ROZDZIAŁ 11

 ATHANASIUS

Był potwornie zmęczony. Zmęczony wesołymi śmiechami brzmiącymi wokół, szerokimi uśmieszkami, zabawnymi anegdotkami i coraz śmielej rozluźniającą się atmosferą. Był zmęczony udawaniem, że on także pasował do tego radosnego obrazka. Nie pasował. Wyraźnie czuł, jak coś się w nim gotuje i jest bardzo bliskie wybuchu. Och, jakże on miał ochotę walnąć pięścią w stół, zerwać się i wrzasnąć na tych wszystkich rozluźnionych idiotów, że to nie żaden wieczór kawalerski, a stypa. Miał ochotę ryknąć na nich i przywołać do rozsądku tylko po to, aby zaczęli się smucić dokładnie tak samo jak on to robił. Athanasius pragnął, by każdy cierpiał tak jak on i coraz bardziej rosła w nim ochota rozlania tego bólu wokół siebie. Wystarczyłoby jedno ciężkie, krzywdzące słowo. Jedno brutalne wspomnienie. Tylko kilka ostrych szpileczek, aby zetrzeć z ust zebranych gości ich parszywe, absurdalnie wesołe uśmiechy.

Był zmęczony. A udawany uśmiech coraz bardziej drżał.

Jego gniew ugasił dopiero cichy szept Arii. Zdumiała go jej powaga oraz wyraźnie brzmiący w głosie smutek, mimo że doskonale zdawał sobie sprawę, jak bliscy sobie byli z Elijahem. Był wręcz wdzięczny za ten dowód jej cierpienia. Przynajmniej nie tkwił w nim sam.

Słuchając jej wypowiedzi, ze smutkiem pokiwał głową. Myślał wówczas o istocie nieśmiertelności oraz o pozorach, które stwarzała. Szyte grubymi nićmi, zdawały się podkreślać same korzyści płynące z wiecznego bytowania. Można było zwiedzić świat, być świadkiem wiekopomnych wydarzeń, zaznać wszelkich przyjemności, jakie oferowano z każdej strony. Stojący u progu wieczności widzieli tylko blaski, lecz żadnych cieni. Nie myśleli o tym, że będą świadkami śmierci wszystkich swoich bliskich. Nie myśleli o tym, że czas przestanie być jakimkolwiek wyznacznikiem, przez co z okrutną łatwością będą przegapiać najważniejsze w swym życiu momenty oraz niepowtarzalne okazje.

Nie przychodziło im do głowy, by odwiedzić kogoś bliskiego. Bo przecież jeszcze jest czas.

A jednak on płynął dalej. I wcale nie był dla wampirów łaskawszy. Athanasius twierdził, że wprost przeciwnie. Uważał, że czas to straszliwy demon, który panował nad życiem śmiertelnych, lecz gdy spostrzegł, że zrodził się ktoś, kto może go pokonać, postanowił obrzydzić mu tę wieczną tułaczkę. Athan wierzył, że temu potworowi się to udało. Wierzył, że jako wampir był największym rywalem czasu, tym samym będąc poddawanym najstraszliwszym torturom.

— To prawda — przyznał jej z nutą żalu. — Wydaje nam się, że możemy wszystko, kiedy i jak tylko chcemy. I, co ważniejsze, zapominamy, że wszyscy jesteśmy śmiertelni. Nawet my, wampiry. Warto o tym pamiętać. To pozwala bardziej doceniać nasz żywot, zwłaszcza że po tylu latach przychodzi to coraz trudniej.

Nie oczekiwał, że Aria jakkolwiek zareaguje na jego starcze żale. Miał wręcz nadzieję, że przemilczy te słowa, dlatego z zadowoleniem przyjął temat Emmeta. Jednak niedługo się tym nacieszył, ponieważ Vasco szybko wykorzystała tę broń przeciwko niemu, sugerując, że nie był z niej dumny. Wahał się przez moment, czy powinien poruszać tak ważny temat, podczas gdy wokół znajdowało się tak wiele otwartych uszu. Mimo to zaryzykował, choć niespodziewanie zabolała go kpina, z jaką wypowiedziała ostatnie słowa.

— W trakcie twoich licznych podróży — podjął spokojnym tonem, spoglądając niewidzącym wzrokiem przed siebie — niejednokrotnie docierały do mnie pogłoski o twoich podbojach. Opowiadali mi, że cię spotkali i byli pod wrażeniem tego, jak się wyrobiłaś, jaką silną kobietą się stałaś, odważną i pewnie chwytającą życie za rogi. Gratulowano mi — dopiero w tym momencie odwrócił głowę w stronę Arii, patrząc jej w oczy — tak znakomitej uczennicy. Gratulowano, że tak wspaniale ją wychowałem i wyuczyłem. Lecz nic z tego, o czym mi opowiadali, nie było moją zasługą. To nie ja cię wychowałem i wyuczyłem. Zrobiłaś to sama. Jakże więc mógłbym nie być dumny z takiej podopiecznej?

Powtórnie odwrócił głowę, przyglądając się ciemnoczerwonej krwi przelanej do kieliszka od wina. Wręcz machinalnie chwycił naczynie, uważnie wpatrując się w jego zawartość.

— Gdybyś została w tej… złotej klatce, jak raczyłaś nazwać moją opiekę — kontynuował — prawdopodobnie zabiłbym w tobie to, za co tak cię chwalono i z czego, jak rozumiem, ty sama jesteś bardzo dumna.

Jestem z ciebie dumny. Niemal w takiej samej mierze, w jakiej jestem tobą rozczarowany, pomyślał, przytłoczony tą krzywdzącą myślą. Nie chciał jednak wypowiadać tego na głos; dziś i tak wystarczająco zranił ją swoimi drobnymi sugestiami.

Zaskoczyła go pytaniem o innych Stworzonych. Westchnął ponuro; nie dowierzał, że w ciągu zaledwie kilku godzin tak często musiał przywoływać obrazy ze swojej brutalnej i bolesnej przyszłości.

— O tak — wyznał stanowczo, lecz z małą nutką melancholii. — Stworzyłem kilku w swoich pierwszych latach bytowania jako wampir. Jednak nie służyło to żadnym celom; chciałem się po prostu poczuć jak ich władca. Chciałem poczuć w sobie tę moc decydowania o życiu i śmierci. Oczywiście z żadnym z nich nie mam kontaktu — sprostował takim tonem, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie. — W pełni świadomych przemian dokonałem w swoim życiu tylko trzech. Jednym z nich jesteś oczywiście ty, droga Ario — uzupełnił, spoglądając na nią znacząco. — Jakiś czas po twoim odejściu przemieniłem pewną młodą kobietę. Biedne dziewczę zupełnie nagle straciło swoich rodziców, a że była bardzo wrażliwej natury, targnęła się na swoje życie. Przyprowadził ją do mnie jej sąsiad; pamiętał, że niegdyś zajmowałem się leczeniem, dlatego wybłagał, bym ją uratował. Obiecałem starcowi, że zrobię co w mojej mocy, lecz nie powinien robić sobie wiele nadziei. Wtedy ją przemieniłem. Była na mnie zła — mruknął, uśmiechając się delikatnie — że udaremniłem jej próbę samobójczą, lecz bardzo szybko rosła w niej energia dzięki poznawaniu swoich nowych umiejętności. Z delikatnej, nieśmiałej panny w zastraszająco szybkim tempie stała się pewną siebie kobietą. Zadziwiała mnie na każdym kroku — dodał, przywołując w pamięci to drobniutkie, czarnowłose dziewczę — dlatego tym więcej bólu przyniosło mi jej odejście. Nieodpowiednie miejsce w nieodpowiednim czasie to śmiertelna pułapka. Udało mi się odszukać niewielką, swawolną bandę wampirów, która odpowiadała za ten brutalny mord, odpłacając im pięknym za nadobne. Jednak Gudrun nie udało mi się uratować.

Sam nie wiedział, dlaczego opowiadał o tym wszystkim Arii. Być może dlatego, że z Gudrun żył bardzo krótko, ledwie czterdzieści dwa lata. Mimo to zdążył ją pokochać tak jak Stwórca kocha każde swoje stworzone dziecko i długo cierpiał z powodu jej utraty. Lecz rzadko kiedy komukolwiek się z tego zwierzał, woląc oddawać jej cześć jedynie w swojej pamięci.

— Moim ostatnim Stworzonym jest Ishmael. Dziś to mój bliski przyjaciel, który jest także moim wspólnikiem w wielu projektach. Dogląda posiadłości, gdy wyjeżdżam, pilnuje też interesów, gdy akurat jestem niedyspozycyjny, jak choćby dziś. Mam do niego pełne zaufanie.

Odetchnął z nieukrywaną ulgą, gdy Aria zmieniła temat. Od dłuższego czasu łypała ponuro w stronę rudowłosego Antonego. Athanasiusa nieco bawiła ta nagła, niczym nieuzasadniona niechęć do młodzieńca, choć i on musiał przyznać, że było w nim coś osobliwego.

— Nie podoba ci się, powiadasz? — mruknął, również przyglądając się chłopakowi. — A cóż takiego ci się w nim nie podoba? Udało mi się z nim chwilę porozmawiać — dopowiedział, w oczywisty sposób udając, że nie dostrzegł wtedy podsłuchującej Arii. — Wyjawił, że w istocie został stworzony przez Elijaha, którego, jak sam przyznał, traktował jak ojca. Nie zechciał mi tylko wyjawić, kiedy widział go po raz ostatni. To pytanie nadzwyczajnie go uraziło, choć sam nie jestem pewien, czym dokładnie. Lecz jeśli uważasz, że należy mu się lepiej przyjrzeć, zapoznam was przy najbliższej okazji. Gdy już weźmiesz go w swoje obroty, żadna tajemnica nie będzie miała prawa pozostać w ukryciu.

Ostatnie zdanie oprawił rozbawionym uśmiechem, będąc pewien, że jeśli Arii rzeczywiście się ten mężczyzna nie podobał, to poruszy niebo i ziemię, aby wydobyć z niego całą prawdę.

— A czy ty zdążyłaś już kogoś stworzyć? — spytał mimochodem, cały czas wsłuchując się w coraz weselszą gwarę, jaka go otaczała. — Swoje dziecięce lata wampirze masz już za sobą. Myślisz, że jesteś już na to gotowa?

Krwi z kieliszków ubywało w nadzwyczajnym tempie. Biesiadnicy — bo tak już można było określić gości — korzystali ze wszystkich dobrodziejstw tego domu, jednak nieuchronnie zbliżał się koniec wieczerzy. Jeszcze godzina, dwie i większość rozejdzie się albo do swoich sypialni, albo na nocne zwiady, czy to w celu zwykłego zapoznania się z terenem, czy to polowania. I choć na głód nikt tu nie mógł narzekać, Athanasius zdawał sobie sprawę, że siedziało tu wielu takich, którzy mordowali śmiertelników z samej pasji. Jednak nikt tego otwarcie nie potępiał, więc wszyscy czuli się bezkarni.

Jednak im dłużej o tym myślał, tym większą miał ochotę na nocną schadzkę. Potrzebował odetchnąć i uspokoić myśli, aby być gotowym na jutrzejszy dzień. A ten z pewnością miał być jeszcze trudniejszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

^