GORO
Bardzo trudno było określić jego ostatnie odczucia. Maraton
istnych sprzeczności każdego dnia przetaczał się przez jego myśli, których nie
sposób było określić ani pozbierać. Choć, jakby się nad tym głębiej zastanowić,
przez te kilka miesięcy powstała cała tęcza jego uczuć.
Najpierw był gniew. Gniew ten wypaczał wszystko, co Goro
znał, co oswoił i czym się otaczał. Cierpliwość zniekształcał, opanowanie
wypaczał, w bezwartościowy pył obracał wszystkie wartości, którymi zwykle się
otaczał, o które tak dbał i które cenił. Gniew odbił się na każdej sferze jego
życia, a więc zarówno na pracy, jak i przyjaźniach. Na pierwszym ucierpiała
Rada, na drugim — Belial. Niezdolny do skupienia się na niczym poza zdrowiem
Wiery, zapomniał o swoim wielkim projekcie, a przyjaciela wbrew wszelkiej
logice i przyzwoitości wciąż uparcie oskarżał o poważny stan kobiety, którą
Goro tak nagle i niespodziewanie pokochał. Lecz przecież to on ją znalazł, między
innymi to on ją uratował. Goro to wiedział, choć nie od razu.
Zrozumiał to w pełni dopiero gdy nadeszło zrezygnowanie. Kurz
bitewny opadł, przykrywając cienką warstewką cały żar, który go uprzednio
rozpalał. Teraz już nie było nic; nic poza muszlą, w której zamiast szumu morza
słychać było coś, czego Goro nienawidził najbardziej na świecie — wątpliwości.
Za nimi, ledwie o krok, stały niepewność i obawy o to, co będzie dalej i jak
sobie z tym poradzi. Jakoś musiał, zwłaszcza że nie był sam — miał Beliala,
Arię i wielu innych przyjaciół, którzy delikatnie, acz stanowczo starali się mu
to uświadomić.
I właśnie dzięki temu wreszcie nastał spokój. Ciasny, duszny, mało
komfortowy, lecz w jakimś sensie znacznie lepszy niż dwa poprzednie stany.
Wprawdzie gdzieś miedzy te nici ciszy wplątane było zrezygnowanie, lecz Goro
wreszcie nabrał tyle siły, by starać się je zwalczać. Jednak, zebrawszy
powyższe, demon niezmiennie się dziwił, że najlepiej się czuł właśnie tam.
To tam najłatwiej było mu się skupić, uspokoić, wyciszyć. To tam
zwykł przesiadywać, gdy musiał się nad czymś zastanowić, to tam w zasadzie
przeniósł swoje biuro — z tą jedną różnicą, że nikomu nie pozwalał tam
wchodzić. Przebywanie w tym pokoju stało się dla niego tak naturalne, że
w pewnym momencie zaczął zapominać o jego najważniejszym elemencie, choć to na
szczęście trwało tylko chwilę. Gdy się na tym przyłapywał, natychmiast
spoglądał na Wierę, jakby jej widok miał być dla Goro lekiem na zapomnienie.
Wtedy zwykle patrzył na nią przez dłuższą chwilę, tak spokojną, odprężoną,
jakby pogrążoną we śnie. Goro wiedział, że Wierze się polepszało, że Cień o nią
walczył,
że to kwestia czasu, nim się obudzi.
Ale im dłużej na nią patrzył, tym bardziej sobie uzmysławiał, czym
byłaby każda kolejna sekunda bez niej. Rozumiał, że ta tęsknota, która dziś tak
ciasno, choć ciepło go otulała, jutro mogłaby go zmiażdżyć, unieruchomić,
porazić potwornym chłodem. Tęsknić za kimś, kogo miało się tuż obok i kto
zostawił obietnicę powrotu to coś zupełnie innego od tęsknoty za wiatrem,
którego nie można było złapać rękami.
Lubił się zastanawiać nad tym, kiedy, dlaczego i jak ją pokochał.
Lubił poddawać to zagadnienie szerokim analizom, jakby to było zwykłe
matematyczne równanie. Jednak nie było zwykłe. Było wyjątkowo skomplikowane, o
nieoczywistych, wielu odpowiedziach — i bynajmniej nie wywoływało bólu głowy i
poczucia zniechęcenia. Goro naprawdę lubił nad tym dumać i podziwiać tę
skomplikowaną prostotę miłości, której nieświadomie, choć z tak wielką
przyjemnością, się poddał.
Czwarty czerwca zapowiadał się jak każdy inny dzień. Sobotni
poranek powitał ich coraz śmielszymi promieniami słońca, tak młodymi, choć
bezczelnie śmiałymi, bo świadomymi, że lato czaiło się już za pasem. I między
innymi to odkrycie wpędziło Goro w popłoch. On wszakże najchętniej
przesiedziałby całe dnie przy łóżku Wiery, chcąc być świadkiem jej
przebudzenia, jednak fakty były takie, że griszka miała się coraz lepiej i jej
życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo, a on musiał się wziąć nie tylko za siebie,
ale za Radę. Minęło już zbyt dużo czasu, zbyt wiele go zmarnowano, a plany Rady
nie posunęły się do przodu ani odrobinę. Dlatego, gdy pierwsze promienie
letniego słońca zaczęły głaskać ich wszystkich w policzki, Goro postanowił się
zająć chociaż teorią, praktykę odkładając na niedaleką przyszłość. Próbował
więc zagłębić się we wszystkie informacje dotyczące innych, rzadko spotykanych
ras i w tym pomocny był bardzo obszerny księgozbiór, jaki zgromadził ród
Baltimore na przestrzeni wieków. Nie spodziewał się niczego, więc mógł zagłębić
się w lekturze.
Nie spodziewał się niczego. A zwłaszcza tego, że chwila,
którą od dawna sobie wyobrażał i którą już sobie zaplanował, przebiegnie tak
nieprzewidywalnie. Tak… dziwnie. I inaczej. Nie przewidział bowiem tego, że
jego serce na moment stanie na ten cichy, zachrypnięty, doskonale znany głosik.
Nie spodziewał się, że zamiast natychmiast zareagować, on zupełnie znieruchomieje.
Nie spodziewał się, że nie uwierzy w ten głos. Dlaczego miałby nie
uwierzyć? Przecież wiedział, że prędzej czy później go usłyszy i to nie była kwestia
wiary, ale stalowej pewności. Wiedział to. Więc dlaczego nie mógł uwierzyć?
Ze strachu, że to tylko ułuda? Ze strachu przed rozczarowaniem?
Cokolwiek to było, nagle przestało mieć jakiekolwiek
znaczenie. Nagle te miesiące rozłąki zdawały się jednocześnie ledwie kilkoma
sekundami oraz dziesiątkami lat. Nagle Goro poczuł, że tęsknił za nią, za jej
uśmiechem i dotykiem jednocześnie tak, jakby doświadczał tego codziennie i
jakby doświadczył tego po raz pierwszy w życiu. I chciał doświadczać coraz
więcej, bo pocałunek smakował wówczas zupełnie inaczej, ciepło jej dłoni
zdawało się zupełnie inne, a szum w głowie, wcześniej ledwie słyszalny, teraz
zagłuszał wszystkie jego myśli, które nie dotyczyły Wiery.
Więc był z nią, był przy niej. Tak jak pragnął do robić aż
do końca ich wspólnego czasu.
— Spokojnie, ćśśś — uspokoił ją, gdy oboje odrobinę
odetchnęli. Goro wciąż delikatnie ściskał dłoń Wiery, gładząc jej wierzch
kciukiem. Ten gest, poza czułością, miał jeszcze jedno znaczenie. — Dopiero co
się obudziłaś po wyjątkowo długiej drzemce. To nieprzyzwoicie tak długo spać —
dodał z rozbawieniem.
Miał wybitnie dobry humor; miał ochotę otworzyć okno i wykrzyczeć
temu jasno świecącemu słońcu, jak wielka radość go rozpierała. Miał ochotę żartować,
nawet jeśli niekoniecznie żartował, miał ochotę gołymi rękami przenieść cały
świat — i wiedział, że naprawdę byłby w stanie to zrobić. Ale zanim to, musiał
zająć się Wierą. I dlatego odrobinę mocniej ścisnął jej dłoń, spoglądając jej
głęboko w oczy. Lecz mniej było w rym romantyzmu, a więcej troski: demon musiał
się upewnić, że Wiera naprawdę zdrowiała, że naprawdę było coraz lepiej. A było,
wyraźnie to czuł. Cokolwiek zrobił Cień, naprawdę ją uratował i Goro uczciwie
musiał to przyznać.
— Proponuję, abyś teraz coś zjadła, wzięła najdłuższą w
historii kąpiel i poszła spać — rzekł poważnym tonem, choć wciąż lekko się
uśmiechał. — Musisz nabrać sił, ta śpiączka nie była normalnym stanem dla
organizmu, a ty nie jesteś jeszcze do końca wyleczona. Twój Cień zrobił
wszystko, co było wymagane do wybudzenia cię ze śpiączki, ale resztą musimy
zająć się my.
Spodziewał się protestu, a jednak Wiera na wszystko
grzecznie się zgodziła, choć postawiła jeden warunek — nie chciała zostać sama.
O tym Goro nie śmiał nawet myśleć i to nie tylko ze względu na nią, ale i na
siebie. Zbyt długo tęsknił, zbyt długo czekał, by teraz tak po prostu wyjść.
Uzyskawszy zgodę, szybko wszystko zorganizował. W zamku
wprawdzie nie było zbyt wielu demonów — ze względu na ostatni spokój, wielu rozeszło
się w swoje strony, zajmując się sobą, swoim życiem i swoimi bliskimi, choć cały
czas byli gotowi wrócić i pomóc w razie zagrożenia. Ci, którzy zostali, nie
tylko ucieszyli się z wybudzenia Wiery, ale chętnie pomogli w przygotowaniu jakiegoś
posiłku oraz kąpieli. Goro chciał sam w tym uczestniczyć, ale obiecał Wierze,
że nie zostawi jej ani na moment. I nie zostawił. Wspólnie zjedli posiłek,
wspólnie wzięli kąpiel. Żadne z nich w tamtym czasie nie myślało o zmęczeniu, o
niedawnych niepokojach, żadne z nich się nie wahało, zbyt głodni swojego
dotyku, zbyt gorąco się całujący, zbyt lekcy na myśli o swojej obecności. Zbyt nierozsądni,
zbyt nieodpowiedzialni, zbyt w sobie zakochani nie chcieli myśleć o niczym poza
sobą. I nie myśleli.
Po wszystkim oboje byli zbyt rozbudzeni, by choć próbować
namówić Wierę na odrobinę naturalnego snu. Postanowili więc wyjść na spacer
wokół zamku; świeże powietrze dobrze jej zrobi, poza tym krajobraz z pewnością
odpowie jej na kilka pytań, które chciała zadać, a na które Goro wreszcie
musiał odpowiedzieć.
— Mamy czerwiec dwa tysiące dwudziestego drugiego —
odpowiedział po dłuższej chwili, chłonąc widok Wiery, która z całą mieszanką
emocji rozglądała się po zalanym słońcem świecie. — Przespałaś około pół roku.
Znaleźliśmy cię po kilku dniach, kiedy Rumen próbował wyrwać z ciebie Cień —
uzupełnił ponuro. Po chwili jednak uznał, że nie był do końca uczciwy w tych
zeznaniach. — To Belial cię znalazł. Rumena, gdy już go zlokalizowaliśmy, łatwo
dało się unieruchomić. Właściwie, zginął tuż po tym, jak rytuał został
przerwany. Nie mam pewności, co się dokładnie wtedy wydarzyło — mruknął,
marszcząc lekko brwi — ale mam wrażenie, że to twój Cień go zabił, wystarczyło
tylko przerwać tę, hm, próbę kradzieży. Myślisz, że to możliwe? — spytał. — Wciąż
jeszcze nie znam zbyt dobrze ich natury. Ale jestem pewien, że to właśnie Cień
cię przez ten cały czas leczył. Wasza więź jest naprawdę specyficzna — przyznał.
O ile początkowo miał raczej nienajlepsze zdanie o Cieniu,
tak ostatnie wydarzenia znacznie ten pogląd zmieniły. Teraz chciał dowiedzieć
się o nich jak najwięcej i miał nadzieję, że Wiera mu w tym pomoże.
— Rumen i jego ludzie już nie żyją — zapewnił, jak na znak
mocniej ściskając jej dłoń. — Nie został już ani jeden, zapewniam. Jesteś
całkowicie bezpieczna. Z demonami też jest wszystko w porządku…
Prawie, pomyślał ponuro. Niestety, Wiera szybko zauważyła
jego zawahanie, dlatego nie mógł się wycofać i udawać, że nic się nie stało.
— Udało się nam odzyskać pieczęci demonów, które przejął
Rumen i to bardzo dobra wiadomość — zaznaczył. — Jednak proces ich uleczenia
był bardzo trudny i… nie jestem pewien, czy się udał.
Ilekroć o tym myślał, poważnie się martwił. Demonom, które
wydostał z pieczęci, teoretycznie nic nie było, jednak nie można było zapomnieć
o tym, że oni wszyscy oberwali końską dawką czarnej magii, a po czymś takim
trudno się podnieść.
— Pracuję nad tym i jestem dobrej myśli — zapewnił — więc
nie musisz się niczym martwić. A… A ty… pamiętasz coś? — spytał, chcąc prędko zmienić
temat. — Sprzed omdlenia?
Chciał o to spytać, bo to pozwoliłoby mu na dokładniejsze
kontrolowanie stanu zdrowia Wiery. Poza tym temat chorych demonach często
spędzał mu sen z powiek, więc nie bardzo lubił o tym rozmawiać. Tym bardziej,
że Goro nigdy nie umiał przegrywać i także do tej porażki uparcie nie chciał się
przyznać. Postanowił więc, że za wszelką cenę doprowadzi chore demony do stu
dziesięciu procent funkcjonalności — bo obecne dziewięćdziesiąt pięć to
stanowczo za mało.
— A tak poza tym — opowiadał — Belial zaczął się bardziej
otwierać na ludzi/, ale teraz go nie spotkasz, bo odbywa karę u takiej
jednej Gwiazdki. Ale niedługo powinien
ją skończyć. — Widząc zaskoczoną minę Wiery, Goro roześmiał się w głos, po czym
wyjaśnił, kim były mityczne Gwiazdki i czego jedna z nich chciała od Beliala. —
Mamy też zaproszenie na ślub — dodał, na moment przystając i ujmując obie jej dłonie
— jeśli zechciałabyś mi towarzyszyć…
Wtem właśnie poczuł, że musiał to zrobić, powiedzieć jej to,
co nie zostało wypowiedziane i czego Wiera mogła się obawiać, choć przecież
niepotrzebnie. Lecz teraz, gdy znowu byli razem i nic nad nimi nie czyhali,
mogli wreszcie dać czas tylko sobie.
— Zostań przy mnie — poprosił cicho, wierzchem dłoni bardzo delikatnie sunąc po jej policku. — Nie chcę spędzić bez ciebie już ani jednego dnia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz