ROZDZIAŁ 303

GORO 

Delikatnie męczył go humor Wiery, który oscylował głównie wokół ich rzekomej randki, ale nie dał tego po sobie poznać. Goro miał po prostu nadzieję, że gdy znajdą już formatora, będą mieli ważniejsze rzeczy na głowie i skupią się już tylko na tym. Dlatego się ucieszył, gdy dostali informację, że ten, którego szukają, jest już całkiem blisko. Niczego innego do szczęścia nie potrzebowali, bo wbrew temu, czego obawiała się Wiera, Goro był pewien, że gdy już go spotkają, zdołają przekonać do pomocy. Mieli na to swoje sposoby.

Podczas podróży czarodziejka poruszyła kwestię ich pieczęci i to akurat Goro rozumiał, ponieważ był to wyjątkowo palący i kluczowy temat. A zrozumienie ich natury było teraz im wszystkim bardzo potrzebne, dlatego chętnie przeszedł do wyjaśnień.

— Nie musimy spełniać tych rozkazów w takim sensie, w jakim ty to rozumiesz — odparł ze spokojem. — Zakładając, że ktoś zdobywa naszą pieczęć i wie, jak sprawić, by nas nią zniewolić, rzeczywiście, czysto teoretycznie ten człowiek staje się naszym panem i ma pełne prawo nam rozkazywać. Ale wiele zależy od tego, kto posiada pieczęć — wytłumaczył, spoglądając na Wierę z powagą. — Im słabsza siła woli, tym łatwiej dla nas. Takich osób w ogóle nie musimy słuchać i zwykle łatwo się z takiej uwięzi wydostajemy. Ale czasami zdarza się ktoś, kto wie, do czego takiego demona wykorzystać — mruknął posępnie — a jego niezłomna wola jest dla nas pułapką. Nadal możemy odmawiać rozkazów, ale posiadacz pieczęci, jeśli naprawdę wie, co z nią zrobić, może nas zmusić bólem i szantażem do tego, byśmy posłuchali. Tylko pieczęć jest w stanie zadać nam ból — doprecyzował, sądząc, że Wiera mogłaby chcieć o to zapytać — więc istnieją pewne narzędzia, które mogą nas zmusić do usługiwania. Ale zwykle — dodał po chwili z lekkim wzruszeniem ramion — początkowo godzimy się na rozkazy, usypiamy czujność, a potem uciekamy. Rozkazy nie są problemem — wyjaśnił stanowczo — bo przynajmniej w pewnym sensie nadal jesteśmy wolni. Najgorszym, co może być, jest uwięzienie wewnątrz pieczęci. Wydostanie się z niej samemu jest wyjątkowo trudne, dla wielu niemożliwe. Nasza pieczęć, posiadająca fragment naszego ducha, jest naszym największym wrogiem i najtrudniejszym przeciwnikiem.

Czuł lodowate dreszcze na myśl o tym, jak slaby, nędzny i poniżony był po wydostaniu się z pieczęci, której nie umiał nawet odzyskać. Był słabszy od byle szeregowego, od byle marnej duszyczki wygnanej do Piekła za grzeszki najniższego rzędu. Ukrywanie się po kątach i powolne, żmudne gromadzenie siły zajęło mu wiele czasu, lecz ostatecznie sądził, że było warto. Tym bardziej się cieszył, że znowu miał przy sobie własną pieczęć, nawet jeśli czuł do niej największy wstręt.

Gdy dotarli na wyspę, nie mieli gotowego planu, choć po minie Wiery widać było, że znajdowali się naprawdę blisko i za chwilę miało dojść do kulminacyjnego spotkania. Ale coś było nie tak, Wiera nie umiała ukryć swojego zawodu i gniewu. Goro nie miał pojęcia, o co mogło chodzić, ale nawet nie musiał pytać. Wszystko się wyjaśniło, gdy na drogę wyszła… nastolatka. Średniego wzrostu, ubrana w gruby, kremowy płaszcz, który zdobiły opadające na ramiona lekko falowane włosy koloru rdzy. Dziewczyna nie wyglądała na specjalnie przejętą obcymi, wpatrując się w nich spod zmarszczonych brwi.

Goro początkowo nie rozumiał: sam siebie przyłapał na tym, że oczekiwał wyłonienia się kogoś jeszcze, a więc prawdziwego formatora. Jednak mina Wiery uzmysłowiła mu, że to właśnie ta dziewczyna była poszukiwanym przez nich magiem.

— Jestem Marceline — odparła bez zbędnych wstępów, chociaż nikt nie pytał. — Z obcymi nie wolno rozmawiać, ale ty — wskazała na Wierę — nie jesteś obca. Ty jesteś tak jak ja! Jesteś grisza! Ja też!

Belial zerknął na Wierę, mając nadzieję, że ta, dostawszy szansę na odpowiedź, jakoś ją wykorzysta i wyjaśni sytuację. Wprawdzie Goro też miał na to nadzieję, ale na nic takiego się nie zapowiadało.

— A wy to kto? — spytała, przyglądając się demonom. — Nie jesteście ludźmi, nie? To kim?

— Jesteś… formatorem? — spytał Goro, puszczając mimo uszu poprzednie pytanie dziewczyny.

— I to diabelnie dobrym! — zakrzyknęła, dumnie wypinając do przodu pierś.

Zmartwiony, odwrócił się w stronę Wiery, wnet rozumiejąc, że myślała o tym samym.

— To się nie uda — rzekł cicho. — Przecież to dziecko. Nie możemy ryzykować, że coś jej się stanie.

— Nic mi się nie stanie! — krzyczała buntowniczo. — Naprawdę jestem dobra! Patrzcie!

Goro nie wiedział, co dziewczyna dokładnie robiła, gdy przymykała powieki, szeptała coś pod nosem i plątała palce dłoni, by nagle zaczęło dziać się coś, co wcale nie zdawało mu się piękne i fascynujące, a dość… obrzydliwe. Ciało dziewczynki nienaturalnie się wygięło, a następnie wydłużyło, jakby nie było mięsem i kośćmi, a plasteliną. Twarz, przez chwilę zniekształcona, nabrała ostrzejszych rysów, włosy zaś nagle się wydłużyły i zgęstniały. Nawet ubiór ulegał zmianie, samoistnie się farbując, zmieniając fason i krój. A na końcu tych wszystkich zmian stanęła przed nimi Wiera.

Z tym drobnym szczegółem, że tuż obok niego także stała Wiera. Ta prawdziwa i równie zdumiona, co oni wszyscy.

— Ha! Widzicie?! — ćwierkała z zachwytem fałszywa Wiera. — Jestem dobra! Nawet się nie zmęczyłam z takim czymś! A co wy ode mnie w ogóle chcecie?

Belial, kompletnie ignorując pytania Marceline, zbladł, a następnie zdębiał, wpatrzony jak w obrazek.

— O ty kurwa — szepnął z podziwem. — Sprytne. I na ile to działa? To prawie jak nasze opętanie!

Ostatnie słowa wywołały u nastolatki natychmiastową reakcję, która jak na znak zaczęła się kurczyć i zmieniać, by po chwili przeistoczyć się w swoją oryginalną formę, wpatrując się w Beliala oczekująco.

— Opętanie? — spytała z ekscytacją. — Umiecie opętać kogoś? To kim wy jesteście? — Jej wzrok skakał w błyskawicznym tempie od Beliala do Goro. — Demonami?!

— Zgadza się — odparł Goro, czując nagłe zmęczenie tą dziewczyną.

Najwyraźniej to było coś, co Marceline chciała usłyszeć, bo wybałuszyła oczy, po czym roześmiała się z radosnym niedowierzaniem.

— Ja jestem dobra — odparła nagle tonem znawcy — a wy potrzebujecie pomocy formatora, skoro tu przypłynęliście! No to dobra — kiwnęła głową — pomogę wam, ale najpierw…

Marceline rozejrzała się dookoła, po czym rzuciła się nagle wgłąb wyspy, pozostawiając resztę w osłupieniu. Gdy zaś wróciła, taszczyła ze sobą puchatego, wyraźnie niezadowolonego kota o szarej, długiej sierści.

— Opętaj kota! — zakrzyknęła radośnie, wyciągając w stronę Goro biednego kota.

Belial prychnął, najwyraźniej rozbawiony absurdem tej sytuacji. Goro zaś nie było do śmiechu, ponieważ bardzo by nie chciał opuszczać swojego ciała. Pozostawienie go samopas choćby na chwilę, stwarzało ryzyko dość mało prawdopodobne, ale cały czas istniejące, dlatego wiedział, że musiał być ostrożny.

— Belial, opętaj kota — mruknął, nawet na niego nie patrząc. Sam nie wiedział, dlaczego bawił się w te gierki, lecz po chwili stwierdził, że nie robił tego dla Marceline, ani nawet dla Wiery. Robił to po to, aby upokorzyć Beliala.

— Dlaczego ja?! — Przyjaciel go nie zawiódł i zareagował dokładnie tak, jak Goro podejrzewał: wielkim oburzeniem. — Sam se go opętuj!

— Już.

— Właśnie — burknęła Marceline, wyraźnie niezadowolona z tego zwlekania. — Jazda do kota!

— Ożeż ty — warknął, najwyraźniej urażony bezczelnością dziewczyny. Zaraz jednak odzyskał opanowanie, lustrując Marceline sądnym spojrzeniem. — Dobra! — zawołał podejrzanie entuzjastycznie. — Takaś ty cwana? Ta? — mruknął Belial, uśmiechając się złośliwie. — No to zobaczymy.

W głowie Goro zapaliła się czerwona lampka, bo ta zbytnia pewność siebie jego przyjaciela nie mogła wróżyć niczego dobrego. I się nie pomylił: dosłownie w następnej sekundzie usłyszeli głuche uderzenie czegoś ciężkiego o ziemię, a gdy odwrócili głowy w tamtą stronę, ujrzeli bezwładne ciało młodego, przystojnego szatyna o gęstych, połyskujących lokach — jeszcze niedawno należących do Beliala.

— BELIAL, NIE! — wrzasnęli, a Goro wprost nie mógł uwierzyć, że Belial był aż tak nieodpowiedzialny, by przez głupią złość zniweczyć cały ich plan. Oczywiście było już za późno, zwłaszcza że przyjaciel najwyraźniej już zdążył się odnaleźć w nowym ciele.

— No co?! — krzyknął Belial cieniutkim, damskim głosem Marceline. — Chciała magicznych sztuczek? No to ma! I jak ci tam, młoda — zaśmiał się, dźgając palcem swoją klatkę piersiową — fajnie ci tam? Ale ty masz tu w środku najebane — mruczał w namyśle, drapiąc się po swojej kudłatej, miedzianej czuprynie — takie jakieś to… no nie wiem. Dziwne. W sensie, to twoje formatowanie tak robi? Taki bajzel, w sensie? Ej — zakrzyknął nagle, wyraźnie czymś oświecony — a ja bym mógł to zrobić? No wiecie, te całe wtapianie pieczątek? Może ja bym umiał, skoro ta młoda niby taka dobra? Pomożesz mi? — spytał, znowu dźgając się w pierś. — Chyba pomoże — stwierdził po chwili, spoglądając na Goro i Wierę — bo siedzi cichutko jak mysz pod… zaraz…

Belialowi nagle zrzedła mina: rozglądając się bezładnie swoimi pożyczonymi, zielonymi oczami, próbował odnaleźć się w sytuacji, sprawiając wrażenie, jakby coś badał albo na coś czekał. Gdy zaś dokopał się do werdyktu, wyglądał tak, jakby właśnie ujawniono mu największy, ale i najgłupszy sekret na świecie.

— Tej małej suczce się to podoba! — wrzasnął z jawnym oburzeniem. — Co to ma być, kurwa psia mać, fetysz jakiś?! Nie no — jęknął z wyraźnym zawodem — tak to żadnej zabawy nie ma! Kochaś to się chociaż ze mną kłócił, a ta młoda… JA PIERDOLE — wrzasnął wściekle — CO ZA POJEBANE POKOLENIE! Spierdalam — dokończył z żałością w głosie.

Niemal ułamek sekundy później mężczyzna z brązowymi lokami zerwał się z ziemi, otrzepał z kurzu, po czym uśmiechnął się szeroko do swojej widowni, najwyraźniej oczekując od niej braw. Goro zaś miał ochotę udusić go własnymi rękami, ale jak zwykle jego nieodpowiedzialne, katastrofalne wręcz zachowanie przyniosło równie nieoczekiwane, co dobre skutki. Marceline bowiem, gdy już otrząsnęła się z chwilowego szoku, niemal cała świeciła zachwytem: jej oczy błyszczały, a usta wykrzywiły całą twarz w niegasnącym zachwycie.

— Jakie to było super — wyszeptała, całkowicie oczarowana niedawnym doznaniem. — Chcę jeszcze!

— O w życiu — zaprotestował Belial. — To był jednak zły pomysł. Następnym razem proś szefa!

— Dobra! — zakrzyknęła dziewczyna. — Ale jak wam pomogę, to potem ten drugi, okej?!

Wszyscy wpatrywali się w nią z zupełnym otępieniem, nie dając wiary, że tak traumatyczne, nieprzyjemne doświadczenie jak opętanie naprawdę wprawiało tę dziewczynę w ekscytację. Czy to był ostatni poziom wścibskości? Najwyraźniej. A może głód wiedzy jest w niej tak wielki, że kiedyś zostanie wielkim naukowcem? I specjalistką od demonologii, dopowiedział w myślach, krzywiąc się sam do siebie.

— Ja się jej boję — szepnął mu do ucha Belial, który wpatrywał się w Marceline w milczeniu, widocznie nie mogąc zebrać myśli. Kiedy jednak odsunął się od Goro, wyprostował się dumnie, gotów do ataku. — Zgoda — zakrzyknął po chwili z szerokim uśmiechem. — Ty nam pomagasz, a na końcu szef cię opętuje. Ale tylko na chwilę. Tak jest?!

Goro zamordował go wzrokiem, ale niestety — nie pomogło i Belial, ku jego chwilowej rozpaczy, nadal żył. Tymczasem Marceline analizowała przez chwilę swoją sytuację, ważyła za i przeciw, po czym ochoto pokiwała głową.

— Okej! To pomogę! Naprawdę dam radę — przekonywała raz jeszcze. — Jestem naprawdę dobra w te rzeczy! Co tydzień zmieniam sobie wygląd i koleżanki cały czas zazdroszczą mi fryzjera — zaśmiała się złośliwie. — Dobra! — klasnęła dziarsko w dłonie. — To co mam robić?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^