BELIAL
Jak się po chwili okazało, tak zdecydowanie nie powinno być —
Wiera momentalnie zwiotczała i dosłownie spływała mu z rąk. A gdy się okazało,
że nie oddychała, w obozie zapanowała panika: Marceline krzyknęła i zaczęła coś
panicznie tłumaczyć, a Goro wybałuszył oczy, w pierwszej chwili drętwiejąc ze
strachu i szoku. Belialowi się zdawało, że tylko on zachował tu resztki zimnej
krwi, bo ułożył czarodziejkę na ziemi, wiedząc, że przywrócenie jej oddechu
było dla niego jako demona dziecinnie łatwe.
Goro natomiast najwyraźniej o tym zapomniał, bo natychmiast
rzucił się w stronę Wiery, odpychając Beliala na bok. Wpierw delikatne nią
potrząsnął, a gdy nie dawała żadnych znaków — i, co ważniejsze, nadal nie
oddychała — zaczął ją resuscytować. Szło mu nawet nieźle, a najlepszy był ten
fragment, w którym Goro odgarnął jej kosmyki z twarzy i przeszedł do metody
usta-usta.
Tymczasem Belial przyglądał się wszystkiemu z niepasującym
do sytuacji spokojem. Co więcej, na jego twarzy błąkał się złośliwy uśmieszek,
gdy z cieniem politowania i zrozumienia w oczach obserwował Goro usiłującego
uratować Wierę. I o ile sam fakt, że czarodziejka na moment przestała oddychać
był przerażający, tak Belial mógłby się zastanawiać, dlaczego jego szef nie
skorzystał z ich małego „czary-mary”, które dużo szybciej postawiło ją na nogi,
tylko użył tak łopatologicznej metody? Mógłby się zastanawiać — ale nie musiał,
bo znał przyczynę. Najwyraźniej gdzieś bardzo głęboko w podświadomości Goro
zrodziła się myśl, że to okazja do zbliżenia z Wierą, nawet jeśli okoliczności
nie sprzyjały romansowaniu. Belial prychnął pod nosem, czując na sobie
zszokowane spojrzenie Marceline.
— No weź — mruknął do Goro, próbując ukryć rozbawienie — bo
ją zabijesz. Zróbże to normalnie, a nie się bawisz!
Zdyszany Goro podniósł gwałtownie głowę, wpatrując się w
Beliala z szokiem zmieszanym gniewem, co oczywiście Beliala w ogóle nie
poruszyło. Co więcej, był gotów sam się zająć ratowaniem wiedźmy, ale nie
zdążył, bo wtem Wiera otworzyła oczy, zachłysnęła się zbyt gwałtownie nabranym
powietrzem, po czym silnie rozkaszlała.
A Goro, nic sobie z tego nie robiąc, momentalnie ją do
siebie przygarnął, mocno tuląc.
Belial raz jeszcze uśmiechnął się pod nosem, tym razem
jeszcze szerzej.
— Podobało ci się? —
spytał Marceline, odciągając ją na bok, aby tamci dwoje mogli się sobą zająć i
zerkać sobie w oczęta, zapominając o całym bożym świecie. — Bo potrzeba takich
czarów więcej.
Marceline zamrugała, spoglądając na Beliala z mieszanką
strachu i zainteresowania.
— A dam radę? — spytała nieco lękliwie.
— A kto, jak nie ty?! — zakrzyknął dziarsko, klepiąc
dziewczynkę po ramieniu. — Dałaś radę z dwoma najsilniejszymi demonami, to z
resztą będzie tylko łatwiej, zobaczysz! Poza tym poznasz innych — przekonywał —
i zobaczysz naszą super pieczarę… Fajnie, będzie, zobaczysz!
Marceline niestety nie wyglądała na przekonaną, wodząc
wzrokiem po otoczeniu, jakby w poszukiwaniu pomocy.
— Nie wiem, co moi rodzice… oni się nie zgodzą…
— Spokojnie — zapewnił z uśmiechem — zajmiemy się nimi.
Nastolatka wybałuszyła oczy w niemym przerażeniu.
— Jak to?!
— Nie no, nic im nie zrobimy, spokojnie — wyjaśnił takim
tonem, jakby była to informacja najoczywistsza pod słońcem. — Zrobimy tak, że
cały czas będzie się im wydawało, że jesteś w domu. Nic się nie zorientują,
zobaczysz! A po wszystkim wrócisz do domu i nawet nie zauważą, że coś było nie
tak.
Marceline przez moment zastanawiała się nad tym planem,
który — widać to było wyraźnie — zdawał się jej interesujący. Jednak z tyłu
głowy wciąż kłębiły się jakieś niepokoje, które nie pozwalały jej na swobodne
podjęcie decyzji. Belial się temu nie dziwił, skoro to byle gówniara.
— Obcym nie wolno ufać! — zaatakowała jeszcze, choć niezbyt
przekonującym tonem.
— No fakt — przyznał. — No ale to teraz ci się o tym
przypomniało? Trochę chyba późno, co? — spytał z lekko kpiącym uśmieszkiem. —
Jakbyś nam nie ufała, to byś nam nie pomogła.
— Nieprawda! — krzyknęła z oburzeniem. — Nie ufam wam i tak!
— No dobra, to zaufasz później — mruknął, już nieco zmęczony
tą gadaniną. — A teraz nam pomożesz, bo jesteś nam potrzebna. Nikt inny nie da
rady, a my jesteśmy w kłopocie. Rozumiesz?
Zadziałało. Wystarczyło odrobinę połechtać jej ego, by
ponownie wzbudzić zainteresowanie i, co ważniejsze, poczucie, że była jedyna w
swoim rodzaju. I tak poniekąd było — przynajmniej w promieniu kilkudziesięciu
kilometrów. Bo nie mieli ani czasu, ani ochoty szukać innego formatora — ten im
musiał wystarczyć. Choć, jak znał Goro, ten zapewne będzie chciał zaprzestania
eksperymentu, coby nie narażać ani młodej, ani Wiery. I Belial zamierzał go
przekonać, że to błąd.
— I jak tam, już jest ok? — spytał, obserwując dźwigającą
się na nogi Wierę. — Trochę nas nastraszyłaś, zwłaszcza tego o tu, o — wskazał
ruchem głowy na Goro. — To w popilnujcie młodej, a ja idę wyjaśnić jej
rodzicom, że na moment młodą porywamy i…
— Nie.
Belialowi opadły ramiona, słysząc tę odmowę, której tak
mocno się spodziewał.
— Oj przestań bawić się w świętoszka — burknął — mamy robotę
do zrobienia! Już wiemy, ile to sił wymaga od młodej i Wiery, więc będziemy
tego pilnować! Wiera ma wspomagać młodą, tak? — pytał. — No to ja będę
bateryjką dla młodej, a ty dla Wiery! I po kłopocie! Przestań dramatyzować i
ożyw Wierę, o wygląda jak trzy ćwierci od śmierci. Bez urazy — dorzucił szybko.
— A ja to samo zrobię z młodą.
Z tymi słowami dotknął dwoma palcami czoła nastolatki,
czując, jak przez jego dłonie przepływa ciepła, mrowiąca energia. Dziewczyna
momentalnie się ożywiła i odprężyła, a na jej twarz wróciły kolory, zmywając
ostatnie oznaki zmęczenia
— Och, zagilgotało! — zakrzyknęła Marcelina z zachwytem. —
Ale fajnie!
Belial uśmiechnął się do dziewczyny szeroko, po czym
skierował wzrok na Goro, cierpliwie i niecierpliwie zarazem tłumacząc mu, że
potrzebują tej młodej, a wszystko przebiegnie w kontrolowanych warunkach. Trochę
to trwało, a gdy jego przyjaciel zawiesił na nim sądne spojrzenie, lecz nic nie
powiedział, Bel już wiedział, że wygrał tę małą potyczkę. Tym samym niemal
natychmiast odwrócił się na pięcie, oznajmiając, że idzie się zająć rodzicami
dziewczyny, po czym mogli jak najszybciej wracać do Londynu.
I tak też zrobili. Dłuższą chwilę zajęło zebranie demonów w
jednym pomieszczeniu i wyjaśnienie, na czym zabawa polegała. Było to o tyle
trudne, że nie wszystkie były do końca wtajemniczone w sprawę Rumena, choć
większość sama dodała sobie dwa do dwóch. Jeszcze inny kawałek czasu zabrała im
Marceline, która koniecznie chciała zwiedzić zamczysko demonów, uznając to za „najbardziej
epickie” miejsce, w jakim kiedykolwiek była. Goro natychmiast wyznaczył Beliala
za przewodnika — być może w ramach jakiejś kary, ale Belowi nijak to nie
przeszkadzało i chętnie oprowadził nastolatkę po kilku punktach, które mogły ją
zainteresować. Demon miał nadzieję, że to jeszcze bardziej zachęci Marceline do
współpracy, choć ta już dawno przestała udawać niepewną i niezdecydowaną.
Dlatego właśnie już wkrótce mogli zacząć.
Tak jak to uzgodnili, Belial miał wspomagać energią
Marceline, a zadaniem Goro było dbać o siły Wiery. W ten sposób tworzyli
zamknięte koło niewyczerpanej mocy, choć demony ostrzegły obie panie, że przez
nadużywanie tego rodzaju oszustwa, mogą ich dopaść zawroty głowy i mdłości
utrzymujące się nawet do kilku godzin. Jednak nawet to ich nie zraziło, dzięki
czemu wszyscy mogli zacząć kilkugodzinną przeprawę przez wtapianie kolejnych
pieczątek w demonie ciała.
Był niespokojny. Wciąż się zastanawiał, czy podjął prawidłową
decyzję i czy nie powinni znaleźć innego, mniej inwazyjnego sposobu na ukrycie
pieczęci. Co więcej, wykorzystanie do tego celu dziecka wydawało mu się
zwyczajnie niemoralne. Wiera także wyglądała na nieprzekonaną, lecz
jednocześnie była zdeterminowana, by jak najszybciej wyjaśnić kwestię Rumena.
Belial zaś, jak to Belial, nie miał z niczym żadnego problemu. Jedynym pocieszeniem
pozostawał fakt, że proces wchłaniania pieczęci przebiegł dość sprawnie. Zarówno
Wiera, jak Marceline, wyglądały na przemęczone, były też bledsze niż przed
rozpoczęcie rytuału, ale na to mógł pomóc zwykły odpoczynek.
A więc chociaż to jedno mieli z głowy. Choć to nie kończyło
ich kłopotów.
— Fiu — westchnął po wszystkim Belial, udając, że ociera pot
z czoła — nawet mi się wydaje, że jestem tym wyczerpany, choć to przecież niemożliwe.
Ale chyba psychicznie jakoś tak mi… niekomfortowo — mruknął z krzywą miną.
— Odpocznijcie — odparł Goro, popisowo ignorując Bela, a
zamiast tego skupiając się na Wierze i Marceline. — Ty, Wiero, udaj się na
razie do swojego pokoju, nie chcę cię na razie więcej niepokoić. Ty także
możesz odpocząć przed powrotem — skierował się do nastolatki — jeśli taka jest
twoja wola.
Szczerze mówiąc, najchętniej i to zadanie oddałby Belialowi —
jeśli chciał niańczyć dziecko, niech je niańczy. Goro potrzebował chwili
spokoju, zwłaszcza że musieli znaleźć jeszcze wędrownych. Teraz, gdy już ich
pieczęcie były odpowiednio zabezpieczone, natychmiast wezwał do siebie
zwiadowców, którzy dbali o informacje dotyczące demonów spoza Londynu. Lecz tym
razem te wieści musiały być bardzo precyzyjne i uporządkowane, dlatego kilku
demonów miało udać się na zwiady i donieść, gdzie znajdowali się teraz wędrowni,
na ile grup się podzielili i czy czasem Rumen nie wpadł już na ich trop. To
ostatnie martwiło go najbardziej. Wędrowni mieli to do siebie, że byli dość
zbuntowani. Lubili niezależność, ale to, zdaniem Goro, osłabiało ich czujność,
co Rumen mógł wykorzystać.
Nie wiedział nawet, jak długo tak siedział, gdy nagle z
zadumy wyrwało go pukanie do drzwi. Za oknem zaczęło się już ściemniać, a z
mroku wyłaniały się już świąteczne światełka. Goro zerknął na zegarek, a
ujrzawszy datę westchnął ciężko: za kilka dni Boże Narodzenie, okres
powszechnej radości i ciepła rodzinnego. Westchnął ze zmęczeniem. Nie lubił
myśleć, że jako jeden z wielu nie pasował do tego idealnego obrazka.
Ktokolwiek pukał, nie czekał na zaproszenie i od razu wszedł
— co samo w sobie było znakiem, że to jego przyjaciel. Nie byłoby w tym nic
dziwnego, gdyby nie fakt, że Bel targał pod pachą puchaty, jasnobrązowy koc z
ciemnobrązowymi łatami oraz wypukły, pomarańczowy kubek przyozdobiony pyszczkiem
lisa, wraz z uszkiem wystylizowanym na lisią kitę.
— Z młodą się polubiliśmy, więc będziemy w kontakcie — wyjaśnił
Belial ze spokojem, najwyraźniej nic sobie nie robiąc ze swojego osobliwego
majdanu. — Litwin już ją odwiózł, więc luzik. A ty już wysłałeś ferajnę Rudego
po wędrownych, nie?
Goro kiwnął głową; gdy zapachniało mu herbatą z lisiego kubka,
pomyślał, że sam by się takiej napił.
— Co to? — spytał, wskazując na to, co Bel trzymał.
— To? — spytał, spoglądając na kubek i koc tak, jakby dopiero
to zauważył. — To dla ciebie.
Demon zmarszczył brwi, zaskoczony tym gestem, a tym samym zastanawiając
się, o co Belialowi chodziło.
— To miłe — mruknął, choć niezbyt przekonująco.
— No — przyznał Belial. — A będzie jeszcze milej, jak już z
tym pójdziesz do Wiery.
Po tych słowach położył kubek z kocem na biurku Goro,
spoglądając na niego oczekująco. Goro zaś potrzebował chwilki, by zrozumieć, co
Belial właśnie chciał mu przekazać.
— O co ci…
— Wiera tam sama siedzi — tłumaczył lekko zniecierpliwionym
tonem — wykończona po tym swoim czary-mary, pewnie zmartwiona, osłabiona i w
ogóle smutna. No to weź tam idź — przekonywał z porozumiewawczym uśmiechem — i
zrób tak, żeby już smutna nie była! Czaisz?
Czaił. Pomysł sam w sobie był dobry, lecz Goro nie był tak
lekkoduszny jak przyjaciel, dlatego od razu spojrzał krytycznie na kubek.
— Nie pójdę do niej z czymś takim.
— Dlaczego? — spytał Bel z tak autentycznym zdziwieniem, że Goro
aż uśmiechnął się na moment. — Co jest z nim nie tak?
— Wygląda niepoważnie.
— Sam jesteś niepoważny! — burknął urażony. — A nie, czekaj —
dodał po chwili w głębokiej zadumie — w sumie to jesteś. Aż za bardzo.
— Daj mi inny kubek.
— Nie! To musi być lis! Kobiety to uwielbiają! — przekonywał
Belial z prawdziwą pasją. — Kocyki, herbatka w fancy kubeczku, grube skarpetki
w zimowe wzory i umięśnione ramię obok, żeby się do niego przytulić. Trzy na
cztery już masz — dodał, puszczając mu oczko. — Tylko nad skarpetami musiałby pomyśleć.
To wszystko, co mówił Belial, było tak skrajnie absurdalne, że
aż zachciało mu się śmiać. A jednak śmiech ugrzązł w gardle, głównie dlatego,
że w zasadzie był to dobry pomysł. Może poza lisim kubkiem, ale rzeczywiście —
Wiera zasługiwała na jak najlepsze traktowanie, zwłaszcza po tym, co dla nich zrobiła.
I właśnie wtem dopadła go mrożąca krew w żyłach myśl, że nawet
jej za to właściwie nie podziękował. W związku z tym bez słowa chwycił koc z
kubkiem i czym prędzej ruszył w stronę sypialni Wiery. Belialowi podziękuje
później, zresztą wiedział, że on się za takie błahostki nie gniewał.
