ROZDZIAŁ 302

Wiera Woroncow

Largs było niewielkim, portowym miasteczkiem usytuowanym tuż nad brzegiem morza irlandzkiego. Jego położenie czyniło je idealnym miejscem do spędzania wolnego czasu, więc w okresie letnim było tam całkiem sporo turystów. Zadbane domy, wypielęgnowana zieleń miejska i przyjemny zapach jedzenia unoszący się w powietrzu, przypominał Wierze Bibury. Widać było na pierwszy rzut oka, że wszyscy tutaj dbali o swój przybytek i byli zgraną społecznością. Ciekawiło ją, czy mieszkańcy żyli tu z dziada pradziada i dlatego byli tak bardzo związani z tą miejscowością, czy po prostu lubili otaczać się hermetycznym pięknem. Nawet chodniki były wymiecione z choćby jednego ziarenka piasku. Mimo tej obsesyjnej manii czystości, mieszkańcy nastawieni byli przyjaźnie i obdarzali ich radosnymi uśmiechami, gdy kierowali się w stronę portu. Musieli pokonać kilka ulic pieszo, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Przez tą krótką chwilę, byli zwykłą, spacerującą parą, a nie demonem i griszą goniącymi za formatorem. Wiera była świadoma czyhającego na nich niebezpieczeństwa w postaci Rumena, dobrze wiedziała, że to nie czas i miejsce na romans. A jednak jakaś część niej chciała pociągnąć Goro za rękę i wejść do tej cholernie uroczej kawiarenki, zamówić cholernie słodką kawę i poczuć po raz pierwszy coś tak cholernie błahego, jak prawdziwe szczęście. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek zrobiła w swoim życiu coś dla siebie? Zawsze pragnęła zadowolić bliskich, a na szarym końcu myślała dopiero o sobie. Lubiła uszczęśliwiać innych, lubiła gdy rodzice byli z niej dumni i gdy ją za coś chwali. Ciężko było jej znieść zawód ojca, gdy złączyła się z Cieniem, a przecież zrobiła to dla niego. Uzmysłowił sobie, że choć otaczała się rodziną i przyjaciółmi, to tak naprawdę była samotna i zagubiona.

- Muszę przyznać, że randka tutaj nie byłaby wcale taka zła. Z dala od zgiełku wielkiego miasta, nic by nas nie rozpraszało, moglibyśmy wpatrywać się tylko w siebie – zauważyła z uśmiechem, przystając na moment przy witrynie kawiarni, którą akurat mijali. W środku było przytulnie i zapewne ciepło, nie to co na zewnątrz. Wiera nie narzekała na chłód, nie chcąc być marudna w momencie, gdy Rumen deptał im po piętach i chciał zgarnąć dla siebie armie demonów. Domyślała się, że Goro i reszta zapewne nie byli podatni na zmiany atmosferyczne, podobnie jak wampiry. Griszowie natomiast byli bardzo czuli na wpływ natury i odbierali wszystkiemu bodźce prawdopodobieństwo znacznie silniej niż zwykli ludzie.

Belial czekał w porcie wraz z towarzyszącymi mu demonami, które zaraz rozstawił przy wyjściu z doków. Zarówno on, jak i Goro był ciekawy, co robili akurat w tym miejscu. Port znajdował się spory kawałek od centrum miasta, właściwie na jego obrzeżach. Na widoku nie było żywej duszy, bo kto chciałby zapuszczać się nad morze o tej porze roku.

- Mam dwie wiadomości. Pierwsza, formator jest blisko. Druga, nie ma go w Largs. Musimy dostać się na tamtą wyspę – wskazała ruchem głowy majaczący na horyzoncie ciemny kształt. Obaj mężczyźni odwrócił się w stronę wody, by wypatrzeć wskazany przez wiedźmę kierunek. Bel od razu zrobił zbolałą minę, Goro jak zwykle nie dał nic po sobie poznać.

