NERGUI
Wiedziała, że nie powinna. Wiedziała, że to było złe, że świadczyło o niej jak najgorzej i że gdyby komukolwiek się do tego przyznała, zostałaby uznana za samolubną, podłą jędzę, której zależy wyłącznie na własnym szczęściu. Ale przecież taka nie była — ani kiedyś, ani teraz. Nigdy taka nie była i nigdy nie chciała być, bo to nie w jej stylu. Potrafiła zmierzyć się ze swoją porażką, potrafiła przyznać, że w czymś jest gorsza, potrafiła zrozumieć, że nie wszystko mogła mieć. Jego też nie. Rozumiała to, naprawdę to rozumiała. A jednak...
Była zazdrosna.
Powinna się cieszyć, gdy Gudrun raz za razem niby delikatnie, choć dość stanowczo zapewniała, że Aria i on byli dla siebie stworzeni, że byli po uszy w sobie zakochani, a więc ich ślub to czysta formalność. Nergui wierzyła, że Gudrun nie robiła tego specjalnie. Ba!, to było po niej widać, zwłaszcza że okazywała jej szczerą sympatię i gotowość do pomocy. Nergui bardzo to doceniała i tym bardziej próbowała pojąć, że rzeczywiście: po tylu latach on miał prawo rozpocząć nowe życie z nową kobietą.
Tym bardziej że Lakricia była przecież martwa. Nergui jeszcze nie, ale Lakricia już od wielu, wielu lat.
A jednak, jakże dziwnie słuchało się Gudrun opowiadającej o “swoim ojcu” rzeczy, o które Nergui nigdy by go nie podejrzewała. To, co mówiła dziewczyna, zdawało się potwierdzać słowa Arii — że on rzeczywiście się zmienił, że był już inny, że już nie był niebezpieczny i że nie chciał jej skrzywdzić. Choć tego ostatniego nikt nie powiedział jej tak wprost, jedynie to sugerując. Czy Nergui im wierzyła? Chciała, z całego serca chciała, ale sama nie wiedziała, czy tak do końca potrafiła. A jednak miała to dziwne wrażenie, jakby było ich dwóch. Pierwszy to ten, którego poznała i w którym się zakochała: radosny, bardzo energiczny, kreatywny, głośny, pełen zwariowanych pomysłów. Ale jednocześnie czuły, szalenie namiętny i opiekuńczy. To ten mógł się przemienić w tego człowieka, o którym opowiadała Gudrun, do niego było mu najbliżej. Tym drugim zaś był ten, którego poznała po ponad trzech latach związku; ten, z którym spędziła następnych trzynaście lat. Ten, którego się bała.
Tym bardziej że w jednym Gudrun miała rację: Nergui znała go przed czterystoma laty. A to, trzeba przyznać, sporo czasu na zmianę. A jednak jedna rzecz, którą powiedziała, zupełnie Nergui zaszokowała.
— Gra na pianinie? — powtórzyła, nie będąc pewna, czy aby na pewno dobrze zrozumiała. — Ale naprawdę? Potrafi coś zagrać? Niewiarygodne — wyznała z westchnieniem. — Gdy go znałam, mogłabym przysiąc, że dotyk jakiegokolwiek instrumentu go parzył. Uważał, że muzyka to bzdura, że to strata czasu i pociecha jedynie dla nadwrażliwych słabeuszy. Niby zmienił zdanie, gdy się związaliśmy, bo wiedział, że muzyka zawsze była dla mnie ważna, ale podejrzewałam, że mówił tak tylko po to, by nie sprawiać mi przykrości, a tak naprawdę zdania nie zmienił.
Nie umiała sobie wyobrazić jego grającego na pianinie — ani na żadnym innym instrumencie. Muzyka grała przede wszystkim w duszy, a instrumenty były jedynie, cóż, instrumentami, które miały pozwolić, aby melodia wybrzmiewająca w duchu mogła znaleźć rzeczywiste, słyszalne ujście. Nergui nigdy nie uznałaby go za kogoś na tyle wrażliwego, by usłyszał w głębi siebie jakąkolwiek muzykę — i dlatego uczucie, że z Gudron rozmawiały o dwóch różnych osobach, wciąż się w niej pogłębiało.
I wpatruje się w Arię. To jego hobby, poważnie.
Nergui nie umiała powstrzymać kolejnego już ukłucia zazdrości, dlatego momentalnie spuściła głowę, aby Gudrun nic nie zauważyła. Jakież to było niskie, jakież żałosne, by tęsknić za kimś, kto złamał ją do głębi, kto rozerwał serce na strzępy, a duszę podarł i jej skrawki rzucił na wiatr. Jakież to było złe, jakież chore — bo jak inaczej to nazwać, jeśli nie chorobą? Nergui nie umiała się w tym elemencie odłączyć od Lakricii, a Lakricia była chora z tęsknoty i miłości do człowieka, który nigdy jej nie kochał i nigdy za nią nie tęsknił. Pragnęła wrócić do tego, który od niej uciekł. Pragnęła uszczęśliwić tego, który ją unieszczęśliwiał. Pragnęła zaznać tej radości, którą czuła kiedyś, nawet gdy była przykrywana strachem.
Pragnęła tego, który dziś miał inną.
Nie chciała wyjść na tę, którą się czuła — na zawistną, bezczelną, bezduszną i samolubną, dlatego robiła co mogła, by powstrzymać łzy zbierające się w kącikach oczu — a te, które podstępnie spływały po policzkach, jak najszybciej i dyskretnie zetrzeć. Nawet mimo tego, że wewnątrz niej zbierało się duszne, nieznośne gorąco, które zdawało się krzyczeć, żeby je wyzwolić za pomocą głośnego, niepowstrzymanego płaczu.
Może później. Później, gdy Nergui zostanie, a jej towarzyszami zostaną tylko rozpacz, smutek, żal, strach i tęsknota.
Z rozrzewnieniem słuchała, jak Gudrun nazywała go słodkim, kochanym i opiekuńczym. Musiała przyznać, że na początku ich znajomości potrafił być bardzo romantyczny, ale z czasem ta namiętność minęła i o ile na to Nergui jako tako była przygotowana, tak nie spodziewała się tego, co nadeszło potem. Za to historia o wskrzeszeniu wprawiła Nergui w osłupienie, lecz nie aż takie — powinna wywrzeć na niej większe wrażenie, lecz to nadal wzbudzał w niej tylko on.
Gdy zaś Gudrun zaczęła zachwycać się Belialem, Nergui odetchnęła na moment, rada z tego, że mogły chociaż na moment zmienić temat. Miło było obserwować, jak Gudrun lekko się rumieniła, mówiąc o demonie, co mogło oznaczać tylko jedno — on naprawdę się jej podobał. Zresztą, Nergui wcale się jej nie dziwiła: mężczyzna o szerokim, śnieżnobiałym uśmiechu, błyszczących oczach i czuprynie uroczych, jasnobrązowych loczków wzbudzał jak najlepsze wrażenie. Zwłaszcza w komplecie z lisim kubkiem.
— Pamiętam, jak ja kiedyś byłam zakochana — westchnęła, nie do końca zdając sobie sprawę, że popełniła gafę, wprost sugerując, że Gudrun mogło dosięgnąć to samo. — Pamiętam, jaka byłam nieufna i przezorna, jak sprawdzałam go pod każdym kątem i narażałam na najbardziej skrajne sytuacje. Wychodziłam z założenia, że jeśli facet to wszystko wytrzyma i nadal będzie chciał ze mną być, to musi być ten jedyny. On... — Nergui zadrżał uśmiech, a po ciele przeszedł lodowaty dreszcz, wybudzający się zwykle w chwilach niepokoju — był wtedy cierpliwy. Twierdził, że przeczeka wszystko, że poczeka tyle, ile będzie trzeba. To mi imponowało. Pamiętam, jak się cieszyłam na każde nasze spotkanie, choć oczywiście nie dawałam tego po sobie poznać — dodała z lekkim, choć chwilowym uśmiechem.
Wiedziała, że Gurdun nie robiła tego specjalnie — a może i robiła? — ale gdy zaczęła opowiadać o tym, że on i Aria byli sobie przeznaczeni, miała ochotę tak po prostu zacząć płakać. Nie mogła tego słuchać, nie mogła tego znieść. Słowa, choć niby ulotne i bezwartościowe, sprawiały jej dużo więcej bólu niż mogłaby przypuszczać. I, co gorsza, średnio potrafiła sobie z tym poradzić. Dlatego próbowała skupić się na pytaniu Gudrun, nawet jeśli dotyczyło jego. Ale wolała mówić niż zatracać się w swoich załzawionych myślach.
— O-on... — dukała, przerażona, że w jej głosie wyraźnie było słuchać ciche łkanie. Mimo to starała się nie zwracać na to uwagi i miała nadzieję, że Gudrun pójdzie jej śladem. — Nie lubił muzyki — wyznała, nie bardzo wiedząc, od czego zacząć. — Był raczej nieczuły na piękno sztuki i natury, był bardzo... pragmatyczny. I to taki aż do bólu. Według niego, jeśli muzyka nie była potrzebna do niczego poza rozrywką, to nie była potrzebna wcale i gardził tymi, którzy zajmowali się wyłącznie tym. Ja miałam być wyjątkiem — mruknęła cicho — choć po latach chyba nawet ja przestałam nim być. Hm, był... — Nergui zastanowiła się moment, wracając do głównego tematu. — Był bardzo żywiołowy. Zawsze miał takie ogniki w oczach... Tak, jego oczy były dla niego bardzo charakterystyczne. Miałam wrażenie, że wokół tych czarnych tęczówek istniała jakaś taka ognista poświata, bo one zawsze błyszczały, ale tak... dziko, niecierpliwie. I taki właśnie był: dziki, niecierpliwy. Nie znosił sprzeciwu, wszystko musiało być tak jak on powiedział, a gdy ktoś się z nim nie zgadzał, to...
Nergui momentalnie zamilkła, nie wiedząc, co dalej powiedzieć. Nie chciała wyznawać Gudrun całej prawdy, choć z drugiej strony czuła, że być może powinna to zrobić, choćby w ramach ostrzeżenia. Ani Gudrun, ani Aria nie sprawiały wrażenia skrzywdzonych, ale to przecież kiedyś mogło się zmienić. Jednak Nergui czuła, że nie powinna chwilowo zaburzać ich szczęścia, zwłaszcza że i tak wiele im zawdzięczała i sporo kłopotów naniosła na ich głowy.
— Bardzo nie lubił, jak ktoś się z nim nie zgadzał — dokończyła z drżącym, wymuszonym uśmiechem. — Zwykle wtedy rzucał się na tego kogoś z pięściami, chociaż często miałam wrażenie, że wdawał się w bójki tylko po to, by się przed kimś popisać. Poza tym, wszędzie było go pełno, uwielbiał narzucać innym swoje zdanie i zasady. Nigdy się nie nudził, na wszystko miał pomysły. No i uwielbiał przysparzać sobie wrogów — dodała, jakby nagle sobie o tym przypominając. — W sąsiedztwie bardzo źle się o nim mówiło, unikano go, uznawano za niebezpiecznego furiata, a mnie się dziwiono, że z nim wytrzymuję i namawiano do odejścia. Ale on sprawiał wrażenie bardzo dumnego z tego, że miał taką opinię. Był po prostu... bardzo głośny i żywiołowy. Jak taki szalejący ogień.
Którym bardzo łatwo się sparzyć, pomyślała ze smutkiem.
Wiedziała, że to, co powiedziała, mogło zaskoczyć Gudrun — zwłaszcza że znacznie różniło się od tego, w jaki sposób przedstawiała swojego ojca. Nergui miała tylko nadzieję, że jej towarzyszka nie oskarży jej o kłamstwo. Lecz jednocześnie wampirzyca czuła, że powinna mówić, i to możliwie jak najwięcej. To miało jej pozwolić odetchnąć, odrobinę się uspokoić i zrzucić ze swoich barków chociaż trochę ciężarów. Najchętniej wyznałaby to wszystko Arii, ale gdy się okazało, że była obecną narzeczoną tego mężczyzny, był to oczywiście nienajlepszy wybór. Za to Gudrun zdawała się świetną towarzyszką rozmów i Nergui bardzo by nie chciała tego zmarnować. Choć pewnie i na to sobie nie zasłużyłam, Gudrun weźmie mnie za zwykłą oszustkę, a ja znowu nie będę miała z kim chociaż porozmawiać, pomyślała ze strachem wyciskającym z jej oczu łzy.
— To wspaniałe słyszeć, że... że... — Zająknęła się, nie mając odwagi wypowiedzieć jego imienia. — Że... on jest wam tak bliski i jest dla was tak dobry. Fakt, że znałam go w innej odsłonie, ale masz rację: to było lata temu. Przez ten czas na pewno się zmienił. Ja nie miałam takiej okazji, bo...
Niespodziewanie poczuła pragnienie zdradzenia komuś swojej historii. Nie chciała dłużej nikogo okłamywać, a takie ukrywanie prawdy było jakiegoś rodzaju kłamstwem. Dlatego odetchnęła głęboko, ścierając kolejne, natrętne łzy, po czym ostrożnie, cichutko, zaczęła mówić.
— Ja i... i... i twój tata... — zaczęła drżącym głosem — rozstaliśmy się w... w bardzo zły sposób. To on ode mnie odszedł — doprecyzowała, spuszczając wzrok — ale ja nie mogłam się z tym pogodzić i zaczęłam go szukać. Chciałam go odnaleźć i wybłagać, przekonać, żeby ze mną wrócił i byśmy zaczęli wszystko od nowa. Ale go nie znalazłam, a zamiast tego, w trakcie tych poszukiwań, dopadł mnie jakiś wampir. Przemienił mnie z zaskoczenia i porzucił. A ja... ja nie wiedziałam, co robić — wyznała piskliwym głosem, przełykając kolejne łzy. Jej broda marszczyła się i drżała pod wpływem usilnie powstrzymywanego płaczu, ale Nergui czuła, że długo tak nie wytrzyma. — Niedługo później znalazły mnie jakieś dobroduszne wampiry, wyjaśniły mi, co mi jest, chciały pomóc, a-ale... ale ja nie chciałam — wyjaśniła cicho, ze wstydem. — Jak się dowiedziałam, że wampiry mogą zasnąć... Tak po prostu wszystko przespać... wybłagałam ich, by mi w tym pomogli. I tak spałam... prawie czterysta lat. Obudziłam się niedawno, a po przebyciu szkolenia o obecnych czasach, abym się jakoś zaaklimatyzowała, zaczęłam szukać sposobu, aby wyleczyć się z wampiryzmu. Trafiłam na ludzi doktora Blome’a, ale już wiesz, jak to się skończyło. Rzecz w tym, że... że...
Nie dała rady. Nie umiała nie płakać, myśląc o tym, co prześladowało ją odkąd się dowiedziała, do kogo należał ten dom i kogo spotkała na swojej drodze.
— On jest jedyną bliską mi osobą, którą mam — wydukała, dławiąc się własnym płaczem i cały czas ocierając czerwone od łez policzki. — Tylko jego mam... tylko on... on o mnie pamięta... Tak strasznie za nim tęsknię...
Opadła na poduszki, zakrywając w nich swoją mokrą od łez twarz. Była bezsilna, jakby ta rozmowa oraz wszystkie towarzyszące jej wspomnienia wyssały z niej całą energię. Chciała jedynie pogrążyć się w swojej rozpaczy, porzucona tak jak zawsze, zapomniana tak jak zawsze, sama tak jak zawsze.
— Chciałabym... — dukała szeptem mokrym od łez — Tak chciałabym z nim porozmawiać... przytulić się do niego i usłyszeć to zawsze mi mówił: “Lari, uspokój się, przecież wszystko będzie dobrze, jak zawsze!”. M-mówił to takim tonem — zaśmiała się przez łzy — jakby to nie było pocieszenie, ale taka oczywista, najzwyklejsza w świecie rzecz. I tylko on mnie tak nazywał — wyznała ze wzruszeniem. — Tylko dla niego byłam “Lari”, dla nikogo więcej. A-ale — odparła nagle, wybuchając nagłym, głośnym płaczem — o-on m-mnie nie chc-ce...
Przecież porzucił cię lata temu. Dlaczego teraz miałby wrócić, choćby na minutę?
Ale nie wróci. Nawet jeśli Nergui tak bardzo tego chciała.
Teraz już wiedziała. Teraz już była pewna. Naprawdę tego chciała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz