GORO
Nie tak to miało wyglądać. Nad głową wisiało im widmo
Rumena, który był o krok od odkrycia tajemnicy pieczęci — a być może już ją
odkrył. Goro nie przypuszczał, że zwykłe przyjęcie prośby o pomoc zamieni się w
walkę o własny byt. Demon nie chciał wyolbrzymiać sprawy zwłaszcza po to, by
nie martwić Wiery. Wystarczyło, że pozostali pobratymcy zdawali sobie sprawę z
powagi sytuacji.
Ta jednak niknęła pod ciepłym kocykiem oraz w oparach
gorącej herbaty. Tak sympatyczna otoczka aż raziła ogromnym kontrastem,
ponieważ kłopoty, z jakimi się mierzyli, kompletnie nie współgrały z
wieczornymi pogawędkami w towarzystwie lisich kubków. Jednak Goro to nie przeszkadzało.
Każdy potrzebował chociaż chwili wytchnienia, a zwłaszcza oni. Zwłaszcza Wiera.
— Belial wspominał, że dziewczyna ma nauczyciela w okresie
wakacji — rzekł, gdy zeszli na temat Marceline. — Na naukę w czasie szkoły nie
pozwalają jej rodzice, co z jednej strony jest zrozumiałe, ale z drugiej – to
oczywiste marnowanie potencjału. Zwłaszcza że, z tego co zrozumiałem, Marceline
bardzo by kiedyś chciała dołączyć do społeczności griszów i żyć na tamtejszych
warunkach. Jestem w stanie ją zrozumieć — podjął po chwili zadumy. — Tam
czułaby się potrzebna, nie byłaby też wyobcowana. Mogłaby poszerzać swoją wiedzę
i zostać… jak to nazwałaś? Mistrzem? — Ten temat go zainteresował, więc
postanowił go kontynuować. — Jak wyglądają takie szkolenia? Jak stać się takim
Mistrzem? Jestem pod wrażeniem — przyznał — że wasze wewnętrzne struktury są aż
tak rozbudowane.
Zastanawiał się nawet, czy griszowie, jako nacja tak ze sobą
zżyta, ale jednocześnie wyobcowana i samowystarczalna, chciałaby dołączyć do
projektu Rady. Teraz oczywiście nie miało to znaczenia — wpierw musieli pokonać
Rumena, co znacznie Radę opóźni. Jednak na tym właśnie miała polegać — na
budowaniu wspólnoty i niwelowaniu zagrożenia, wobec tego Goro cały czas działał
w obszarze celów, które sam wyznaczył.
Wiera zmartwiła go stwierdzeniem, że nikt wcześniej się o
nią tak nie troszczył. On wszak nie zrobił zbyt wiele, a czarodziejka, z tego
co zrozumiał, nie miała w sobie Cienia na tyle długo, by nigdy nie zaznać
wsparcia bliskich.
— Przykro to słyszeć — odparł, marszcząc brwi. — Czyżby te wewnętrzne
struktury były ważniejsze niż więzy krwi?
Roześmiał się natomiast, gdy Wiera wspomniała o ryzyku i
Belialu.
— Ja bym go w życiu o taki kolekcjonerski zbiór nie podejrzewał
— wyznał, wciąż będąc pod wrażeniem tego znaleziska — choć muszę przyznać, że
jedną z cech Beliala jest jego nieprzewidywalność. Nawet ja nie mogę powiedzieć,
że znam go na wylot, choć przyjaźnimy się dosłownie od setek lat.
Zachichotał w duchu na to, co Wiera powiedziała mu kiedyś o tym,
jak to dziwnie, że dwa tak dziwne charaktery zdołały się zaprzyjaźnić. A że
przy okazji przypomniało mu się pewne dość trafne porównanie, postanowił o nim
wspomnieć.
— Ktoś kiedyś powiedział — podjął z uśmiechem — że Bel i ja
jesteśmy jak dwa puzzle z zupełnie różnych układanek, ale przypadkowo idealnie
do siebie pasujące. Dość trywialne porównanie — przyznał — ale bardzo je lubię,
bo chyba idealnie oddaje nasze relacje.
Kiedy Wiera wreszcie odpowiedziała na jego główne pytanie
dotyczące jej alternatywnej przyszłości, uśmiechnął się lekko, w pewnym sensie
nie zgadzając się z tą odpowiedzią.
— Chyba się nie doceniasz — zawyrokował. — Naprawdę uważasz,
że nie czekałoby cię nic poza samotnym żywotem wieszczki? Dlaczego tak uważasz?
Tak szczerze? — pytał, spoglądając jej w oczy, aby mieć pewność, że go nie
okłamie. — Czy to nie byłoby zmarnowanie potencjału? I to po stokroć większe niż
w przypadku naszej małej Marceline.
Ale potem mu odpowiedziała. Cień. I wtem Goro, choć niechętnie,
musiał przestać się dziwić.
— To przykre, że chciano cię oceniać wyłącznie przez pryzmat
Rumena — odparł ponurym, nieco gniewnym tonem. — I Cienia. Choć to i mi się zdarzyło.
Teraz wiedział, że to złe, choć nie czuł, że powinien za to przepraszać.
Ich początki były trudne i zaczęły się od zatajenia tej dość ważnej informacji,
dlatego Goro uważał, że puszczenie tego w niepamięć i włożenie między neutralne
karty zdecydowanie wystarczało.
Był wdzięczny Wierze za to, że wysłuchała jego żali, choć
prędko ujawniła się jedna rzecz, choć być może w dwóch wariantach: albo to on
dobrał złe słowa, albo to ona źle go zrozumiała. Jakakolwiek by to nie była odpowiedź,
Goro musiał to wyjaśnić.
— To nie tak — rzekł łagodnie. — Nie żyję dla nikogo, nie
żyję na siłę. I cały czas robię tylko to, co chcę — dodał z uśmiechem. — Nikt
mnie do niczego nie zmusza. Jestem zupełnie wolnym człowiekiem i tak się
właśnie czuję. Ale wiesz… ja jestem zupełnie wolnym człowiekiem — podkreślił,
spoglądając na Wierę znacząco — który ma tak dużo wolnego czasu, że nie wie,
jak go spożytkować. Tym bardziej, że mam tego czasu nieograniczoną ilość. Przynajmniej
teoretycznie — uzupełnił pospiesznie. A co do Rady, to mam nadzieję, że tak
będzie. Takie jest założenie. Rada ma z czasem stać się żywym organizmem, który
będziemy wszyscy jednocześnie rozwijać.
Zaskoczyła go za to częścią o tym, że był czymś uwięzionym i
coś go dręczyło. Zastanawiał się, kiedy mogła coś takiego w nim dostrzec, by
dojść do tych dość oryginalnych wniosków.
— Nie czuje się uwięziony ani cierpiący, Wiero — wyjaśnił
dość poważnym tonem, aby podkreślić, że jego celem nie jest puste uspokojenie czarodziejki,
ale szczerze wyznanie. — Dlaczego tak pomyślałaś? Nie istnieje nic, co by mnie
dręczyło. Być może tak pomyślałaś — podjął z namysłem — po tym, co zrobiłem z pieczęcią.
Ale to były tylko złe skojarzenia, nic więcej. Może uznasz mnie za bezdusznego —
mruknął po chwili ciszy — ale właśnie mi uświadomiłaś, że wszystko, co
spotykało mnie w życiu, było chyba aż wybitnie ulotne.
Zastanowił się nad tym chwilę, choć ostatecznie uznał, że
przez tyle wieków żywota mało co zdawało mu się dłuższe niż ledwie mrugnięcie.
To zaś samo w sobie było bardzo ponure, tym bardziej więc Goro nie chciał przy
tym przystawać.
— Pozwól, że wyjaśnię ci to od początku, aby nie zostawić
żadnych niedopowiedzeń — zaproponował ze spokojem. — Możesz sobie wyobrazić,
jak wielkimi mocami dysponujemy, a jako pradawne, nieśmiertelne istoty,
mogliśmy mieć wszystko. Czasy się zmieniały na naszych oczach i z łatwością się
do nich dopasowywaliśmy. Staliśmy u boku pierwszych władców, zasiadaliśmy na
złotych tronach, stanowiliśmy władzę nad wieloma wpływowymi ludźmi. Idąc tym
tokiem rozumowania, nasze możliwości były nieograniczone. I nadal są. Ale to
nam wystarczało. Wielu nadal wystarcza i nie ma w tym nic złego.
Taki był ogół jego historii, w którą nie trzeba było się
zagłębiać, bo nie opowiedziałaby nic ciekawego. Ale miał wrażenie, że Wiera na
podstawie kilku skrawków jego historii stworzyła sobie jego obraz
psychologiczny — i to dość mylny oraz niepełny. Dlatego Goro zmierzał do sedna.
— W całym swoim życiu miałem wiele żon — wyznał z dobitną
szczerością. — Oczywiście nie jednocześnie. Brzmię jak jakiś niepoważny lowelas
— zaśmiał się krótko — ale żyję przecież tak długo, a nie istnieje tylko jedna
miłość. Do dziś pamiętam imiona każdej z nich. Ale aż do pewnego momentu miałem
to szczęście, że te maleńkie skrawki mojej historii, które spędziłem z tymi kobietami,
przebiegały mi spokojnie. Miło było zapomnieć choć na chwilę o tym, kim byłem i
żyć jak zwykły, szary obywatel. Ale w końcu nastawały takie czasy, w których znowu
zostawałem sam. Nigdy o nich nie zapomniałem — podkreślił — ale nigdy też żałoba
po nich nie wyniszczała mnie od środka. Proszę, nie zrozum mnie źle — rzekł — i
nie pomyśl, że jestem nieczułym draniem, który kobiety traktuje jak trofea. Ale
miłość nie działa jak w bajkach, że trafia się jedna na całe życie. Dlaczego miałbym
już nigdy więcej nie kochać, jeśli kochałem już kilkadziesiąt lat temu? Rzecz w
tym — podjął z mocą — że to mnie nigdy nie złamało. Isalind też nie.
