ARIA
Pamiętała ich pierwsze spotkanie, jakby było wczoraj, choć
minęły od tego czasu prawie dwa wieki.
Był poważanym lekarzem w Londynie i niewiele osób mogło
pozwolić sobie na jego usługi, zwłaszcza w tamtych czasach. Rodzina Vasco nie
miała wiele, ale ojciec Arii potrafił jak nikt odnajdywać różne rzeczy i na
taki też układ poszedł z Tismaneanu. W zamian za wizytę miał zdobyć dla niego
medalion z ubiegłej epoki, który zaginął kilka lat temu, a który Athanasius
bardzo chciał mieć w swojej kolekcji. Wampir będący lekarzem to idealna
przykrywka i sposób na zdobywanie pożywienia bez wysiłku i taki też miał zamiar
tym razem. Usłyszawszy o chorej na gruźlice dziewczynie wiedział już, że nie
będzie jej wcale leczył i próbował pomóc w jakikolwiek inny sposób. Gdy wszedł
do pokoju coś się jednak w jego zamiarach zmieniło, jakby wola walki Arii w
jakiś sposób ujęła jego kamienne serce i nakreśliła zupełnie inny cel.
Siedziała na łóżku wyprostowana i niezwykle dumna, nie chcąc pokazać po sobie, że odczuwa ból. Zawsze była uparta i nie zamierzała poddawać się tym razem, zwłaszcza gdy doglądać jej miał tak przystojny mężczyzna. Domyśliła się, że ojciec coś mu za to obiecał, bo wyjechał w nocy bez pożegnania i w wielkim pośpiechu.
— To pan jest tym cudotwórcą. Czekam na nowe życie, ma pan przypadkiem jakieś w kieszeni? — zażartowała, śmiejąc się cicho. Mimo ciężkiej choroby, jej głos brzmiał delikatnie i ciepło, a perlisty śmiech rozniósł się echem po niemal pustym pomieszczeniu. Czy to był właśnie ten moment, w którym wampir zapragnął uczynić z niej swą towarzyszkę? Była urodziwa, to prawda, ale nie dorównywała aparycją kobietom, które spotkał w swoim długowiecznym życiu, więc to nie mógł być jedyny wyznacznik zmiany decyzji.
Aria nie była
pesymistką, zawsze starała się szukać tych dobrych stron, ale tym razem
wiedziała, że jej sytuacja jest beznadziejna, że to strata czasu i bezcelowy
zawód ojca. Jeśli nie umrze tej nocy, to z pewnością kolejnej. I tak też się
stało. Jej cierpienie się skończyło, a Athanasius zabrał jej ciało pod
pretekstem zabezpieczenia, by wirus dalej się nie roznosił. Matka cierpiała,
brat był zbyt mały by zrozumieć powagę sytuacji, a ojciec jak zwykle gonił za
duchami i legendami. Była do niego podobna bardziej niż myślała, wszak zawsze
ciągnęło ją do podróży i odkrywania świata.
Jego wypracowane latami serdeczne gesty i uśmiechy, którymi teraz częstował ją z tak wielką wprawą, sprawiały, że robiło jej się niedobrze. Czuła ucisk gdzieś w klatce, gdzieś tam gdzie kiedyś biło jej serce, a teraz było tylko uciążliwym, zbędnym organem. Traktował ją z góry, jak głupiutką pannicę, jakby nic ich nigdy nie łączyło i ten dystans bolał ją najbardziej. Od mężczyzny bił taki chłód, że mógłby pojechać na biegun i bez problemu zapobiegłby topnieniu lodowców.
— To dla mnie wielka strata. Nie mogę w to uwierzyć i w okoliczności jego śmierci — odezwała się cicho, podchodząc bliżej balustrady tarasu, o którą zaraz się oparła. Przyglądała się swojemu rozmówcy i choć bardzo chciała, nie potrafiła ignorować już jego tonu i postawy, której on nie próbował nawet ukryć.
— Dlaczego mam
wrażenie, że mnie tutaj nie chcesz? — zapytała, odwracając się całkiem w jego
stronę. Zmarszczyła brwi, starając się przypomnieć sobie ich ostatnią rozmowę.
Cóż, faktem było to, że podczas ich ostatniego spotkania ucierpiało kilka mebli
i jego waza z dynastii Ming, ale nie wydarzyło się chyba nic więcej, za co
Athanasius mógłby pałać do niej aż taką niechęcią. A jednak Aria czuła, że
ledwo jest w stanie na nią patrzeć.
— Właśnie teraz
postanowiłam, że zostanę tutaj jakiś czas. Dla Marisy oczywiście, aby wesprzeć
ją w tym trudnym czasie. Nie powinna być sama, nie uważasz? — rzuciła,
posyłając mu nieco wredny uśmieszek. O nie, nie da mu tej satysfakcji i nie
ucieknie zaraz po pogrzebie, żeby mógł poczuć się lepiej. Elijah był tak samo
jej przyjacielem i ma prawo obchodzić żałobę, a on jej tego nie odbierze swoimi
kaprysami. Och, zawsze był taki protekcjonalny i chciał układać innych pod
swoje dyktando. Salwa pytań z jego strony nie świadczyła o zainteresowaniu, a
raczej o tym, że chciał usłyszeć, iż lada dzień już jej tu nie będzie.
Chciała mu tak wiele
opowiedzieć o swoich podróżach, z których zawsze przywoziła coś dla niego.
Nigdy oczywiście nic mu nie dała, ale podświadomie te konkretne przedmioty były
dla Athana, bo dobrze go znała i wiedziała, że takie rzeczy go interesują.
Napisała setki listów, w których wyznawała mu, jak bardzo tęskni i jak bardzo
chce, by był przy niej. Nigdy żadnego nie wysłała, bo i tak niczego by to nie
zmieniło. Był zbyt zatwardziały w swoich poglądach i nawet wyznania miłości nie
odmieniłyby jego starej duszy. Aria nie chciała go zmieniać, chciała by tylko
trochę pozwolił jej być sobą, aby usłyszał, co próbowała mu powiedzieć od tak
dawna. Kochała go całym sercem, a on kochał władzę, a z tym nie miała szans.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz