ROZDZIAŁ 365

GORO

Bardzo trudno było określić jego ostatnie odczucia. Maraton istnych sprzeczności każdego dnia przetaczał się przez jego myśli, których nie sposób było określić ani pozbierać. Choć, jakby się nad tym głębiej zastanowić, przez te kilka miesięcy powstała cała tęcza jego uczuć.

Najpierw był gniew. Gniew ten wypaczał wszystko, co Goro znał, co oswoił i czym się otaczał. Cierpliwość zniekształcał, opanowanie wypaczał, w bezwartościowy pył obracał wszystkie wartości, którymi zwykle się otaczał, o które tak dbał i które cenił. Gniew odbił się na każdej sferze jego życia, a więc zarówno na pracy, jak i przyjaźniach. Na pierwszym ucierpiała Rada, na drugim — Belial. Niezdolny do skupienia się na niczym poza zdrowiem Wiery, zapomniał o swoim wielkim projekcie, a przyjaciela wbrew wszelkiej logice i przyzwoitości wciąż uparcie oskarżał o poważny stan kobiety, którą Goro tak nagle i niespodziewanie pokochał. Lecz przecież to on ją znalazł, między innymi to on ją uratował. Goro to wiedział, choć nie od razu.

Zrozumiał to w pełni dopiero gdy nadeszło zrezygnowanie. Kurz bitewny opadł, przykrywając cienką warstewką cały żar, który go uprzednio rozpalał. Teraz już nie było nic; nic poza muszlą, w której zamiast szumu morza słychać było coś, czego Goro nienawidził najbardziej na świecie — wątpliwości. Za nimi, ledwie o krok, stały niepewność i obawy o to, co będzie dalej i jak sobie z tym poradzi. Jakoś musiał, zwłaszcza że nie był sam — miał Beliala, Arię i wielu innych przyjaciół, którzy delikatnie, acz stanowczo starali się mu to uświadomić.

I właśnie dzięki temu wreszcie nastał spokój. Ciasny, duszny, mało komfortowy, lecz w jakimś sensie znacznie lepszy niż dwa poprzednie stany. Wprawdzie gdzieś miedzy te nici ciszy wplątane było zrezygnowanie, lecz Goro wreszcie nabrał tyle siły, by starać się je zwalczać. Jednak, zebrawszy powyższe, demon niezmiennie się dziwił, że najlepiej się czuł właśnie tam. To tam najłatwiej było mu się skupić, uspokoić, wyciszyć. To tam zwykł przesiadywać, gdy musiał się nad czymś zastanowić, to tam w zasadzie przeniósł swoje biuro — z tą jedną różnicą, że nikomu nie pozwalał tam wchodzić. Przebywanie w tym pokoju stało się dla niego tak naturalne, że w pewnym momencie zaczął zapominać o jego najważniejszym elemencie, choć to na szczęście trwało tylko chwilę. Gdy się na tym przyłapywał, natychmiast spoglądał na Wierę, jakby jej widok miał być dla Goro lekiem na zapomnienie. Wtedy zwykle patrzył na nią przez dłuższą chwilę, tak spokojną, odprężoną, jakby pogrążoną we śnie. Goro wiedział, że Wierze się polepszało, że Cień o nią walczył, że to kwestia czasu, nim się obudzi.

Ale im dłużej na nią patrzył, tym bardziej sobie uzmysławiał, czym byłaby każda kolejna sekunda bez niej. Rozumiał, że ta tęsknota, która dziś tak ciasno, choć ciepło go otulała, jutro mogłaby go zmiażdżyć, unieruchomić, porazić potwornym chłodem. Tęsknić za kimś, kogo miało się tuż obok i kto zostawił obietnicę powrotu to coś zupełnie innego od tęsknoty za wiatrem, którego nie można było złapać rękami.

Lubił się zastanawiać nad tym, kiedy, dlaczego i jak ją pokochał. Lubił poddawać to zagadnienie szerokim analizom, jakby to było zwykłe matematyczne równanie. Jednak nie było zwykłe. Było wyjątkowo skomplikowane, o nieoczywistych, wielu odpowiedziach — i bynajmniej nie wywoływało bólu głowy i poczucia zniechęcenia. Goro naprawdę lubił nad tym dumać i podziwiać tę skomplikowaną prostotę miłości, której nieświadomie, choć z tak wielką przyjemnością, się poddał.

 

Czwarty czerwca zapowiadał się jak każdy inny dzień. Sobotni poranek powitał ich coraz śmielszymi promieniami słońca, tak młodymi, choć bezczelnie śmiałymi, bo świadomymi, że lato czaiło się już za pasem. I między innymi to odkrycie wpędziło Goro w popłoch. On wszakże najchętniej przesiedziałby całe dnie przy łóżku Wiery, chcąc być świadkiem jej przebudzenia, jednak fakty były takie, że griszka miała się coraz lepiej i jej życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo, a on musiał się wziąć nie tylko za siebie, ale za Radę. Minęło już zbyt dużo czasu, zbyt wiele go zmarnowano, a plany Rady nie posunęły się do przodu ani odrobinę. Dlatego, gdy pierwsze promienie letniego słońca zaczęły głaskać ich wszystkich w policzki, Goro postanowił się zająć chociaż teorią, praktykę odkładając na niedaleką przyszłość. Próbował więc zagłębić się we wszystkie informacje dotyczące innych, rzadko spotykanych ras i w tym pomocny był bardzo obszerny księgozbiór, jaki zgromadził ród Baltimore na przestrzeni wieków. Nie spodziewał się niczego, więc mógł zagłębić się w lekturze.