Westchnął, przez moment targnięty gniewem na myśl o tych
wydarzeniach, o których za chwilę opowie.
— Ostatnią kobietą, którą tak kochałem i z którą chciałem spędzić
tyle czasu, ile tylko gwiazdy by nam dały, była Isalind — wyjaśnił ze spokojem.
— Mniej więcej w tym czasie wraz z moim niegdysiejszym przyjacielem, wampirem Lucą
Baltimore’em, tworzyłem coś, co przypomina obecną Radę. Więc można powiedzieć,
że Rada nie jest oryginalnym pomysłem — mruknął z bladym uśmiechem. — Ale
doszło między nami do nieporozumienia. Luca chciał chronić wszystkich
nadprzyrodzonych, bez względu na ich czyny, a ja chciałem absolutnej sprawiedliwości,
więc byłem skłonny do karania także nadnaturalnych. To spowodowało, że mocno
się z Lucą poróżniliśmy. Pojednać miała nas choroba Isalind — rzekł cicho. —
Nie umiałem jej wyleczyć, nie wiedziałem, co to było. Byłem bezradny, a wtedy
Luca zaproponował, że przemieni ją w wampirzycę, tym samym ratując. Od razu się
zgodziłem, ale po tym wszystko poszło bardzo źle — wyjaśnił z westchnieniem. —
Luca owijał ją sobie wokół palca i rozkochał. Starałem się ją odzyskać, ale
bezskutecznie: Isalind była w niego wpatrzona jak w obrazek. Próbowałem się z
tym pogodzić i jak zawsze mi się udało. Ale wtedy zostałem pojmany i zamknięty
w pieczęci. W powrocie pomógł mi Belial i to on mi zdradził, że Luca niedługo po
moim uwięzieniu zamordował Isalind. Tamto uczucie już przeminęło, ale i tak chciałem
zemsty na Luce. Z tym że i ona nic nie dała.
Wciąż nie rozumiał, dlaczego tak się stało. Dlaczego nie
czuł zupełnie nic, gdy Aria Vasco wyrwała Luce serce? Dlaczego nie czuł nic
obserwując, jak ten, którego tak znienawidził, padał martwy? Czy to dlatego, że
jego śmierć nie zwróciłaby mu Isalind? Nie, to nie to, ponieważ Isy już od
dawna nie kochał. Więc co? Dlaczego nie było żadnej satysfakcji, poczucia
słodkiej zemsty? Nie było nawet zbyt wiele rozczarowania. Nie było w zasadzie
nic.
— Może to jednak jest wada — dumał po chwili ciszy,
targnięty tym niepokojem, że być może z jego odczuwaniem emocji jest w istocie
coś nie tak. — Dotąd sądziłem, że wszystkiemu, co dobre, poświęcałem maksimum
mojej uwagi, a gdy to szczęście przemijało, wpierw je okrywałem żałobą, a potem
ruszałem w nową drogę, szukać kolejnych szans i następnych powodów do radości. Czy
to brzmi bezdusznie? — spytał, spoglądając na Wierę z ciekawością, tym bardziej,
że naprawdę chciał znać jej opinię.
Jak dotąd uważał, że postępował słusznie, ale gdy wypowiedział
to na glos, sam już nie był pewien. Nigdy nie był typem kogoś, kto rozwodzi się
nad każdym jednym problemem i przeżywa każdą małostkę. Był stalowym racjonalistą,
który lubował się w chłodnym, trzeźwym ocenianiu sytuacji. Nie zostawał nigdzie
dłużej niż to konieczne, nie łapał się na sentymenty. Wciąż było w nim wiele
uczucia i empatii, dlatego sądził, że umiał znaleźć w tym idealną równowagę.
Choć być może Wiera sądziła inaczej.
— Za bardzo się rozgadałem — wyznał ze zmarszczeniem brwi. —
Do czego zmierzam? Tylko do tego — podjął żywiej — że godzenie się z tym, co
przynosi mi los, idzie mi wyjątkowo dobrze. To chyba jakiś dar. A więc: jestem
pogodzony ze sobą i z tym, z czym dane mi się mierzyć. Nie jestem pesymistą,
który nie wierzy, by cokolwiek dobrego miało mnie jeszcze spotkać. Zbytnim
optymistą też nie jestem — mruknął — ale jest we mnie dostatecznie dużo wiary. Dlatego
doceniam twoją troskę, Wiero, ale uwierz mi, nie ma nic, co by mnie dręczyło
czy więziło. A z tą nieśmiertelnością — dodał prędko — to też nie do końca tak.
Już o tym mówiłem: drażni mnie świadomość, że mam tyle czasu, a nie wiem jeszcze,
jak ją spędzę. Lubię mieć wszystko rozplanowane — dodał z uśmiechem — i nie
lubię myśli, że przyszłości zaplanować nie mogę. I dlatego jedynym moim zmartwieniem
jest Rumen. Bo chce ingerować w moją społeczność i twoje bezpieczeństwo. A na
to pozwolić nie zamierzam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz