Wiera Woroncow
Largs było niewielkim, portowym miasteczkiem usytuowanym tuż
nad brzegiem morza irlandzkiego. Jego położenie czyniło je idealnym miejscem do
spędzania wolnego czasu, więc w okresie letnim było tam całkiem sporo turystów.
Zadbane domy, wypielęgnowana zieleń miejska i przyjemny zapach jedzenia unoszący
się w powietrzu, przypominał Wierze Bibury. Widać było na pierwszy rzut oka, że
wszyscy tutaj dbali o swój przybytek i byli zgraną społecznością. Ciekawiło ją,
czy mieszkańcy żyli tu z dziada pradziada i dlatego byli tak bardzo związani z
tą miejscowością, czy po prostu lubili otaczać się hermetycznym pięknem. Nawet
chodniki były wymiecione z choćby jednego ziarenka piasku. Mimo tej obsesyjnej
manii czystości, mieszkańcy nastawieni byli przyjaźnie i obdarzali ich
radosnymi uśmiechami, gdy kierowali się w stronę portu. Musieli pokonać kilka
ulic pieszo, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Przez tą krótką chwilę, byli zwykłą,
spacerującą parą, a nie demonem i griszą goniącymi za formatorem. Wiera była
świadoma czyhającego na nich niebezpieczeństwa w postaci Rumena, dobrze
wiedziała, że to nie czas i miejsce na romans. A jednak jakaś część niej
chciała pociągnąć Goro za rękę i wejść do tej cholernie uroczej kawiarenki,
zamówić cholernie słodką kawę i poczuć po raz pierwszy coś tak cholernie
błahego, jak prawdziwe szczęście. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek zrobiła w
swoim życiu coś dla siebie? Zawsze pragnęła zadowolić bliskich, a na szarym
końcu myślała dopiero o sobie. Lubiła uszczęśliwiać innych, lubiła gdy rodzice
byli z niej dumni i gdy ją za coś chwali. Ciężko było jej znieść zawód ojca,
gdy złączyła się z Cieniem, a przecież zrobiła to dla niego. Uzmysłowił sobie, że
choć otaczała się rodziną i przyjaciółmi, to tak naprawdę była samotna i zagubiona.
- Muszę przyznać, że randka tutaj nie byłaby wcale taka zła.
Z dala od zgiełku wielkiego miasta, nic by nas nie rozpraszało, moglibyśmy
wpatrywać się tylko w siebie – zauważyła z uśmiechem, przystając na moment przy
witrynie kawiarni, którą akurat mijali. W środku było przytulnie i zapewne
ciepło, nie to co na zewnątrz. Wiera nie narzekała na chłód, nie chcąc być
marudna w momencie, gdy Rumen deptał im po piętach i chciał zgarnąć dla siebie
armie demonów. Domyślała się, że Goro i reszta zapewne nie byli podatni na zmiany
atmosferyczne, podobnie jak wampiry. Griszowie natomiast byli bardzo czuli na
wpływ natury i odbierali wszystkiemu bodźce prawdopodobieństwo znacznie silniej
niż zwykli ludzie.
Belial czekał w porcie wraz z towarzyszącymi mu demonami,
które zaraz rozstawił przy wyjściu z doków. Zarówno on, jak i Goro był ciekawy,
co robili akurat w tym miejscu. Port znajdował się spory kawałek od centrum
miasta, właściwie na jego obrzeżach. Na widoku nie było żywej duszy, bo kto chciałby
zapuszczać się nad morze o tej porze roku.
- Mam dwie wiadomości. Pierwsza, formator jest blisko.
Druga, nie ma go w Largs. Musimy dostać się na tamtą wyspę – wskazała ruchem
głowy majaczący na horyzoncie ciemny kształt. Obaj mężczyźni odwrócił się w
stronę wody, by wypatrzeć wskazany przez wiedźmę kierunek. Bel od razu zrobił
zbolałą minę, Goro jak zwykle nie dał nic po sobie poznać.
- Pożyczymy łódź. Przydałby się nam teraz szkwalnik, ale nie
ma żadnego w okolicy. Jego zdolność
obejmuje kontrolę prądów powietrznych i ciśnienia, co pozwala wywoływać silne
porywy wiatru, który teraz bardzo ułatwiłby nam dotarcie na wyspę. Moglibyśmy
wziąć łódź z napędem, ale byłoby ją słychać, a nie chce spłoszyć formatora – powiedziała
wiedźma, rozglądając się po okolicy. Dostrzegła odpowiedni środek transportu i
poprowadziła demony za sobą. Jak na złość przy łodzi kręcił się jeden z
miejskich rybaków i nim zdołała cokolwiek zrobić, Belial ogłuszył go ciosem w
nos. Ani ona, ani Goro nie skomentowali tego, ale zapewne czuli to samo. Można
było załatwić to w mniej drastyczny sposób, ale powinni liczyć się z konsekwencjami,
zabierając ze sobą Beliala.
- Na
miejscu pozwól, że ja będę mówić, okej? – zwróciła się do demona, który od razu
zrobił oburzoną minę.
- A
co ja niby znowu źle zrobiłem? No co, no? Przecież nie dałby sam z siebie
swojej łodzi. Ja bym nie dał! – obruszył się, zakładając ręce na piersi i czekając
na odpowiedź Wiery.
- A
co byś zrobił, gdybym podeszła do ciebie, uśmiechnęła się miło i ładnie
poprosiła, byś przewiózł mnie na drugi brzeg? – zapytała, zbliżając się do Bela
w dokładnie taki sposób, jak mówiła.
- Nooo,
no bym przewiózł. Przecież bym przewiózł, co nie! Jak nie, jak tak. Ty też byś
pomógł takiej ładnej pani, prawda? No pewnie! – zwrócił się do Goro z szerokim,
nieco krzywym uśmiechem.
-To
po co go uderzyłeś? – zapytała kobieta, dając mu zaraz pstryczka w nos. Liczyła
na to, że cios Bela był na tyle siły iż mężczyzna nie ocknie się przed ich
powrotem lub że nikt inny go wcześniej nie znajdzie.
Podróż
na wyspę trwała około pół godziny. Przez ten czas Wiera była milcząca, skupiona
na tym, w jaki sposób przekona formatora do współpracy. W miarę, jak zbliżali
się na miejsce, czuła coś dziwnego. Miała wrażenie, że kumulująca się energia
była chaotyczna i zachwiana, ale nie mówiła o tym głośno, nie chcąc martwić
Goro. Już i tak przysporzyła mu sporo problemów ściągając na głowę Rumena.
Gdyby nie ona, to demony nie byłby w niebezpieczeństwie. Teraz groziła im utrata
pieczęci i niewola
-
Właściwie, jeśli ktoś wejdzie w posiadanie pieczęci, to może wam rozkazywać,
tak? A wy musicie spełniać jego polecenia? Co się stanie jeśli odmówicie? –
zapytała z zaciekawieniem, gdy wysiedli z łodzi. Wiera przystanęła i przymknęła
na moment oczy, chcąc zlokalizować źródło mocy. Ruszyła dalej, wzdłuż brzegu
wyspy, kierując się w stronę ogromnego domu na wzniesieniu. Wyglądał, jak letnia
rezydencja jakiegoś bagacza, który cenił sobie spokój i ciszę. Z jednej strony otaczał
ją niewielki lasek, a z drugiej rozciągający się klif. Dom był zadbany, a jego fasada
ozdobiona bagatymi i niezwykle wymyślnymi ornamentami.
- Jest
w środku, ale... Sama nie wiem, coś jest nie tak. Czuje zawirowania i wahania nastroju,
jakby energia cały czas pulsowała. Przypomina to trochę plączącego ze śmiechu człowieka.
To niesamowicie sprzeczne emocje – zdradziła w końcu, zatrzymując się w pół kroku.
Spojrzała na obu mężczyzn czując, jak powoli oblewa ją strach, jak jej ciało zostaje
sparaliżowane. Nie mogła się ruszyć, a jedynie stać i wpatrywać się w zbliżającą
w ich stronę postać. Jej najgorsze obawy właśnie się ziściły. Podejrzewała to od
kiedy wjechali do miasta, ale starała się tłumaczyć sobie to po prostu złym przeczuciem.
Fakt ten wiele utrudniał, a właściwie wszystko. Formator nie mógł wykonać rytuału,
a tym samym zabezpieczyć pieczęci. Byli zdani tylko na siebie i szczęśliwy los,
mogąc modlić się, by Rumen ich nie dopadł. Wiera była wściekła, bo wiedziała iż
zmarnowali sporo czasu i to na realizację jej planu. Spojrzała szybko na Goro, wypowiadając
bezgłośnie przepraszam.
- To dzieciak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz