZIAŁ 307

 GORO

Nie tak to miało wyglądać. Nad głową wisiało im widmo Rumena, który był o krok od odkrycia tajemnicy pieczęci — a być może już ją odkrył. Goro nie przypuszczał, że zwykłe przyjęcie prośby o pomoc zamieni się w walkę o własny byt. Demon nie chciał wyolbrzymiać sprawy zwłaszcza po to, by nie martwić Wiery. Wystarczyło, że pozostali pobratymcy zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji.

Ta jednak niknęła pod ciepłym kocykiem oraz w oparach gorącej herbaty. Tak sympatyczna otoczka aż raziła ogromnym kontrastem, ponieważ kłopoty, z jakimi się mierzyli, kompletnie nie współgrały z wieczornymi pogawędkami w towarzystwie lisich kubków. Jednak Goro to nie przeszkadzało. Każdy potrzebował chociaż chwili wytchnienia, a zwłaszcza oni. Zwłaszcza Wiera.

— Belial wspominał, że dziewczyna ma nauczyciela w okresie wakacji — rzekł, gdy zeszli na temat Marceline. — Na naukę w czasie szkoły nie pozwalają jej rodzice, co z jednej strony jest zrozumiałe, ale z drugiej – to oczywiste marnowanie potencjału. Zwłaszcza że, z tego co zrozumiałem, Marceline bardzo by kiedyś chciała dołączyć do społeczności griszów i żyć na tamtejszych warunkach. Jestem w stanie ją zrozumieć — podjął po chwili zadumy. — Tam czułaby się potrzebna, nie byłaby też wyobcowana. Mogłaby poszerzać swoją wiedzę i zostać… jak to nazwałaś? Mistrzem? — Ten temat go zainteresował, więc postanowił go kontynuować. — Jak wyglądają takie szkolenia? Jak stać się takim Mistrzem? Jestem pod wrażeniem — przyznał — że wasze wewnętrzne struktury są aż tak rozbudowane.

Zastanawiał się nawet, czy griszowie, jako nacja tak ze sobą zżyta, ale jednocześnie wyobcowana i samowystarczalna, chciałaby dołączyć do projektu Rady. Teraz oczywiście nie miało to znaczenia — wpierw musieli pokonać Rumena, co znacznie Radę opóźni. Jednak na tym właśnie miała polegać — na budowaniu wspólnoty i niwelowaniu zagrożenia, wobec tego Goro cały czas działał w obszarze celów, które sam wyznaczył.

Wiera zmartwiła go stwierdzeniem, że nikt wcześniej się o nią tak nie troszczył. On wszak nie zrobił zbyt wiele, a czarodziejka, z tego co zrozumiał, nie miała w sobie Cienia na tyle długo, by nigdy nie zaznać wsparcia bliskich.

— Przykro to słyszeć — odparł, marszcząc brwi. — Czyżby te wewnętrzne struktury były ważniejsze niż więzy krwi?

Roześmiał się natomiast, gdy Wiera wspomniała o ryzyku i Belialu.

— Ja bym go w życiu o taki kolekcjonerski zbiór nie podejrzewał — wyznał, wciąż będąc pod wrażeniem tego znaleziska — choć muszę przyznać, że jedną z cech Beliala jest jego nieprzewidywalność. Nawet ja nie mogę powiedzieć, że znam go na wylot, choć przyjaźnimy się dosłownie od setek lat.

Zachichotał w duchu na to, co Wiera powiedziała mu kiedyś o tym, jak to dziwnie, że dwa tak dziwne charaktery zdołały się zaprzyjaźnić. A że przy okazji przypomniało mu się pewne dość trafne porównanie, postanowił o nim wspomnieć.

— Ktoś kiedyś powiedział — podjął z uśmiechem — że Bel i ja jesteśmy jak dwa puzzle z zupełnie różnych układanek, ale przypadkowo idealnie do siebie pasujące. Dość trywialne porównanie — przyznał — ale bardzo je lubię, bo chyba idealnie oddaje nasze relacje.

Kiedy Wiera wreszcie odpowiedziała na jego główne pytanie dotyczące jej alternatywnej przyszłości, uśmiechnął się lekko, w pewnym sensie nie zgadzając się z tą odpowiedzią.

— Chyba się nie doceniasz — zawyrokował. — Naprawdę uważasz, że nie czekałoby cię nic poza samotnym żywotem wieszczki? Dlaczego tak uważasz? Tak szczerze? — pytał, spoglądając jej w oczy, aby mieć pewność, że go nie okłamie. — Czy to nie byłoby zmarnowanie potencjału? I to po stokroć większe niż w przypadku naszej małej Marceline.

Ale potem mu odpowiedziała. Cień. I wtem Goro, choć niechętnie, musiał przestać się dziwić.

— To przykre, że chciano cię oceniać wyłącznie przez pryzmat Rumena — odparł ponurym, nieco gniewnym tonem. — I Cienia. Choć to i mi się zdarzyło.

Teraz wiedział, że to złe, choć nie czuł, że powinien za to przepraszać. Ich początki były trudne i zaczęły się od zatajenia tej dość ważnej informacji, dlatego Goro uważał, że puszczenie tego w niepamięć i włożenie między neutralne karty zdecydowanie wystarczało.

Był wdzięczny Wierze za to, że wysłuchała jego żali, choć prędko ujawniła się jedna rzecz, choć być może w dwóch wariantach: albo to on dobrał złe słowa, albo to ona źle go zrozumiała. Jakakolwiek by to nie była odpowiedź, Goro musiał to wyjaśnić.

— To nie tak — rzekł łagodnie. — Nie żyję dla nikogo, nie żyję na siłę. I cały czas robię tylko to, co chcę — dodał z uśmiechem. — Nikt mnie do niczego nie zmusza. Jestem zupełnie wolnym człowiekiem i tak się właśnie czuję. Ale wiesz… ja jestem zupełnie wolnym człowiekiem — podkreślił, spoglądając na Wierę znacząco — który ma tak dużo wolnego czasu, że nie wie, jak go spożytkować. Tym bardziej, że mam tego czasu nieograniczoną ilość. Przynajmniej teoretycznie — uzupełnił pospiesznie. A co do Rady, to mam nadzieję, że tak będzie. Takie jest założenie. Rada ma z czasem stać się żywym organizmem, który będziemy wszyscy jednocześnie rozwijać.

Zaskoczyła go za to częścią o tym, że był czymś uwięzionym i coś go dręczyło. Zastanawiał się, kiedy mogła coś takiego w nim dostrzec, by dojść do tych dość oryginalnych wniosków.

— Nie czuje się uwięziony ani cierpiący, Wiero — wyjaśnił dość poważnym tonem, aby podkreślić, że jego celem nie jest puste uspokojenie czarodziejki, ale szczerze wyznanie. — Dlaczego tak pomyślałaś? Nie istnieje nic, co by mnie dręczyło. Być może tak pomyślałaś — podjął z namysłem — po tym, co zrobiłem z pieczęcią. Ale to były tylko złe skojarzenia, nic więcej. Może uznasz mnie za bezdusznego — mruknął po chwili ciszy — ale właśnie mi uświadomiłaś, że wszystko, co spotykało mnie w życiu, było chyba aż wybitnie ulotne.

Zastanowił się nad tym chwilę, choć ostatecznie uznał, że przez tyle wieków żywota mało co zdawało mu się dłuższe niż ledwie mrugnięcie. To zaś samo w sobie było bardzo ponure, tym bardziej więc Goro nie chciał przy tym przystawać.

— Pozwól, że wyjaśnię ci to od początku, aby nie zostawić żadnych niedopowiedzeń — zaproponował ze spokojem. — Możesz sobie wyobrazić, jak wielkimi mocami dysponujemy, a jako pradawne, nieśmiertelne istoty, mogliśmy mieć wszystko. Czasy się zmieniały na naszych oczach i z łatwością się do nich dopasowywaliśmy. Staliśmy u boku pierwszych władców, zasiadaliśmy na złotych tronach, stanowiliśmy władzę nad wieloma wpływowymi ludźmi. Idąc tym tokiem rozumowania, nasze możliwości były nieograniczone. I nadal są. Ale to nam wystarczało. Wielu nadal wystarcza i nie ma w tym nic złego.

Taki był ogół jego historii, w którą nie trzeba było się zagłębiać, bo nie opowiedziałaby nic ciekawego. Ale miał wrażenie, że Wiera na podstawie kilku skrawków jego historii stworzyła sobie jego obraz psychologiczny — i to dość mylny oraz niepełny. Dlatego Goro zmierzał do sedna.

— W całym swoim życiu miałem wiele żon — wyznał z dobitną szczerością. — Oczywiście nie jednocześnie. Brzmię jak jakiś niepoważny lowelas — zaśmiał się krótko — ale żyję przecież tak długo, a nie istnieje tylko jedna miłość. Do dziś pamiętam imiona każdej z nich. Ale aż do pewnego momentu miałem to szczęście, że te maleńkie skrawki mojej historii, które spędziłem z tymi kobietami, przebiegały mi spokojnie. Miło było zapomnieć choć na chwilę o tym, kim byłem i żyć jak zwykły, szary obywatel. Ale w końcu nastawały takie czasy, w których znowu zostawałem sam. Nigdy o nich nie zapomniałem — podkreślił — ale nigdy też żałoba po nich nie wyniszczała mnie od środka. Proszę, nie zrozum mnie źle — rzekł — i nie pomyśl, że jestem nieczułym draniem, który kobiety traktuje jak trofea. Ale miłość nie działa jak w bajkach, że trafia się jedna na całe życie. Dlaczego miałbym już nigdy więcej nie kochać, jeśli kochałem już kilkadziesiąt lat temu? Rzecz w tym — podjął z mocą — że to mnie nigdy nie złamało. Isalind też nie.

Westchnął, przez moment targnięty gniewem na myśl o tych wydarzeniach, o których za chwilę opowie.

— Ostatnią kobietą, którą tak kochałem i z którą chciałem spędzić tyle czasu, ile tylko gwiazdy by nam dały, była Isalind — wyjaśnił ze spokojem. — Mniej więcej w tym czasie wraz z moim niegdysiejszym przyjacielem, wampirem Lucą Baltimore’em, tworzyłem coś, co przypomina obecną Radę. Więc można powiedzieć, że Rada nie jest oryginalnym pomysłem — mruknął z bladym uśmiechem. — Ale doszło między nami do nieporozumienia. Luca chciał chronić wszystkich nadprzyrodzonych, bez względu na ich czyny, a ja chciałem absolutnej sprawiedliwości, więc byłem skłonny do karania także nadnaturalnych. To spowodowało, że mocno się z Lucą poróżniliśmy. Pojednać miała nas choroba Isalind — rzekł cicho. — Nie umiałem jej wyleczyć, nie wiedziałem, co to było. Byłem bezradny, a wtedy Luca zaproponował, że przemieni ją w wampirzycę, tym samym ratując. Od razu się zgodziłem, ale po tym wszystko poszło bardzo źle — wyjaśnił z westchnieniem. — Luca owijał ją sobie wokół palca i rozkochał. Starałem się ją odzyskać, ale bezskutecznie: Isalind była w niego wpatrzona jak w obrazek. Próbowałem się z tym pogodzić i jak zawsze mi się udało. Ale wtedy zostałem pojmany i zamknięty w pieczęci. W powrocie pomógł mi Belial i to on mi zdradził, że Luca niedługo po moim uwięzieniu zamordował Isalind. Tamto uczucie już przeminęło, ale i tak chciałem zemsty na Luce. Z tym że i ona nic nie dała.  

Wciąż nie rozumiał, dlaczego tak się stało. Dlaczego nie czuł zupełnie nic, gdy Aria Vasco wyrwała Luce serce? Dlaczego nie czuł nic obserwując, jak ten, którego tak znienawidził, padał martwy? Czy to dlatego, że jego śmierć nie zwróciłaby mu Isalind? Nie, to nie to, ponieważ Isy już od dawna nie kochał. Więc co? Dlaczego nie było żadnej satysfakcji, poczucia słodkiej zemsty? Nie było nawet zbyt wiele rozczarowania. Nie było w zasadzie nic.

— Może to jednak jest wada — dumał po chwili ciszy, targnięty tym niepokojem, że być może z jego odczuwaniem emocji jest w istocie coś nie tak. — Dotąd sądziłem, że wszystkiemu, co dobre, poświęcałem maksimum mojej uwagi, a gdy to szczęście przemijało, wpierw je okrywałem żałobą, a potem ruszałem w nową drogę, szukać kolejnych szans i następnych powodów do radości. Czy to brzmi bezdusznie? — spytał, spoglądając na Wierę z ciekawością, tym bardziej, że naprawdę chciał znać jej opinię.

Jak dotąd uważał, że postępował słusznie, ale gdy wypowiedział to na glos, sam już nie był pewien. Nigdy nie był typem kogoś, kto rozwodzi się nad każdym jednym problemem i przeżywa każdą małostkę. Był stalowym racjonalistą, który lubował się w chłodnym, trzeźwym ocenianiu sytuacji. Nie zostawał nigdzie dłużej niż to konieczne, nie łapał się na sentymenty. Wciąż było w nim wiele uczucia i empatii, dlatego sądził, że umiał znaleźć w tym idealną równowagę.

Choć być może Wiera sądziła inaczej.

— Za bardzo się rozgadałem — wyznał ze zmarszczeniem brwi. — Do czego zmierzam? Tylko do tego — podjął żywiej — że godzenie się z tym, co przynosi mi los, idzie mi wyjątkowo dobrze. To chyba jakiś dar. A więc: jestem pogodzony ze sobą i z tym, z czym dane mi się mierzyć. Nie jestem pesymistą, który nie wierzy, by cokolwiek dobrego miało mnie jeszcze spotkać. Zbytnim optymistą też nie jestem — mruknął — ale jest we mnie dostatecznie dużo wiary. Dlatego doceniam twoją troskę, Wiero, ale uwierz mi, nie ma nic, co by mnie dręczyło czy więziło. A z tą nieśmiertelnością — dodał prędko — to też nie do końca tak. Już o tym mówiłem: drażni mnie świadomość, że mam tyle czasu, a nie wiem jeszcze, jak ją spędzę. Lubię mieć wszystko rozplanowane — dodał z uśmiechem — i nie lubię myśli, że przyszłości zaplanować nie mogę. I dlatego jedynym moim zmartwieniem jest Rumen. Bo chce ingerować w moją społeczność i twoje bezpieczeństwo. A na to pozwolić nie zamierzam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^