- Pożyczymy łódź. Przydałby się nam teraz szkwalnik, ale nie ma żadnego w okolicy. Jego zdolność obejmuje kontrolę prądów powietrznych i ciśnienia, co pozwala wywoływać silne porywy wiatru, który teraz bardzo ułatwiłby nam dotarcie na wyspę. Moglibyśmy wziąć łódź z napędem, ale byłoby ją słychać, a nie chce spłoszyć formatora – powiedziała wiedźma, rozglądając się po okolicy. Dostrzegła odpowiedni środek transportu i poprowadziła demony za sobą. Jak na złość przy łodzi kręcił się jeden z miejskich rybaków i nim zdołała cokolwiek zrobić, Belial ogłuszył go ciosem w nos. Ani ona, ani Goro nie skomentowali tego, ale zapewne czuli to samo. Można było załatwić to w mniej drastyczny sposób, ale powinni liczyć się z konsekwencjami, zabierając ze sobą Beliala.

- Na miejscu pozwól, że ja będę mówić, okej? – zwróciła się do demona, który od razu zrobił oburzoną minę.

- A co ja niby znowu źle zrobiłem? No co, no? Przecież nie dałby sam z siebie swojej łodzi. Ja bym nie dał! – obruszył się, zakładając ręce na piersi i czekając na odpowiedź Wiery.

- A co byś zrobił, gdybym podeszła do ciebie, uśmiechnęła się miło i ładnie poprosiła, byś przewiózł mnie na drugi brzeg? – zapytała, zbliżając się do Bela w dokładnie taki sposób, jak mówiła.

- Nooo, no bym przewiózł. Przecież bym przewiózł, co nie! Jak nie, jak tak. Ty też byś pomógł takiej ładnej pani, prawda? No pewnie! – zwrócił się do Goro z szerokim, nieco krzywym uśmiechem.

-To po co go uderzyłeś? – zapytała kobieta, dając mu zaraz pstryczka w nos. Liczyła na to, że cios Bela był na tyle siły iż mężczyzna nie ocknie się przed ich powrotem lub że nikt inny go wcześniej nie znajdzie.

Podróż na wyspę trwała około pół godziny. Przez ten czas Wiera była milcząca, skupiona na tym, w jaki sposób przekona formatora do współpracy. W miarę, jak zbliżali się na miejsce, czuła coś dziwnego. Miała wrażenie, że kumulująca się energia była chaotyczna i zachwiana, ale nie mówiła o tym głośno, nie chcąc martwić Goro. Już i tak przysporzyła mu sporo problemów ściągając na głowę Rumena. Gdyby nie ona, to demony nie byłby w niebezpieczeństwie. Teraz groziła im utrata pieczęci i niewola

- Właściwie, jeśli ktoś wejdzie w posiadanie pieczęci, to może wam rozkazywać, tak? A wy musicie spełniać jego polecenia? Co się stanie jeśli odmówicie? – zapytała z zaciekawieniem, gdy wysiedli z łodzi. Wiera przystanęła i przymknęła na moment oczy, chcąc zlokalizować źródło mocy. Ruszyła dalej, wzdłuż brzegu wyspy, kierując się w stronę ogromnego domu na wzniesieniu. Wyglądał, jak letnia rezydencja jakiegoś bagacza, który cenił sobie spokój i ciszę. Z jednej strony otaczał ją niewielki lasek, a z drugiej rozciągający się klif. Dom był zadbany, a jego fasada ozdobiona bagatymi i niezwykle wymyślnymi ornamentami.

- Jest w środku, ale... Sama nie wiem, coś jest nie tak. Czuje zawirowania i wahania nastroju, jakby energia cały czas pulsowała. Przypomina to trochę plączącego ze śmiechu człowieka. To niesamowicie sprzeczne emocje – zdradziła w końcu, zatrzymując się w pół kroku. Spojrzała na obu mężczyzn czując, jak powoli oblewa ją strach, jak jej ciało zostaje sparaliżowane. Nie mogła się ruszyć, a jedynie stać i wpatrywać się w zbliżającą w ich stronę postać. Jej najgorsze obawy właśnie się ziściły. Podejrzewała to od kiedy wjechali do miasta, ale starała się tłumaczyć sobie to po prostu złym przeczuciem. Fakt ten wiele utrudniał, a właściwie wszystko. Formator nie mógł wykonać rytuału, a tym samym zabezpieczyć pieczęci. Byli zdani tylko na siebie i szczęśliwy los, mogąc modlić się, by Rumen ich nie dopadł. Wiera była wściekła, bo wiedziała iż zmarnowali sporo czasu i to na realizację jej planu. Spojrzała szybko na Goro, wypowiadając bezgłośnie przepraszam.

- To dzieciak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^