ROZDZIAŁ 305

BELIAL

Jak się po chwili okazało, tak zdecydowanie nie powinno być — Wiera momentalnie zwiotczała i dosłownie spływała mu z rąk. A gdy się okazało, że nie oddychała, w obozie zapanowała panika: Marceline krzyknęła i zaczęła coś panicznie tłumaczyć, a Goro wybałuszył oczy, w pierwszej chwili drętwiejąc ze strachu i szoku. Belialowi się zdawało, że tylko on zachował tu resztki zimnej krwi, bo ułożył czarodziejkę na ziemi, wiedząc, że przywrócenie jej oddechu było dla niego jako demona dziecinnie łatwe.

Goro natomiast najwyraźniej o tym zapomniał, bo natychmiast rzucił się w stronę Wiery, odpychając Beliala na bok. Wpierw delikatne nią potrząsnął, a gdy nie dawała żadnych znaków — i, co ważniejsze, nadal nie oddychała — zaczął ją resuscytować. Szło mu nawet nieźle, a najlepszy był ten fragment, w którym Goro odgarnął jej kosmyki z twarzy i przeszedł do metody usta-usta.

Tymczasem Belial przyglądał się wszystkiemu z niepasującym do sytuacji spokojem. Co więcej, na jego twarzy błąkał się złośliwy uśmieszek, gdy z cieniem politowania i zrozumienia w oczach obserwował Goro usiłującego uratować Wierę. I o ile sam fakt, że czarodziejka na moment przestała oddychać był przerażający, tak Belial mógłby się zastanawiać, dlaczego jego szef nie skorzystał z ich małego „czary-mary”, które dużo szybciej postawiło ją na nogi, tylko użył tak łopatologicznej metody? Mógłby się zastanawiać — ale nie musiał, bo znał przyczynę. Najwyraźniej gdzieś bardzo głęboko w podświadomości Goro zrodziła się myśl, że to okazja do zbliżenia z Wierą, nawet jeśli okoliczności nie sprzyjały romansowaniu. Belial prychnął pod nosem, czując na sobie zszokowane spojrzenie Marceline.

— No weź — mruknął do Goro, próbując ukryć rozbawienie — bo ją zabijesz. Zróbże to normalnie, a nie się bawisz!

Zdyszany Goro podniósł gwałtownie głowę, wpatrując się w Beliala z szokiem zmieszanym gniewem, co oczywiście Beliala w ogóle nie poruszyło. Co więcej, był gotów sam się zająć ratowaniem wiedźmy, ale nie zdążył, bo wtem Wiera otworzyła oczy, zachłysnęła się zbyt gwałtownie nabranym powietrzem, po czym silnie rozkaszlała.

A Goro, nic sobie z tego nie robiąc, momentalnie ją do siebie przygarnął, mocno tuląc.

Belial raz jeszcze uśmiechnął się pod nosem, tym razem jeszcze szerzej.

 — Podobało ci się? — spytał Marceline, odciągając ją na bok, aby tamci dwoje mogli się sobą zająć i zerkać sobie w oczęta, zapominając o całym bożym świecie. — Bo potrzeba takich czarów więcej.

Marceline zamrugała, spoglądając na Beliala z mieszanką strachu i zainteresowania.

— A dam radę? — spytała nieco lękliwie.

— A kto, jak nie ty?! — zakrzyknął dziarsko, klepiąc dziewczynkę po ramieniu. — Dałaś radę z dwoma najsilniejszymi demonami, to z resztą będzie tylko łatwiej, zobaczysz! Poza tym poznasz innych — przekonywał — i zobaczysz naszą super pieczarę… Fajnie, będzie, zobaczysz!

Marceline niestety nie wyglądała na przekonaną, wodząc wzrokiem po otoczeniu, jakby w poszukiwaniu pomocy.

— Nie wiem, co moi rodzice… oni się nie zgodzą…

— Spokojnie — zapewnił z uśmiechem — zajmiemy się nimi.

Nastolatka wybałuszyła oczy w niemym przerażeniu.

— Jak to?!

— Nie no, nic im nie zrobimy, spokojnie — wyjaśnił takim tonem, jakby była to informacja najoczywistsza pod słońcem. — Zrobimy tak, że cały czas będzie się im wydawało, że jesteś w domu. Nic się nie zorientują, zobaczysz! A po wszystkim wrócisz do domu i nawet nie zauważą, że coś było nie tak.

Marceline przez moment zastanawiała się nad tym planem, który — widać to było wyraźnie — zdawał się jej interesujący. Jednak z tyłu głowy wciąż kłębiły się jakieś niepokoje, które nie pozwalały jej na swobodne podjęcie decyzji. Belial się temu nie dziwił, skoro to byle gówniara.

— Obcym nie wolno ufać! — zaatakowała jeszcze, choć niezbyt przekonującym tonem.

— No fakt — przyznał. — No ale to teraz ci się o tym przypomniało? Trochę chyba późno, co? — spytał z lekko kpiącym uśmieszkiem. — Jakbyś nam nie ufała, to byś nam nie pomogła.

— Nieprawda! — krzyknęła z oburzeniem. — Nie ufam wam i tak!

— No dobra, to zaufasz później — mruknął, już nieco zmęczony tą gadaniną. — A teraz nam pomożesz, bo jesteś nam potrzebna. Nikt inny nie da rady, a my jesteśmy w kłopocie. Rozumiesz?

Zadziałało. Wystarczyło odrobinę połechtać jej ego, by ponownie wzbudzić zainteresowanie i, co ważniejsze, poczucie, że była jedyna w swoim rodzaju. I tak poniekąd było — przynajmniej w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Bo nie mieli ani czasu, ani ochoty szukać innego formatora — ten im musiał wystarczyć. Choć, jak znał Goro, ten zapewne będzie chciał zaprzestania eksperymentu, coby nie narażać ani młodej, ani Wiery. I Belial zamierzał go przekonać, że to błąd.

— I jak tam, już jest ok? — spytał, obserwując dźwigającą się na nogi Wierę. — Trochę nas nastraszyłaś, zwłaszcza tego o tu, o — wskazał ruchem głowy na Goro. — To w popilnujcie młodej, a ja idę wyjaśnić jej rodzicom, że na moment młodą porywamy i…

— Nie.

Belialowi opadły ramiona, słysząc tę odmowę, której tak mocno się spodziewał.

— Oj przestań bawić się w świętoszka — burknął — mamy robotę do zrobienia! Już wiemy, ile to sił wymaga od młodej i Wiery, więc będziemy tego pilnować! Wiera ma wspomagać młodą, tak? — pytał. — No to ja będę bateryjką dla młodej, a ty dla Wiery! I po kłopocie! Przestań dramatyzować i ożyw Wierę, o wygląda jak trzy ćwierci od śmierci. Bez urazy — dorzucił szybko. — A ja to samo zrobię z młodą.

Z tymi słowami dotknął dwoma palcami czoła nastolatki, czując, jak przez jego dłonie przepływa ciepła, mrowiąca energia. Dziewczyna momentalnie się ożywiła i odprężyła, a na jej twarz wróciły kolory, zmywając ostatnie oznaki zmęczenia

— Och, zagilgotało! — zakrzyknęła Marcelina z zachwytem. — Ale fajnie!

Belial uśmiechnął się do dziewczyny szeroko, po czym skierował wzrok na Goro, cierpliwie i niecierpliwie zarazem tłumacząc mu, że potrzebują tej młodej, a wszystko przebiegnie w kontrolowanych warunkach. Trochę to trwało, a gdy jego przyjaciel zawiesił na nim sądne spojrzenie, lecz nic nie powiedział, Bel już wiedział, że wygrał tę małą potyczkę. Tym samym niemal natychmiast odwrócił się na pięcie, oznajmiając, że idzie się zająć rodzicami dziewczyny, po czym mogli jak najszybciej wracać do Londynu.

I tak też zrobili. Dłuższą chwilę zajęło zebranie demonów w jednym pomieszczeniu i wyjaśnienie, na czym zabawa polegała. Było to o tyle trudne, że nie wszystkie były do końca wtajemniczone w sprawę Rumena, choć większość sama dodała sobie dwa do dwóch. Jeszcze inny kawałek czasu zabrała im Marceline, która koniecznie chciała zwiedzić zamczysko demonów, uznając to za „najbardziej epickie” miejsce, w jakim kiedykolwiek była. Goro natychmiast wyznaczył Beliala za przewodnika — być może w ramach jakiejś kary, ale Belowi nijak to nie przeszkadzało i chętnie oprowadził nastolatkę po kilku punktach, które mogły ją zainteresować. Demon miał nadzieję, że to jeszcze bardziej zachęci Marceline do współpracy, choć ta już dawno przestała udawać niepewną i niezdecydowaną. Dlatego właśnie już wkrótce mogli zacząć.

Tak jak to uzgodnili, Belial miał wspomagać energią Marceline, a zadaniem Goro było dbać o siły Wiery. W ten sposób tworzyli zamknięte koło niewyczerpanej mocy, choć demony ostrzegły obie panie, że przez nadużywanie tego rodzaju oszustwa, mogą ich dopaść zawroty głowy i mdłości utrzymujące się nawet do kilku godzin. Jednak nawet to ich nie zraziło, dzięki czemu wszyscy mogli zacząć kilkugodzinną przeprawę przez wtapianie kolejnych pieczątek w demonie ciała.

 

GORO

Był niespokojny. Wciąż się zastanawiał, czy podjął prawidłową decyzję i czy nie powinni znaleźć innego, mniej inwazyjnego sposobu na ukrycie pieczęci. Co więcej, wykorzystanie do tego celu dziecka wydawało mu się zwyczajnie niemoralne. Wiera także wyglądała na nieprzekonaną, lecz jednocześnie była zdeterminowana, by jak najszybciej wyjaśnić kwestię Rumena. Belial zaś, jak to Belial, nie miał z niczym żadnego problemu. Jedynym pocieszeniem pozostawał fakt, że proces wchłaniania pieczęci przebiegł dość sprawnie. Zarówno Wiera, jak Marceline, wyglądały na przemęczone, były też bledsze niż przed rozpoczęcie rytuału, ale na to mógł pomóc zwykły odpoczynek.

A więc chociaż to jedno mieli z głowy. Choć to nie kończyło ich kłopotów.

— Fiu — westchnął po wszystkim Belial, udając, że ociera pot z czoła — nawet mi się wydaje, że jestem tym wyczerpany, choć to przecież niemożliwe. Ale chyba psychicznie jakoś tak mi… niekomfortowo — mruknął z krzywą miną.

— Odpocznijcie — odparł Goro, popisowo ignorując Bela, a zamiast tego skupiając się na Wierze i Marceline. — Ty, Wiero, udaj się na razie do swojego pokoju, nie chcę cię na razie więcej niepokoić. Ty także możesz odpocząć przed powrotem — skierował się do nastolatki — jeśli taka jest twoja wola.

Szczerze mówiąc, najchętniej i to zadanie oddałby Belialowi — jeśli chciał niańczyć dziecko, niech je niańczy. Goro potrzebował chwili spokoju, zwłaszcza że musieli znaleźć jeszcze wędrownych. Teraz, gdy już ich pieczęcie były odpowiednio zabezpieczone, natychmiast wezwał do siebie zwiadowców, którzy dbali o informacje dotyczące demonów spoza Londynu. Lecz tym razem te wieści musiały być bardzo precyzyjne i uporządkowane, dlatego kilku demonów miało udać się na zwiady i donieść, gdzie znajdowali się teraz wędrowni, na ile grup się podzielili i czy czasem Rumen nie wpadł już na ich trop. To ostatnie martwiło go najbardziej. Wędrowni mieli to do siebie, że byli dość zbuntowani. Lubili niezależność, ale to, zdaniem Goro, osłabiało ich czujność, co Rumen mógł wykorzystać.

Nie wiedział nawet, jak długo tak siedział, gdy nagle z zadumy wyrwało go pukanie do drzwi. Za oknem zaczęło się już ściemniać, a z mroku wyłaniały się już świąteczne światełka. Goro zerknął na zegarek, a ujrzawszy datę westchnął ciężko: za kilka dni Boże Narodzenie, okres powszechnej radości i ciepła rodzinnego. Westchnął ze zmęczeniem. Nie lubił myśleć, że jako jeden z wielu nie pasował do tego idealnego obrazka.

Ktokolwiek pukał, nie czekał na zaproszenie i od razu wszedł — co samo w sobie było znakiem, że to jego przyjaciel. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Bel targał pod pachą puchaty, jasnobrązowy koc z ciemnobrązowymi łatami oraz wypukły, pomarańczowy kubek przyozdobiony pyszczkiem lisa, wraz z uszkiem wystylizowanym na lisią kitę.

— Z młodą się polubiliśmy, więc będziemy w kontakcie — wyjaśnił Belial ze spokojem, najwyraźniej nic sobie nie robiąc ze swojego osobliwego majdanu. — Litwin już ją odwiózł, więc luzik. A ty już wysłałeś ferajnę Rudego po wędrownych, nie?

Goro kiwnął głową; gdy zapachniało mu herbatą z lisiego kubka, pomyślał, że sam by się takiej napił.

— Co to? — spytał, wskazując na to, co Bel trzymał.

— To? — spytał, spoglądając na kubek i koc tak, jakby dopiero to zauważył. — To dla ciebie.

Demon zmarszczył brwi, zaskoczony tym gestem, a tym samym zastanawiając się, o co Belialowi chodziło.

— To miłe — mruknął, choć niezbyt przekonująco.

— No — przyznał Belial. — A będzie jeszcze milej, jak już z tym pójdziesz do Wiery.

Po tych słowach położył kubek z kocem na biurku Goro, spoglądając na niego oczekująco. Goro zaś potrzebował chwilki, by zrozumieć, co Belial właśnie chciał mu przekazać.

— O co ci…

— Wiera tam sama siedzi — tłumaczył lekko zniecierpliwionym tonem — wykończona po tym swoim czary-mary, pewnie zmartwiona, osłabiona i w ogóle smutna. No to weź tam idź — przekonywał z porozumiewawczym uśmiechem — i zrób tak, żeby już smutna nie była! Czaisz?

Czaił. Pomysł sam w sobie był dobry, lecz Goro nie był tak lekkoduszny jak przyjaciel, dlatego od razu spojrzał krytycznie na kubek.

— Nie pójdę do niej z czymś takim.

— Dlaczego? — spytał Bel z tak autentycznym zdziwieniem, że Goro aż uśmiechnął się na moment. — Co jest z nim nie tak?

— Wygląda niepoważnie.

— Sam jesteś niepoważny! — burknął urażony. — A nie, czekaj — dodał po chwili w głębokiej zadumie — w sumie to jesteś. Aż za bardzo.

— Daj mi inny kubek.

— Nie! To musi być lis! Kobiety to uwielbiają! — przekonywał Belial z prawdziwą pasją. — Kocyki, herbatka w fancy kubeczku, grube skarpetki w zimowe wzory i umięśnione ramię obok, żeby się do niego przytulić. Trzy na cztery już masz — dodał, puszczając mu oczko. — Tylko nad skarpetami musiałby pomyśleć.

To wszystko, co mówił Belial, było tak skrajnie absurdalne, że aż zachciało mu się śmiać. A jednak śmiech ugrzązł w gardle, głównie dlatego, że w zasadzie był to dobry pomysł. Może poza lisim kubkiem, ale rzeczywiście — Wiera zasługiwała na jak najlepsze traktowanie, zwłaszcza po tym, co dla nich zrobiła.

I właśnie wtem dopadła go mrożąca krew w żyłach myśl, że nawet jej za to właściwie nie podziękował. W związku z tym bez słowa chwycił koc z kubkiem i czym prędzej ruszył w stronę sypialni Wiery. Belialowi podziękuje później, zresztą wiedział, że on się za takie błahostki nie gniewał.

Gdy stanął przed właściwymi drzwiami, wciąż nie wiedział, jak wyjaśnić lisi kubek: on tak potwornie do niego nie pasował, że niemal wstydził się go trzymać w dłoniach. Co więcej, nagle dotarło do niego, że to dziwnie byłoby przynieść tylko jedna herbatę. Kłopot w tym, że lisi kubek mieli raczej tylko jeden. Jakże wielkie było wiec zaskoczenie Goro, gdy się okazało, że w kuchennej szafce znajdował się cały zwierzęcy folwark kubków. Marszcząc brwi zastanawiał się, jakie jeszcze mroczne tajemnice skrywał przed nim Belial, ale wolał w to nie wnikać. Grunt, że miał pod pachą kocyk, a w obu dłoniach kubki z herbatą.

Do drzwi zastukał butem. Inaczej nie miał jak. Nie brzmiało ani nie wyglądało to zbyt godnie i to była kolejna rzecz, która go przejęła: pewnie wyglądał jak idiota, tak obstawiony bez powodu kocem i herbatą. Westchnął męczeńsko, wiedząc, że już się z tego nie wymiga.

Bo gdyby nagle uciekł, na pewno rozlałby herbatę. A do tego nie można było dopuścić.

Gdy otworzyła mu Wiera, wciąż nieco przemęczona, ale już nie tak blada, nie bardzo wiedział, co powiedzieć. A nigdy nie lubił owijać w bawełnę.

— Mam nadzieję, że już czujesz się lepiej? — spytał z troską. — Pomyślałem — zaczął, dziwnie czymś zestresowany, gdy już Wiera wpuściła go do środka — że może przyda ci się więcej czegoś… hm, przyjaznego. Więc przyniosłem… hm, koc — wydukał w końcu, przerażony tym, jak idiotycznie to brzmiało. — I herbatę. Mam nadzieję, że to choć trochę postawi cię na nogi.

Oczywistym miejscem na tego typu herbatkowe rozmowy była sofa, więc już po chwili się tam rozsiedli, układając kubki na stojących po obu stronach stolikach. Chwilę później Goro uznał, że Wiera chyba była zainteresowana tym puchatym kocykiem, bo spoglądała na niego ukradkiem. Wobec tego zaryzykował i sam delikatnie ją nim okrył, samemu także wskakując pod resztki koca. Sam nie wiedział, co go do tego podkusiło, zwłaszcza że rozmowa, którą chciał z nią przeprowadzić, zdawała się w tej scenerii niepoważna.

— Nawet ci właściwie nie podziękowałem — rzekł cicho, spoglądając nią z uwagą, by po chwili podać jej lisi kubek z herbatą. — Dziękuję. To kosztowało cię bardzo wiele wysiłku. Więcej niż chciałbym od ciebie wymagać. Tym bardziej po tym, co wydarzyło się dzisiaj — mruknął ponuro, przypominając sobie jej zemdlenie. — To ty miałaś być pod naszą ochroną. My mieliśmy pomagać tobie, nie na odwrót — dodał z bladym uśmiechem. — Nie zapomnimy ci tego. I jeszcze raz podkreślę, że zrobimy wszystko, by ci pomóc i byś była bezpieczna.

Zamilkł na moment, czując, że powiedział już wszystko, a jednocześnie mając co do tego poważne wątpliwości. Obawiał się, że Wiera mu w te słowa nie uwierzy. Że dostrzegła w nich coś złego lub uznała, że traktowali ją przedmiotowo. Ot, wykorzystywali do własnych celów. I choć Wiera nie dawała takich sygnałów, a i jemu się wydawało, że nie zrobili nic takiego, co by mogło ją na ten trop naprowadzić, i tak był niespokojny. I wraz z tym niepokojem do jego głowy napłynęły kolejne dręczące myśli, którymi musiał się z Wierą podzielić.

— Ten sam rytuał trzeba będzie przeprowadzić na wędrownych — mruknął, lekko obracając w dłoni gorący kubek. — To mnie najbardziej martwi. To nieufne demony, a w obecnej sytuacji podwójnie narażone. Znalezienie ich nie będzie proste, a namówienie ich do rytuału graniczy z cudem. Ale musimy spróbować. Rumen nie może być szybszy. Gdyby zdobył choć jedną pieczęć… — Goro przymknął na moment powieki — spowodowałby wiele kłopotu. Nawet gdyby nie wiedział, jak się nią posłużyć. Ale już nam udowodnił swoją inteligencję, więc na pewno dojdzie do tego, czym jest pieczęć i jak ją wykorzystać.

Jeśli Rumen zdobędzie pieczęć, będą mieli przed sobą istną wojnę. Chwilowo nie chciał Wierze wyjaśniać wszystkich tragicznych konsekwencji takiego scenariusza aby jej nie straszyć, choć wiedział, że prędzej czy później musiałby to zrobić.

— Martwi mnie też to — kontynuował — że jeśli już znajdziemy wędrownych, to my będziemy musieli się udać do nich. A więc ty też, bo to będzie wymagało odnalezienia kolejnego formatora. Nie chciałbym więcej wykorzystywać tego dziecka — dodał ponuro — a wędrowni mogą być teraz gdziekolwiek, więc sądzę, że gdzieś w pobliżu byśmy jakiegoś znaleźli.

I choć rozmowa zeszła na tak poważne tematy, spoglądając na lisi kubek po prostu nie mógł się pozbyć uczucia niezręczności. Koniecznie musiał coś z tym zrobić.

— Przepraszam, muszę się wytłumaczyć z tego kubka — rzekł nagle z nieco wstydliwym uśmiechem. — Odkryłem dziś kolekcję Beliala. On chyba gromadzi kubki ze zwierzęcymi motywami.

Jego kubek wyglądał jak niedorobiony łoś, choć wedle założenia miał być chyba jelonkiem. Na pewno nie wyglądał tak okazale jak lis, ale herbata z niego pita wciąż znakomicie smakowała. I być może pod jej wpływem — i kubka! — Goro pomyślał, że dość poruszania ciężkich, ponurych tematów. Choć raz, z tą herbatą i kocem, mogli porozmawiać o czymś przyjemniejszym.

— Przepraszam, że zadam to osobiste pytanie, ale… co by się z tobą działo, gdyby nie Rumen? Lub: co się stanie, gdy już pozbędziemy się tego balastu z twoich pleców? Co zrobisz w pierwszej kolejności jako zupełnie wolny człowiek?

Zastanowił się, jak on sam by odpowiedział na to pytanie i zmroziła go myśl, że sam tego nie wiedział.

— Mam takie straszne, miażdżące mnie poczucie, że marnuję swoją nieśmiertelność — rzekł niespodziewanie, sam nie wiedząc, co go do tego podkusiło. — Mam tyle czasu, a nie wiem, co z nim robić. Kiedyś treścią mojego życia miała być moja miłość. Ale i ona przeminęła, zadając kłam twierdzeniu, że miłość jest wieczna — mruknął wyjątkowo ponuro. — Potem zostałem pojmany i chyba gdzieś bardzo głęboko dawało mi to pewien dziwny komfort; taką myśl, że oto kolejne lata zostały zmarnowane, ale tym razem niezupełnie przeze mnie. Dziś tym zapychaczem ma być dla mnie Rada — wyjaśnił z dobitną szczerością. — Ale na ile ona starczy? Ile czasu mi zajmie? A co z resztą? Boję się przyszłości — wyznał. — Boje się, że nie umiem jej docenić, wykorzystać i odwdzięczyć się za tę nieśmiertelność, którą mi ofiarowała.

Miało być wesoło¸ skarcił się w duchu. Lecz jednocześnie przyszła mu do głowy jeszcze inna myśl.

Śmiertelność to dar. I tylko nieśmiertelny jest w stanie go dostrzec. A dostrzega go, bo go pragnie wiedząc, że go nigdy nie osiągnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^