Nie spodziewał się niczego. A zwłaszcza tego, że chwila, którą od dawna sobie wyobrażał i którą już sobie zaplanował, przebiegnie tak nieprzewidywalnie. Tak… dziwnie. I inaczej. Nie przewidział bowiem tego, że jego serce na moment stanie na ten cichy, zachrypnięty, doskonale znany głosik. Nie spodziewał się, że zamiast natychmiast zareagować, on zupełnie znieruchomieje. Nie spodziewał się, że nie uwierzy w ten głos. Dlaczego miałby nie uwierzyć? Przecież wiedział, że prędzej czy później go usłyszy i to nie była kwestia wiary, ale stalowej pewności. Wiedział to. Więc dlaczego nie mógł uwierzyć? Ze strachu, że to tylko ułuda? Ze strachu przed rozczarowaniem?

Cokolwiek to było, nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Nagle te miesiące rozłąki zdawały się jednocześnie ledwie kilkoma sekundami oraz dziesiątkami lat. Nagle Goro poczuł, że tęsknił za nią, za jej uśmiechem i dotykiem jednocześnie tak, jakby doświadczał tego codziennie i jakby doświadczył tego po raz pierwszy w życiu. I chciał doświadczać coraz więcej, bo pocałunek smakował wówczas zupełnie inaczej, ciepło jej dłoni zdawało się zupełnie inne, a szum w głowie, wcześniej ledwie słyszalny, teraz zagłuszał wszystkie jego myśli, które nie dotyczyły Wiery.

Więc był z nią, był przy niej. Tak jak pragnął do robić aż do końca ich wspólnego czasu.

— Spokojnie, ćśśś — uspokoił ją, gdy oboje odrobinę odetchnęli. Goro wciąż delikatnie ściskał dłoń Wiery, gładząc jej wierzch kciukiem. Ten gest, poza czułością, miał jeszcze jedno znaczenie. — Dopiero co się obudziłaś po wyjątkowo długiej drzemce. To nieprzyzwoicie tak długo spać — dodał z rozbawieniem.

Miał wybitnie dobry humor; miał ochotę otworzyć okno i wykrzyczeć temu jasno świecącemu słońcu, jak wielka radość go rozpierała. Miał ochotę żartować, nawet jeśli niekoniecznie żartował, miał ochotę gołymi rękami przenieść cały świat — i wiedział, że naprawdę byłby w stanie to zrobić. Ale zanim to, musiał zająć się Wierą. I dlatego odrobinę mocniej ścisnął jej dłoń, spoglądając jej głęboko w oczy. Lecz mniej było w rym romantyzmu, a więcej troski: demon musiał się upewnić, że Wiera naprawdę zdrowiała, że naprawdę było coraz lepiej. A było, wyraźnie to czuł. Cokolwiek zrobił Cień, naprawdę ją uratował i Goro uczciwie musiał to przyznać.

— Proponuję, abyś teraz coś zjadła, wzięła najdłuższą w historii kąpiel i poszła spać — rzekł poważnym tonem, choć wciąż lekko się uśmiechał. — Musisz nabrać sił, ta śpiączka nie była normalnym stanem dla organizmu, a ty nie jesteś jeszcze do końca wyleczona. Twój Cień zrobił wszystko, co było wymagane do wybudzenia cię ze śpiączki, ale resztą musimy zająć się my.

Spodziewał się protestu, a jednak Wiera na wszystko grzecznie się zgodziła, choć postawiła jeden warunek — nie chciała zostać sama. O tym Goro nie śmiał nawet myśleć i to nie tylko ze względu na nią, ale i na siebie. Zbyt długo tęsknił, zbyt długo czekał, by teraz tak po prostu wyjść.

Uzyskawszy zgodę, szybko wszystko zorganizował. W zamku wprawdzie nie było zbyt wielu demonów — ze względu na ostatni spokój, wielu rozeszło się w swoje strony, zajmując się sobą, swoim życiem i swoimi bliskimi, choć cały czas byli gotowi wrócić i pomóc w razie zagrożenia. Ci, którzy zostali, nie tylko ucieszyli się z wybudzenia Wiery, ale chętnie pomogli w przygotowaniu jakiegoś posiłku oraz kąpieli. Goro chciał sam w tym uczestniczyć, ale obiecał Wierze, że nie zostawi jej ani na moment. I nie zostawił. Wspólnie zjedli posiłek, wspólnie wzięli kąpiel. Żadne z nich w tamtym czasie nie myślało o zmęczeniu, o niedawnych niepokojach, żadne z nich się nie wahało, zbyt głodni swojego dotyku, zbyt gorąco się całujący, zbyt lekcy na myśli o swojej obecności. Zbyt nierozsądni, zbyt nieodpowiedzialni, zbyt w sobie zakochani nie chcieli myśleć o niczym poza sobą. I nie myśleli.

Po wszystkim oboje byli zbyt rozbudzeni, by choć próbować namówić Wierę na odrobinę naturalnego snu. Postanowili więc wyjść na spacer wokół zamku; świeże powietrze dobrze jej zrobi, poza tym krajobraz z pewnością odpowie jej na kilka pytań, które chciała zadać, a na które Goro wreszcie musiał odpowiedzieć.

— Mamy czerwiec dwa tysiące dwudziestego drugiego — odpowiedział po dłuższej chwili, chłonąc widok Wiery, która z całą mieszanką emocji rozglądała się po zalanym słońcem świecie. — Przespałaś około pół roku. Znaleźliśmy cię po kilku dniach, kiedy Rumen próbował wyrwać z ciebie Cień — uzupełnił ponuro. Po chwili jednak uznał, że nie był do końca uczciwy w tych zeznaniach. — To Belial cię znalazł. Rumena, gdy już go zlokalizowaliśmy, łatwo dało się unieruchomić. Właściwie, zginął tuż po tym, jak rytuał został przerwany. Nie mam pewności, co się dokładnie wtedy wydarzyło — mruknął, marszcząc lekko brwi — ale mam wrażenie, że to twój Cień go zabił, wystarczyło tylko przerwać tę, hm, próbę kradzieży. Myślisz, że to możliwe? — spytał. — Wciąż jeszcze nie znam zbyt dobrze ich natury. Ale jestem pewien, że to właśnie Cień cię przez ten cały czas leczył. Wasza więź jest naprawdę specyficzna — przyznał.

O ile początkowo miał raczej nienajlepsze zdanie o Cieniu, tak ostatnie wydarzenia znacznie ten pogląd zmieniły. Teraz chciał dowiedzieć się o nich jak najwięcej i miał nadzieję, że Wiera mu w tym pomoże.

— Rumen i jego ludzie już nie żyją — zapewnił, jak na znak mocniej ściskając jej dłoń. — Nie został już ani jeden, zapewniam. Jesteś całkowicie bezpieczna. Z demonami też jest wszystko w porządku…

Prawie, pomyślał ponuro. Niestety, Wiera szybko zauważyła jego zawahanie, dlatego nie mógł się wycofać i udawać, że nic się nie stało.

— Udało się nam odzyskać pieczęci demonów, które przejął Rumen i to bardzo dobra wiadomość — zaznaczył. — Jednak proces ich uleczenia był bardzo trudny i… nie jestem pewien, czy się udał.

Ilekroć o tym myślał, poważnie się martwił. Demonom, które wydostał z pieczęci, teoretycznie nic nie było, jednak nie można było zapomnieć o tym, że oni wszyscy oberwali końską dawką czarnej magii, a po czymś takim trudno się podnieść.

— Pracuję nad tym i jestem dobrej myśli — zapewnił — więc nie musisz się niczym martwić. A… A ty… pamiętasz coś? — spytał, chcąc prędko zmienić temat. — Sprzed omdlenia?

Chciał o to spytać, bo to pozwoliłoby mu na dokładniejsze kontrolowanie stanu zdrowia Wiery. Poza tym temat chorych demonach często spędzał mu sen z powiek, więc nie bardzo lubił o tym rozmawiać. Tym bardziej, że Goro nigdy nie umiał przegrywać i także do tej porażki uparcie nie chciał się przyznać. Postanowił więc, że za wszelką cenę doprowadzi chore demony do stu dziesięciu procent funkcjonalności — bo obecne dziewięćdziesiąt pięć to stanowczo za mało.

— A tak poza tym — opowiadał — Belial zaczął się bardziej otwierać na ludzi/, ale teraz go nie spotkasz, bo odbywa karę u takiej jednej  Gwiazdki. Ale niedługo powinien ją skończyć. — Widząc zaskoczoną minę Wiery, Goro roześmiał się w głos, po czym wyjaśnił, kim były mityczne Gwiazdki i czego jedna z nich chciała od Beliala. — Mamy też zaproszenie na ślub — dodał, na moment przystając i ujmując obie jej dłonie — jeśli zechciałabyś mi towarzyszyć…

Wtem właśnie poczuł, że musiał to zrobić, powiedzieć jej to, co nie zostało wypowiedziane i czego Wiera mogła się obawiać, choć przecież niepotrzebnie. Lecz teraz, gdy znowu byli razem i nic nad nimi nie czyhali, mogli wreszcie dać czas tylko sobie.

— Zostań przy mnie — poprosił cicho, wierzchem dłoni bardzo delikatnie sunąc po jej policku. — Nie chcę spędzić bez ciebie już ani jednego dnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^