Gdy stanął przed właściwymi drzwiami, wciąż nie wiedział,
jak wyjaśnić lisi kubek: on tak potwornie do niego nie pasował, że niemal wstydził
się go trzymać w dłoniach. Co więcej, nagle dotarło do niego, że to dziwnie byłoby
przynieść tylko jedna herbatę. Kłopot w tym, że lisi kubek mieli raczej tylko
jeden. Jakże wielkie było wiec zaskoczenie Goro, gdy się okazało, że w kuchennej
szafce znajdował się cały zwierzęcy folwark kubków. Marszcząc brwi zastanawiał
się, jakie jeszcze mroczne tajemnice skrywał przed nim Belial, ale wolał w to
nie wnikać. Grunt, że miał pod pachą kocyk, a w obu dłoniach kubki z herbatą.
Do drzwi zastukał butem. Inaczej nie miał jak. Nie brzmiało ani
nie wyglądało to zbyt godnie i to była kolejna rzecz, która go przejęła: pewnie
wyglądał jak idiota, tak obstawiony bez powodu kocem i herbatą. Westchnął męczeńsko,
wiedząc, że już się z tego nie wymiga.
Bo gdyby nagle uciekł, na pewno rozlałby herbatę. A do tego
nie można było dopuścić.
Gdy otworzyła mu Wiera, wciąż nieco przemęczona, ale już nie
tak blada, nie bardzo wiedział, co powiedzieć. A nigdy nie lubił owijać w
bawełnę.
— Mam nadzieję, że już czujesz się lepiej? — spytał z
troską. — Pomyślałem — zaczął, dziwnie czymś zestresowany, gdy już Wiera wpuściła
go do środka — że może przyda ci się więcej czegoś… hm, przyjaznego. Więc przyniosłem…
hm, koc — wydukał w końcu, przerażony tym, jak idiotycznie to brzmiało. — I
herbatę. Mam nadzieję, że to choć trochę postawi cię na nogi.
Oczywistym miejscem na tego typu herbatkowe rozmowy była sofa,
więc już po chwili się tam rozsiedli, układając kubki na stojących po obu
stronach stolikach. Chwilę później Goro uznał, że Wiera chyba była
zainteresowana tym puchatym kocykiem, bo spoglądała na niego ukradkiem. Wobec
tego zaryzykował i sam delikatnie ją nim okrył, samemu także wskakując pod
resztki koca. Sam nie wiedział, co go do tego podkusiło, zwłaszcza że rozmowa,
którą chciał z nią przeprowadzić, zdawała się w tej scenerii niepoważna.
— Nawet ci właściwie nie podziękowałem — rzekł cicho, spoglądając
nią z uwagą, by po chwili podać jej lisi kubek z herbatą. — Dziękuję. To
kosztowało cię bardzo wiele wysiłku. Więcej niż chciałbym od ciebie wymagać. Tym
bardziej po tym, co wydarzyło się dzisiaj — mruknął ponuro, przypominając sobie
jej zemdlenie. — To ty miałaś być pod naszą ochroną. My mieliśmy pomagać tobie,
nie na odwrót — dodał z bladym uśmiechem. — Nie zapomnimy ci tego. I jeszcze
raz podkreślę, że zrobimy wszystko, by ci pomóc i byś była bezpieczna.
Zamilkł na moment, czując, że powiedział już wszystko, a
jednocześnie mając co do tego poważne wątpliwości. Obawiał się, że Wiera mu w
te słowa nie uwierzy. Że dostrzegła w nich coś złego lub uznała, że traktowali
ją przedmiotowo. Ot, wykorzystywali do własnych celów. I choć Wiera nie dawała
takich sygnałów, a i jemu się wydawało, że nie zrobili nic takiego, co by mogło
ją na ten trop naprowadzić, i tak był niespokojny. I wraz z tym niepokojem do jego
głowy napłynęły kolejne dręczące myśli, którymi musiał się z Wierą podzielić.
— Ten sam rytuał trzeba będzie przeprowadzić na wędrownych —
mruknął, lekko obracając w dłoni gorący kubek. — To mnie najbardziej martwi. To
nieufne demony, a w obecnej sytuacji podwójnie narażone. Znalezienie ich nie
będzie proste, a namówienie ich do rytuału graniczy z cudem. Ale musimy spróbować.
Rumen nie może być szybszy. Gdyby zdobył choć jedną pieczęć… — Goro przymknął
na moment powieki — spowodowałby wiele kłopotu. Nawet gdyby nie wiedział, jak się
nią posłużyć. Ale już nam udowodnił swoją inteligencję, więc na pewno dojdzie do
tego, czym jest pieczęć i jak ją wykorzystać.
Jeśli Rumen zdobędzie pieczęć, będą mieli przed sobą istną
wojnę. Chwilowo nie chciał Wierze wyjaśniać wszystkich tragicznych konsekwencji
takiego scenariusza aby jej nie straszyć, choć wiedział, że prędzej czy później
musiałby to zrobić.
— Martwi mnie też to — kontynuował — że jeśli już znajdziemy
wędrownych, to my będziemy musieli się udać do nich. A więc ty też, bo to
będzie wymagało odnalezienia kolejnego formatora. Nie chciałbym więcej wykorzystywać
tego dziecka — dodał ponuro — a wędrowni mogą być teraz gdziekolwiek, więc
sądzę, że gdzieś w pobliżu byśmy jakiegoś znaleźli.
I choć rozmowa zeszła na tak poważne tematy, spoglądając na
lisi kubek po prostu nie mógł się pozbyć uczucia niezręczności. Koniecznie musiał
coś z tym zrobić.
— Przepraszam, muszę się wytłumaczyć z tego kubka — rzekł
nagle z nieco wstydliwym uśmiechem. — Odkryłem dziś kolekcję Beliala. On chyba
gromadzi kubki ze zwierzęcymi motywami.
Jego kubek wyglądał jak niedorobiony łoś, choć wedle
założenia miał być chyba jelonkiem. Na pewno nie wyglądał tak okazale jak lis,
ale herbata z niego pita wciąż znakomicie smakowała. I być może pod jej wpływem
— i kubka! — Goro pomyślał, że dość poruszania ciężkich, ponurych tematów. Choć
raz, z tą herbatą i kocem, mogli porozmawiać o czymś przyjemniejszym.
— Przepraszam, że zadam to osobiste pytanie, ale… co by się
z tobą działo, gdyby nie Rumen? Lub: co się stanie, gdy już pozbędziemy się
tego balastu z twoich pleców? Co zrobisz w pierwszej kolejności jako zupełnie
wolny człowiek?
Zastanowił się, jak on sam by odpowiedział na to pytanie i
zmroziła go myśl, że sam tego nie wiedział.
— Mam takie straszne, miażdżące mnie poczucie, że marnuję
swoją nieśmiertelność — rzekł niespodziewanie, sam nie wiedząc, co go do tego
podkusiło. — Mam tyle czasu, a nie wiem, co z nim robić. Kiedyś treścią mojego
życia miała być moja miłość. Ale i ona przeminęła, zadając kłam twierdzeniu, że
miłość jest wieczna — mruknął wyjątkowo ponuro. — Potem zostałem pojmany i
chyba gdzieś bardzo głęboko dawało mi to pewien dziwny komfort; taką myśl, że
oto kolejne lata zostały zmarnowane, ale tym razem niezupełnie przeze mnie. Dziś
tym zapychaczem ma być dla mnie Rada — wyjaśnił z dobitną szczerością. — Ale na
ile ona starczy? Ile czasu mi zajmie? A co z resztą? Boję się przyszłości —
wyznał. — Boje się, że nie umiem jej docenić, wykorzystać i odwdzięczyć się za
tę nieśmiertelność, którą mi ofiarowała.
Miało być wesoło¸ skarcił się w duchu. Lecz
jednocześnie przyszła mu do głowy jeszcze inna myśl.
Śmiertelność to dar. I tylko nieśmiertelny jest w stanie
go dostrzec. A dostrzega go, bo go pragnie wiedząc, że go nigdy nie osiągnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz